Upload folder using huggingface_hub
Browse filesThis view is limited to 50 files because it contains too many changes. See raw diff
- w-80-dni-dookola-swiata.txt +0 -0
- w-biurze-pocztowym.txt +1 -0
- w-ciemnosci-schodzi-moja-dusza-ix-modlitwo-moja-cicha-i-bez-slow.txt +1 -0
- w-ciemnosci-schodzi-moja-dusza-vii-zycia-ogromne-morze-grzmi-przede-mna.txt +1 -0
- w-ciemnosci-schodzi-moja-dusza-viii-byles-mi-dawniej-bozyszczem-o-tlumie.txt +1 -0
- w-ciemnosci-schodzi-moja-dusza-x-tesknie-ku-tobie-o-szumiacy-lesie.txt +1 -0
- w-cieniu-wiazow.txt +0 -0
- w-cieniu-zakwitajacych-dziewczat-tom-drugi.txt +0 -0
- w-cieniu-zakwitajacych-dziewczat-tom-pierwszy.txt +0 -0
- w-cieniu-zakwitajacych-dziewczat-tom-trzeci.txt +0 -0
- w-grobie-etruskim.txt +1 -0
- w-jesienna-noc.txt +1 -0
- w-malym-dworku.txt +1 -0
- w-mroku-gwiazd-biale-roze-krwi.txt +1 -0
- w-mroku-gwiazd-czarne-xiestwo.txt +1 -0
- w-mroku-gwiazd-dusza-w-czyscu.txt +1 -0
- w-mroku-gwiazd-kain.txt +1 -0
- w-mroku-gwiazd-kallypso.txt +1 -0
- w-mroku-gwiazd-kolosseum.txt +1 -0
- w-mroku-gwiazd-korsarz.txt +1 -0
- w-mroku-gwiazd-krol-w-osyaku.txt +1 -0
- w-mroku-gwiazd-lucifer.txt +1 -0
- w-mroku-gwiazd-minotaur.txt +1 -0
- w-mroku-gwiazd-orland-szalony.txt +1 -0
- w-mroku-gwiazd-wyspa-gorgon.txt +1 -0
- w-mroku-gwiazd-zamek-duszy.txt +1 -0
- w-mroku-umarly-swiat.txt +1 -0
- w-oknie.txt +1 -0
- w-podziemiach-ruin.txt +1 -0
- w-porebie.txt +1 -0
- w-pustyni-i-w-puszczy.txt +0 -0
- w-razurze.txt +1 -0
- w-sorbonie-i-gdzie-indziej.txt +0 -0
- w-strone-swanna.txt +0 -0
- w-zimowy-wieczor.txt +0 -0
- w-zlym-humorze.txt +1 -0
- walewska-kobieta-polska-w-nauce.txt +1 -0
- walewska-w-walce-o-rowne-prawa-nasze-bojownice.txt +0 -0
- walewska-z-dziejow-krzywdy.txt +1 -0
- waligora-tom-i.txt +0 -0
- waligora-tom-ii.txt +0 -0
- waligora-tom-iii.txt +0 -0
- walka-o-jezyk-polski-w-czasach-odrodzenia.txt +1 -0
- wallace-splacony-dlug.txt +0 -0
- wanka.txt +1 -0
- warszawianka-1831.txt +1 -0
- warszawianka.txt +1 -0
- wcielajace-sie-idee-czasu.txt +1 -0
- webster-tajemniczy-opiekun.txt +0 -0
- wells-wehikul-czasu.txt +0 -0
w-80-dni-dookola-swiata.txt
ADDED
|
The diff for this file is too large to render.
See raw diff
|
|
|
w-biurze-pocztowym.txt
ADDED
|
@@ -0,0 +1 @@
|
|
|
|
|
|
|
| 1 |
+
Antoni Czechow W biurze pocztowym tłum. A. W. ISBN 978-83-288-2187-3 Pochowaliśmy w tych dniach młodziutką żonę naszego starego poczmistrza Słodkopiewcewa. Zakopawszy w ziemi piękną zmarłą, udaliśmy się zwyczajem ojców i dziadów na stypę do biura pocztowego. Gdy podano bliny, staruszek-wdowiec zaczął gorzko płakać i powiedział: — Bliny takie rumianiutkie, jak nieboszczka. Takie piękne, jak ona. Akurat. — Tak — zgodzili się biesiadnicy — rzeczywiście, piękna była. Kobieta — pierwsza klasa. — Ta-ak… Wszyscy ją podziwiali… Ale kochałem ją nie za urodę i nie za łagodny charakter. Te cechy są w ogóle właściwe naturze kobiecej i spotykają się dość często na naszym padole. Kochałem ją za inną zaletę jej duszy. Mianowicie, kochałem nieboszczkę — świeć Panie nad jej duszą! — za to, że będąc z usposobienia żywa i lekkomyślna, była zawsze wierna swemu mężowi. Dochowywała mi wierności, chociaż miała zaledwie dwadzieścia lat, gdy tymczasem ja mam blisko sześćdziesiąt. Była wierna mnie, starcowi! Diakon, który z nami był na uczcie, wymownym mrukiem i kaszlem wyraził co do tego powątpiewanie. — Pan widocznie nie wierzy? — zwrócił się do niego wdowiec. — Nie powiem, że nie wierzę — odrzekł zakłopotany diakon — a tak, wie pan, młode żony obecnie już zanadto tego… owego… — rendez-vous, sauce provençale. — Pan wątpi, a ja panu dowiodę! Wzmacniałem jej wierność różnymi środkami, że tak powiem, strategicznej natury, w rodzaju fortyfikacji. Przy mojej taktyce i przebiegłości, nie mogła mnie w żaden sposób zdradzić. Uciekałem się do wybiegów, dla ochrony swego łoża małżeńskiego. Znam takie słowa, w rodzaju zaklęcia. Wyrzeknę te słowa i basta! — mogę spać spokojnie. — Jakież to słowa? — Bardzo proste. Rozpowszechniałem po mieście brzydką pogłoskę. Panowie znają doskonale tę pogłoskę. Mówiłem wszystkim: żona moja Alena żyje z policmajstrem Zalichwackim. Tych słów było dość! Nikt w świecie nie śmiał uwijać się koło żony z obawy przed policmajstrem. Gdy ją kto zobaczył z daleka, uciekał, co sił, żeby Zalchiwacki czego nie pomyślał. He-he-he… Niechby tylko spróbował zaczepić tego wąsatego draba — zaraz miałby z pięć protokołów z powodu stanu sanitarnego. — A więc żona pańska nie żyła z Zalichwackim?! — zdumieli się wszyscy. — Nie, to był mój wybieg… He-he-he! Zręcznie was oszukałem, młodzi. Co? Trzy minuty przeszły w milczeniu. Siedzieliśmy z zamkniętymi ustami, odczuwając wstyd i upokorzenie, że tak chytrze nas nabrał ten tłusty starzec z czerwonym nosem. — No, da Bóg, ożeni się pan powtórnie — mruknął diakon.
|
w-ciemnosci-schodzi-moja-dusza-ix-modlitwo-moja-cicha-i-bez-slow.txt
ADDED
|
@@ -0,0 +1 @@
|
|
|
|
|
|
|
| 1 |
+
Jan Kasprowicz W ciemności schodzi moja dusza IX Modlitwo moja, cicha i bez słów, Ku gwiazdom płyniesz z mej znękanej duszy! O swej tęsknicy złotym gwiazdom mów, Niech je twój smętek do żalu poruszy, Modlitwo moja, cicha i bez słów. Z głębin powstajesz, a ku wyżom mkniesz Na skrzydłach dziwnie tajemniczej mocy; Niema–ś, a jęczysz, jak zraniony zwierz, Rozbrzmiewa wokół wielki płacz sierocy, Gdy, wstawszy z głębin, ku wyżynom mkniesz. Łowisz po drodze głuche szumy drzew, Które wiatr bujnej pozbawił korony: Przygnębiający, pogrzebowy śpiew, Na strunach żałob jesiennych zrodzony, Łowisz po drodze z serca nagich drzew. Nad brzegi idziesz spochmurniałych wód, Na żółte łąki, na zwiędłe ścierniska, Mgłą się opijasz, przejmuje cię chłód, Co z ziół zeschniętych siwy szron wyciska Ponad wodami spochmurniałych wód. Odlatujący ścigasz ptactwa klucz, Śledzisz, czy bracia w drodze się nie znużą; Żałość wyziera z twych poblakłych ócz, Gdy spoczniesz w gnieździe, rozrzuconem burzą, W gnieździe, skąd ptactwa precz uleciał klucz. Porywasz szepty z spiekłych ludzkich warg, Wnikasz do wnętrza złamanego człeka, Niedomówionych lub przycichłych skarg Żywisz się strawą: radości daleka, Chłoniesz szept bólu z spiekłych ludzkich warg. Modlitwo moja, cicha–ś i bez słów, Choć jesteś sercem głośnych jęków świata, Który, ścigany przez złowróżbny huf Nędz nieodstępnych, ku gwiazdom ulata Z tobą, modlitwo cicha i bez słów. Na ziemię bożą wielki upadł cień, Widma rozpaczy po jej ścieżkach suną, Powietrze pełne ich wymownych drżeń, Że mrok się rozlał nad zagasłą łuną, Że na tę ziemię wielki upadł cień. W wiekowych bojach zwątlał zastęp dusz, Zgłuchły zwycięskich pochodów tętenty; Z dróg się podnosi suchy, biały kurz, Ale spod ciężkich stóp orkanu wszczęty, Co w boju wieków pobił zastęp dusz… Długie westchnienie krwawych, przeszłych lat, Zgasłych na polu przygasłej już chwały, Oto mój pacierz! Nie cząstka, lecz świat W jego cichości zamyka się cały Długim westchnieniem krwawych, przeszłych lat, Sil się, milcząca modlitwo, ach! sil, Abyś w sferycznej swej drodze nie padła, Straszną rozterką tych dzisiejszych chwil… O jak gorzkiego potrzeba ci jadła — Sil się, niesyta modlitwo, ach! sil!… Beznadziejnością nadchodzących dni Wzbieraj w ogromy skargi niebosięgłej, Niemej, a głośnej! Dusza o tym śni, By wzruszyć globów płomienistych węgły Beznadziejnością nadchodzących dni. Zginąć, nie patrzeć na ten wielki ból, Który rozsadzi ziemię na atomy, Nim szczęście zdąży wzrosnąć śród jej pól! O ciało słabe, o duchu znikomy: Zginąć, nie patrzeć na ten wielki ból! Modlitwo moja, cicha i bez słów! Ku gwiazdom płyniesz z mej znękanej duszy! O swej tęsknicy złotym gwiazdom mów, Niech je twój smętek do żalu poruszy, Modlitwo moja, cicha i bez słów…
|
w-ciemnosci-schodzi-moja-dusza-vii-zycia-ogromne-morze-grzmi-przede-mna.txt
ADDED
|
@@ -0,0 +1 @@
|
|
|
|
|
|
|
| 1 |
+
Jan Kasprowicz W ciemności schodzi moja dusza VII Życia ogromne morze grzmi przede mną, A ja na brzegu stoję zadumany, Lękam się nawet spojrzeć na bałwany, Oczy mam tylko w dal utkwione ciemną. Łódź na mnie czeka… Wrą żywiołów boje, Głosem trytonów wzywając w odmęty, A ja się wiosła nie imam: przeklęty, Samotny żeglarz, bez odwagi stoję. Pół sen, pół jawa — oto dzień żywota, Pędzon na żwirach pustego wybrzeża, O które fala daremnie uderza, Daremnie z hukiem srebrne piany miota. Pancerne statki wyruszyły w drogę: Warczą ich koła, z paszcz buchają dymy Płyną po głębiach jak ptaki–olbrzymy, Precz poza sobą zostawiwszy trwogę. A ja, w dal mając zatopione oczy, Na jawie przędę z mgieł obrazy senne, By okryć nimi to morze bezdenne, Co z takim szumem swoją wieczność toczy. Na karku tylko dreszcz mi usiadł blady I rwie mą przędzę bezlitosną dłonią: Chwila, a w chmurach pioruny zadzwonią, Mego wybrzeża wstrząsną się posady. Chwila, a orkan porwie swe obroże, Z nóg i z rąk swoich ciężkie pęta zrzuci I w zaślepieniu szaleństwa wywróci Z granic kotliny rozszalałe morze. Cały ten ogrom z łożyska wyważy: Ku niebu wzdmie się ta pierś Lewiatana, By, płomieniami błyskawicy zlana, Opadnąć z jękiem tonących żeglarzy… Topi się ołów przestworza! Z łoskotem, Z trzaskiem i sykiem już się woda pali! Błogosławiony, kto ginie w tej fali, W walk żywiołowych rozognieniu złotem. Błogosławiony, kto pochwycił wiosła I jak bohater puścił się w swej łodzi Na wichr, co nad nim dziką pieśń zawodzi, Na toń, co pod nim — w dziki szał urosła! Błogosławiony, kto z swej ludzkiej duszy Umie wykrzesać pokrewieństwo burzy, Swe błyskawice w głębinach zanurzy, Swoimi grzmoty przestworza poruszy! Zalewasz brzeg mój, rozhukany wirze?! Piekielna mściwość twe skrzydła rozpędza? Zalej go! zalej! wszak na nim śni nędza, Co swoje własne, gnuśne stopy liże!… Zalej go! zalej! z ciałem Prometeja W piarg się rozpadły zębate opoki! Wybrzeże piasek zasypał głęboki: By stężał w turnię, znikła już nadzieja! Zalej go! zalej! ten mój brzeg przeklęty, Bezpłodny, pusty i jak rozpacz nagi: Więzi mnie na nim trwożny brak odwagi, Gdy w krąg żeglarze spieszą na odmęty. O niema łódko, a przecież wymowę Strasznych demonów mająca!… O wiosło, Coś się ze ziemi, jak gigant, podniosło I idziesz na mnie, na senną mą głowę! Falo, wiodąca wciąż ze sobą wojnę! Śmiałe, po falach wciąż krążące statki! Żagle, rozwiane niby kwiecia płatki! Maszty, w tysiąc flag różnobarwnych strojne! Życia ty morze, tak grzmiące przede mną, Gdy ja, na brzegu stojąc zadumany, Lękam się nawet spojrzeć na bałwany I wzrok mam tylko w dal utkwiony ciemną! — Gdy ja, w dal mając zatopione oczy, Na jawie przędę z mgieł obrazy senne, By okryć nimi to morze bezdenne, Co z takim szumem swoją wieczność toczy.
|
w-ciemnosci-schodzi-moja-dusza-viii-byles-mi-dawniej-bozyszczem-o-tlumie.txt
ADDED
|
@@ -0,0 +1 @@
|
|
|
|
|
|
|
| 1 |
+
Jan Kasprowicz W ciemności schodzi moja dusza VIII Byłeś mi dawniej bożyszczem, o tłumie! Wiarę mą trawił twój żołądek wraży! Dziś moja miłość już zgiąć się nie umie Na stopniach twoich bezbożnych ołtarzy. Dziś z resztką siły poszedłem w bluźnierce, Ma dłoń słabnąca dziś twój bałwan kruszy, Krwawy Molochu, coś pożarł me serce, Jak wampir wyssał drogi szpik mej duszy! Królu w łachmanach, siedzący na tronie, Z którego zdarto bisior i złocenia! Ogniem zawiści twoje oko płonie, Chciwość twe usta w wstrętną paszczę zmienia. Wytrzeszczasz straszne bazyliszka oczy, Albo je chytrze przysłaniasz obłudą, Wabiąc zwierzynę, która we krwi broczy Pod twym pazurem, pod twą ręką chudą. Żer w twe koryto ciągłe znoszą wieki, Wnętrzności swoje rzucają–ć pod nogi, Ty, od nasyceń wieczyście daleki, Wściekłyś z pragnienia, — jak żbik, z głodu–ś srogi. Myśli, uczucia, prorocze ekstazy, Czystość poświęceń, rycerskie porywy, Modły zachwytne, dyscyplinne razy, Krwi stygmatycznej święty strumień żywy — Gwoździe, co sine przebijają ręce, Ciernie, co kłują blado–żółte skronie — Wszystko to ginie w twej potwornej szczęce, Wszystko to brzuch twój w swoich bezdniach chłonie. Przywlokłeś ku mnie swe nogi żebracze, Bose, zziębnięte w śnieżystej wichurze, I dusza moja już litością płacze, I już ci cały, jak pachołek, służę… Przyszedłeś ku mnie, ty płazie człowieczy, Z odgniotem jarzma na schylonym grzbiecie, I już ma dusza ciemiężcom złorzeczy, Już w twej obronie bicz rzemienny plecie… Przyszedłeś ku mnie, dzierżycielu pięści, I pokazując nabrzmiałe ramiona — „Glob się z tej mocy rozpadnie na części, Świat zła — krzyknąłeś — pod tym gromem skona!” Jak nie uwierzyć w żelazne ryskale, Co w pył wiekowe opoki rozkruszą?! I bałwochwalcze już kadzidła palę Tobie, o tłumie, żeś owładł mą duszą! Widzę: olbrzymie szeregi się zbiegły — Skórzane mają u pasa fartuchy… Tylcami młotów walą w świątyń cegły, Przestwór wypełnia huk i łoskot głuchy!… Widzę: centaury przebiegają ziemię, Miast łuków, dzierżą płomienne pochodnie! Kopyta w iskrach!… Gdzież ta siła drzemie, Co łun powstrzyma rozszalałą zbrodnię? Są w twojej piersi wulkaniczne ognie! Ale stracony, kto się od nich zajmie! Serce swe spali, duszę swoją pognie, Jak ćma, tak spłonie w twym służalczym najmie. To jest konieczność: padł, orząc twe łany, Ty go przygnieciesz swym cielskiem kosmatem, Brutalny zwierzu! Ty, bożku miedziany, Runiesz na niego całym swoim — światem… A sam na pulchnej od popiołów roli, Na którą padło to przekleństwo boże, Będziesz już brzuch swój wypasał do woli, Nienasycony, stugębny potworze! Ty wrogu ducha! stopami z ołowiu Zdeptałeś kwiaty, które dłoń posiała Bożego siewcy: na zwiędłem pustkowiu Straszny dla duchów stawiasz ogrom ciała! Gdzieś dawnych bożnic zburzył fundamenty, Tam nowy kościół dla ciebie powstanie, O nieskalany! o boski! o święty! O ty mocarzu! królu i kapłanie! Jest wielki ołtarz! cały złotem błyszczy! Na nim twe ścierwo rozpiera się tłuste, Między pierwszemi najpierwsze z bożyszczy, Na swych kolanach pieszczące Rozpustę! Długo tak będziesz cesarzył, o krwawy, Dziki Molochu, coś pożarł me serce? Aż śród piekielnej obedrą cię wrzawy Jadła i picia spragnieni odzierce. Żebrak cię zwali, zziębnięty i bosy, Ten, co swą nędzą aż do łez poruszy! Sługa jarzemny rozstrzygnie twe losy, Wampirze, ssący drogi szpik mej duszy! Dzierżyciel pięści w twoją pierś uderzy, Na karku twoim swą stopę położy, Zdrajco, coś ze mnie zdarł zbroję szermierzy, Więżąc mnie w swojej dławiącej obroży!…
|
w-ciemnosci-schodzi-moja-dusza-x-tesknie-ku-tobie-o-szumiacy-lesie.txt
ADDED
|
@@ -0,0 +1 @@
|
|
|
|
|
|
|
| 1 |
+
Jan Kasprowicz W ciemności schodzi moja dusza X 1. Tęsknię ku tobie, o szumiący lesie! Ku twoim pieśniom, które wiew wiosenny W bezmierny przestwór na swych puchach niesie, Ulata duch mój, sam w melodie plenny. Syt jestem ziemi, z tej kaźni codziennej Trosk jej i cierpień, o szumiący lesie, W akordy hymnów pierwotnych brzemienny, Jak więzień z kajdan, tak ma dusza rwie się. Jest zapomnienie w twej pieśni; jest lube, O rozśpiewany, o szumiący lesie, W fali twych tonów rozpłynięcie bytu; Jest w nich tajemne przeczucie, że zgubę Tego, co duszy wybawieniem zwie się, Chowają w sobie dziedziny błękitu… 2. Struny twej harfy, o szumiący lesie, Dech ów porusza, co był w onej porze, Gdy pod budowę wszechświata przyciesie Pramistrz w niezmiernym układał przestworze — Gdy kształty bytów święte Słowo boże Przybierać jęło. O szumiący lesie, Rozlewne dźwięków przedwiekowych morze! W on czas, gdy żywioł za żywiołem rwie się, Kiedy Tworzyciel blask swój i swe cienie I cichość swoją i swój rozgwar niesie W pustą bez słońca i bez nocy głuszę — To samo w on czas spłodziło nasienie, O rozśpiewany, o szumiący lesie, Dwie siostry bliźnie: twą i moją duszę. 3. Dlatego dzisiaj, o szumiący lesie! Ma dusza wnika w twą duszę, rozumie, Chociaż ludzkiego ciała ogniem zwie się, Choć ludzkim śpiewa językiem, w twym szumie Akord najcichszy… A gdy w drzew twych tłumie, O rozśpiewany, o szumiący lesie, Wichr się rozgości w swej szalonej dumie I burzycielskim swoim tchem rozniesie Twe liście świeże, przerywając ciszę Trzaskiem konarów, i ma dusza gnie się I swą koronę wraz z twymi kołysze I razem z tobą, o jęczący lesie, Jęczy i jęk swój razem z twoim splata W echo tych cierpień, co ranią pierś świata… 4. O rozśpiewany, o szumiący lesie! Wiem–ci ja dobrze, że ten wichr, choć zrywa Twe i me łono, choć ból z sobą niesie, Że snać go dusza nie wytrzyma żywa, Nie jak wróg na nas z dzikim świstem spływa, Ale najszczerszym przyjacielem zwie się, Bo najszumniejsze melodie dobywa Z mej i twej lutni, o rozgrany lesie! A jednak dzisiaj — niech wierzchołki twoje Ten tajemniczy, cichy wiew porusza W pieśń, co ma w sobie zapomnienia zdroje, Co rozpłynięciem jest bytu. Niech rwie się Świat ten! Spokoju spragniona ma dusza, O słodką ciszę szeleszczący lesie!
|
w-cieniu-wiazow.txt
ADDED
|
The diff for this file is too large to render.
See raw diff
|
|
|
w-cieniu-zakwitajacych-dziewczat-tom-drugi.txt
ADDED
|
The diff for this file is too large to render.
See raw diff
|
|
|
w-cieniu-zakwitajacych-dziewczat-tom-pierwszy.txt
ADDED
|
The diff for this file is too large to render.
See raw diff
|
|
|
w-cieniu-zakwitajacych-dziewczat-tom-trzeci.txt
ADDED
|
The diff for this file is too large to render.
See raw diff
|
|
|
w-grobie-etruskim.txt
ADDED
|
@@ -0,0 +1 @@
|
|
|
|
|
|
|
| 1 |
+
Eliza Orzeszkowa W grobie etruskim ISBN 978-83-288-2600-7 Tytus Kwincjusz Flaminus, trzyimienny patrycjusz rzymski, opuścił swoją wspaniałą willę i szedł ku miejscu, na którem wznosić dla niego rozpoczynano pałac przewspaniały. Willa była obszerną, lecz jego wielkości pomieścić w sobie nie mogła i była pełną bogactw, lecz nie mieściły się w niej wszystkie jego bogactwa. Skinął tedy, rozkazał, złotem zadzwonił i już ziemia otwierała się dla przyjęcia fundamentów budowy, która miała być świątynią, chwale jego poświęconą. Wcześnie Flaminus dosięgnął szczytu pomyślności ludzkiej. Dojrzałym był, lecz bynajmniej nie zestarzałym jeszcze, a z postawy rosłej i wykwintnej, z orlich rysów twarzy, z dumnego i surowego czoła wyczytać można było, że należał do rodu zdobywców. Głowę niósł wysoko, w oczach miał pogodę zadowolonego boga. Za senatorską szatą jego, zdobną w złote palmy i purpurowe szlaki, sunął w nieśmiałem oddaleniu liczny, strojny orszak sług i kljentów. Niedaleka przechadzka przybierać musiała pozór pochodu triumfalnego, gdyż on to był Tytus Kwincjusz Flaminus, który się przechadzał… Sprawiłyż to wpływy cudnej pogody letniej, czy nowych zaszczytów z Rzymu wczoraj otrzymanych, czy rozpoczęcia się robót około wznoszenia pałacu upragnionego, lecz nigdy tyle, ile dnia tego, Flaminus nie czuł się dumnym i szczęśliwym. Od mózgu do palców stóp napełniały go, przenikały, upajały uczucia dumy i szczęścia. Świetny orszak ze szmerem cichej rozmowy zdala za nim postępował, on zaś drogą, przedziwnie przez kunszt rzymski porfirowemi taflami wyłożoną, wśród mirtów i bukszpanów krocząc, z orlim profilem, wzniesionym tak wysoko, jakby dumnem czołem samego nieba dosięgnąć zamierzał — wspominał i myślał. O możnych i sławnych przodkach swych wspominał i cieszył się, że możnymi i sławnymi byli, lecz więcej jeszcze tem, że sam ich w możności i sławie przewyższył. Uczuwał dwie naraz pychy, które mu dwa razy większą rozkosz sprawiały, niżby to jedna uczynić mogła. Przeżuwał ucztę, której smak nawskróś przejmował mu duszę. Myślał o wielkich, o nieporównanych czynach, których dokonał. Sztuką wojenną, w której był mistrzem, zburzył jedno z państw ościennych, a drugie tak obietnicami, groźbami, intrygą genjalną obmotał, że samo rzuciło się w objęcia Rzymu. Poczem, prokonsulem tu i prokonsulem tam przez wdzięczny Rzym mianowany, deptał po ludach podbitych, gdy podnosiły głowy, a gdy pochylały, sączył w nie jad trucizny rozmaitej, aby posnęły i pomarły. Legjony rzymskie, wojennym jego genjuszem kierowane, jak szkło kruche rozbijały wszystko, co, broniąc życia swego, opór mu stawiało, a kędy zaszła potrzeba szczędzenia dzielności legjonów, tam je zastępowały przebiegłe słowa jego i chytre postępki. On to sprawił i mała podobnych jemu liczba, że blask i wolność ludów ziemi już do przeszłości minionej, a teraźniejszość i przyszłość potężna tylko do Rzymu należą. I sam już nie wie, na których z chwil minionych dłużej pamięć ma zatrzymać: na tych, które spędził nad polami bitew, zalanemi krwią i zasłanemi trupami przeciwników zwyciężonych, czy na tych, gdy przebiegłością jego zwiedzione, ludy mądre i wykwintne, — ba! od ojczyzny jego mędrsze, wykwintniejsze, — wieńce triumfalne pod stopy mu rzucały i z hymnem chwalby na cześć jego wznoszonym — szły do mogiły. Pamięć jego waha się także pomiędzy temi dziesiątkami tysięcy funtów złota, któremi, z wypraw wojennych wracając, wzbogacał skarb publiczny Rzymu, a tem mnóstwem metalu drogocennego i drogocenniejszych nadeń arcydzieł sztuki, w które się sam wśród wypraw tych wzbogacił i które teraz od szczytu do dołu napełnić miały jego pałac. Staną w tym pałacu ściany *atrjów* i tryklinjów, rozbiegną się dokoła niego perystyle i ogrody, zabrzmią w nim uczty i muzyki takie, że w sto trąb Fama rozegrzmi po świecie: Flaminus wielki! Flaminus potężny! Flaminus niezrównany, niedościgły, boski! Wzrok upojony, którym dotąd bujał pod błękitami nieba, spuścił ku ziemi i szeroko po niej spojrzeniem zatoczył. Niedaleko przed nim czerniała gromada ludzi, która ze stukami rydlów i młotów, z grzmotem zwalanych kamieni, pod świątynię jego wielkości przygotowywała grunt i fundament. Dalej nieco ujrzał tych, którzy około winnic jego pracowali, albo, wspierając się na pasterskich kijach, z wiernymi psami przy bosych nogach, ku pastwiskom pędzili jego trzody. Dalej jeszcze, po szerokich jego niwach, jak biedne, zgarbione cienie posuwali się oracze, a najdalej, tam, skąd dochodził szum wód, roztrącanych przez wiosła, powietrzem płynęły, do ptaków wędrownych podobne, liczne żagle jego okrętów. Flaminus patrzał, dziwił się, zapytywał siebie samego i bogów: „czyliż ci, którzy orzą i którzy ziemię kopią, wiosłami fale morskie roztrącają i, po kamienistych drogach bosemi nogami krocząc, na pastwiska trzody pędzą, ludźmi są, skoro on jest człowiekiem”. Albo: czyliż on jest człowiekiem, skoro tamci są ludźmi? Nie: taka nierówność postaci, rozumu, losu, nie może istnieć wśród istot jednego rodu! Bogowie żartowali sobie, jedno imię nadając takim jak on i takim jak oni… Wolno żartować bogom, ale i jemu z ich żartów śmiać się. Cha, cha, cha! Gdybyż choć jedno podobieństwo, choć jedna wspólność pomiędzy nim a nimi! Budowa i członki ciała? Cóż to znaczy? On do Febusa i Merkurego Loquensa, oni do wychudzonych cyklopów podobni. Konieczność umierania? On, choć umrze, nie umrze. Czyny jego mieć będą sławę wiekopomną, a imię, w pamięci uwielbiających je pokoleń, otrzyma trwanie nieśmiertelne. Nie — mniemać i wierzyć niepodobna mu inaczej, jak tylko, że na ziemi, zarówno jak w niebie, istnieje ród bogów i że on tego rodu jest synem. Tak myślał, roił, cieszył się, samego siebie do rzędu bóstw podnosił Tytus Kwincjusz Flaminus, wielki, sławny, przebogaty, po wielekroć konsularny patrycjusz i dostojnik przepotężnego Rzymu. Wtem, z ciemnej gromady ludzi, do której się zbliżał, wybiegł dozorca robót i, na spotkanie pana pośpieszywszy, jął z niskim ukłonem rzecz dość ciekawą opowiadać. Opowiadał, że rydle kopaczy uderzyły niedawno o jakąś powierzchnię twardą, ale kruchą, która też skruszyła się pod ich ciosami i ukazała wejście do podziemia, wrotami z twardego metalu zamknięte. Czem podziemie to być może? Nikt nie wie, bo nikt do wnętrza jego wstąpić nie śmie. Może ta czeluść, nagle pod stopami ludzkiemi rozwarta, jest wejściem do przybytku Snu, albo Nocy? Może tam na śmiertelnych czyhają genjusze podziemne, aby ich zawlec do królestwa wiekuistego smutku? Z drwiącym uśmiechem gminnych przypuszczeń tych wysłuchał Flaminus i, do orszaku swego obrócony, zawołał: — Pochodni! Potem dodał: — Skrybi i greccy lektorowie moi — do mnie! A gdy przywołani zbliżyli się, z oczyma błyszczącemi mówił: — Płonę od ciekawości zbadania tej czeluści podziemnej. Może mi ona skarby czy piękności jeszcze nieznane ukaże. — Słusznem jest, najjaśniejszy, — jeden ze skrybów zauważył, — aby ziemia dla największego z synów swych tajemnic nie miała. Uczony Grek zaś dodał: — Jedni tylko Grecy dotąd niebu i ziemi tajemnice ich wydzierali. Słusznie, o Flaminie, ulubieńcem ojczyzny mojej zostałeś, boś mądry, ciekawy i śmiały. Nieśmiałości Flaminus nie znał i od ciekawości płonęło mu oblicze, gdy pod uderzeniami młotów pękły drzwi cudnie z metalu wykute, a on z pochodnią w ręku przestąpił próg podziemia. Jednak, zaledwie go przestąpił, zadrżał, zbladł, pochodnia wypadła mu z ręki. — Co to? — Zawołał — Widzieliście? Co to było? Widziadło piekielne, szybko jak błyskawica zgasłe? czy zmysłów omam, przez rozgniewane genjusze rzucony? Widzieliście? Co to było? Mówcie! Widzieli wszyscy, lecz nikt nic nie mówił, bo nikt nie wiedział, czem mogło być to, co jak błyskawica pole widzenia ich przerznęło i — znikło. Stali bladzi i drżący, z nogami, zrywającemi się do ucieczki, lecz nie śmiącemi uciekać, skoro nie uciekał Pan. Blask kilku pochodni oświetlił był komnatę niedużą, kunsztownie sklepioną, wspaniałych ozdób pełną i w jej środku, na wysokim sarkofagu rozciągniętą postać męża, doskonale wypukłą i wyraźną, wspaniałą, w bogate szaty obleczoną, z profilem orlim, brodą długą i złotym ogromnym wieńcem na czarnych falach włosów. Przysiądzby można, że piękny i silny mąż ten, w pełni zdrowia na tem wysokiem łożu wczoraj zaledwie do snu się położył i że jest jednym z tych, za którymi kornie i karnie płyną łańcuchy ludzi nieścignione. Lecz zaledwie na tę uśpioną, wielką postać upadł blask pochodni i ogarnął ją dech wstępującego tu razem z tym blaskiem powietrza, gdy nagle, w jednym mgnieniu błyskawicznem zniknęła i u szczytu sarkofagu leżała już tylko rozsypana garść szarego prochu. Tylko ogromny złoty wieniec znaczył miejsce, na którem przed mgnieniem oka, w falach długich włosów leżała głowa z profilem dumnego zdobywcy. Przez krótką tylko chwilę Flaminus mógł doświadczać trwogi i wahania. Wnet na lektorów i skrybów skinął, aby szli za nim i sam ku sarkofagowi postąpił. — Dlaczego, — mówił, — mąż ten silny i piękny tak szybko z przed oczu nam zniknął, nie wiem, i wolę Bogów lub tajemnicze działanie natury w tem upatruję. Lecz to mgnienie oka, przez które go ujrzałem, wystarczyło, aby cześć moją dla niego obudzić i płonę żądzą dowiedzenia się, kim był, co uczynił i jak brzmiało imię jego. Na ogromnym wieńcu złotym, w którym róże i laury wdzięczne mieszały się z postaciami genjuszów zwycięstwa i sławy, szukał wyrytych zgłosek imienia. Był to wieniec triumfalny, widział to dobrze, a na wieńcach takich musi znajdować się imię triumfatora. Znajduje się też wyryte u stóp genjusza sławy, spostrzega je Flaminus, wzrok wytęża, wyczytać usiłuje, aż po chwili ku orszakowi swemu obrócony, z wahaniem mówi: — Pismo-nieznane! Kilka twarzy zamyślonych pochyla się nad napisem, kilka par oczu w nim się zatapia i po upływie długich minut usta ze zmieszaniem szepcą: — Pismo i język — nieznane! Z twarzą rozgorzałą Flaminus pilnie powierzchnię sarkofagu dokoła ogląda. — Jest i tu napis! — wola. — Pochodnie przybliżyć! Światła! Światła! Wysokie łoże śmiertelne staje w pożarze blasków, a pałające oczy skrybów, lektorów i ich pana toną w wijących się pośród rzeźb napisach, aż z piersi wszystkich szept wychodzi ciężki, jak westchnienie. — Pismo i język — nieznane! Flaminus porwał się, burza uczuć rumieńce do czoła mu rzuciła. — Imię męża tego! dziesięć tysięcy sestercji i łaska moja temu, kto imię to wyczyta! Teraz blaski pochodni oblały ściany komnaty i ukazały na nich rzeczy przedziwne, wymowne. Były to malowania, z których wyczytać można było jak żył, co posiadał, co miłował, czego używał ten, który teraz na szczycie sarkofagu garścią rozsypanego prochu leżał. Więc w miejscu jednem sztukmistrz przedstawił ptaki drogocenne i z wybornego smaku swego słynne, ryby z oddalonych rzek i mórz pochodzące, kosze owocami rzadkiemi, dzbany płynami rubinowemi, wazy kwiatami cudnemi napełnione. Gdzieindziej grajkowie kołom gibkich tancerek przygrywali, bogate wozy ścigały się na arenach, w niecierpliwem oczekiwaniu stały świecące od ozdób rumaki, przeciągały pochody wojenne i triumfalne, kwitły sady, złociły się pola i winnice, wypływały okręty na szerokie morza. Lecz niedość na tem. Oprócz malowideł znajdowało się w tym przybytku głuchej śmierci mnóstwo wszędzie napisów i mnóstwo przedmiotów zadziwiających, świetnych. U stóp ścian, w niszach, na piedestałach jakieś zbroje pradawne, z kształtami nikomu z żyjących nieznanemi, jakieś czary i misy kunsztem rzeźbiarskim do wysokości dzieł sztuki dźwignięte, sprzęty, na których szyldkret, złoto i kość słoniowa mieszały się z marmurem i różanem drzewem, klejnoty rzadkie, wieńce, nadewszystko wieńce, mnóstwo wieńców takich, jakiemi ludzkość zachwycona i wdzięczna zdobi czoła swoich triumfatorów, wybrańców. Wszystko to przedstawiało zapewne drobną tylko część bogactwa, potęgi, szczęśliwości tego, który teraz na szczycie sarkofagu rozsypaną garścią prochu leżał. Flaminus patrzał, zdumiewał się, uwielbiał, aż przemówił. — Bogatym i sławnym był. Jakiemi czynami zdobył bogactwo i sławę? Pragnę dzieje czynów jego poznać i jego imienia brzmieniem usta swoje rozradować. Pięćdziesiąt tysięcy sestercji temu, kto dzieje te i to imię w napisach tych wyczyta! W wyczytywaniu wszystkich pism świata biegłymi byli skrybi rzymscy, a jakiejże wiedzy nie posiadali, z pośród najbardziej uczonych wybrani, lektorzy greccy? Jednak po długich minutach wszyscy z trwogą przed gniewem pana wyrzekli: — Niepodobna… Pismo i język — nieznane! Najpoważniejszy zaś i najśmielszy z pośród Greków mówić zaczął. — Ziemia, na której, o najdostojniejszy! pałac swój wznieść zamierzyłeś, była ziemią narodu Etrusków, którzy dopóty nad nią panowali, dopóki nie podobało się bogom stworzyć prawych panów świata — Rzymian. Domyślam się tedy, żeśmy wstąpili do jednego z grobów Etruskich, w których naród ten miał zwyczaj otaczać swych zmarłych wyobrażeniami tego, z czego chwałę, szczęśliwość i osnowę życia swojego czerpali. Czy jednak mąż ten, który na mgnienie oka objawił się przed nami w całej swej sile, piękności i chwale, do tego narodu należał? Trudno zapewnić, bo na tej ziemi, tak jak na wszelkiej innej, wiele z kolei narodów żyło, kwitnęło, przemijało i znikało. Po najdawniej znanych tu Pelazgach nastąpili Kazenowie z Kecji, których wyrugowali Samnici, z kolei przez Gallów zgnębieni, a potem w związek obronny złączeni z Etruskami, których z powierzchni ziemskiej starli Rzymianie; każdy zaś z ludów, którem wymienił, przemijając, język swój z sobą unosił w krainę minionej i zapomnianej przeszłości. Nietylko więc imię i czyny męża tu pogrzebanego są dla nas nieprzeniknioną tajemnicą osłonięte, ale nawet oznajmić ci nie możemy z jakiego pochodził on rodu. Czy Pelazgiem był, Samnitą, Gallem, lub Etruskiem, a może z innem jeszcze plemieniem, zwycięskiem a nam nieznanem, tu przybył, nikt ze śmiertelnych, ani ty, Flamininie, z pomiędzy nich najpotężniejszy, dowiedzieć się dziś nie może. Rzekł słowa te Grek poważny; milczenie wnętrze komnaty grobowej zaległo i wszystkim się zdało, że płyną po niej dźwięki żałosne, jakoby ciche żegnanie tych, co odchodzą na wieki. Po chwili Grek jeszcze przemówił. — Wszystko na ziemi o Clarissime! jest jako piasek toczący się z góry, którego jeden tuman, gdy przeleci, zastępuje go drugi, i tak lecą po przestworzach czasu tumany rzeczy ziemskich w niesko��czoność, w uciszenie wiekuiste, w zapomnienie, w grób tak ogromny, że niczem są wobec niego ogromy oceanów, a któremu to grobowi na imię: przeszłość. Na dno tego grobu, razem z imieniem swem, mową swą i rozgłosem swych czynów zapadł mąż, który w krótkiej chwili przebywania przed obliczem słońca — tobie samemu — Clarissime, w sile i chwale zapewne dorównywał. Tak jest. Takie prawo ustanowili bogowie dla potężnego dębu i dla lichej trawy, dla orła i dla robaka, dla królów świata i dla pasterzy trzód… Umilkł Grek, a Flaminus z głową spuszczoną i wzrokiem wbitym w ziemię słuchał jeszcze. Słuchał ech, któremi, mowa Greka odbijała się po różnych stronach jego własnego wnętrza. Potem, jak człowiek, który szereg tajemnych myśli głośno kończy, rzekł: — A imię jego: Nikt! Skraj togi na twarz zarzucił i krokiem gwałtownym komnatę grobową opuścił. Nikt z obecnych iść za nim nie śmiał i wszyscy z podziwem patrzali, jak zwalniając, to przyśpieszając kroku, szedł w złote pole, ku morzu, do takiego człowieka podobny, który sam nie wie, dokąd i po co idzie. Szedł i co moment stawał, bo zdawało mu się, że ziemia w żywioł płynny przemieniona pod stopami jego i naokół fale toczy nieustanne, nieustanne, nieustannie jedne po drugich następujące, umykające, przepadające w oddaleniach nieścignionych. A gdy tak pod stopami jego i naokół działo się z ziemią, powietrzem, tumany piasku leciały, jeden za drugim, nieskończenie po sobie następując, przelatując, oddalając się, znikając w przestworzach, granic i końca nie mających… W takiej fali on był kroplą, w takim tumanie on był ziarnkiem piasku… A przed godziną mniemał… Tamten również w krótkiej porze przebywania przed obliczem słońca, mniemać zapewne musiał… W błędzie byli, on i tamten… Nie mógł Flaminus znieść myśli o tem, że w mniemaniu swem pobłądził, a przytem fale nieustannie pod stopami mu płynące, krokami jego chwiały i nad głową przelatujące tumany gryzącym pyłem zasypywały oczy, podniebienie, gardło. Głowę ukrył całą w kraju senatorskiej szaty i od złotych palm, które ją usiewały, błyszczący, runął w cieniu winnicy, na ziemię. — Bogowie! — wzdychał, otom jest dąb potężny, który zmalał do wzrostu lichej trawy, orzeł, który zwinął się w kształt robaka, król świata, zrównan z pasterzem trzód swoich… Kędyż na ziemi wielkość? Prawdę powiedział prostak, z którego słów drwił Flaminus. W etruskim grobie mieszkały podziemne genjusze i wstępującym do niego śmiertelnikom ukazywały dwie nagie postacie, z których jedna mówiła: przeminiesz! a druga: największym z ludzi będąc, małyś jest i wielkim siebie mniemając — szalonyś!
|
w-jesienna-noc.txt
ADDED
|
@@ -0,0 +1 @@
|
|
|
|
|
|
|
| 1 |
+
Władysław Stanisław Reymont W jesienną noc ISBN 978-83-288-2734-9 Drogą rozmiękłą, podobną do błotnistej, grząskiej rzeki, płynącej wśród pustych, czarnych pól, szedł pijany chłop. Wieczór już był zapadł; zimny, rozdeszczony, brudny wieczór listopadowy. Oślepły świat płakał nieustannym, przenikliwym deszczem, obdarte pola szkliły się nabrzmiałe wilgocią, rowy i bruzdy pełne były wody, a bezlistne drzewa pochylały się nad drogą bezwładnie i drżały z zimna i wilgoci. Martwa cisza leżała na rozmiękłych polach. Chłop szedł prędko, zataczał się potężnie, potykał, klął, ale szedł; naraz przystanął i pijanym, ochrypłym głosem zaśpiewał: Oj! dyna, moja dyna, Oj! cały świat rodzina; A jak cię śmierć ułapi… Oj! poratunku nie ma! Oj! Ale śpiew nie rozległ się echem, rozmiękł w wilgotnym powietrzu i przepadł w ciemnościach; usłyszał go jednak jakiś cień ludzki, co się wlókł o kilkadziesiąt kroków za nim, bo przystanął na mgnienie i trwożnie zsunął się na bok, w cień jeszcze głębszy drzew przydrożnych. Chłop szedł znowu śpiesznie, ale o jakiś kamień czy korzeń drzewa potknął się i runął jak kloc w błoto. Długo nic nie było słychać prócz monotonnego, nieustannego plusku deszczu i drżącego, nerwowego szmeru drzew. Aż ów cień przysunął się bliżej i pochylił nad pijakiem. — Gospodarzu! Gospodarzu! — zaszemrał cichy głos. Chłop ocknął się; próbował powstać, ale bezwładne nogi i ręce ślizgały mu się po błocie, nie mogąc znaleźć punktu oparcia, a że był nieprzytomny, nie myślał już i o powstaniu, tylko układał się jak najwygodniej i mruczał przez sen. — Miękko ci tu jest, ciepło ci tu jest, leż se, gospodarzu, leż… — A wstańcie no, toć was tutaj woda zaleje… — Psiachmać, kiej cię gdryknę kijaszkiem, to obaczysz!… — krzyknął srogo. — Gospodarzu! — Nie budź, kobieto, mówię ci po dobremu! — Spiliście się i jak ten wieprzak leżycie w błocie!… — Pijanym! A mówiłem ci, Żydzie, daj okowitki, nie śprytu, a mówiłem; obedrę ci, jucho, pejsy, obaczysz… Cicho bądź, kobieto… kiej gospodarz leży, to mu tak trzeba i tyla, a tobie do tego nic, boś ino kobieta… cicho, kobieto… Leż se, gospodarzu… parobki za cię zrobią… bydlątka za cię zrobią… leż se, gospodarzu… odpoczywaj… Ale kobieta nie dała mu odpoczywać w błocie, dotąd nim trzęsła, dotąd go podnosiła, aż oprzytomniał nieco i przy jej pomocy powstał. — Marcycha! — szepnął, zajrzawszy jej w twarz — Marcycha! — powtórzył już bezwiednie, nacisnął czapkę na czoło i zataczając się potężnie, ruszył żwawo naprzód, jakby uciekał, i wkrótce nawet odgłos jego kroków rozwiał się w plusku deszczu. Marcycha pozostała daleko za nim, szła wolno, bo drewniane trepy ślizgały się po błocie i nabierały ciągle wody, że co trochę musiała ją wylewać; szła ciężko, bo jej przemoczone szmaty utrudniały chód. Przyciskała do piersi zawinięte w chustkę dziecko, które popłakiwało z cicha, i zapatrzona w noc coraz to głębszą, wlokła się na pół zmartwiała i nieprzytomna. — Jezu! mój Jezu miłosierny — wyrwało się jej z piersi i gryząca, straszna żałość wycisnęła z jej oczów strumień gorzkich łez. Wypłakała już ona tych łez, wypłakała. Wypłakiwała na ludzi, na świat, na dolę swoją nieszczęsną, na sieroctwo swoje. Sierota była bezdomna, sierota; szła w świat, jak te bure chmury, co się ciężko wlokły po niebie, jak ten wilgotny wiatr, co się podnosił z pól i przewiewał bez śladu, jak ta straszna noc listopadowa… Ani zmiłowania znikąd, ani poratunku od kogo, ani pożalenia… Wygnała ją dola i rzuciła na zatracenie, a ona za całą obronę łzy miała tylko i ból, i jęk, tak właśnie, jak kiedy psiaka ślepego oderwą od suki i porzucą w dół, a on od śmierci broni się żałosnym skomleniem. — O Jezu! Jezu! — jęczała chwilami. Ta noc zaczęła ją przejmować trwogą, na próżno upatrywała świateł jakich — nic nigdzie, ciemność niezgłębiona, wsie jakby wymarły, takie ciemne i ciche, nawet psy nie szczekały nigdzie, żaden wóz nie zaturkotał, żaden głos ludzki się nie rozległ — grobowa cisza, pełna monotonnego szmeru deszczu. Dziecko zaczęło chlipać żałośnie. — Cicho, robaku… cicho… — przysiadła pod drzewem, wsadziła dziecku w usta chudą i pustą pierś i zasłuchała się w jakiś daleki, ledwie dosłyszalny szum, jakby wody spadającej. — Młyn! juści, że to młyn! — szepnęła, nasłuchując jeszcze. Jakaś nadzieja poderwała ją z miejsca, bo się podniosła i szła raźniej, zaczęła dygotać w oczekiwaniu i niepewności. — Pietruś! Pietruś! — poruszyła ustami. — Nie wypędzi mnie przecie, nie, jakżeby! — myślała i z czułością nagłą przycisnęła dziecko jeszcze silniej do piersi. — Pietruchna! I z wolna jej zdziczałą od cierpień duszę ogarnęło głębokie rozczulenie; wstawały w niej wiosenne przypomnienia, wyłaniały się zza łez niedoli jasne obrazy przeszłości, a w każdym główną osobą był on, Pietruchna!… Dziecko przeziębnięte i głodne zaczęło znowu płakać. — Cicho! ty… — zawarczała, podnosząc rękę do uderzenia. — Jakżeby? Przecież to jego — myślała z niepokojem i zaczęła namiętnie całować mokrą twarz dziecka. Szum był wyraźny, bo już z niego wyłaniał się głuchy turkot koła młyńskiego. Deszcz wolniał nieco, wiatr się poruszał górą w gałęziach topoli, co jak szkielety stały z obu stron drogi, chwiały się ciężko i szemrały groźnie, a z lasu, co stał czarną, ponurą ścianą, zaraz za drogą, rozlegał się smutny, cichy głos, jakby jęk drzew w ciemnościach, jakby płacz dławiony przez noc i przez deszcz. Ogromne chmury, skłębione i pomieszane, zaczęły szybko lecieć po niskim niebie. Strach jakiś przeleciał nad ziemią, strach mocny i zły, aż się zatrzęsła z przerażenia dusza Marcychy. Obrzuciła nieśmiałym spojrzeniem dokoła, nasunęła chustkę głębiej na czoło i z całych sił biegła ku tym coraz bliższym turkotom młyna. A wiatr się wzmagał, gonił ją, to uderzał w plecy, aż się pochylała ku ziemi, to zabiegał drogę i rzucał w twarz wodę z kałuż, to strząsał na nią drobne gałązki, to tak świstał przeraźliwie koło uszów, że przystanęła na chwilę, aby złapać nieco tchu. Ale biegła dalej, bo się bała strasznie, bo te rzędy topoli tak się kołysały nad jej głową, tak coś szemrały do niej, tak czuła nad sobą ich pnie potężne, ich gałęzie strzępiaste, nagie, podobne do szponów, które wyciągały się do niej, chwytały ją za ramiona, zdzierały jej chustkę z głowy, kaleczyły twarz — że leciała w przerażeniu. Uspokoiła się dopiero na grobli prowadzącej do młyna. Młyn stał tak nisko, że jego dachy były na poziomie grobli i stawów połyskujących ponuro w ciemnościach, gąszcz czarnych olch otaczał go dokoła; gąszcz nieprzebyty, w którym huczała i bełkotała woda spadająca z kół. Ogromny, czarny budynek trząsł się cały i turkotał. Zsunęła się ostrożnie z grobli po spadzistej drodze i weszła do młynicy. Przypadła zaraz za progiem na jakiś worek z mąką, by wytchnąć nieco. Olbrzymia młynica była pogrążona w tumanie bielma — oślepła… Wiszący u sufitu kaganek rozkrążał nieco czerwonawego światła, w którym słabo się rysowały rzędy garnków i kontury maszyn. Wszystko się trzęsło, dygotało, poruszało, owiane mączną kurzawą, goniło i pracowało; trzęsła się podłoga oślizgła, trzęsły się białe ściany; trząsł się pułap, od którego zwieszały się omączone nici pajęczyn, trzęsły się długie, białe skrzynie — a poza nimi, w głębi szarej, poruszały się automatycznie olbrzymie, czarne koła, przez które z krzykiem przepływał gruby, zielonawy strumień wody i rozwichrzoną, spienioną głową spadał na dół, na ostre pale, aż fundamenta dygotały i ziemia jęczała. Nic słychać nie było prócz hałaśliwej pracy kamieni młyńskich; czasem tylko z pierwszego piętra rozlegał się przeraźliwy, ostry dźwięk dzwonka, na którego głos wybiegano śpiesznie z izdebki młynarczyka, która stała w jednym kącie młynicy. Marcycha przysunęła się do niej, usiadła za młynkiem do czyszczenia zboża i czekała cierpliwie. Bała się wejść do środka, chociaż wyraźnie słyszała głos Pietrusia i głosy jakichś ludzi. Opuściła ją odwaga, przywarła do cienkiej ściany i słuchała; co chwila ktoś wybiegał z izdebki, a za nim fala śmiechów, światła i ciepła biła na młynicę. W izdebce małej i niskiej gorąco było jak w piecu; na dużym kominie tlił się torf niebieskim płomieniem. Gromada chłopów siedziała dokoła ognia. Zapach machorki, torfu i ryb przypiekanych na węglach napełniał izbę. Pietruś leżał na łóżku na stosie kożuchów i kpił z pijanego chłopa, który na środku izby kołysał się sennie. — Idźcie do domu, Mateuszu, bo was baba spierze jak nic… — Spierze, mnie spierze? gospodarza? Nie… Pod pierzynę puści, wódki z tłustością da albo i czego lepszego… — Do chliwa to was puści, kiejżeście się tak spili! — Pijanym to! A mówiłem Żydowi — daj okowitki — i dała jucha śprytu… zedrę za łeb, że niech ręka boska broni… zedrę… Gospodarz kazał postawić okowitki — to słuchać, a nie, to za te pejsy żółte i do wody. — Michał! z kosza schodzi — zawołał młynarczyk, usłyszawszy dzwonek. Młody chłopak podniósł się od ognia i wybiegł, pozostawiwszy drzwi otworem. Marcycha wsunęła się nimi i stanęła u progu. — Niech będzie pochwalony… — szepnęła cicho. Młynarczyk zerwał się z łóżka i krzyknął wściekły: — Czego? Poszła won, ty… suko! Dziewczyna zachwiała się, obrzuciła nieprzytomnym spojrzeniem chłopów, rzuciła dziecko na łóżko młynarczyka i uciekła. — Podarunek dla was, Pietrze — szepnął złośliwie któryś. — Ładne skrzypki! — dorzucił drugi, bo dziecko płakać zaczęło. — Kto na zwiesne za czym bryka, od tego zimą umyka… — Weź no który robaka, bo się tam zadusi… — A juści, ssać mu dacie abo co! Ale któryś wziął i przysunął do ognia, oglądali je wszyscy. — Ze dwa miesiące ma robak, więcej nie… — Podobne do was, Pietrze, rychtyk nos kiej kartofel… — Cię… pomocnika se zrobicie z niego i tyla… — Abo do służby oddacie, zawsze grosz jaki kapnie… — Od każdego worka weźmiecie, Pietrze, z kwartę mąki więcej i chłopak się wyżywi, że cielakowi nie potrza lepiej. — Tęgo beczy, organistę możecie z niego zrobić, Pietrze, to i honor, i grosz niezły za wypominki albo i pochowki. — Jedliście, Pietrze, miód, spróbujcie teraz wosczyn… — A i matka galanta, co to… trepy prawie nowe, ze sześć czeskich wartują, kiecka, że i za półtora złotego nie kupisz, a gębę… to i w szaflik zmieścić… frontowa kobita… — A umyć ino, a wyczesać, to w sam raz byłaby do palenia w piecach u Żydów. Drwili z niego niemiłosiernie, a on siedział na łóżku i nie wiedział, co począć, dławiła go wściekłość, dławił go wstyd, a nie mógł się ruszyć, bo oczy jego przykuwała biała twarz dziecka, które chłopi rozpowili i położyli na trzonie komina, i ogrzewali, aż para buchała ze zmoczonych szmatek. Naraz skoczył na równe nogi i pobiegł do młynicy. Wkrótce też rozległy się krzyki dzikie i uderzenia. — O kochaniu se gadają — zauważył chłop któryś. — Któż to? — A Marcycha Jantkowa z Woli. Wygnały ją ze służby, wygnały ją z domu… gdzie miała iść? — Ho! Ho! Pietrek, to kat na dziewuchy… — I… kat… jużci, ale i hycel on też jest, i łajdak ostatni… — Cichojcie no — zawołał któryś. — Pietruś! Pietruś! Adyć mnie nie bij! — błagała Marcycha, tarzając mu się u nóg. — Adyć to twoje… wygnały mnie ze służby… wygnały mnie z chałupy… gdzież pójdę sierota… gdzie? Pietruchna! O Jezus miłosierny, o Jezus! ludzie, ratujta, ludzie… Jezus Maria! — ryczała strasznym głosem, bo kopnął ją w piersi, że padła na podłogę ciężko, jakby kto worek mąki rzucił. Wnet przycichło wszystko, słychać było otwieranie drzwi na dwór, szamotanie się jakieś i potem już nic prócz turkotów młyńskich. — Zabije ją jeszcze… — Nic jej nie będzie, dzieciaka się pozbyła i tyla! — Suka, ostawiła dziecko i poszła… A że płakało coraz mocniej, któryś z chłopów znalazł kawałek cukru na stole młynarczyka, owinął go w szmatkę, zgniótł obcasem, umaczał w wodzie i wsadził dziecku w usta; ssało chciwie. A Mateusz, który drzemał na łóżku, ocknął się i rzekł: — Dzieciaka wezmę. Sierota ono, sierota! — A weźcie, nie macie przecież swoich, że baba was spierze za to, to spierze… — Spierze?… Nie spierze. Pojazgocze, pohandryczy… dobra kobieta… chodź, sieroto… do gospodarza pójdziesz… chodź, sieroto… — i z nagłym postanowieniem pijaka powstał, obciągnął obłocony kożuch, nacisnął mokrą baranicę na głowę i pochylił się nad dzieckiem. — Chodź, robaku, chodź… Matki nie masz, ojca nie masz, to już ja ci zrobię gospodarskie opiekuństwo. Chłopak, co? — Jużci, że chłopak… — Do pasionki się przyda… parobka se będziesz miał, gospodarzu… — Ino mu pierwej mamkę sprowadź albo krowę od cielęcia odstaw, żeby go podkarmiła. Nie słuchał pokpiwań, okręcił dziecko w przeschnięte szmaty, owinął w połę kożucha i mocnym, dosyć równym krokiem ruszył z izdebki, i tylko trochę szukał wyjścia, ale na powietrzu od razu się zorientował i lazł na groblę z trudem, bo wiatr, który się na dobre rozhulał, ciął go po twarzy i spychał po oślizgłej drodze. Ale się wydostał do stawów, skręcił na lewo i ruszył do wsi. Człapał po wodzie, bo wiatr wychlustywał wodę ze stawów, że się przelewała przez groblę i biła po nogach grubymi falami. — Nie piskaj, robaku, nie… mleka dostaniesz, kołyskę ci spletę… dobrze ci u mnie będzie, sieroto, dobrze… i zasługi miał będziesz… i szmatki… i koziczek ci kupię na jarmarku… za bydlątkiem se chodził będziesz… albo i za gąskami… nie piskaj, robaku… — mruczał i troskliwie, jak tylko mógł, grabiejącymi z zimna rękami przytrzymywał połę kożucha. Zamilkł, bo go czkawka dusiła i ostry, zimny wiatr wpychał mu słowa do gardła. Za groblą droga szła przez torfowiska i bajory okrutne; stare, obdarte brzozy chyliły się na drogę i krzyczały żałośnie, smagane przez wichurę. Błoto było po kolana. Deszcz już ustał zupełnie, tylko wiatr prześwistywał zimny i hulał po błotach. Mateusz szedł coraz wolniej, z trudem wyciągał nogi z błota; tak go rozmarzyło, że spał prawie, był nieprzytomny… budziło go tylko zimno i wiatr czasami… Wieś już była niedaleko. Zataczał się mniej, ale że był senny, nie wiedział, gdzie idzie, szedł jak automat, czasem macał machinalnie kożuch… dziecko… nogi mu się plątały, zimno go przenikało do kości, bo rozwarty na piersiach kożuch i przemoczony nie osłaniał od wiatru… puścił połę, zabił potężnie ręce o ramiona i pijanym, sennym głosem zaśpiewał: Oj! dyna, moja dyna, Oj! cały świat rodzina; A jak cię śmierć ułapi, Oj! poratunku nie ma! Oj! Odpowiedział mu z błota cichy, przerywany, dławiony krzyk dziecka — i jakieś niedalekie… śpieszne kroki… Nie słyszał nic i szedł sennie dalej.
|
w-malym-dworku.txt
ADDED
|
@@ -0,0 +1 @@
|
|
|
|
|
|
|
| 1 |
+
Stanisław Witkiewicz W małym dworku Sztuka w trzech aktach 1921 ISBN 978-83-288-2936-7 Motto: „A teraz idę do czuciowej, do przepotężnej machiny mego rozumu.” Tytus Czyżewski Elektryczne wizje Poświęcone matce OSOBY: * Ojciec — Dyapanazy Nibek, dzierżawca małego mająteczku w Sandomierskiem. Lat 50. Ubrany tabaczkowo z czarną, żałobną przepaską. Brunet, silnie siwawy. Broda ogolona. Wąsy. * Jego córki — Zosia i Amelka Nibekówny. Zosia — 12 lat, blondynka. Amelka — 13 lat, brunetka. Ubrane różowo, z bladobłękitnymi szarfami i kokardami we włosach. * Kuzyn — Jęzory Pasiukowski. Poeta, lat 28. Brunet. Ogolony. Ubrany czarno. * Jego i Nibków kuzynka — Aneta Wasiewiczówna. Lat 26. Nauczycielka muzyki. Ładna. Kasztanowate włosy. * Widmo matki — Anastazji Nibek, z domu Wasiewicz. Lat 30. Bardzo ładna blondynka o ciemnych oczach. Ubrana biało, powłóczyście, z wiankiem rumianków na głowie. Mówi uroczyście (chyba że zmiana tonu jest specjalnie wyszczególniona). Chodzi krokiem posuwistym. * Dwóch oficjalistów — faceci około lat 35. * a) Ignacy Kozdroń — brunet ogolony. W pierwszym akcie ubrany tabaczkowo, w drugim biało-żółto, w trzecim tabaczkowo. Długie buty. * b) Józef Maszejko — blondyn z bródką. W pierwszym akcie ubrany szaro, jak do konnej jazdy. W drugim i trzecim — żółty nankin i długie buty. * Kucharka — Urszula Stechło. Lat 45. Ubrana w szarą bluzkę i spódnicę. Na głowie czerwona chustka. Gruba. * Chłopiec kuchenny — Marceli Stęporek. Lat 15. Rzecz dzieje się w Kozłówkach, w powiecie sandomierskim. AKT PIERWSZY / Mały salonik w dworku Nibków. Zapada szary mrok. Dwa okna wprost. Na prawo i na lewo drzwi. Bielone ściany zawieszone dywanami. Między oknami garnitur mebli czerwonych, dość wytartych. Na lewo mały, trójnożny stolik. / SCENA PIERWSZA / Na kanapie pod oknami siedzi Dyapanazy Nibek, paląc fajkę. Przy nim na lewo na fotelu Aneta w kapeluszu, ubrana w szary kostium. Torebka w ręku. / ANETA No — wuju. Opowiedz, jak to było. NIBEK / wesoło / A więc po prostu zrobimy normalną ekspozycję. Uważajmy to wszystko za dramat, za początek dramatu. (pyka z fajki) Świetny tytoń. A więc, po prostu, było to tak: moja żona, a twoja ciotka, Anastazja, umarła. (zrywa się i wytrząsa popiół z fajki o but) I na tym koniec! Rozumiesz? I nigdy żebyś nie śmiała więcej o to pytać. (stuka fajką o stół i wylatuje na lewo. Słychać jego krzyki) Zosia! Amelka! A tej chwili do salonu bawić starszą kuzynkę! ANETA / siedzi zamyślona. Pauza. / SCENA DRUGA / Z lewej strony wchodzą, jakby się wślizgują: Zosia i Amelka. Podchodzą do Anety. Amelka uderza ją w ramię. / ANETA / podskakuje przerażona i zaraz obejmuje Amelkę prawą ręką. Zosia przebiega na prawo i Aneta obejmuje ją lewą ręką. / Przyjechałam zastąpić wam matkę, (z patosem) biedną waszą mamę, a moją ciocię. Będę was uczyć gry na fortepianie, o ile nie pójdziecie znowu do klasztoru. Tylko co skończyłam konserwatorium z medalem. AMELKA To nam wszystko jedno, czy z medalem, czy bez. A mamy nikt nam nie potrzebuje zastępować, bo my tak jej nie żałujemy, a zupełnie inaczej. ANETA / z czułością / Jakże to żałujecie jej? Powiedzcie. AMELKA / śmiejąc się z zakłopotaniem / To niech już Zosia powie, bo ja nie umiem tego wyrazić. ZOSIA / odważnie / Ja w ten dzień, kiedy pochowali mamę na cmentarzu, zakopałam do grobu wszystkie moje lalki — o tam, w ogrodzie (pokazuje okna). Ona (wskazuje na Amelkę) już od roku nie bawi się lalkami. Ma już trzynaście lat. A mama to była moja największa lalka. Tatuś z nią się też bawił jak z lalką — to była nasza wspólna lalka. Mama mówiła, że u nas w rodzinie wszystkie panienki w dwunastym roku przestają się bawić lalkami. Ja skończyłam dwanaście lat i mama umarła. Mamę zakopali grabarze, a ja zakopałam lalki. Więcej niech pani nie pyta, bo nie powiem. AMELKA Tak, to prawda — to jest u nas dziedziczne. ANETA A czemu nie nosicie żałoby? Czemu jesteście jasno ubrane? ZOSIA Bo mama tak chciała. Zawsze to mówiła. Już od roku. ANETA / wstając / Już wiem, raczej domyślam się wszystkiego. Zostańcie tu same. Potem, jak się ściemni, opowiem wam bardzo dziwne rzeczy. Teraz muszę iść. / Wychodzi na lewo. / SCENA TRZECIA / Dziewczynki siadają. Amelka na kanapie, Zosia na fotelu na lewo. / AMELKA Jaka ona głupia. Hi, hi! Ona myśli, że ona nam coś dziwnego opowie. Widzę przed sobą czerwone oczy — tam, za piecem. Jakiś potwór przesuwa się tuż koło mnie. Siada ci na kolanach, Zosia. Nie boję się nic. ZOSIA Ani ja także. Wiesz co? Zabawmy się w seans. / Niepostrzeżony staje we drzwiach na prawo Kuzyn, Jęzory Pasiukowski, i przypatruje się tej scenie. / SCENA CZWARTA / Ciż sami plus Jęzory. / AMELKA Dobrze (wstaje i bierze stolik, ustawia go między kanapą, stołem i fotelem, na którym siedzi Zosia) Tylko bądź cierpliwa. Ściemnia się coraz więcej. ZOSIA Dobrze — tylko nie zacznij bać się za wcześnie. AMELKA Nieprawda. Nie boję się niczego. KUZYN / posuwając się cicho na środek pokoju / Tylko mnie się boisz, Amelio. AMELKA / drgnęła, ale się opanowuje / I ciebie też się nie boję, mój Jeziu. ZOSIA / do Kuzyna / Siadaj z nami do seansu. KUZYN Dobrze, ale pod warunkiem, że będziecie mi potem pomagać w wytrzymaniu tego wieczoru. Nie pójdziecie dziś spać tak wcześnie. Jestem szalenie opuszczony, a nie mam pieniędzy, żeby wyjechać. AMELKA Dobrze, dobrze. Siadaj. / Kuzyn siada na fotelu tyłem do widowni, odsuwając stół trochę na prawo. Pauza. Stolik zaczyna się ruszać. / SCENA PIĄTA / Cicho, bez szelestu wchodzi lewymi drzwiami Widmo Matki i przechodzi milcząc na prawo. Stolik skacze parę razy i zatrzymuje się. / AMELKA O! Mama już przyszła. / Nikt się nie rusza. Widmo siada na kanapie po lewej ręce Amelki i siedzi sztywne. / KUZYN Znam jaskinie, w których się ryje — ani wzdłuż, ani wszerz, ani wprost, ani w poprzek, tylko w samą Prawdę — malutki otworek, przez który Bóg usiłuje podać rękę człowiekowi. WIDMO / głosem uroczystym / Masz rację. Jęzory, mój kuzynie. Ale czemu On usiłuje tylko, czemu tego nie wykona? ZOSIA Nie pytaj o takie rzeczy, mamo. To grzech. AMELKA Cicho, Zosia. Daj mówić mamie, co zechce. WIDMO Umarłam z własnej woli. Nie zabiłam się ani nikt mnie nie zabił. Chciałam umrzeć i umarłam. Zrobił mi się rak w wątrobie. O tym nikt z was nie wiedział, bo ukrywałam starannie moje boleści. ZOSIA A tak bawiłaś się z nami i z tatusiem! WIDMO W okropnych żyłam męczarniach. KUZYN A mnie się zdaje, że to wcale nie jest duch. Kuzynka żyje, ale jest zahipnotyzowana. WIDMO Nie mogę w przedmiocie tym nic powiedzieć. Nie mam swojego zdania. / Zamyka oczy. / ZOSIA Mama śpi. Patrz, Amelka. KUZYN / wstaje, podchodzi do Widma i bierze je za rękę / To jest bardzo niezwykły wypadek. A jednak ona jest widmem i tylko widmem. Ta ręka nie ma ciężaru. A może mi się to tylko wydaje. (odchodzi od niej) Czuję, że będę dziś strasznie samotny o dziesiątej. (do dziewczynek) Na miłosierdzie boskie nie opuszczajcie mnie dzisiaj. ZOSIA Przyjechała starsza kuzynka. Ona zabawi cię po dziesiątej. O tej porze musimy już spać. KUZYN Jaka kuzynka? Czy nie mała Aneta, z którą bawiłem się w dzieciństwie? WIDMO / nie otwierając oczu / Ona sama. Zobaczysz, co za okropne rzeczy stąd wynikną. Tak się cieszę, tak się cieszę. KUZYN / niecierpliwie chodząc po pokoju / Nie ma żadnych okropnych rzeczy. Znam wojnę, rewolucję, śmierć ukochanych osób i tortury. To wszystko jest głupstwo. Okropną rzeczą jest tylko nuda i to, jeśli żaden wiersz do głowy nie przychodzi i jeśli przy tym chce się coś pisać, coś, o czym się jeszcze nie ma pojęcia — tak jak mnie teraz. A! To jest prawdziwa męka. WIDMO / otwierając oczy z drgnieniem całego ciała / Najgorszą rzeczą jest ból fizyczny, a szczególnie rak w wątrobie. Ale nie jestem poetką. Nie znam tych waszych męczarni. AMELKA Jaki on jest głupi, ten Jezio. Hi, hi! Nic już się go nie boję. Jak jest mama, nie boję się nikogo. SCENA SZÓSTA / Wchodzi z prawej strony Kucharka z zapaloną lampą z zielonym abażurem i stawia ją na stole. / KUCHARKA A co? Nie wytrzymała pani na tamtym świecie i przyszła pani do nas? WIDMO Tak. Teraz nie przeszkadzajcie nam, Urszulo. Do kuchni przyjdę później. / Kucharka wychodzi. / SCENA SIÓDMA / Wchodzi z lewej strony Dyapanazy Nibek, trzymając pod rękę Anetę. / NIBEK / wskazując na Kuzyna / Rozumiesz? On był kochankiem Anastazji. Za to ją zabiłem. WIDMO / nie wstając / Nieprawda. Kochankiem moim był Kozdroń, a umarłam sama, na raka w wątrobie. NIBEK / z rozpaczą / Wiecznie te same kłamstwa! Nawet za grobem kłamie ta nieszczęśnica. WIDMO / po raz pierwszy porusza się i traci sztywność / Ha! ha! ha! ha! ha! KUZYN / do Widma / Nie śmiej się tak, kuzynko. Może wuj Dyapanazy ma słuszność. Ja nie ręczę za nic. AMELKA / nie wstając / Wstydź się. Jeziu. ZOSIA / nie wstając / Nie kłam tak. WIDMO Ha! ha! Dziękuję wam, córeczki, żeście mnie wzięły w obronę. Nigdy nie kochałam Jezia. KUZYN / do Widma / A pamiętasz wtedy na wiosnę, tego roku? Pamiętasz naszą rozmowę w ogrodzie? Ja ci wszystko przypomnę. Była piąta po południu. Kwitnął bez. Czytałem ci wtedy ten wiersz. (deklamuje) Bezkrwista twarz przezroczysta. Śmiertelna maska uroczysta. Płoną gromnice grobowe. Ktoś mówi nudną mowę. Chwil straconych rozpacz głucha. Pustka w domu czeka ducha. Strachem męczy, wyrzutami. Czemu w życiu zawsze sami? A po śmierci połączeni! Już się nigdy to nie zmieni. Straszliwe trupa milczenie I wyrzutów potwierdzenie. Myśl szalone daje skoki, W zaświaty zaczyna wierzyć: Nieodwracalne wyroki Własną niemocą mierzyć… SCENA ÓSMA / Wchodzi Kucharka. / KUCHARKA Panie Nibek, pan Kozdroń prosi pana do kancelarii. NIBEK Prosić tutaj. Właśnie miałem posłać po niego. / Kucharka wychodzi. / SCENA DZIEWIĄTA / Ciż minus Kucharka. / WIDMO Tak. Pamiętam ten wiersz. Na tym się wszystko skończyło. Mogło być coś — temu nie przeczę — ale nic nie było. NIBEK / z zachwytem / Śliczny wiersz. Prześliczny. Ale nie skończyło się na tym. Ja wiem. KUZYN / z wściekłością / Nie na tym! Nie na tym! Wszystko się od tego zaczęło: moje szczęście i moja nieludzka męczarnia. Męczyłem się strasznie, ale pisałem wiersze jak maszyna. Od czasu twojej śmierci — nic. Ani w ząb. Jakby mi ktoś wszystko z głowy wymiótł. / Pada na krzesło na prawo. / SCENA DZIESIĄTA / Silne pukanie we drzwi na prawo. Nie czekając upoważnienia wchodzi Kozdroń. Długie buty, szpicruta. Pewnym krokiem podchodzi do Nibka, który stoi z Anetą na lewo. Mówi głośno. / KOZDROŃ / nie widząc Widma / Dobry wieczór państwu. (ściska rękę Nibka) Ceny na zboże idą w górę. Dobra nasza. (spostrzega się) Ale — proszę mnie przedstawić. NIBEK Moja kuzynka — Wasiewiczówna. Pan Kozdroń — moja prawa ręka! WIDMO I lewa figura na ołtarzyku, na którym stałam ja. KUZYN / zrywając się / Nieprawda! Nieprawda! / Kozdroń obraca się i spostrzega Widmo do połowy oświetlone silnie, a od góry tonące w zielonym półmroku abażuru. Stoi jak martwy tyłem do widowni, nie mogąc słowa przemówić. / WIDMO / wstając, uroczyście / Nie wyprzesz się mnie, Ignacy. Byłam i jestem twoja, jakkolwiek… NIBEK Ha! ha! ha! Teraz dopiero się zaczyna. Zobaczymy, kto kogo przesili. KOZDROŃ / zwija się nagłe w kłębek, tak jak gdyby go nagle wściekle brzuch zabolał, i pada na kolana tyłem do widowni / A! A! A! To nie ja! To straszne! Co to znaczy? Nieboszczka tutaj! A! A! A! Ja umrę! / Zakrywa oczy rękami i klęczy. / NIBEK Ha! ha! On się ciebie wypiera, Anastazjo! KOZDROŃ / klęcząc i nie odkrywając oczu / Ja się boję! Weźcie ją! Ona nie żyje. Ja nie otworzę oczu. Ja nie chcę widzieć. Kto jesteście wszyscy? O Boże, Boże! Ja nie otworzę oczu! Och! Bodajbym oślepnął! / Pochyla się i podnosi z zakrytymi oczami, tak jak gdyby bił pokłony. / WIDMO Zawsze był tchórzem i takim go kochałam. / Stoi na miejscu. / KUZYN Kochałaś tylko mnie, Anastazjo! Ja nigdy już nic nie napiszę. SCENA JEDENASTA / Wchodzi Kucharka. / KUCHARKA Panie Nibek, pan Maszejko prosi pana zaraz do kancelarii. Mówi, że wszystkie suki zborsuczyły się dziś o szóstej na folwarku. NIBEK Prosić tutaj. SCENA DWUNASTA / Kucharka wychodzi. We drzwiach rozbija się o nią wpadający Maszejko. / MASZEJKO Panie Nibek, wszystkie suki zborsuczyły mi się w Powierzyńciu. Jestem w rozpaczy. Co robić? NIBEK Odborsuczymy je, panie Maszejko. Pan jest dzielny człowiek. Niech pan się uspokoi. KUZYN / spokojnie / Mógłby mnie wuj przedstawić tej pani. Zdaje się, że jesteśmy spowinowaceni. NIBEK Pan Jęzory Pasiukowski — poeta i mój siostrzeniec. Panna Aneta Wasiewicz. / Kuzyn bierze za rękę Anetę i badawczo patrzy jej w oczy. Maszejko, który oglądnął się na dźwięk głosu Kuzyna i spostrzegł Widmo, podbiega do Widma z wyraźną uniżonością. Kozdroń zastygł nieruchomy z zakrytymi oczami. / MASZEJKO / do Widma / A! Co widzę! Pani dobrodzika. Dobry wieczór, wieczór dobry. Jakże zdróweczko? WIDMO / gestem królowej daje mu rękę do pocałowania / Dobry wieczór, panie Maszejko. Dziękuję ci: mam się dobrze, tylko jestem widmem. / Maszejko całuje ją w rękę z uszanowaniem. Widmo przechodzi na lewo wyniosłym krokiem typowego widma. Maszejko za nim w lansadach. / NIBEK / wskazując na Kozdronia / Patrz pan — co wyrabia tu ten idiota. WIDMO / stoi obok Kuzyna i Anety po lewej stronie / Takim go kochałam i takim go kocham. MASZEJKO Pani dobrodzika żartuje chyba. Widzę, że wszyscy są w świetnych humorach. (zaciera ręce) Ale to zwykły atak epilepsji — to nic. WIDMO / do Maszejki / Zaiste, w świetnych jesteśmy humorach. Nieprawda, Dyapanazy? Sameś mi pan ułatwiał z nim schadzki, panie Maszejko. / Maszejko miesza się. / KOZDROŃ Nie mów — zwariuję. Już uwierzyłem, że jej nie ma. Nic nie chcę wiedzieć i słyszeć. / Zatyka uszy „kciukami”, a oczy resztą palców. / WIDMO Słyszycie? Mówi mi: „ty”. To jest dowód. NIBEK Panie Maszejko. Moja żona i pan jesteście najsilniejszymi ludźmi we dworze. Bierzcie go we dwoje i odnieście do kancelarii. Może przyjdzie do siebie. KUZYN Ja nie pozwolę, żeby ona dotknęła tej ohydy. Ja sam! WIDMO Ani się waż, kuzynie. Polecam twojej opiece tę dziewicę. (wskazuje na Anetę) Bierz go, panie Maszejko! / Biorą Kozdronia: ona za nogi, on za głowę, rozprostowują go z trudem, niosą na prawo i wychodzą. / SCENA TRZYNASTA / Ciż sami bez Widma, Maszejki i Kozdronia. / KUZYN Co za bezprawie!! ANETA Ależ, kuzynie, uspokój się. Taka jest wola zmarłej. NIBEK Tak — wola mojej nieboszczki żony jest i będzie święta w tym domu. W jedno tylko nie uwierzę, że miała romans z Kozdroniem. KUZYN / obejmuje go / Dziękuję ci, wuju. Nigdy ci tego nie zapomnę. SCENA CZTERNASTA / Wchodzi uroczystym krokiem Widmo z lewej strony. / NIBEK / z przestrachem / Jakeś tu weszła? Kędy? WIDMO / uroczyście / Przez korytarz od spiżarni i przez nasz sypialny pokój, Dyapanazy. NIBEK / z przerażeniem / Jak to? Przez zamknięte drzwi? WIDMO A cóż w tym dziwnego? Chciałam pożegnać się z dziećmi. NIBEK A! To niesłychane! / Wylatuje na lewo. / AMELKA / wstając / Nie chciałyśmy ci tego przypominać, mamo, żeś się z nami nie pożegnała. ZOSIA / wstając / Ja taka byłam zmartwiona. Myślałam, żeś o nas całkiem zapomniała. WIDMO / podchodzi do nich i całuje je w głowy, podczas gdy one całują ją w rękę / Jakże mogłyście tak myśleć? AMELKA Zostań na kolację, mamo. Pan Kozdroń tak się zabawnie ciebie boi. ZOSIA Zostań, mamo. Będziemy się tak cudownie bawić. WIDMO Nie, dzieci. Jestem zmęczona. Na zabawę przyjdę do was jutro rano. Teraz idę do kuchni. / Całuje je jeszcze raz. Kuzyn, który trzymał dotąd Anetę za rękę, ciągnie ją na prawo do lampy. / KUZYN Chodź, muszę ci się przypatrzyć, kuzynko. ANETA Ależ dobrze — patrz, ile chcesz, mój piękny kuzynie. WIDMO Tak, przypatrz się jej dobrze, Jęzory. Strzeż jej i kochaj ją bez granic. Może ona wróci ci jeszcze natchnienie. / Przechodzi uroczyście na prawo i znika we drzwiach. / SCENA PIĘTNASTA / Dziewczynki przeciągają się i ziewają. Z lewej strony wpada Nibek. / NIBEK A, to nie do uwierzenia! Przeszła przez zamknięte drzwi. Cóż wy na to, dzieci? AMELKA My nic. Trochę jesteśmy zmęczone. / Nibek gładzi je po włosach. Wchodzi Kucharka. / KUCHARKA Kolacja podana. / Wychodzi. / SCENA SZESNASTA ANETA Ach — nareszcie! Nikt nie pomyślał w tym domu, że jestem z podróży. Nikt nie dał mi nawet szklanki herbaty. NIBEK / rzucając się do niej / Ach, kuzynko! Przepraszam cię. Zaraz najemy się jak borsuki. / Bierze ją pod rękę i prowadzi ku drzwiom na prawo. Wychodzą. / AMELKA / przechodząc do Kuzyna na prawo / Ale dziś nie będziesz nas męczył? Jesteśmy takie zmęczone. Zabawisz się dziś z Anetą? KUZYN / obłędnie / Nie wiem jeszcze nic. Nic nie mogę powiedzieć. Jeśli dziś nie napiszę wiersza — wścieknę się. ZOSIA / pieszczotliwie / Jezio napisze — naje się i napisze. Chodź! / Ciągnie go ku drzwiom. / KUZYN Chciałbym ci wierzyć, moje dziecko. / Wychodzą. / AMELKA Jaki ten Jezio głupi. Hi, hi! / Wychodzi. / AKT DRUGI / Ogród przed dworkiem Nibków w Kozłowicach. Złote i czerwone drzewa. Na prawo sad z bielonymi pniami. Trochę na prawo idzie dróżka, szeroka na jakie dwa metry — z początku prostopadle do rampy, a następnie skręca na prawo, okrążając grupę krzewów i kwiatów. Na lewo grupa dużych drzew. Pod nimi (wypada prawie na środku sceny) stoi stół nakryty: masło, miód, ser, owoce, bułki i chleb. Jest ciepły wrześniowy poranek następnego dnia. Godzina dziewiąta. O jakie 50 kroków w głębi widać dworek wśród drzew. / SCENA PIERWSZA / Przy stole, twarzami do widowni, siedzą: Zosia i Amelka: biało są ubrane i oglądają książkę z obrazkami. Właśnie Kucharka przyniosła dymiące sagany z kawą i mlekiem i przy pomocy chochli nalewa do filiżanek. / KUCHARKA Pijcie, dzieci. Nie czekajcie na ojca. Jest w kancelarii z panem Kozdroniem. A ta panna, co wczoraj przyjechała, to sobie jeszcze napuszcza urodę na twarz, a może i gdzie indziej. Pańskie ma zwyczaje, strasznie pańskie. ZOSIA Proszę was, Urszulo, nie pleść tak. KUCHARKA Niech Zosia będzie grzeczna, bo pan znowu Zosi każe w rękę mnie pocałować, jak wtedy, po pogrzebie pani. ZOSIA / prawie z płaczem / Niech Urszula sobie idzie. Zaraz. W tej chwili. Czy Urszula rozumie? / Kucharka pogroziwszy im palcem odchodzi. / AMELKA / obejmując Zosię / Niech Urszula da spokój. Zosia jest dziś bardzo zdenerwowana. URSZULA / zatrzymując się / O! Już ja wiem, jako nerwy w człowieku luktują. Oj, te nerwy, te nerwy. Ale to u starych, a nie u takiego ciamkacza. SCENA DRUGA / Kucharka odchodzi na prawo i mija się z Kuzynem, który jest nie ogolony, ma podsiniałe oczy i wygląda trupkowato. / AMELKA Patrz, jaki on śmieszny, ten Jezio. KUZYN Poczekajcie. Zdaje się, że coś się zaczyna. Możliwe jest, że napiszę wierszyk. / Siada przy stole z prawej strony. / AMELKA Może by tak Jezio kawy wypił? KUZYN Nalej, nalej, może wypiję. Tylko nie przeszkadzaj mi. / Wydobywa papier i ołówek z kieszeni i zaczyna pisać, krzywiąc się przy tym niemiłosiernie. Zatrzymuje się, namyśla się, znowu pisze itp. Amelka nalewa kawy i śmieje się głośno. / ZOSIA Daj spokój, Amelka. Nie przeszkadzaj mu. Niech sobie napisze. / Kuzyn popija kawy, zagryza jabłkiem i znowu pisze. Pauza. / AMELKA / smutnie / Jutro wracamy do klasztoru, Zosia. Taka szkoda rozstawać się z tym wszystkim! ZOSIA Mam jakieś takie dziwne myśli, że się z tym nigdy nie rozstaniemy; że nie pójdziemy już do klasztoru. KUZYN Cicho, dzieci. Zaraz skończę. Pomówimy o tym wszystkim. / Pisze gorączkowo. / SCENA TRZECIA / Z prawej strony podchodzi Nibek, pod rękę z Kozdroniem. / NIBEK No, no, panie Kozdroń. Niech się pan raz uspokoi. Jesteśmy między swoimi. Zostawmy tę kwestię na boku. Czy ona jest, czy jej nie ma, czy żyje, czy umarła, czy to było złudzeniem wszystko — czy nie, w każdym razie niech pan się czuje między nami jak w rodzinie. / Klepie Kozdronia po plecach. / KOZDROŃ / minę ma bardzo niewyraźną / Ja, panie Nibek, wolałbym nie żyć niż zobaczyć coś podobnego. Słońce świeci, ładna pogoda, a mnie się zdaje, że wszystko jest pokryte jakimś czarnym puchem. Na dwa kroki przede mną unosi się jakaś czarna ścierka. Och! Żebym mógł nie myśleć! NIBEK Ależ, panie! Patrz pan: oto moje córeczki, oto kuzynek już pisze, już przy pracy od rana… KUZYN / na wpół podnosząc się i nie przestając pisać / Ja zaraz… Nie witam się z panami! Już zaraz kończę… NIBEK Nie obrażamy się. Wiemy, co to jest natchnienie. Amelka, nalewaj panu kawy. Przywitajcie się z panem, dziewczęta. / Dziewczynki witają się. Amelka nalewa kawy ojcu i Kozdroniowi. Nibek i Kozdroń siadają przy stole na ławce na lewo, pod wielką lipą; Kozdroń bliżej, Nibek dalej od widowni. / KOZDROŃ / z ulgą / Ach! Zdaje mi się, że mi przechodzi. Znowu, wie pan, zaczyna się ta codzienna zwykłość. Znowu jest dobrze. NIBEK Ależ oczywiście. Panie — powtarzam: nawet gdyby tak było, nawet gdyby pan — rozumie pan? — tego, hm, był w stosunku do mnie nie w porządku, fakt stał się. Zabiłem ją i kwita. KOZDROŃ Na Boga, niech pan już nie mówi! We łbie mi się znowu mącić zaczyna. A! A! A! NIBEK / wstając gwałtownie / A z panem to trzeba tak, jak z histeryczną babą! (krzyczy) Pić kawę w tej chwili, bo ci łeb rozwalę, ty galareto! Milczeć!!! Ani słowa więcej!!! Nie myśleć nic! (spokojniej — dziewczynki podczas tego chichocą) Musi się pan przyzwyczaić do tego, że nawet gdyby tak było, nawet — rozumie pan? — żyć pan musi normalnie. Ja pana z Kozłowic nie wypuszczę. Ja bez pana jestem jak bez ręki i bez połowy głowy: jestem półgłówkiem. / Śmieje się. / KOZDROŃ / trzęsąc się pije kawę, rozlewając wszystko na obrus i ubranie. Je bułkę, gwałtownie wtłaczając ją sobie w gardło. Mówi z bułką w zębach / Ja będę się starał, panie Nibek. (połyka z trudem) Ja będę się starał, ale przyzwyczaić się do tej myśli od razu nie mogę. (prawie z płaczem) No, nie mogę… KUZYN / wstając / A! Moglibyście panowie zwrócić uwagę na to, że ja piszę. Od wielu miesięcy pierwszy raz. To was nic nie obchodzi. / Idzie na prawo i spotyka się z Anetą Wasiewicz, która biało ubrana, bardzo wyświeżona i ładna, idzie właśnie do stolika. Nibek po cichu zachęca Kozdronia do picia. Dziewczynki znowu oglądają książkę. / SCENA CZWARTA / Ciż plus Aneta. / ANETA Dzień dobry. KUZYN Dzień dobry. Kuzynka wybaczy, zaraz skończę. Zacząłem pisać. / Leci na prawo, kładzie się na łączce i gorączkowo pisze i poprawia, fikając nogami. Aneta podchodzi do stołu. / NIBEK O — widzi pan, jaka śliczna jest dziś Aneta! Niech pan z nią poflirtuje trochę, a potem idziemy do kancelarii / Kozdroń wita się z Anetą, która następnie zbliża się do dziewczynek i całuje je w głowy, stojąc z tyłu za nimi. / Anetko — kawy? ANETA Nie, wuju. Ja nie mam czasu na flirty z panem Kozdroniem, a kawę piłam w łóżku. Idziemy na lekcję. No, chodźcie, dzieci! Już umówiłam się z ojcem, że tej zimy do klasztoru nie pójdziecie. Zostaję tu i będę was uczyć wszystkiego. NIBEK A tak, tak. Na śmierć zapomniałem. Chciałem to wam sam powiedzieć, moje dzierlatki. ZOSIA Dziękujemy ci, tatusiu. Widzisz, Amelka? Ja ci to już mówiłam. Zupełnie sprawdza się jak we śnie. AMELKA Ach! Co za szczęście, ojczulku! (całują w rękę Nibka i biegną za Anetą) Teraz będziemy cię kochać, Aneto, tak jak mamę, a może więcej. ANETA / przechodząc koło Kuzyna / A potem przeczytasz mi twój wierszyk, kuzynie. KUZYN / nie wstając / Dobrze. Tylko nie wiem, czy wybrnę. Jeszcze parę zdań mi zostało. / Aneta z dziewczynkami exit. / SCENA PIĄTA / Ciż bez Anety i dziewczynek. Po chwili z dworku słychać ćwiczenia na fortepianie: „Schule der Gelaufigkeit” Czernego. / NIBEK Czyż to nie jest wzruszające? Te moje dwa aniołki? Jakież cudowne będą z nich kobiety! Muszę pracować jak wół, aby dać im to, na co zasługują. Takich dzieci nie ma w całej okolicy. Aż po samą Warszawę nic pan podobnego nie znajdzie. To są czyste duszyczki, zamknięte w jakichś mgiełkach z eteru, panie Kozdroń. Ja czasem dziwię się, że one jedzą, piją, śpią i budzą się. Prawda, że Zosia to jest elf? A Amelka znowu przypomina mi sylfa. — No, odpowiadaj pan, panie Kozdroń. KOZDROŃ / nerwowo nalewając sobie kawy / Śliczne dzieci. Ja sam to zawsze mówiłem. NIBEK A kto je urodził? Anastazja, panie Kozdroń, Anastazja. W nich powinniśmy czcić duszę, a nawet ciało naszej ukochanej zmarłej. Rozumie pan? A nie wyprawiać histeryczne ataki od lada głupstwa. / Ciągle, aż do odwołania, słychać wprawki na fortepianie. / KOZDROŃ Znowu pan zaczyna. Ledwo trochę doszedłem do równowagi, a pan znowu swoje. Czyżby pan naprawdę mnie podejrzewał? NIBEK Ja nic nie podejrzewam. Ale powiedz pan sam: czyż wszystko nie jest możliwym? Może moja nieboszczka żona miała dwóch kochanków: jednego dawniej, drugiego teraz. (z nagłym niepokojem) Powiedz pan, może Zosia nie jest moją córką? Ma oczy tak niepodobne do naszych: Anastazji i moich. Ma ten sam głupi fiolet w oczach co pan. Ten sam idiotyczny uśmiech. KOZDROŃ / wstając / Pan mnie obraża. Wypraszam sobie podobne rzeczy. NIBEK / sadzając go gwałtem / Panie, niech pan pamięta, że bez pana jestem niczym. Los moich córek jest w pańskich rękach. (z nagłym niepokojem) A może pan ma ukryte zobowiązania? Może pan naprawdę… O, Boże! Po cóż u diabła starego siedzi pan w tych przeklętych Kozłowicach? Ma pan wolną drogę przed sobą, a siedzi pan tu jak grzyb. A może mnoży się pan tu także jak grzyb po deszczu? Panie Kozdroń, zaklinam pana… KOZDROŃ / uroczyście / Daję panu najświętsze słowo honoru, że nie. Ale teraz wolałbym zmienić posadę. NIBEK / padając przed nim na kolana / Błagam pana. Ja potem wszystko dla pana zrobię. Ja będę miał stosunki. Moje córki wyjdą za hrabiów, za książąt. Ja zrobię z pana cudownego człowieka, tylko mnie pan nie opuszczaj. / Na prawo ukazuje się Widmo i wolno idzie po ścieżce. Lekka chmurka zakrywa słońce. Trochę się ściemnia. / KOZDROŃ Dobrze. Ja to zrobię przez wzgląd na pana. Ja pana czasem kocham jak ojca. / Całuje Nibka w głowę. / SCENA SZÓSTA / Ciż sami plus Widmo. Kuzyn tak jest zajęty pisaniem, że nie widzi Widma. / WIDMO / podchodząc do stołu / Cóż to za rozkosz piekielna widzieć męża i kochanka w takiej doskonałej zgodzie. Tego nigdy nie miałam za życia. / Obaj mężczyźni zrywają się i patrzą na nią. / KOZDROŃ A! A! A! / Opiera się o drzewo prawą ręką. / NIBEK / krzyczy / Spokój, bo cię zastrzelę jak psa! (wydobywa rewolwer i wytrząsa nim Kozdroniowi przed nosem) Ani słowa, bo zginiesz jak mucha! / Kozdroń nadludzkim wysiłkiem opanowuje się i stoi sztywno ze skrzywioną twarzą. Kuzyn spogląda na tę scenę spode łba i szybko pisze ostatnie zdanie. Do Widma. / No, Anastazjo. Może wypijesz z nami kawy, dobrej porannej kawy z bułką z masłem i miodem? A może sera? Przepyszny gliwuś udał się dziś Urszuli. WIDMO Dobrze, Dyapanazy. Wypiję z wami kawy. / Siada na miejscu dziewczynek sztywno i nieruchomo. / NIBEK A może wódki? Dawno nie piliśmy naszej świątecznej rannej wódki. Pamiętasz? To świetnie nam zrobi. WIDMO Pamiętam. Przynieś wódki. Tej wiśniówki, którą robiłam sama na wiosnę. NIBEK Doskonale. / Biegnie pędem w stronę dworku w młodzieńczych podskokach. / SCENA SIÓDMA / Ciż sami minus Nibek. / WIDMO / do Kozdronia / Nalej mi tymczasem kawy, mój Ignacy. I przestań się tak bać. Jeżeli jestem nawet widmem, to w każdym razie różnię się od innych. Jestem widmem, które je i pije. Nawet wódkę pije, mój biedny Ignacy. / Kozdroń, który skrzywiony straszliwie stał dotąd bez ruchu, drgnął cały i jak zahipnotyzowany nalewa Widmu kawy. Słońce znowu oświetla krajobraz. Kuzyn rzuca papier i ołówek, wywala się na wznak na trawę i tak pozostaje, z rękami założonymi pod głowę, wpatrzony w błękit nieba. / KOZDROŃ Proszę. Pij. Anastazjo. Może, jak zobaczę, że pijesz kawę, przyzwyczaję się jakoś do ciebie. WIDMO / popijając kawę / No, widzę, że robisz pewne postępy. Wczoraj fatalnie się zblamowałeś. KOZDROŃ Przebacz, Anastazjo, ale naprawdę nie wiedziałem, co mam myśleć. Dziś, od tej chwili, jestem zdecydowany na wszystko. WIDMO I już nie wyprzesz się mnie przed nim? KOZDROŃ / twardo / Nie. Daję ci słowo. Tylko jedną rzecz mi powiedz. Tylko mów prawdę. WIDMO / uroczyście / Widma nie kłamią nigdy. KOZDROŃ Nie mów tak, bo jakaś cienka szybka tylko oddziela mnie od najpotworniejszego strachu. Jak to coś pryśnie, będę wariatem. Na Boga! Nie przerażaj mnie. (bierze ją za prawą rękę) Och, jakaż twoja ręka jest lekka! Ona nic nie waży. Och! Znowu zaczynam się bać. WIDMO / lewą ręką bierze filiżankę z kawą; popijając / Patrz. Uspokój się. Piję przecież kawę. KOZDROŃ / opanowując się / Dobrze. Będę spokojny. Niech się dzieje, co chce. Ale powiedz mi, czy Zosia jest córką Nibka czy moją? Wszystko mi się poplątało we łbie i nic nie wiem, co było pierwej, a co później. WIDMO / z uśmiechem / Biedny Ignacy! Uspokój się. Zosia jest córką Dyapanazego. Daję ci na to słowo widma. Czy ci to nie wystarcza? Mam wszystkie daty zapisane w dzienniku. Nie czytałeś dotąd mego dziennika? KOZDROŃ Bałem się tego dotknąć. WIDMO Przeczytaj go więc, a potem pokaż Dyapanazemu. Musicie obaj wiedzieć prawdę. KOZDROŃ Bo on tu robił jakieś aluzje do niebieskich oczu Zosi, do jakiegoś podobieństwa uśmiechów. A przy tym muszę ci się przyznać: ja strasznie kocham Zosię. WIDMO I możesz kochać ją dalej z czystym sumieniem. Moja matka miała fiołkowe oczy. O tym nie wie Nibek. Uspokój się, Ignacy. Daj mi głowę: niech cię pocałuję. Byłeś zawsze potwornym tchórzem, ale nawet to podobało mi się kiedyś w tobie. / Kozdroń schyla się. Widmo całuje go w głowę. Wchodzi Nibek z butelką wódki w prawej ręce i z czterema kieliszkami między palcami lewej. / SCENA ÓSMA / Ciż sami plus Nibek. / NIBEK / zatrzymuje się, ujrzawszy tę scenę / A to coś nowego. Czyżbyś miała rację, Anastazjo? WIDMO / odsuwając Kozdronia / Mam rację mój Dyapanazy. Właśnie mówiłam Ignacemu: widma nie kłamią nigdy. Byłam jego kochanką. KOZDROŃ Tak jest, panie Nibek. Uwiodłem ci żonę. Przyznaję się. / Skrzyżowuje ręce na piersiach. Nibek ciężkim krokiem podchodzi do stołu, stawia butelkę i wysypuje kieliszki na kupę. W dworku skończyły się wprawki i ktoś, zapewne Amelka, gra sonatinę Schmitta. / NIBEK / dysząc ciężko / A Zosia? Odpowiadajcie, zdrajcy! WIDMO Zosia jest twoją córką, Dyapanazy. Przysięgam ci na to, że jestem widmem i widmem tylko! Już na parę dni przed śmiercią zostawiłam mój dziennik Ignacemu i ten biedny tchórz nie miał odwagi go przeczytać. Przeczytajcie go najlepiej razem i wszystko się wyjaśni. Musisz mi wierzyć. Jako żyjąca kłamałam strasznie, przyznaję się, jako widmo — nie. Widma mają swój honor, nawet widma kobiece. Ten honor, którego nie mają, niestety, żyjący ludzie. Niebieskie oczy ma Zosia po babce swej, a mojej matce, która była z domu Dzięciewicka. / Kuzyn budzi się i przeciąga się na trawie. / NIBEK / z ulgą / Jeśli Zosia jest naprawdę moją córką, przebaczam wam. Przebaczam ci to, że tak długo mnie oszukiwałaś z tym biednym, nieszczęsnym Kozdroniem. KUZYN / zrywając się / Co? Ona śmie jeszcze twierdzić, że nie była moją kochanką?! Wypiera się mnie — artysty, a przyznaje się do jakiegoś zwykłego Kozdronia, do marnego ekonoma?! (podbiega do stołu) Byłaś moją kochanką, Anastazjo! Byłaś! Byłaś moją jedyną, okropną, męczącą miłością. Przez ciebie stworzyłem wszystko, co ma jakąkolwiek wartość. Nie kłam, Anastazjo! Nie kłam w obliczu śmierci. Zabiję cię, jeśli jeszcze raz skłamiesz. / Nibek i Kozdroń patrzą na tę scenę oniemiali. Nareszcie Nibek nerwowo chwyta butelkę, nalewa sobie kieliszek i wychyla. Potem nalewa Kozdroniowi, który wypija duszkiem, znowu sam nalewa i zaraz wypija. / WIDMO Zapominasz, kuzynie, że jestem widmem i że śmierć ma tyle dla mnie znaczenia, co przyjście na świat dla innych. Raz się tylko umiera i raz się rodzi, niestety. Gdy mówię to ja — przestaje to być banalne. (do Nibka) Daj i mnie wódki, Dyapanazy. / Nibek machinalnie spełnia jej żądanie. / KUZYN Dosyć tych niewczesnych filozofii. Jesteś tragedią mego istnienia i ja nie pozwolę, aby żartowano sobie z tego, co przypłaciłem utratą twórczości omal nie na życie całe. Gdyby nie ten wierszyk, który dziś z trudem spłodziłem, nie wiem, co bym z tobą zrobił. A i to tylko zawdzięczam temu, że cię wczoraj widziałem choć na chwilę. WIDMO Mylisz się, kuzynie Jęzory. Ja wszystko lepiej wiem od ciebie. To są te poetyckie wmawiania, którym nigdy się nie poddałam i dlatego to nie byłam nigdy twoją. KUZYN / z wściekłością / Byłaś moją! Pamiętam te potworne noce, któreśmy spędzali razem, gdy on, mój biedny wuj, rozjeżdżał bryczkami po miasteczkach, sprzedając zboże. Dotąd mam wyrzuty sumienia, dotąd gnębi mnie to wszystko, a pieniędzy jak nie ma, tak nie ma. Byłaś moją, Anastazjo. Nie kłam tak bezczelnie. NIBEK Siostrzeńcze, uspokój się. Pomówmy o tym wszystkim na zimno. / Widmo zamyśla się głęboko i machinalnie nalewa sobie i popija wódkę. / Widzisz, Jeziu: ona mówi, że widma nie kłamią nigdy, i ja jej wierzę. Kozdroń sam się przyznał, że oszukiwali mnie razem przez cały szereg lat. KUZYN Dla mnie to jest wprost potworne. (z ironią) Może wtedy byłaś widmem, kuzynko, a teraz jesteś żyjącą? Może i to nam zechcesz wmówić? WIDMO / nagle / Czekajcie, czekajcie! Możliwe, że ja nie kłamię, a kuzynek też ma rację. Musi być jakieś wyjście z tego wszystkiego. Widzicie: miałam raka w wątrobie. To dziedziczne, po Dzięciewickich. Bardzo dobra szlachta, ale zaraczona. Moja matka też na to samo umarła. NIBEK Jak to też? Może zechcesz to mi nawet wmówić, że cię nie zastrzeliłem? Zabiłem cię, jak zborsuczoną sukę tym oto browningiem systemu Clement. / Dobywa rewolwer i wymachuje jej przed nosem. / WIDMO Schowaj to i uspokój się, Dyapanazy. Jesteś podchmielony i postrzelisz jeszcze kogo: któregoś z tych panów. Ja oczywiście nie boję się tego — jestem widmem. Ha! ha! NIBEK / chowając posłusznie rewolwer / Ona śmie żartować w takiej chwili! A, tego już nie zniosę. Ja cię zabiłem już raz — czy ty rozumiesz, co to znaczy? KUZYN / groźnie / Ja też tego dłużej nie zniosę. Dosyć tych głupich żartów. WIDMO I cóż z tego, że tego nie zniesiecie? Cóż możecie zrobić mnie, biednemu widmu? KOZDROŃ / budząc się z ogłupienia / Możemy te porachunki skończyć między sobą bez twojego mieszania się w to wszystko. Możemy się powystrzelać jak kaczki, Anastazjo. Możemy cię zupełnie zlekceważyć. Ja mam sprawę z tym panem. (wskazuje na Kuzyna) Obraził mnie. Wymyślał mnie od Kozdroniów. Ja tego nie zniosę. A przy tym uwiódł mi ciebie, jak się okazuje. / Kuzyn chce coś powiedzieć. Widmo przerywa mu, rozstawiając między nimi ręce. / WIDMO Ignacy, wiadomo, że jesteś tchórzem. Wypiłeś wódki i zebrało cię na odwagę. Jutro będziesz tego żałować. A ten (wskazuje na Kuzyna) zastrzeli cię zupełnie na zimno. On się nie boi niczego. A teraz dosyć głupstw. Chodzi o prawdę. Zdaje się, że to jest dość ważne. (groźnie) Będziecie mnie słuchać czy nie? NIBEK / pokornie / Mów — słuchamy cię. WIDMO Tylko się nie wściekaj, Dyapanazy, i słuchaj uważnie. Mój gniew może być gorszy niż wasze fochy na mnie. KOZDROŃ O, Boże! Znowu zaczynam się bać. NIBEK Wiecie, że i mnie jakiś straszek obleciał. Co u diabła! Przecież jest biały dzień. KUZYN Panowie, ja się niczego nie boję, ale z sercem jest mi jakoś niewyraźnie. / Widmo patrzy na nich z drwiącym uśmiechem. / WIDMO A więc — słuchajcie: byłam chora na raka i cierpiałam straszliwie, jakkolwiek nikt z was nic o tym nie wiedział. Piłam opium szklankami i chwilami nic nie wiedziałam, co się ze mną działo. Czy czasem w jakimś takim stanie nie było czegoś między nami, kuzynie? / Spogląda na Pasiukowskiego. / KUZYN Ależ tak — na pewno. Teraz widzę to jasno. Nigdy nie mogłem tego pojąć. Czasami byłaś dla mnie wprost odpychająca, to znowu dawałaś mi ze sobą robić wszystko, co chciałem. NIBEK Nie bądźcie już zbyt bezczelni, moi drodzy. Nie wchodźcie w szczegóły w mojej obecności. Zgadzam się na tę hipotezę. Tylko co zrobić z tym, że cię zastrzeliłem jak sukę, przekonawszy się naocznie o zdradzie? Przecież to było dziesięć dni temu. Nie jestem przecie wariatem. Spałaś sobie spokojnie, a ja łupnąłem ci prosto w serce. Musisz mieć ślad od kuli. I ja głupi o tym nie pomyślałem! Chodź ze mną do domu i zaraz się przekonamy. WIDMO Głupi jesteś, Dyapanazy. Zaczynam ci się widocznie podobać na nowo i chciałbyś zostać ze mną sam na sam. / Nibek mięsza się. / Och! Głupi jesteś, mój stary, więcej, niż to myślałam. Przecież widmo nie może mieć śladów na ciele, bo nie ma ciała. To jest tylko wasze wzrokowe i dotykowe złudzenie — nic więcej. NIBEK Tak. Palnąłem jakiegoś straszliwego byka. Ale naprawdę: taka ładna jesteś jako widmo, moja Anastazjo… Panowie wybaczą — mówimy otwarcie. KOZDROŃ Dosyć tego, panie Nibek. Nie można tak otwarcie kpić z kochanka swojej żony. KUZYN Czy wuj myśli, że ja bym pozwolił ruszyć się wujowi na chwilę w jej towarzystwie? Ja jeden kochałem ją naprawdę. WIDMO / groźnie / Dosyć. Ani słowa więcej. (znowu łagodnie) A więc, wracając do poprzedniego — oto moja hipoteza: zastrzeliłeś mnie śpiącą, i to w dodatku śpiącą snem opiumowym. Dlatego cały czas myślałam, że umarłam od raka. Rozumiesz, stary? Wszyscy mamy rację, wszyscy czworo, jak tu jesteśmy. NIBEK Nie — te kobiety, jak zechcą, to wszystko mogą człowiekowi wmówić, widma czy nie widma. To piekielna rzecz ta kobieca inteligencja. WIDMO No, dosyć. A teraz zawołaj tu dzieci. Dosyć tego brzdąkania. Chcę się z nimi zabawić na ogrodzie, jak dawniej. NIBEK Dobrze, Anastazjo. Byłem i jestem skończonym pantoflem. Słucham cię. (idzie ku domowi i krzyczy) Dzieci! Do ogrodu! Mama przyszła. (muzyka trwa dalej) A to przeklęte brzdąkanie: nic nie słyszą. / Wychodzi na lewo. / SCENA DZIEWIĄTA / Ciż minus Dyapanazy Nibek. / WIDMO A teraz, panowie, pogódźcie się i dajmy raz spokój życiu! No, bez żadnych wahań: *ja* każę. / Młodzi ludzie podają sobie ręce. / O tak. Wszystko dobrze. (do Kozdronia) A ty, Ignacy, idź zaraz do oficyny po dziennik i razem macie go przeczytać z Dyapciem. Rozumiesz? KOZDROŃ / wstając / Słucham cię, Anastazjo. Ujeździłaś mnie jak nędznego wałacha. Żegnam cię. Muszę trochę odpocząć po tym wszystkim. / Odchodzi powoli na lewo, zamyślony bardzo. Muzyka urywa się nagle. / SCENA DZIESIĄTA / Kuzyn i Widmo. / KUZYN Nie śmiem cię o to prosić, Ani, ale pozwól mnie także przeczytać ten dziennik. WIDMO Ale kiedy tam nic o tobie nie ma. Będziesz się tylko wściekał. KUZYN Błagam cię, Ani. Wiedzieć to, że kiedy ja wściekałem się wprost z rozkoszy, ty byłaś w innym świecie! Wynagrodź mi tę stratę. Niech przynajmniej wiem prawdę. WIDMO Oto jest ten poetycki autosadyzm. Ach ty, nieszczęsny hipochondryku! (stanowczym głosem) Nie — stanowczo nie zgadzam się. / Z lewej strony wpadają: Nibek — z dziewczynkami. Za nimi Aneta. / SCENA JEDENASTA / Ciż plus nowo przybyli. / ZOSIA Mamo! Będziesz się z nami bawić? Naprawdę? Tak jak dawniej? AMELKA Ach! Co za szczęście! Mamusiu, jaka ty jesteś dobra! NIBEK / do Anety / Patrz, Aneta. Czyż to nie jest szczęście — to wszystko? Dlaczego nie mogło być tak dawniej? Dlaczego wszystko się tak strasznie popsuło? ANETA Musisz żyć dla dzieci, wuju. Tylko dla dzieci. One są wprost cudowne, te małe. NIBEK Tak — to jest cud, że one istnieją. Większy nawet niż to. / Wskazuje na Widmo. / KUZYN No — ja teraz chciałem coś powiedzieć. Napisałem pierwszy wiersz po długiej, strasznie długiej przerwie. (do Widma) Czy mogę ci przeczytać, kuzynko? Tobie jest poświęcony; raczej twojej pamięci. WIDMO / trzymając w objęciach dziewczynki / Czytaj, Jeziu. Czytaj nam wszystkim, nieszczęsny grafomanie. KUZYN A więc dobrze. Ale bądźcie wyrozumiali. Myślałem już, że nic nie napiszę. ANETA Bez wstępów, kuzynie. Ja w ciebie wierzę. KUZYN A więc, tytuł jest: „Wszystko było tak dobrze i tak się wszystko popsuło.” NIBEK Świetny tytuł. Wal dalej. KUZYN / czyta z papierka / Siostrzyczki spijają z kieliszków jak naparstki Bladozieloną truciznę, straszliwy, blady jad. Za chwilę umrą — już w kurczach ściskają się garstki, Już szyjki gną się jak łodygi i jedna główka zwisła jak więdnący kwiat. Jakiś listek przepłynął po czarnej wodzie. Ktoś przeszedł się szybko (i zaraz wrócił) po mroczniejącym ogrodzie. Już druga główka się słania w złowieszczy i pełen kurczów cień, Za dworem na polach szarzeje i kończy się smutny, powszedni dzień. Przyleciał mały piesek, powąchał trupki i zaraz się wściekł. Przybiegł mały człowieczek, co ciastka na podwieczorek piekł, Płakał i gryzł paznokcie, Upaprany w cieście po łokcie. / Wbiega Marceli w fartuchu. / MARCELI Panie, pan Maszejko prosi pana do kancelarii. NIBEK Nie słyszysz, idioto, że panicz czyta? Proś pana Maszejkę tutaj! KUZYN / czyta dalej / Ojciec zacisnął pięści i zawył dziko do Boga. Wszystkich ogarnęła potworna, szara trwoga. / Nibek zakrywa twarz rękami. Widmo puszcza Zosię, którą trzymało pod prawą pachą, i również zakrywa twarz ręką. / A taki miał być przyjemny nastrój po podwieczorku W małym, zacisznym, ukrytym w drzewach dworku. / Pauza. / ZOSIA A to jest śliczne! To tak jak we śnie. Ja bym chciała, żeby ciągle tak było. AMELKA I ja także. Tylko ja powiem prawdę. Jezio jest głupi: on nic nie rozumie. KUZYN / do Widma / Tobie to zawdzięczam, kuzynko, że coś się we mnie obudziło. Dziękuję ci za wszystkie tortury. WIDMO / odkrywając zapłakaną twarz / Widzisz. Ja płaczę. Ja — widmo. Płaczę, mimo że nie uznaję twoich wierszy. I mówię ci prawdę: to zawdzięczasz tylko jej. (wskazuje na Anetę) Ona cię kocha. Bądźcie szczęśliwi. (wstaje) Nie mam nawet chustki. Widma zwykle nie płaczą. AMELKA / dobywa swoją chustkę / Masz, mamo. Obetrzyj sobie oczy. / Widmo obciera oczy. Z prawej strony wchodzi Maszejko, ubrany w żółty nankin i długie buty. Nibek odkrywa twarz. Kuzyn Pasiukowski podchodzi do Anety, która stoi zmieszana na prawo. / MASZEJKO Dzień dobry państwu, dzień dobry. Nie witam się z każdym z osobna. (do Widma) Pani dobrodzice rączki całuję. Lecz co to? Pani dobrodzika płacze? Wszystko będzie dobrze. Panie Nibek, odborsuczyłem własnoręcznie prawie wszystkie suki. Tylko z Aldoną i z Fifi nie możemy sobie dać rady. Trzeba je będzie zastrzelić. NIBEK Panie Maszejko, Kozdroń przyznał się. Wiem, że ułatwiałeś pan romanse mojej żonie. Ale przebaczam panu, bo pan jedynie może moje suki uratować od zborsuczenia. / Maszejko stoi trochę zmieszany. / Przebaczam wszystko wszystkim i tylko jednego chcę, aby dzieci moje były szczęśliwe — nic więcej. / Maszejko kłania się. / ANETA / która dotąd szeptała z Kuzynem / Nie, nie teraz. Niech kuzyn się umyje i ogoli. Z takim nawet mówić nie będę. / Odchodzą w głąb. / SCENA DWUNASTA / Ciż bez Kuzyna i Anety. / WIDMO / które łupnęło przez ten czas kieliszek wódki / No — teraz zostawcie mnie z dziećmi. Zabawimy się tak, jak dawniej. DZIEWCZYNKI Tak, mamo. Bawmy się teraz. NIBEK Dobrze, Anastazjo. A my chodźmy do kancelarii, panie Maszejko. MASZEJKO / do Widma / Do widzenia z panią dobrodziką. A gdyby się pani dobrodzika przypadkiem zborsuczyła, nie przymierzając jak te suki w Powierzyńciu, to proszę się udać do mnie. Odborsuczymy panią natychmiast. WIDMO / groźnie / Bez głupich żartów, panie Maszejko. / Maszejko kłania się i idzie za Nibkiem w głąb sceny. / SCENA TRZYNASTA / Widmo i dziewczynki. / AMELKA Mamo, a co ty robisz, jak nie jesteś tu z nami? ZOSIA Bądź grzeczna, Amelka. Nie pytaj o takie rzeczy. WIDMO Tak. Zosia ma rację. A teraz słuchajcie: jeśli chcecie, żeby wszystko było ładne, jeśli chcecie, aby było tak jak we śnie, to zróbcie tak: jak się zacznie ściemniać, pójdziecie do spiżarni. Klucz da wam Urszula. Już z nią o tym mówiłam. Tam na półce środkowej na prawo jest kluczyk. Tym kluczykiem otworzycie moją apteczkę, tę szafkę na lewo. Na górnej półce stoi flaszka z brązowym płynem. Weźmiecie ją, pójdziecie do swego pokoju i wypijecie ją po połowie. Tylko żeby jedna drugiej nie skrzywdziła: każda równo połowę. Dobrze? Ja nie mogę tego zrobić, bo jestem widmo. Ale to zrozumiecie później. ZOSIA / tuląc się do Widma / Dobrze, mamo. Dziękuję ci bardzo, że nam na coś takiego pozwalasz. AMELKA / również tuląc się do Widma / I ja też. Tak bardzo ci dziękuję, mamo. Ale czemu sama nie możesz nam tego dać? Wczoraj nosiłaś przecie pana Kozdronia. WIDMO To było co innego. Już nie mówmy o tym. No, dobrze? A teraz chodźcie się pobawić tak, jak dawniej. No — gońcie mnie, a ja będę uciekać! / Biegnie lekkimi susami na lewo za drzewa. Dziewczynki biegną za nią śmiejąc się. / AKT TRZECI / Pokój dziewczynek. Jedno okno wprost. Na prawo i na lewo łóżka, bliżej widowni drzwi. Dywaniki. Ściany białe. Przez okno wpadają ukośnie z lewa promienie zachodzącego słońca. W środku stół i dwa krzesła. Na ścianach nad łóżkami dywany i święte obrazy. Na ścianie wprost fotografie, karty pocztowe i inne fatałaszki. Z prawej wchodzi Kozdroń z kilkoma kajetami czarno oprawnymi. Za nim Nibek, ubrany jak w akcie pierwszym. Kozdroń również ubrany tabaczkowo. / SCENA PIERWSZA NIBEK Tu będzie nam lepiej. Dziewczęta poszły z Anetą zbierać spóźnione rydze. Siadaj pan, panie Kozdroń. Musimy dźwigać nasz krzyż do końca. / Siadają przy stole: Kozdroń na lewo, Nibek na prawo. / Więc te daty możemy uważać za sprawdzone. Zosia jest moją córką. To jeszcze całe szczęście. KOZDROŃ A więc, stanęliśmy na tym miejscu, jak to pan w styczniu pojechał na tę ekspedycję. Pamięta pan? Co to zboże było po 148 za pud. NIBEK Zbłaźniłem się wtedy strasznie. No, mniejsza o to. Czytaj pan. KOZDROŃ / czyta / „18. I. Jestem znowu sama. Dyapcio pojechał do miasteczka. Nie będzie go przez parę dni. Znowu to samo. Ignacy coraz mniej mi się podoba. Mimo to kocham go w pewien sposób.” (mówi) Psiakrew! To zaczyna być nieprzyjemne dla mnie. NIBEK / zadowolony / Czytaj pan dalej. Nie będziemy mieć pretensji do nieboszczki. KOZDROŃ Tylko żeby ona przestała już tu chodzić. Czuję jakieś nieszczęście w powietrzu. Boję się jednak ciągle. W dzień to jeszcze można wytrzymać, ale jak pomyślę o nocy, diabli mnie wprost biorą. NIBEK Czytasz pan czy nie? Albo dawaj mnie. Ja sam będę. KOZDROŃ / czyta / „Boli mnie coraz gorzej. Dziś pierwszy raz zażyłam opium. Cudowna rzecz. Godzina trzecia. W tej chwili wyszedł Ignacy. Byłam jak martwa. Zaczynam go nienawidzić. Nie czuję nic.” NIBEK Aha — dobrze jest. Została ukarana przynajmniej. KOZDROŃ / czyta / „25. I. Wrócił Dyapcio. Lubię go, ale jest tak wstrętny, że nie mogę znieść dotknięcia jego ręki. Zosia ma gorączkę. Boję się szkarlatyny. Czy to nie kara za to, że kłamię?” / Z lewej strony wchodzi bez pukania Kuzyn. / SCENA DRUGA KUZYN Ach, przepraszam! Napisałem nowy wiersz i chciałem go przeczytać dziewczynkom. NIBEK Daj pokój. Nie zawracaj im głowy. To może im zaszkodzić wszystko razem. KUZYN Ale! Panowie coś czytają? O! Zeszyty! (zbliża się) To jej pismo. Błagam was, pozwólcie. Ona sama mi pozwoliła. NIBEK / do Kozdronia / No co? Możemy pozwolić. Niech spróbuje. KOZDROŃ Owszem. Ja nie mam nic przeciw temu. Nieboszczka kazała mi się pogodzić z panem Pasiukowskim. KUZYN Dawaj pan. Ja tylko zobaczę te miejsca, gdzie jest o mnie: (przerzuca zeszyty) Marzec, kwiecień, maj. O! (czyta) „2 maja. Przyjechał Jęzory. Jest jakimś kuzynem. Podoba mi się. Ale na nic sobie już nie pozwolę. Chociaż ostatni raz przed śmiercią mogłabym trochę użyć. Wiersze pisze marne, chociaż coś tam się w nim widać kołacze.” (mówi) A! psiakrew! To nie bardzo przyjemne. NIBEK / zadowolony / No, no, czytaj dalej, Jeziu. Ja ci nic złego nie zrobię. / Słońce gaśnie i od tej chwili zaczyna się powoli mrok. / KUZYN / do Nibka / Czemu właściwie wuj mnie nie zabił? NIBEK Przyznam ci się: zabić cię znienacka nie mogłem. A bić się z tobą nie chciałem, bo cóż byłoby z dziećmi? Rozumiesz? Zabiłbyś mnie na pewno. Strzelałbyś pierwszy i co wtedy? No — czytaj dalej. KUZYN Zaraz, zaraz. Ten początek to nic, ale tam dalej, kiedy się to już zaczęło, (czyta) „13. V. Wczoraj późno w nocy był u mnie Jezio. Wzięłam ze 150 kropli laudanum i zasnęłam, kiedy mi czytał swój poemat. Wmawiał mi dzisiaj, że jestem jego kochanką. Śmieszni są ci poetnicy. Pewno mu się przyśniłam.” (mówi) To tak! Nie macie pojęcia, co było wtedy. Mało nie oszalałem. NIBEK Dosyć. Miej trochę więcej szacunku dla moich siwych włosów. KUZYN / wczytując się w dziennik / Nic. Ani słowa. Ani jednej wzmianki. Ciągle ta sama teoria, że wszystko jest snem. (czyta) „15 czerwca. Dziś zawlókł mnie Ignacy prawie gwałtem do Maszejki. Tak boi się Dyapcia, że już nie przychodzi do mnie. Boi się też swego pokoju.” (do Kozdronia) A! To ona mnie jeszcze z tobą zdradzała, podły tchórzu! Odpowiesz mi za to! KOZDROŃ Przebaczam panu. Wola nieboszczki jest dla mnie święta. Ale czytaj pan dalej. Ja wiem, co było 15 czerwca. Ja ją dotąd kocham. Tylko strach zwycięża moją miłość. Jestem między dwiema mękami. Nie wiem, która jest gorsza. KUZYN / czyta / „Uciekłam. Dosyć tych kłamstw. Chcę umrzeć czysta. Zostaje tylko opium. Nie będę kochanką Jezia. Dla niego samego i dla mnie.” (mówi) A widzicie! Ona mnie kochała, mnie jednego! NIBEK Ale ty jej nie kochałeś. Kochałem ją ja jeden. Ale to było dawno. Nie pisała wtedy dziennika. Nigdy nie dowiecie się, co to było. SCENA TRZECIA / Wbiega Marceli z prawej strony. / MARCELI Pan Maszejko prosi pana w tej chwili do kancelarii. Mówi, że coś bardzo ważnego. Zboże po 162 za pud. / Nibek chwyta zeszyty i wybiega na prawo. / KOZDROŃ / zrywając się / To moja własność! Oddaj pan to w tej chwili! / Wybiega za nim. Za Kozdroniem Marceli. / SCENA CZWARTA / Kuzyn sam. / KUZYN O Boże! Byłem tylko widmem. To ja byłem, faktycznie byłem widmem. Odegrywałem życie moimi krwawymi bebechami! O jakież to wstrętne! A ona była rzeczywistą w tym wszystkim. Ona była stokroć rzeczywistszą, mimo że nic o niczym nie wiedziała. A teraz udaje widmo. Bo przecież widma powinny wiedzieć wszystko. Chyba że tamten świat nie różni się niczym od tego. (siada na miejscu Kozdronia) A w takim razie po co istnieje? Więc czyż kłamać trzeba aż nieskończoną ilość wieków, aby przyjść znów do tego samego punktu? Albo są widma, albo ich nie ma; albo są zaświaty inne niż nasze życie, albo są głupstwem, wymysłem nienasyconych życiem bydląt, nie ludzi — podłych bydląt. Tak. Po tysiąckroć tak. I nic więcej być nie może. Wszystko jest tylko złudzeniem. Kant, Schopenhauer, Nietzsche! Co za degrengolada myśli na tej samej linii istotnych zwątpień we wszystko. To są problemy na granicy mojej inteligencji. Muszę to zdobyć. Są inne jeszcze rzeczy: cała matematyka i Russell. Nigdy tam nie dojdę, nie mam na to mózgu. O nędzo, nędzo istotnych pożądań! Jestem jak ten król, co chciał być filozofem, i ten filozof, co chciał być królem. A właściwie jestem tylko poetą bez pieniędzy w małym folwarku bogatych — i to nawet nie bardzo bogatych — krewnych. Cóż za potworna nędza! Ja — nędzny poeta i niedoszły student filozofii, w odwiecznym, czarnym garniturze. A gdybym miał automobil? Cóż by mi z tego przyszło? Czyż nie byłbym tym samym męczennikiem? Przecież nie boję się niczego. Mógłbym wyzwać wszystko przeciw sobie i jeśli tego nie robię, to dlaczego? Dlaczego tego nie robię? / Robi się coraz ciemniej. / SCENA PIATA / Z lewej strony wchodzi Widmo. Bardzo jest uroczyste i poważne. Kuzyn Widma nie widzi. / WIDMO Bo jesteś zwykłym fantastą i poetnikiem, zbłąkanym w rzeczywistym świecie. / Kuzyn odwraca się z nieistotnym przestrachem. / Nie bój się! KUZYN Ależ chodź, Anastazjo. Moja ukochana Ani. Nie boję się niczego. Czemuż miałbym się bać ciebie właśnie? Jesteś moja — umarła czy żywa. Nikt cię tak nie kochał. WIDMO Właśnie o tym chcę z tobą mówić. Czytałeś dziennik mimo mego zakazu. Przebaczam ci. To wszystko jest nieprawda. Nie to, co tam jest napisane czarno na białym, jak to mówią. Teraz dopiero widzę, jak się kłamie pisząc dziennik. Ja ciebie rozumiem i powiem prawdę: ja cię nie uznaję jako artysty. Nie ciebie właściwie, tylko w ogóle nie uznaję artystów. Może ich nie rozumiem jak trzeba, ale przyznaję się do tego otwarcie. Ja cię zawsze kochałam. Życie moje zaczęło się od tego. Ja nie chciałam być twoją. Miałam raka w wątrobie. Prosta dziedziczność po Dzięciewickich. Bardzo dobra szlachta. Ja nie chciałam cię do siebie przywiązywać. Fizycznie — rozumiesz? Nie wierzę w duchowe przywiązania. / Kuzyn pada przed nią na kolana. / Jestem kobietą. Nawet jako widmo jestem tylko kobietą. Powiedz, czy kochałeś mnie naprawdę? Mów prawdę. Artyści to także rodzaj widm, tylko tu, na ziemi. Mów prawdę. Między nami, widmami, nie może być już kłamstwa. Czy kochałeś mnie? KUZYN Ciebie jedną kocham, Ani. I kochać będę na zawsze. WIDMO Cyt! Nie obiecuj za wiele. Ja wiem. Ty będziesz żyć, bo nie boisz się śmierci. Ty ją zwyciężyłeś. To mi się w tobie najwięcej podobało. Może nie najwięcej. Najbardziej lubiłam twoje usta wtedy, kiedy mnie pożądałeś. Ale ja wiedziałam wszystko. Rak w wątrobie. Przebacz i bądź szczęśliwy. KUZYN Nie mogę. Po co przyszłaś tu z zaświatów? Abym musiał cię jeszcze raz utracić? Wolę śmierć niż to rozstanie. Pozwól mi umrzeć. Bez twego pozwolenia nawet życia sobie odebrać nie potrafię. Jestem twój, tylko twój. WIDMO Mówisz tak, bo wiesz, że jestem widmem. I ty sam wiesz o tym, że to nieprawda. Jesteś żyjącym. Nie mogę ci tego nawet przebaczyć, mimo że jesteś artystą, czego w tobie nie uznaję. A właściwie to mnie do ciebie zbliża. Jesteś żyjącym. Gdybym teraz rzuciła ci się na szyję i ucałowała usta twoje gorącym ziemskim pocałunkiem, jutro może miałbyś wstręt do mnie i zdradził mnie z inną, z jakąś dziewczynką z kuchni albo z kokotą, gdybyś był w mieście. Powiedz, że to prawda. Ja wiem, że ty w to teraz nie wierzysz, ale na dnie, gdzieś na dnie duszy i ciała, myślisz tak. Niech nie odchodzę z twoim kłamstwem. Ostatni raz tu jestem. Nie kłam. Niech twoje usta, których nigdy sama nie całowałam, powiedzą mi prawdę w ostatniej chwili. KUZYN Tak — nie wierzę w to w tej chwili, a coś każe mi powiedzieć, że tak jest, jak mówisz. Tak. To jest prawda. Mówię to wbrew woli. Och! Jakież to wszystko jest wstrętne. WIDMO Dziękuję ci. I teraz wiedz, że jeśli całowałeś mnie i byłam twoją, wiedz, że tak było. I choć nic o tym nie wiem i jestem czystsza jak dziewica wobec ciebie, było tak, jak dla ciebie było. Byłam i jestem twoja. / Schyla się i całuje go w głowę. / KUZYN Ani, przeze mnie zginęłaś, nie będąc nawet winną tego. Och! Jakże zniosę to nieludzkie cierpienie! Ja tak zgłębiłem wszystko, że jak przyszłaś wczoraj, nawet nie drgnąłem. Nie na zewnątrz — ja naprawdę nic nie czułem. WIDMO Dlatego cię kocham. Jesteś odważny, jesteś silny. Dlatego cię kocham, nie dla twoich wierszy. Dla nas — dla ludzi w życiu i dla widm — wiersze są niczym. Dosyć już. Idę spełnić moje obowiązki, obowiązki widma — rozumiesz? KUZYN Ani, zostań ze mną. Kocham cię. Żyć bez ciebie nie mogę. Kiedy odejdziesz, wszystko stanie się tak małym i obrzydliwym, że ja tego nie przeżyję. WIDMO Słyszysz? Ktoś idzie. To ona. Nie jestem zazdrosna. Widma nie są zazdrosne i mówią zawsze prawdę, nawet widma kobiet. Kochaj ją i bądź szczęśliwy. Idę przypomnieć moją wolę córkom moim. Cokolwiek się stanie, bądź ze mną: z moim widmem bądź w zgodzie. / Przechodzi wolno na prawo i znika we drzwiach. Z lewej strony wchodzi Aneta. Kuzyn klęczy dalej. Jest prawie ciemno. / SCENA SZÓSTA / Kuzyn i Aneta. / ANETA Przepraszam cię, kuzynie. Ale czemu klęczysz tak, samotny, jak gdybyś bił przed kimś pokłony? Tam jest mój pokój. (wskazuje drzwi na prawo) Przyszłam się trochę upudrować po spacerze. Ale co ty tu robisz? KUZYN / udaje, że szuka czegoś na ziemi / Chciałem przeczytać jeden wiersz dziewczynkom i nie znalazłem ich. Szukam szpilki od krawata. Upadła mi tu gdzieś i nie mogę jej znaleźć. ANETA Szpilka od krawata? O, tu coś zaszło. Czekaj, ja ci pomogę. / Klęka obok niego. Szukają. Pauza. / KUZYN / nagle / Aneto! Ani! Ja ciebie kocham. Od wczoraj nie mogę sobie rady dać ze sobą. Jesteś jedyną kobietą, która mi się kiedykolwiek podobała. Kocham cię i podobasz mi się wściekle. Wiem, kto jesteś. Wczoraj poznałem cię, kiedy grałaś. ANETA A ogoliłeś się przynajmniej? (gładzi go ręką po twarzy) Tak, jesteś gładki, jesteś młody, jesteś ładny i ten twój wierszyk podobał mi się bardzo. KUZYN Dla ciebie tylko go pisałem. Tylko dla ciebie. Przez ciebie tylko zostałem na nowo artystą. Kocham cię. ANETA Ale dziś rano mówiłeś inaczej. Dedykowałeś go widmu ciotki. KUZYN Tak. I ta dedykacja, tego wiersza tylko, pozostanie dalej. Ale cały zbiór, który teraz napiszę, poświęcę tylko tobie, Ani. Ciebie jedną kocham, po raz pierwszy naprawdę. ANETA Czy mogę ci wierzyć? Może wszystkim mówisz to co chwila? KUZYN / całuje ją klęcząc naprzeciw niej / Kocham cię, kocham cię. / Całują się długo i nienasycenie. / SCENA SIÓDMA / Wbiegają z lewej strony Zosia i Amelka i zaraz cofają się przerażone. / ANETA / wstając / Chodźmy stąd. One nas widziały. / Ciągnie go na prawo. Kuzyn milcząc poddaje się jej. Drzwi zamykają się za nimi na klucz. Znowu wchodzą skradając się Zosia i Amelka. Zosia trzyma 500-gramową butelkę. Zaraz za nimi wchodzi Urszula z lampą o różowym abażurze z bibułki. Stawia lampę na stole i milcząc wychodzi. / ZOSIA Teraz pijmy. Wszystko będzie tak, jak we śnie. AMELKA Boję się czegoś. Nie wiem, co to jest. ZOSIA Nie bój się. Głupia jesteś. Mama tak kazała. AMELKA Ale co oni tu robili? ZOSIA Całowali się. Ja nigdy nikogo nie chcę całować. To jest brzydkie. Pij pierwsza. Amelka. Jesteś starsza. AMELKA Nie, ty pij pierwsza. Ja chciałabym jednak wiedzieć, jak to się całują ludzie. ZOSIA / wypiła połowę / Pij. Gorzkie jest, ale dobre. Wszystko będzie jak we śnie. AMELKA / przez chwilę patrzy na butelkę i mówi / E! Wszystko jedno. Mama tak kazała. Musi być tak dobrze. / Pije i stawia butelkę na stole. / ZOSIA Tak mi dobrze jest. Tak mi twardnieje szyja. Widzę jakieś potwory. Ale są dobre. Tak się o mnie ocierają. AMELKA Zosia, ja się boję. To było takie gorzkie. ZOSIA To nic. Chodź tu do mnie, na moje łóżko. / Ciągnie ją na lewe łóżko. / AMELKA Tak mi dziwnie. Głowę mam jak na patyku. ZOSIA / kładzie się i pociąga ją do siebie / O tak. Połóż się i nie myśl. Zaraz wszystko będzie jak we śnie. AMELKA Teraz i mnie jest dobrze. Wszystko się tak pochyla i sama nie wiem gdzie. Pocałuj mnie, Zosia. (całują się) Słyszę takie dzwoneczki w uszach. Takie malutkie, malutkie. Muszą być srebrne. ZOSIA Tak. Już się zaczyna sen. Leż spokojnie. / Zastygają bez ruchu na łóżku. Wchodzi Urszula. Poprawia lampę i zaraz wychodzi. Pauza. / SCENA ÓSMA / Z lewej strony wchodzi Nibek. / NIBEK Cóż to? Śpicie? Takeście się zmęczyły zbieraniem spóźnionych rydzów? Zbudźcie się, moje elfy, moje sylfy, moje najdroższe córeczki, moje eteryczne ciałka, moje świetlane, czyste duszyczki! (podchodzi do łóżka) Śpią, biedaczki! Och! Żebyście wiedziały, jak was kocham. Och! Żebyście choć na chwilę mogły wiedzieć. Ale nigdy się o tym nie dowiecie. Żadne dziecko nie wie nic o tej miłości, którą mają dla niego rodzice, i nawet nie powinno wiedzieć. Zatrułoby mu to życie aż do końca. (pada na kolana przed łóżkiem) Ciężar uczuć — czyż jest coś okropniejszego! Ona też je kochała po swojemu — biedna Anastazja. (bierze Amelkę za rękę) Nowego rodzaju ciastka upiekła dla was Urszula. Sam Marceli ciasto miesi już od południa. (nagle) Lecz co to? Ta ręka jest zimna. Amelka! Mów! (szarpie ją) Ona jest zimna! (szarpie Zosię) Zosia! Obudź się! (szarpie Zosię; po czym mówi zupełnie spokojnie) One są zimne. One nie żyją. Wiedziałem, że coś złego się stanie. (krzyczy) Ratunku!!!!!! / Po czym staje zmartwiały. / SCENA DZIEWIĄTA / Prawe drzwi otwierają się z klucza i wbiega Aneta, a za nią Kuzyn. Oboje wyglądają nienormalnie. Ona ma włosy w nieładzie. On też. A do tego ma rozpięty kołnierzyk i rozwiązany krawat. / ANETA Co się stało? NIBEK / budząc się z zamyślenia / Miałaś im zastąpić matkę. One są zimne już. To są dwa trupki, obojętne trupki, a nie moje córki. Nie potrzeba nic. Wiem, że to jest koniec. (podnosi ręce do góry) O Boże! I Ty możesz! (opuszcza ręce) Dziej się wola Twoja. I wtedy to mnie spotyka, kiedy zboże jest po 162 i kiedy mógłbym naprawdę zostać bogatym człowiekiem i dać im wszystko. / Wychodzi na lewo. / SCENA DZIESIĄTA / Ciż sami minus Nibek. Aneta podchodzi do łóżka i dotyka się do dziewczynek. / ANETA Zimne są już. Stało się. KUZYN Nie. To niemożliwe. Czemu? Po co? Czy to jakaś nagła choroba? (dotyka się ciał dziewczynek) Zimne są. Wszystko skończone. ANETA Tylko co były ze mną na spacerze. Zdrowe i żywe. Co to jest? To jest coś niepojętego. KUZYN O! Ja to rozumiem. To ona — Anastazja. Teraz rozumiem to, co kiedyś mówiła. Za późno, za późno. SCENA JEDENASTA / Z lewej strony wchodzi Widmo. Za nim Urszula z gromnicami pod pachą. Tamci cofają się na prawo. Kuzyn trzyma w objęciach Anetę. / WIDMO Niech Urszula zapali świecę. / Urszula spełnia rozkaz. / Teraz proszę tu nakapać. / Urszula kapie ze świecy i stawia drugą, którą o tamtą zapaliła. / Teraz druga. / Urszula robi to samo z drugą świecą. / KUZYN / wyrywa się nagle Anecie, która usiłuje go zatrzymać. Mówi jadowicie / Wiem już, kto jest przyczyną tego wszystkiego. To ty, zbrodniarko! Chciałaś zabić mnie, a teraz zabiłaś te niewinne istoty. Wiem już, kto jesteś. WIDMO Tym lepiej dla ciebie. Kochałeś się jednak we mnie, kuzynie. KUZYN Tak. I był to najgorszy mój upadek. Teraz cię nienawidzę. Nienawidzę i pogardzam tobą. Ty, morderczyni własnych dzieci. WIDMO Które byś uwiódł, gdyby nie przyjechała ta. (wskazuje na Anetę) Tym lepiej dla ciebie. KUZYN Nieprawda. Po tysiąckroć nieprawda. Ja ją kocham. Ja nie dam o niej mówić w ten sposób. WIDMO Tym lepiej dla ciebie. A dla niej nie wiem. To zależy od niej, czy zdoła cię do siebie przywiązać. Aneto, bądź dla niego… Ach, nie powiem już nic. Życie znowu owładnęło mną tak, jak dziś rano. Żegnam was. Bądźcie szczęśliwi. / Idzie na lewo wyniosłym krokiem typowego widma. We drzwiach spotyka się z Nibkiem, za którym postępują: Kozdroń i Maszejko, Nibek przechodzi nie patrząc na nią. Kozdroń również. Idą w kierunku łóżka. Maszejko zatrzymuje się. / SCENA DWUNASTA MASZEJKO Ach, pani dobrodziko! Takie nieszczęście! To tak, jak z tymi sukami w Powierzyńciu. Aldona i Fifi są nie do odborsuczenia. Trudno, pani dobrodziko. Nikt temu rady nie da. / Nibek i Kozdroń klękają przy łóżku z trupami. / WIDMO Pan Maszejko ma rację. (do Kuzyna) A ty czytałeś mój dziennik. Skłamałeś nie mówiąc. Powinieneś był mi to powiedzieć pierwszy. KUZYN Tak. Nie bawię się w głupie formalności. Dowiedziałem się z tego dziennika, że mnie jednego kochałaś. I nic mnie to nie obchodzi. Jesteś widmem, prawdziwym widmem. Teraz dopiero przekonałem się o tym. WIDMO / uroczyście / Tym lepiej dla ciebie. Żegnam cię, Dyapanazy. Żegnam cię, Ignacy. Na zawsze, na zawsze. / Wychodzi na lewo. Z prawej strony wbiega Marceli. / SCENA TRZYNASTA MARCELI / upaprany ciastem. Trzyma w końcach palców ciastko / Chciałem dać spróbować panienkom te ciastka. (zatrzymuje się) Urszula mi kazała. NIBEK / zrywając się z klęczek / Czy nie widzisz, idioto, że panienki nie żyją? Nie żyją. Czy nie rozumiesz, ty wyskrobku jakiś? / Wybucha płaczem i pada znowu na kolana. Marceli podchodzi do łóżka i klęka obok Kozdronia. / MASZEJKO Ależ, panie Nibek. Tak nie można. NIBEK / nagle uspokaja się i wstaje / Już wiem. Wszystko skończone. Tam zostaje cały świat: gdzieś daleko. Ale dla mnie wszystko skończone. / Kozdroń klęczy dalej i modli się. / KUZYN Ależ, wuju… / Aneta go wstrzymuje. Nibek wychodzi na lewo. / ANETA Daj mu spokój. Naprawdę dla niego wszystko się skończyło. Ale nie dla ciebie. Bądź silnym. Wszystko jeszcze jest przed tobą. (całuje go w usta) Kocham cię. Teraz nic już nie ma między nami. / Na prawo słychać wystrzał. / KUZYN / wyrywając się jej / Dla Boga! On się zastrzelił. ANETA I co z tego? Tym lepiej dla niego i dla nas. Bądź silnym do końca. KUZYN / otrząsając się / Masz rację. Ty mi zastąpisz wszystko, co dotąd było. Taka była zresztą jej wola. Rozumiem to, ale nic nie czuję. ANETA I nie trzeba czuć. Ja też wszystko rozumiem, a nie czuję nic. SCENA CZTERNASTA / Z lewej strony wchodzi Urszula. / KUCHARKA Kolacja na stole, proszę państwa. / Kozdroń i Marceli wstają. Maszejko przez cały czas spokojnie pali papierosa, stojąc na lewo. / ANETA Tak jest. Kolacja na stole. Nie ma już widm między nami. Są tylko trupy i ludzie żyjący. Zaczynamy nowe życie. / Idzie na lewo, trzymając pod rękę Kuzyna. Za nimi idzie jak automat Kozdroń. Za nim Maszejko. Za nimi Marceli Stęporek, łamiąc upaprane w cieście ręce. Przez chwilę scena pusta. Dwa trupy dziewczynek i dwie świece. / 19 1 1921 / Scena mimiczna. Na progu drzwi na prawo staje Widmo pod rękę z Nibkiem, ubranym w białe prześcieradło. Wchodzą i o trzy kroki od drzwi stają. Widmo kiwa ręką w kierunku dziewczynek. Dziewczynki wstają jak automaty i idą ku duchom rodziców, którzy robią zwrot i wychodzą. Dziewczynki za nimi. / Zakończenie z r. 1925, VIII. / Kurtyna /
|
w-mroku-gwiazd-biale-roze-krwi.txt
ADDED
|
@@ -0,0 +1 @@
|
|
|
|
|
|
|
| 1 |
+
Tadeusz Miciński Białe róże krwi Białe róże krwi… Białe róże krwi rosną przy mej celi — a dokoła bór w swych upiornych snach. Kiedy zimna noc — jako czarny ptak — na wierzchołkach gór zostrzy krwawy dziób — dwie siostrzyczki me — ach, dwie obłąkane z lśniącemi oczyma, jak zaklęte skarby — — — — — — — — — — — — — i słucham piosenek — i drżą srebrne rosy — odmykam okno gotyckiej wieżycy. I łkają słowiki i z szumem drżą fale — do groty umarłych wszedł księżyc. Węże z nad jezior prężą się uśpione, a drzewa olbrzymy pośród chmur i nieba. Gwiazdy jak róże kwitną wśród gałązek, taniec szkieletów — — — — — — — — — — — — — Na katafalku z czarnych kamieni leży blady królewicz i litośnie patrzy na swą zabójczynię. Ona, jak posąg, bezmowna — w ekstazie bólu uśmiecha się przez zasłonkę grobu. Patrzy litośnie królewicz — dwa jeziora oczu ścinają mu się w lód. — — — — — — — — — — — — Dwie siostrzyczki moje palą kwiat paproci. Ziemia rozpęka w urwisko. Nad jeziorem śmierci siedzi nagi człowiek i w zielonkawą patrzy toń, jako w źrenice święte Ureusa. A strojne karły i wesołki tańcząc na nitkach pajęczych zawodzą spiżowy chorał o narodzinach gwiazd. Mój brat: przed obliczem siedmiu posągów skrzyżowaliśmy nasze miecze i czaszę krwi piliśmy na braterstwo. Całą wieczność szukałem — odnalazłem weseląc się w płaczu moim. Zaklinam go w dawne imiona anielskie — przypomina — budzi się, jak ze snu — uśmiecha się, jak Jehowa, z poza mgławicy, a strumień piany toczy się po zoranych ustach. Prosi bym do uścisku podał dłoń — chwycił mocno rękę moją — zataczając się w okropnej radości, wykręcił i z całej mocy złamał na żelazach. Zmiażdżoną ręką uderzył mię w twarz i wyzwał na straszny — zagrobny bój — w nurtach głębokiej wody. Łzy płyną mu anielskie, rzewne po zbrużdżonem obliczu piorunami, jak ziemia — — — — — — — — — — — — — Dwie siostrzyczki me rzucają do ognia pszeniczną śnieć. Siedzę na ganku wśród odwiecznych lip, szafranowe krokusy pachną mi świętem Wielkiejnocy, lilowe malwy i czarne bratki szepcą opowiastki o tych, co minęli. A słońce rozsypało krwawe róże na obłokach — i gdy zagasły — stało się, jakby ktoś ogród zamienił w żuzle i popiół. Pies wierny skomli przez sen u moich nóg. Prowadzi do mnie małe dziecię żona — za rączkę. I cisza taka święta wśród omglonych łąk i lasów. Świerszcze sykają pod progami, żaby rechocą — jakby szklane, grające wirowały sfery. I poszedłem, ach — na drogę pod krzyż i nie wrócę już — nigdy nie wrócę. — — — — — — — — — — — — O siostrzyczki moje, podłóżcie smolny żar i niech rozszumi oceanowym śpiewem ognia ta puszcza. W płonących wirach dymu zapadną się moje czarne księstwa — w roztopach żywicy skamienią się moje napowietrzne jeziora — upiorne skrzydła moje zanurzę w prastarych wulkanach — i tylko serce me złóżcie z modlitwą do ziemi. Nad popiołami zaszumią zboża — będą ludzie pożywać — i błogosławić. Moim Siostrom i Matce.
|
w-mroku-gwiazd-czarne-xiestwo.txt
ADDED
|
@@ -0,0 +1 @@
|
|
|
|
|
|
|
| 1 |
+
Tadeusz Miciński Strąceni z niebiosów Czarne Xięstwo Pną się we mnie czarne kwiaty — złote kwiaty, krwawe kwiaty. Nim Adonai przeklął Kainowe plemię wirowały już te światy w ogniach Mocy i Tronów — i z kryształowych dzwonów płynęły w rajskich melodyach na ziemię. Ach, moich szaleństw złowieszcze bachmaty wichrem spadających komet uniosły mię w zamek Chimery — gdzie na krzyżach rozpięte ciała męczonych Andromed i niemych Sfingów twarze wniebowzięte. (…fosforycznie przyświecają w studniach głębokich — jednookich olbrzymów do się zapraszają…) Na rubinowym szczycie, oplątana w liany zodyaków i w sennych mgławic protosfery — ta Jeruzalem piekielna. Jako płonące świeczniki żarzą się wichrem rozszumione cedry. Wśród kolumn czarnych olbrzymiej katedry zaklęta postać leży Bereniki. (…a hymn jej grają zimowe bezdroża — a skrzydła nad nią roztaczają Samumy…) * Pośród nocy miesięcznej przez bory orszak magów płynie w adoracyi — nad słoniami złota kiść akacyi — to królowie wyklętej Gomory. W tańcu zwiewnym czarne bajadery lśnią skarbami podziemnej Golkondy — na warkoczach skrzą gwiazdy, drżą szmery, jak kwiat mango w ściskach anakondy. Wrzask tympanów, brzmią dzikie litaury, od pochodni goreją świątynie — to na Olimp się wdarły Centaury i w zadumie patrzą na boginię: (a hymn jej grają zimowe bezdroża — a skrzydła nad nią roztaczają Samumy). Nad cysterną — wśród gorącej splątanej zieleni kwiat niewoli brudną krwią się mieni i zatapia w mrok siny swe łona — duch za kratą wytęża ramiona. * Kiedy w rajskim dziwnym śnie, kołysany szeptem tulipanów, w mgły srebrzyste przyoblokłem Cię na dalekiej wyspie Oceanów (w dziwnym rajskim śnie) — szafirową w ogniach różę wydałem z mojego łona i łzy szczęścia w gwiazd wichurze przetopiłem w blask Oryona — ach, ujrzałem Cię: przezemnie wyśnioną, przezemnie na wiek potępioną. Bóg mściwy wyrwał ten mój serca kwiat i wśród jaskiń księżyca pustyni duchy wężów się wzniosły w las pinij — a ze skał niebosiężnych gdzie był chram patrzył na mnie fosforyczny zimny gad — ze skał, gdzie się tuli śmierć do bram. * Ponad głębiami czarnych wód leżę w bezchwiejnym cichym śnie i marzę — że ty przyjdziesz mnie tam strącić — w swój piekielny gród. Na uczcie króla Baltazara sfałszował mag żydowski Daniel jej złote imię Upharisim. A imię znaczy: — nieśmiertelny — i bogom równy! — zejdź w zimny wilgny loch kościelny — i zabij tę, co w trumnie śni — — Mené — Mené — co w mroku lśni — — jej duszę — serce twe — — Mené — Mené!… — a ja Cię wzniosę — bóg piekielny — — ponad aniołów czyn niedokonany — ponad najgłębszą z gwiazd — o której mędrce marzą i szatany… O pani konających, nasyć oczy moje.
|
w-mroku-gwiazd-dusza-w-czyscu.txt
ADDED
|
@@ -0,0 +1 @@
|
|
|
|
|
|
|
| 1 |
+
Tadeusz Miciński Już świt Dusza w czyścu Umarłych cieniom i w gwiezdne kurhany, składam tę urnę przetlonych pamiątek. jakoby ciała umarłych dzieciątek. Bo duch mój z ziemskiej jasności wygnany wstecz się ogląda na rodzinne łany i nim go śnieżne pochłoną zamieci do chat się tuli, gdzie łuczyna świeci. W umarłych święto, w jęki niepowrotne, serce się moje nie czuje samotne. Ach, pamiętam knieje, szumiące dokoła, świegot ptastwa, ryk zwierza i dymiące sioła — wonie traw pokoszonych i białe bociany, lecące gdzieś aż z Indyów na mój dach żerdziany. Dziś — pół świata zbłądziwszy na smętnem błąkaniu — Tobie, coś moją młodość widziała w zaraniu — Lipo cmentarna! Xieni pszczół i roju duszyczek, co już doznały wiecznego spokoju — pod cieniem Twoim, pod Twoją obroną chciałbym złożyć mą duszę, jak falę znużoną i lśnić w Twoich konarach zbłękitnionym niebem — a męką moją, jak czarnym podzielić się chlebem z oną Królową, co była duchów żywicielka — a za Chrystusem zeszła w otchłań… I teraz Cień jej błąka się w wichrowe noce, a w oczach wypalonych szrężoga migoce i jasność wielka. Chciałbym pługiem rozorać krwawe sarkofagi i z płomieniem — w królewski zejść grób — i w krysztalny grać dzwon — i wziąć na ramiona i nieść Bogu, aż oczy odemknie przelśniona i zorzami rozbłyśnie jej trup — i pokłonią się króle i myrrhę przyniosą jej magi i przyjdzie Oblubieniec — ze zbóż jasnych da wieniec — a śmierć, jak suchy liść odtrąci z Jej łona — i wstanie zbłękitniona i będzie ku nam iść. Lecz za winy własne lub mojego rodu na niwach spustoszonych umierając z głodu, u źródeł jadem strutych konając z pragnienia, to się spalam w pożarach, to marznę wśród cienia — w rozpękłych górach lawy księżyca martwego. Idzie wiejskie pacholę przed Maryi ołtarze — niech Cię, moja dziecino, pychą Bóg nie każe — i niech Cię odtąd Aniołowie strzegą.
|
w-mroku-gwiazd-kain.txt
ADDED
|
@@ -0,0 +1 @@
|
|
|
|
|
|
|
| 1 |
+
Tadeusz Miciński Strąceni z niebiosów Kain Wyszła mi z boru — w złocie warkoczy z twarzą indyjskiej Bogarodzicy — w błękitnych iskrach — w srebrnej przeźroczy — nadksiężycowej wieszczka świątnicy… Ach, rozkochały się w niej moje tęskne oczy — ach, — i zabrzęczał łańcuch mej ciemnicy. Jak wulkan krwawy w łonie Arymana, jak Samum, gdy się wichrami rozuzda — tak we mnie otchłań — gwiazdami przetkana leciała w państwo słoneczne Ormuzda. Ach, rozkochały się w niej moje tęskne oczy — ach, i zabrzęczał łańcuch mej ciemnicy. Nie wzbraniał mi jej smok, żelazna wieża, zdradny labirynt, ni królewskie ramię — miłość zwycięży wszystko — wszystko złamie — ale nie miłość drugą do pasterza Więc Śmierć przyzwałem — i śmierć odtąd żyje — i wszechświat cały grobowcem przywarła — — — — czuję mdły powiew — — — — w oczeretach gnije — — z tęsknoty — u nóg mych — umarła. Na pustej trzcinie rozpiąłem jej włos — nad śniącą rzeką schyliły się drzewa — wiatr cicho płacze — ptak mogilny śpiewa — to los mój — los!… głębiny tajne pruć — milczenia głuche mącić — jako stracona łódź od brzegu się odtrącić — mieć gwiazdy — gwiazdy rzucić — i tylko piosnkę nucić — to los mój — los!… * Magia mej duszy niechaj Cię wywoła z zarzewia komet czy z mroku przepaści — przyjdź — ustroimy w lotus nasze czoła i gibkie ciała nasze nard namaści. Pachną mi dziwnie Twoje złote włosy, jak prześwietlone senne kłosy. Twych oczu lazur, jak górskie jeziora, w których się pławi czarna sykomora. A Twoje usta, pachnące jak róże — chłodne — jak płomień zaklęty w marmurze. W ogrodach piersi kwitnące jabłonie, jakoby księżyc w mgieł srebrnych oponie. Biodra toczone ze słoniowej kości, jako indyjska świątynia miłości. O przyjdź — na liściach zwiędłych piszę ten sen mój obłąkany — rzucam je w strumień łez moich wezbrany — niechaj w anielskie odpłyną zacisze — — Ale mi włócznią swą miedzianą potrząsasz — i groźna jak mrok — roździerasz serce moje — czarną pianą dysze mi toń — ja pieczar tych smok — weź moje skarby i Twe zimne serce — opasz — niech błyszczy! Szmaragd Ci wspomni te zielone łąki, po których szliśmy strojni w asfodele — rubin — czyścowe jeziora rozłąki — i miłość, którą oddałaś w kościele innemu — a dyament — moje serce dumne, stopione w ogniach i rzucone w trumnę. Na czole Twoim płomień chryzolitów, abyś widziała gwiazdy konające — ortoklast zimny, smutny jak miesiące zamrozi w oczach Twoich sen błękitów. Ale ci jeszcze składam te szafiry i perły jak chmury bezdomne, i krwawej jaszmy obłąkane wiry — na znak, że Ciebie nigdy nie zapomnę — pierścień Ci włożę z mrocznych karbonatów, bo się spotkamy — za progiem tych światów. * Kiedy Cię moje oplotą sny — jak białe róże — nie bój się kochać — ja — i ty w nieba lazurze. Ziemia, jak echo minionych dni, grające w borze, a nasze duchy wśród martwych pni wieszają zorze. Serce mi splatasz koroną gwiazd, hymnem warkoczy — podemną góry, wieżyce miast — nademną — oczy. Dziwnie się srebrzysz, aniele mój, w tęczowem piórze — fontanny szemrzą, gwiazd iskrzy rój — wonieją róże… * Jest serca kraj na modrej morza fali, gdzie Centaur dzikiej poucza mądrości, gdzie bór indyjskie rozwiesza wonności i w wodospadach rzeka się krysztali. Tam żyjesz Ty — i Bóg mi Cię zazdrości — i weźmie Cię — gdy serce moje spali. * Błękitnym echem letniej żarzy, szumem kwiecistych traw — głęboko na dnie lśni i marzy w czarze krateru staw. Podziemnych duchów serce szklane gra Bogu dziwną pieśń — jak Anioł dumne, nieskalane przez łzy, ni pleśń. Tu chciałbym marzyć w noc gwiaździstą na czole mieć Twą dłoń — i zejść przed jutrznią w uroczystą głęboką zimną toń. Lecz wiem, że wznosząc nad anioły rajów Ci oddam moc — sam w głuche muszę iść padoły w głęboką zimną noc. * Na księżycu czarnym wiszę patrząc w gwiazd gasnących ciszę. W mroku dumnym i bezgłośnym ze strzaskaną harfą snów płynę — szukam jej — nie odnajdę już. Inferno Wichry i dżdże — niebo od gromów rozdarte, węże błyskawic i wycie szatanów — duch mój zgnieciony głębią Oceanów szyderstwem kłuje swą zastygłą wartę. — Ha, Belfegorze! doli twej zazdroszczę, bo ogień chłonąc, jak ptak nieśmiertelny — światów gasnących bard, książę udzielny — w Ławrach swych grzebiesz mar anielskich moszcze. Skrzył fosforycznie, choć mróz lodowaty ścinał me żyły. I wyciągnął skrzydło i pot uronił na żelazne kraty — syknęły z bólu — i pękły. Straszydło wszponia się we mnie swym wzrokiem bez powiek i szepce: masz mnie — jam twój skryty człowiek. Ananke Gwiazdy wydały nademną sąd: — wieczną jest ciemność, wiecznym jest błąd. — Ty budowniku nadgwiezdnych wież �� będziesz się tułał, jak dziki zwierz, — zapadnie każdy pod tobą ląd — — wśród ognia zmarzniesz — stlisz się jak lont. A gwiazdom odparł królewski duch: wam przeznaczono okrężny ruch, mojej wolności dowodem błąd, serce me dźwiga w głębinach ląd. Poszumy płaczą mogilnych drzew, lecz w barce życia płynie mój śpiew. Ja budowniczy nadgwiezdnych miast szydzę z rozpaczy gasnących gwiazd.
|
w-mroku-gwiazd-kallypso.txt
ADDED
|
@@ -0,0 +1 @@
|
|
|
|
|
|
|
| 1 |
+
Tadeusz Miciński Strąceni z niebiosów Kallypso Oh, brylantowe iskry na czarnym szafirze niebiosów — oh, serca mojego łabędzie…. grobowce straszą mnie, cyprysy w kirze, a jego niema, nie będzie…. Lira mi pękła na grani ołtarza gdybym chciała serce wypłakać swym śpiewem. Na górach pali się wulkanów żarza, jak kiedy leżał rozbitek pod drzewem. W bronzowej twarzy, okolonej mrokiem, paliły się oczy straszliwe: skrzydlate słońca gdzieś w jarze głębokim, dumne, szalone, złe a razem tkliwe. Raz — kiedy Centaur konał z mego noża — (poznaję teraz — kara boża….) Agralu! owoś pędził obłąkany po kamienistych puszczach i uroczną pieśnią zakląłeś gwiazdy, Kocytu szatany, abym ja była z tych, co w mękach nie śnią, powieki mając kleszczami obcięte — dni moje — jako trawy zżęte…. Bóg mi się zjawiał w czerwonym piorunie, za miłość moją darząc tron z niebiosów — lecz jam wolała wśród lilij i wrzosów słuchać rapsodu na śpiżowej strunie: noc — pożar — wyrżnięte narody i obłąkane widziadłem dziewice…. Leciały do mnie duchów korowody za swą królowę biorąc — Osmętnicę; więc czarodziejskie tworzyłam im raje — kwieciste, wonne zapomnień ruczaje. Był zmierzch. A na dnie groty gwiazdy się w jeziorze złociły, jak połamane w hieroglif miesiące — on — na samotnej skale, wychodzącej w morze płakał — i słowa rzucał gorejące — krzyk przeraźliwy, niby orła w klatce — wnętrza zadrgały we mnie — a już w matce. …. Płyń! do ojczyzny tęsknisz pewnie — płyń!… nogi całowałam rzewnie. Z wichrem poleciał w burzliwej zawiei straszydła ścigać i lądy nieznane. Fal słucham morskich, zapatrzona w pianę, jako w trujący blady kwiat nadziei. O ty, co ziemne okrążasz padoły samotny ogniu! w zagrobowej ciszy siejący marzeń srebrnych asfodele — oto ofiarne ci składam jemioły — powiedz tej Mocy, która serc nie słyszy, że tak się zetli, jak serce — w popiele.
|
w-mroku-gwiazd-kolosseum.txt
ADDED
|
@@ -0,0 +1 @@
|
|
|
|
|
|
|
| 1 |
+
Tadeusz Miciński Strąceni z niebiosów Kolosseum Ruinom podobne serce moje — ruinom ogromnym i bezkształtnym. Mrok otulił rany moje, po lazurowych wschodach prowadzi mię zaduma w gwiazdy. Oryonie — bracie mój — w purpurowem zarzewiu wulkanów czytający księgę przeznaczeń — i Ty, siostro moja, Andromedo, przykuta do skał — i Ty, łamiąca dłonie Kassyopeo, której córę wzięło na pożarcie złe bóstwo — miłość — i Ty, Perseuszu, coś ujarzmił obłąkane loty swojej wyobraźni — i Ty, Liro — i Ty, Orle — i Ty najbliższa nam grzywo Centaura — — — o gwiazdy magowie, składający hołd wiekuistnemu Sercu! wzmocnijcie chlebem aniołów mnie — najciemniejszego z tułaczów po otchłani. Męczennicy, których krew użyźnia bryłę ziemi — dziewice, niewinniejsze od lilij — młodzieńcy, dzielniejsi od posągów — rozżarzcie serce moje w trybularz wonności. I wy, Geniusze, tworzący wszechład — ogień — wodę — powietrze i ziemię — eter — gwiazdy i przeznaczenie gwiazd — świeczniki boże siedmioramienne — skrysztalcie mię w klejnot wiedzy, na czarny węgiel rzućcie iskrę objawień. Aniołowie — otom dzwon zaryty w piasku, — na wysokich górach postawcie mię braciszkowie moi, abym dolinom opętanym w mroku zwiastował Ducha Pocieszyciela. O ruiny serca mego, ogromne i bezkształtne w mroku — poryte wąwozami cieniów, które nie wiem dokąd zawiodą — pełne więzień i klatek na potwory, łańcuchów — pordzewiałych od krwi i od łez — — — Czarodzieje filtrują jady w przysionkach mych — handlarze bronzu rozkopują łono moje — niewolnice kupczą wdziękiem Afrodyty — dumna młodzież rozpędza rydwany dokoła cyprysowych alej — lecz łasice gryzą się w ciemnościach, a świerszcze sykają nad upadkiem — i tylko gwiazdy wświecają się w sznur obłąkanych nieskończonością okien — a niebiosa rozwinęły się nademną jako szafirowe żagle. O przedwieczne rodzeństwo — aniołowie, geniusze i święci — dźwignijcie księżyc z fali morza zamarzłego — niechaj cyprysy moje napełni szmerami proroctw. W ciemności schodzi duch mój — w ciemności roztęczone od szronu gwiazd — łyskające kopułą czarodziejskiego zamku, gdzie białe rumaki strącane są w głuche jeziora — a w fosforycznych grotach ucztują widma potępionych. Tysiącoletnie drzewa rozpaczy nurzają się w lodowych zatorach, płyną szeleszcząc ku bezdennym wirom — nad mglistym wyżłobionym lejem Anioł śmierci waży się w krwawym płomieniu, niby dogorywająca na wieży latarnia. Stało się — zapadły podemną niebiosa — kępa kwiatów pod stopą kamiennego olbrzyma i mrok zgęstniał dokoła. A nad głębiami Duch — gasi gwiazdy — i rozżarza wizye, świetniejsze od gwiazd.
|
w-mroku-gwiazd-korsarz.txt
ADDED
|
@@ -0,0 +1 @@
|
|
|
|
|
|
|
| 1 |
+
Tadeusz Miciński Strąceni z niebiosów Korsarz Żywiołem moim huragany wód. Lecz pomnę, żyłem nad brzegami rzeczki, poiły wonią mnie drobne kwiateczki i wierzb otaczał pieszczotliwy chłód. Migały rybek szybujące strzałki, jak pierś kobieca świecił piasek miałki — woda szeptała: baw się ze mną, baw… Wtem usłyszałem nademną w purpurze orły lecące piersią przeciw chmurze, jak przeciw Persom para greckich naw. I szał mnie porwał — i miecz zardzewiony rzuciłem w serce kochanki wyśnionej — i biegłem w puszcze, choć słyszałem jęk. A Bóg mnie przeklął. Ja przekląłem Boga. Odtąd me serce nie zna, co jest trwoga i mowy innej, nad fal ciemnych dźwięk. Na skałach leżał okrętowy tram. Topór do ręki. Wypłynąłem śmiało słońcu naprzeciw, co jeszcze nie wstało. Nademną orły dwa. Ja człowiek — sam. * Tak jestem smętny, jak kurhan na stepie — a tak samotny, jak wicher na morzu — a tak zbłąkany, jak liść na bezdrożu — a tak zwinięty, jak połoz w czerepie. Straszą mnie widma i tajemne zbrodnie, śpiewają rajów skrzydlate Ahury — gdybym rozedrzeć mógł na sercu chmury rzucałbym gwiazdy sercom bezpodobnie! Gdybym ja nie był druid skamieniały, bóg bez wieczności i król bez korony — gdybym ja nie był ptak morski szalony — gdybym ja nie był od męki zczerniały, gdybym ja nie był jak śpiew na mogile — powiódłbym — na Termopile! * W zaczarowanym lesie, pełnym jaśni błądzą głębokie cienie, pełne łez — ach, serce moje drży od łez, jak dziecię przerażone w baśni. Na śniegu złote lśnią kaczeńce, lilowy szafran, blady szczaw — słońcu się kłonią: my straceńce, lecz Ty nas w róży świetnej zbaw. A słońce szydzi na lazurach: powiędną róże, zmierzchną bzy — lecz ja was pomszczę w ciemnych chmurach — dobędę piorun z waszej łzy. * Nademną leci w szafir morza obłok, pojony mlekiem gór — nademną śpiewa ptaków chór — motyl, kochanek lilij łoża… A ja pod mrokiem łzy-kamienia sączę swój ciemny jad, — lecz śmiać się będę z przerażenia tego, kto zerwie kwiat. * Rycz burzo! wichrze, potargaj te sznury, w których mię dławi nędzny karzeł — ziemia — i rzuć na przestwór, gdzie duch się oniemia w kabalistyczny poemat natury. Mroku podziemny! Twe głuche urwiska wiodą mnie w grobów zapomnianych szpaler — ja — Prometeusz przykuty do galer — lękam się zimnych gwiazd urągowiska. Ogień tajony serce moje kruszy, jako lodozwał granitową skałę. Pelion na Ossę! morza rozszalałe, wulkany, słońca na zdobycie duszy — i cóż posiadłem? kwiat z niebieskich pól — cichy, bezkresny — niepojęty ból.
|
w-mroku-gwiazd-krol-w-osyaku.txt
ADDED
|
@@ -0,0 +1 @@
|
|
|
|
|
|
|
| 1 |
+
Tadeusz Miciński Strąceni z niebiosów Król w Osyaku „Lew się ducha we mnie sroży „i rzuca się i rwie ludzi „wprzód, nim się rozum obudzi”. Łuną rozpaczy zażegając sioła zbiegłem, żywota nie chroniąc przed tużbą. Innego nie chcę, prócz ciszy, kościoła, fałszywcom nie chcę być swakiem, ni drużbą — niechaj nas morza przedzielą i step — w miejsce korony wdziałem wilczy łeb. Polszcza… kochałem ja się w twych rumieńcach, którymi zorza wschodziła z za boru — i w twoich złotych warkoczach i w żeńcach — i w łyskawicach letniego wieczoru, i w ryku żubrów, idących na spoj…. od szlochu pęknie pierś… Boh moj! Przez ducha mgły i w zbroic chrzęście widzę ten cudny gród — w sadach wiśniowych i w złocie. Tutaj zdobyłem cześć — i tu straciłem szczęście — tu greckiem wino lał bogini mej — Tęsknocie — tu Antygony cień ślepy mi przyzwał Mag — i tu wśród ciemnych burz słuchałem dzikich sag. Hej, przy księżycu srebrnemi podkowy zmiatałem kowyl z drużyną po stepie…. Hej, znawały mnie panieńskie alkowy, bo serca rubin pieśniami rozszczepię! ja prosty rycerz — bard słońca i pól więcej zdobyłem królestw, niźli — król. Raz — osaczywszy połowieckie wieże zsiadłem, rannego mając tabuńczyka — a słońce krwawe już otwarło dźwierze, przez które dusza Bogu się wymyka; a na kurhanie stary Bojan grał — miedziane struny wieszczą pieśnią rwał. I zmilkł. Ujrzałem olwijską kniaziównę na koniu wcwał lecącą z Czarnomorza — Stanęła, klęka. Oczy gwiazdom równe wbija mi w serce, mówiąc: „ta krwi zorza — „to moje władztwo! zgliszcza — to mój dom! „biegłam — monachów mając z nożami — lub srom. Com odrzekł — nie wiem, bo chóry Eonów już mnie objęły w grające pierścienie — i blask poczułem, jak jeden z tych Tronów na których gwiezdne oparł Bóg sklepienie. Szliśmy — tęczami obryzgani ros z kurhanów leciał dziwny — rajski głos. Lecz któż, o Panie, zmierzył Twe krawędzie i wieczność morza przelał do swej dłoni? Któż wie co było — i któż wie, co będzie? za spadającą gwiazdą któż pogoni? Pani! jedyna moja — wszechświat w Tobie poznałem, bom go ukochał przez Ciebie! i jeśli teraz żyję smętny w grobie, to z wiarą że się ocknę w Twojem sercu — w niebie. Ach, gdym Cię złożył na marach otrutą — bólami ściętą twarz — źrenice szklane — tom ja przysięgnął taką pomstę lutą, jak Duch — co pisał ogniem: Thekel-Mane! Przez nocy tysiąc szukałem zbrodniarza, w gusła zabrnąłem i w czarne zaklęcia — Szatan objawił: zbrodniarz u ołtarza — — służy mnie — ale ma wygląd jagnięcia — — służy mnie — ale go oddam bez żalu — — ażebyś poznał bratyma w szakalu. — Tyś go paiżem swym zasłaniał w sieczy — — niejedna tobie zań przylgnęła rana — — ale jest zdrady pełen duch człowieczy, — gorszej — niż ciało paląca toffana. — Idź w grób — i legnij pod ciemnemi jodły, — wszystkie cię gwiazdy prócz jednej — zawiodły. — I tę jedyną — Tobie zadmuchnięto. — Ale masz w sobie, czego nikt nie zżarzy: — Prometeiczny ogień — duchów święto — — w zamurowanym lochu blask witraży… Coś mówił jeszcze — koń mój zdębion trwogą — szedł jakiś żebrak lichy wiejską drogą. Rozsiekłem. Z świstem lecąc przez mokradła, deptałem węże jako srebrne struny — a z borów na mnie leciały widziadła i twarz zielona z nadpróchniałej truny — wtem kościół. Z koniem wjechałem do nawy, lud śpiewał. Chrystus patrzył na mnie łzawy. „Nie będę Tobie służył, Jezu miły, „boś nie jest Bogiem gwiazd ani ananki”. Na wieży dzwony same rozdzwoniły i same gasnąć poczęły kaganki — on — słońce krzyżma wzniósł — lecz patrzył groźno — już leżał w krwi… Ja król — ja sędzia — archanioł sumienia — zbirem stanąłem przed lico ojczyzny. Czemuż w mem sercu nie dotknęła blizny, którą korona mi wryła cierpienia — czemuż na gwiazd mych nie patrzy agonię — krzyżową mękę moją: rex poloniae! Jeśli niewinny — niebo mu otwarłem, sam żyjąc w piekle miłości straconej, jeśli męczennik — jak lew go rozdarłem, ciemnym nieszczęścia grotem przebodzony — bo huczy we mnie tak ogromny dzwon, że gdy uderzy — to aż w Boga tron. Kto tu? znów przyszedł… oczyma przebija — szepce — tak cichy rozpacznie i blady „Jam święty — zbawił mię Chrystus Maryja”— precz maro! szatan cię wysłał na zwiady — któż wie cokolwiek? dusza ciemny bór — dusi mię — słońca! — wieków chór… Jak cicho… w małym ogródku przy celi — czerwone maki i modre baldaszki i te dziewanny, jak w złocie anieli i migocące lazurowe ważki… Czy z mazowieckich jezior wy? czy na jej kurhanie gra pieśniarz? czy w borach tam słychać szlochanie? …I odleciały!… a jam ryknął płaczem — gardzą — nieszczęścia królem i tułaczem. Ojczyzno! mych krwawiących kości nie złożę w Tobie — bobym Piotrowinem świadczył, wbrew ducha miłości — żeś mi macochą była, choć ja — synem.
|
w-mroku-gwiazd-lucifer.txt
ADDED
|
@@ -0,0 +1 @@
|
|
|
|
|
|
|
| 1 |
+
Tadeusz Miciński Strąceni z niebiosów Lucifer Jam ciemny jest wśród wichrów płomień boży, lecący z jękiem w dal — jak głuchy dzwon północy — ja w mrokach gór zapalam czerwień zorzy iskrą mych bólów, gwiazdą mej bezmocy. Ja komet król — a duch się we mnie wichrzy jak pył pustyni w zwiewną piramidę — ja piorun burz — a od grobowca cichszy mogił swych kryję trupiość i ohydę. Ja — otchłań tęcz — a płakałbym nad sobą jak zimny wiatr na zwiędłych stawu trzcinach, jam blask wulkanów — a w błotnych nizinach idę, jak pogrzeb, z nudą i żałobą. Na harfach morze gra — kłębi się rajów pożoga — i słońce — mój wróg słońce! wschodzi wielbiąc Boga. * Mój duch łańcuchem skuty do ziemi zwisa się w przepaść piekielnych łon, a kiedy targnie skrzydły dźwięcznemi głuche się echo ozwie jak dzwon. U stropu mego gwiazda się żarzy [serce me niegdyś kochało ją] w przeanieleniu złotych witraży ona się moją syciła krwią. I znowu płynie gwiaździsta rosa pocałunkami morderczych zórz — oh, duszo moja, — oh, me niebiosa rzućcie swe płomię w toń zimnych mórz. Nie pragnę słońca — osamotniony — z krzykiem złowieszczym upiornych snów, bogowie mogił — jam był pojony jak wy — ambrozyą — i mlekiem lwów. Organy grają Requiem żalu, organy grają Centaurów zgon, jak Damajanti płacze po Nalu, tak burze, wichry, grady i szron — wieczne są we mnie, jak łzy w opalu. Melancolia Żyje we mnie jakiś głuchy płacz — jakiś szloch i płacz żyją we mnie — niby w grocie kropel wieczny szmer, monotonnych kropel tajny jęk. Ach, to pewno przez zbójców zamkniona ze złotymi włosami królewna, (kasztelanka lub może pasterka) — z pól słonecznych, zielonych porwana, zapomniana i w grocie zamknięta i na ostrych się głazach krwawiąca złotowłosa mej duszy królewna. Łzy jej płyną jak zimne opale — łzy jej płyną wśród nocy bez końca i w kryształy się lodów zwisają — w zamyślenia wiszące kryształy. Raz przypełznął za szmerem do groty — wąż kusiciel tych głuchych podziemi, usta chciwie przyłożył do zdroju, lecz się wzdrygnął przed blaskiem nieznanym. A wtem ujrzał w szafirach królewnę — i swe oczy głębokie, zielone — swoje oczy widzące w ciemnościach utkwił w bladą płaczącą królewnę — i mądrymi oczyma pocieszał i prowadził ją w otchłań głęboką — fosforycznie oczyma przyświecał — i prowadził ją w otchłań głęboko. Aż pod ręką skrwawioną, co szuka w mroku oparcia grać poczęły jak dzwony bólów zamarzłych kryształy: chór wyklętych pielgrzymów nuci pieśń grobu świętego, tarcze błyskają, miecze — wśród kolumn czarnych bazaltu — wstają z grobów olbrzymy — szał rozpędzonych rumaków niesie ich w ogniach kłębiących przed gniewny w piorunach Majestat. Nagle śpiewy zamilkły — głucha rozwarła się otchłań — widać wśród ścian obślizgłych mgłą wirujące jezioro. I na zwilgłym grobowcu drżąca spoczęła królewna w otchłań patrzy bezgwiezdną — w świątyń zagasłych jezioro. Wtem ją mocne ramiona objęły w krzyku bezdźwięcznym i uniosły nad otchłań skrzydeł sześcioro i ujrzała cudowną w blasku miesięcznym — twarz Lucifera. * Oto mej duszy świątynia — z czarnych, jak miłość, marmurów, gdziem lud spiżowych posągów zaklął nad głębią rozpaczy. Niech wicher morski gra, niech strąca lwów — Poskramiaczy w płynny wulkanów żar — w ogniowy pałac Ahurów. Tu napowietrzny most z bolesnych krwawych stygmatów między górami na morzu, jakoby nici pajęcze — i tu Cię będę niósł, jak chmura porwaną tęczę, na ten najwyższy cypl — w zorzy polarnej dwóch światów. I Tobie oddam regiony, co w skalnych zboczach mej duszy, jak ametysty lśnią: sny prerye; sny jak miesiąc w borze, i tę ścieżynę modlitwy, ktorą szedł Chrystus raz w mroku. A dla mnie to bezbrzeżne kraterów gasnących morze, upiory świateł, wieczność, której już nic nie poruszy — chyba ten Bóg — co przyszedł mię potępić — w Twoim wzroku.
|
w-mroku-gwiazd-minotaur.txt
ADDED
|
@@ -0,0 +1 @@
|
|
|
|
|
|
|
| 1 |
+
Tadeusz Miciński Zatoka tęcz Minotaur Śniłem sen dziwny: żeśmy klęczeli oboje w kościelnym zmroczu lip — a z rozsrebrzonych ołtarzy sypał się kwiat — anielskich pełen twarzy — a na powietrzu brzęczą złote roje. I klęczeliśmy przed sobą oboje i usta nasze spoiły się łzami i nie było już świata przed nami — i tylko jedna świętość: serce Twoje. Ponad borami krwawiło się zorze i słychać szum! tak chrzęszczą zbroje, lub do księżyca wzbierające morze, a my słuchając, klęczymy oboje. Potem — uniósłszy mą dłoń — z licem płomiennem Ariadny wwiodłaś mię w grobów zamkniętych podwoje, a w głębi huczał Ten co mrokiem władny i pod kopyta zabrał serc oboje. I po wykutej z bronzu wężownicy przez gąszcza maków i modre powoje — ciała nam złocił blask różanolicy — to księżyc, wschodząc — żegnał nas oboje. I już na wieki — w kolumnowej sali — pojrzałem w morskie lśniące oczy Twoje. Jakby mię w grobie ziemią osypali, uczułem wiew, co gasił serc oboje. Ale się jeszcze roztliło zarzewiem, osamotnione w głębiach serce moje. …Jeziora białym okryte modrzewiem i gór dymiących napowietrzne zwoje. Wir mię unosił do skalistej groty, gdzie króle w złotych maskach i heroje; przez loch w sklepieniu widzę gwiazd obroty — błyska mi oczu fosforycznych dwoje. A były drżące, jak noc przed obłędem, wicher w nich szalał, gniew i niepokoje. Wbiłem miecz z rozpędem — miedziana jękła pierś — on błogosławił krwią swą nas oboje: — Ja — duchy z głębin mroku — wywiodłem, biorąc ból i wieczne znoje. — Z gwiazd niedosiężnych — umieram wyroku, — aby rozpalić — męką serc oboje. — — — — — — — — — — Nad pustym błądzę brzegiem Acheronu, gdzie z pęknięć płyną law czerwonych zdroje. I gwiazdom śpiewam hymn podobny dzwonu. A w dzwon ten bije śmierć. Znów nas oboje — ja — i Śmierć. Widzącemu umierających i zmartwychwstałych Dr. Krajewskiemu Szpital Dzieciątka Jezus r. 1891.
|
w-mroku-gwiazd-orland-szalony.txt
ADDED
|
@@ -0,0 +1 @@
|
|
|
|
|
|
|
| 1 |
+
Tadeusz Miciński Strąceni z niebiosów Orland Szalony Kwiat purpurowy marznie w lodowni w upiornych snach — dusza się błąka z zarzewiem głowni, by odgnać strach. Tam — na Golgoty krzyżu zawisnął skrwawiony kruk — harfa gra cicho — skrzydłami błysnął — u Jego nóg. A więc ty dziki śmiechu zwątpienia składasz Mu łzy? lecz to kość ludzką gryzły wśród cienia zgłodniałe psy. * Hej, z maurytańskich śpiewnych sal wybiega do mnie hurysa — czarny płomienny jedwabny szal z nagiego łona się zwisa. Cyprysy — księżyc — fontann szmer — zaczarowane ganki — oddałem wszystkie gwiazdy sfer za uścisk — Maurytanki. * Newady śnieżne zimne szczyty, gdzie orły z wrzaskiem krążą głodne, sosen pachnących malachity, mórz turkusowych szlaki wodne — — widzę — czerwony mam puginał i krwi na ciele mojem plama, gdym ją w uścisku już przeginał ona o śmierć prosiła sama. * Na szafirowej snów głębinie toną żałobne gwiazd mych łodzie. A cień olbrzymi jest na wodzie od chmury, która za mną płynie. . . . . . . . . . . . . . . . . . . Oh, w ciemnym borze słowiki nucą — oh, na przestworze gwiazdy! Polecę — polecę — polecę — i umrę — u Twoich nóg — w głębokiej zimnej rzece — śniąc, że u Twych nóg. Dusza jak płomień biały przez morza leci w dal — ja rycerz Boga — lecz o skały zmiażdżyłem święty Gral. W przydrożnej wisiał iwie skrwawiony za mnie Mistrz — ja mam ran więcej! — orły żywię mem sercem — burzo świszcz! * Ach, w modrzewiowym dworze gdzie na kominku płonie żar (obroń tej myśli, Boże!) podejdę w ciemny jar — — — wilkołak! będę pił twą krew — i twoje dziatki — — wydrę im z trzew ten jęk — co serce opiekielni — matki! — — — Zawyje wicher, zawierucha — i ujrzysz mojego ducha, jak twojego męża głowę będę wlókł — i uderzę nią o przydrzwia bronzowe. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . i ujrzysz mię wśród zamieci, jak będę go wlókł i krwawił — i wyć będziesz — ty — i twoje dzieci — a szatan będzie z borów błogosławił tej mocnej — jak śmierć — zemście.
|
w-mroku-gwiazd-wyspa-gorgon.txt
ADDED
|
@@ -0,0 +1 @@
|
|
|
|
|
|
|
| 1 |
+
Tadeusz Miciński Zatoka tęcz Wyspa Gorgon Wonny srebrzysty kwiat orchidei — miłość zbłąkana w czarnej zawiei — skrzydła rozpuścił nad nią krwawy sęp — biedna królewna, gnijąca wśród kęp!… Tęczami śniegu migoce ten kwiat, ale się rdzawy w nim przesącza jad — w słońca uściskach motyl drga leciuchno, w mroku się jarzy zielonawe próchno. — — — — — — — — — — Wielu młodzianów legło u mych stóp — mroźny, głęboki zapadał się grób — księżyc się wznosi nad górą pustyni, pałac samotny jak serce bogini. Wśród nocnej ciszy miedziane Centaury płyną w cieśninach i grają w litaury; chrapliwym dźwiękiem swych poczwórnych płuc świadczą, że kona ich z miłości wódz. Syczącą głownię rzuciłam do nóg — inny mię pojął — tam w podziemiach — bóg! ………………………………… Centaurze młody, sercem obłąkany, na dno kraterów zwiedli Cię szatany. Wiatr zimnej nocy dworzec mój zapalił, bór się w gałęziach opalonych żalił, i poszłam w ciemność — czerwoną od łun — — oczy objawień pełne i run. Słońce, gdy skrzydła swe opuszcza w mrok, tygrys raniony, gdy się pręży w skok — taką ma krwawość i taki ma wzrok. A śpiew na falach łamał się wśród burz. — Tam, gdzie już słońce nie odwiedza krain, — lecz harfiarz ciemny — starzec Wajnemain — przyciąga z głębin ciche światło mórz — — płynę wygnaniec, zabójca ojczyzny, — [czasem mi tylko pachnie zagon żyzny] — okręt steruję na złowrogi prąd, — aby ominąć Gorgon śpiewnych ląd. — Orki, Meduzy, czarne Kaszaloty, — i wód miraże i tęczowe groty — [fale mi szumią jakby pokos traw — i śnię — mój dworzec z jodeł pośród raf]. — Na trąbie wodnej Norny mi zagrały — okręt wirując poleciał na skały… Gościu! Gorgony ty się boisz łon? słuchaj, jak bije Ci wieczorny dzwon. Tam nad jeziorem błękitnych lotosów gwiazdę Twych natchnień przypnę do mych włosów — kogo ja dotknę — ten nie wstanie już z sennego łoża moich czarnych róż. W jedwab Cię miękkiej otulę niewoli, serce mi oddasz, które jeszcze boli — słuchaj — rzuciłam je w świetlaną toń — teraz na skrzydła moje pochyl skroń. Hymn Twój poniesiesz umarłym narodom, ja nieśmiertelną jestem, w śmierci młodą — nie drżyj — to ramion moich tuli chłód — na Eleuzyjskich polach jest Twój lud. Zaklnę Cię w kamień i poświęcę bogom, skrzydeł anielskich będziesz tlił pożogą, patrząc na morza, nie czekaj nikogo, wsłuchany w gwiazdy — idź Samotną Drogą. Jam jest Gorgona, — kochanku mych łon — słyszysz — wieczorny znów Ci zagrał dzwon. Przy grobie Medyceuszów — W. Dyzmańskiemu.
|
w-mroku-gwiazd-zamek-duszy.txt
ADDED
|
@@ -0,0 +1 @@
|
|
|
|
|
|
|
| 1 |
+
Tadeusz Miciński Noce polarne Zamek duszy Ty u bram moich, wiekuistny Boże! wszak władcą grobów jestem i pustyni — nie władcą nawet, bo nieraz się korzę przed cieniem cienia — i smutek mię czyni bezwładnym, jako w krach zamarzłe morze. Ale racz wstąpić do skalnej wieżycy, gdzie moje tygry wyściełam ajerem — przed Tobą, królu, stanę bez przyłbicy i miód wyniosę przedni — sercem szczerem — sam jestem — Bór i Poświst moi służebnicy. Jarzą gromnice nad umarłem ciałem [z księgi mię żywych raczyłeś wymazać] — i obdarzywszy czarodziejstwa szałem — piekło mi każesz strącać, gwiazdy stwarzać i jako harfą być — pod lodu zwałem… O Miłościwy! Ty mi ciemne moce na okręt życia-ś dał — w puszce Pandory i serce moje — jak gwiaździstą procę, rozwichrzasz duchem, co się rwie w przestwory, a straż mi dzierżą głuche, zimne Moce. Oto mi płacze i budzi się wiecznie gość mój tajemny i więzień nieznany — czasem, jak Helios, gra hymny słonecznie, a czasem jęcząc jak żebrak złamany, tuli się do nóg moich — niebezpiecznie! Bo za jałmużnę łez — on dzikim śmiechem wstrząsa kamienny sklep — i aż w milczeniu skarg potępionych napełnia mię echem — a twarzy jego nie widać w płomieniu — a na Oliwnej górze zwał go Chrystus — grzechem. I teraz czuję — siedzi za mą głową Archanioł senny, co na krańcach ziemi rozpostarł skrzydła i baśń lazurową gra na organach palcami srebrnemi — — — Miłość — — i drugie niezgłębione słowo: Śmierć. Miałem się Bogu spowiadać — nie będę. Niech serce leży w zimnej bazylice osnute w marzeń królewską legendę i w proch — dopóki zaszumią orlice i tam uniosą, gdzie wszystko zdobędę! wszystko! i Ciebie czarny Polifemie, coś mi roztrzaskał maszt niedoli głazem — — Serce jak wulkan w swoich ogniach drzemie, zarosłe lilią i błękitnym ślazem — aż buchnie — i krwią swą zaleje tę ziemię, co u podnoża śni w jodeł tęsknocie, jako słowiki — gdy osiądą groby. Serce me tętni w głuchym grzmocie i zasłuchane w płacz kamiennej Nioby, gotowe bluźnić, że więdną stokrocie. Niech więdną — kwiaty rozstrzępione morzem, niechaj się więzień szalony uśmierca, biegnąc puszcz wolnych lodowem bezdrożem — niechaj me serce pęknie — lecz z Twojego serca dobędę także jęk — tym ostrym nożem — — Ona umarła — i nigdy nie wstanie — Ona zaklęta — i nikt jej nie zbudzi — rzuciłeś w zimny loch — na obłąkanie tę Świętą, gdzie się zakrwawi i zbrudzi i wyprze Ciebie, słysząc kurów pianie, słysząc Judasza cekiny i Piłatową sprawiedliwość Boga… — — — — — — — Ty opuszczony Starcze — błąkasz się w zamieć zimową, a nicość bije w swoje czarne dzwony, a piorun wije gniazdo nad Twą głową. I tu przychodzisz — Twórco przeznaczenia — [jak mnich wyklęty — aż na krańcach wioski — do samotnego nędzarza — wśród cienia żebrząc o węglik — w imię męki Boskiej…] — — — — — — — — — — odszedł, nademną zwarły się sklepienia — — — — — — — — — — — Mroki, pochłońcie mię! wy mię zatopcie, głębiny! — — — — — — — — — — On nad urwiskiem, osypany szronem gwiazd — w zakrwawionem przestworzu… O, przebacz nam winy, jako my Tobie — błogosławim dzwonem umarłych — — — mający umrzeć tej godziny.
|
w-mroku-umarly-swiat.txt
ADDED
|
@@ -0,0 +1 @@
|
|
|
|
|
|
|
| 1 |
+
Tadeusz Miciński Noce polarne Umarły świat Pokażę zamek wam nad czarną głębią, zarosły w tarnię, bluszcz i dziewięciornik — pokażę duchów siedzibę jastrzębią, wydartą przez mój miecz, a nie paciornik, i pójdę z wami w śpiewne kurytarze — podziemny znicz i piorun wam ukażę. Królestwo moje na miedzianej turni nad łez doliną w gradach i obłoku; na skalnej zbroi śnią rycerze jurni, kołysząc włócznie zielone w otoku — nad hełmem szafir, gwiazdami usiany, a pod pancerzem serce i wulkany. Jałowcem pachną krzesanicy pola, białe pustynne jak sybirski cmentarz — wszystko tu wieczne, jak ból i niedola, a choćbyś z pułkiem szedł, jak regimentarz, widząc toń zimną i martwą jeziora, poczujesz nagle w sercu szpon upiora. Dni moje przeszły, jak cień — i nic w górze — o Chryste — i Tyś minął — jestem dumny, widząc zmierzch bogów — serce mam w marmurze, a me tęsknoty zwarły się w kolumny krwawych bazaltów… Nie dbam o bożyszcza — z Walhalli mojej dymią mrok i zgliszcza. Zwano mię Chrobry. Stalowe koncerze biły jak hajnał w mego ducha dzwony, mój róg na puszczach zwoływał rycerze i rzewne w gajach straszył dziwożony, gdym wiódł w uroczne rzek leśnych zakręty purpurą strojne, zdobyte okręty. Obłok się we mnie wpił żelaznolicy i głaz otulił, jak giezło grobowe. Pamięć półsenną dawnej mam świątnicy, kiedy się w tęczach ukazował Prowe i pszczół pobrzękiem szumiały lewady — pod rosochatym dębem wojsk obrady. Lecz świat mój umarł. Błądzę nad wybrzeżem wsłuchany w pomruk wilgotnych kamieni. Mój róg — bez echa… Cisza mi pacierzem była, a dziś już me serce rumieni. Gram tryumf — wicher mi łka przez szczeliny — gram wieszczby — miesiąc zakrwawia się siny. Umarł… więc wichru i słońcu czarnemu, które już złotych nie wyda owocy, gram, — a hymnowi niewyśpiewanemu wtórują cienie nadgwiaździstej Mocy… Mój Bóg już umarł… w ogniu swe sztandary palę: miłości, nadziei, wiary…
|
w-oknie.txt
ADDED
|
@@ -0,0 +1 @@
|
|
|
|
|
|
|
| 1 |
+
Józef Ignacy Kraszewski W oknie ISBN 978-83-288-2448-5 Naprzeciw mojego domku w… miałem długo plac pusty, zagrodzony deskami i dotąd nie zabudowany, chociaż dokoła już stały dosyć pokaźne kamienice. Ale pośpiesznie, jak grzyby, powyrastały one z ziemi w tej części miasta, odległej od głównego ogniska, która życia jeszcze nie miała i spodziewała się je pozyskać. Zbyt świetne nadzieje zawiodły spekulantów, i o ów nieszczęsny płac nikt się już nie kusił. Widok z okien moich wcale miłym nie był. Zaniedbany grunt służył tymczasowo właścicielowi i sąsiadom za rodzaj śmietniska, na które zwożono wszystko, co gdzieindziej zawadzało. Oprócz tego, ponieważ plac był piaszczysty, kopano doły i dobywano piasek w potrzebie, który furami stąd zabierano. Nie można sobie wystawić nic smutniejszego nad ten opuszczony, zapomniany kawałek ziemi. Powierzchnia jego nierówna, poryta, porosła w lecie zielskiem nędznem, brudna — w jednym końcu garbiła się górami śmieci, w drugim zapadała w doły po deszczach, pełne gnijącego błota. Boki tych śmietnisk świeciły wszelkiemi resztkami i łupinami żywota, jakie tylko sobie wyobrazić można: skorupami garnków, szczątkami butelek, obłamkami talerzy, zrzynkami gnijących papierów, poszarpanem obuwiem, kośćmi zżółkłemi, popiołem i węglami. Zsiadało się to w jednę masę dla przyszłych badaczów i archeologów, a drugiego roku już z nasion, które wiatry przyniosły, coś kiełkowało i zieleniało. Uważałem przez lat kilka, że zawsze prawie jedne i te same rośliny rozpoczynały wegetacyę, a po nich przychodziły i następowały szeregiem inne — w porządku niezmiennym. W drugim końcu placu rosła jedna jedyna, stara, obłamana akacya, mizerna, biedna, u góry tylko zieleniejąca w lecie, rozpłatana na pół od wiatru. Jak i czem ona tam żyła — jest jej tajemnicą. Popod nędznem ogrodzeniem gdzieniegdzie rosły jakieś krzewy, których rozpoznać nie umiałem. Plac miał też swych lokatorów, do których należały krety, myszy i szczury — nieliczne ptastwo. Kiedy niekiedy otrzymywał ktoś pozwolenie złożenia tu desek, tarcic, opiłków, cegły; wówczas otwierały się wrota — plac zmieniał swą jednostajną fizyognomię nudną i smutną. Unikałem, o ile mogłem, wyglądania przez okno w tę stronę, i długi czas jakoś plac pusty wcale mojej nie zwrócił uwagi. Jednego dnia, przypadkiem rzuciwszy okiem, dostrzegłem ogromne stosy cegły, ustawione od ulicy i, co mnie najmocniej zdziwiło, kilku ludzi, którzy kopali. Kupy żółtej ziemi wznosiły się już na prawo i na lewo. Domyśliłem się łatwo, iż naostatek ktoś na osieroconym tak długo placyku budować się ośmielił. Było to razem pociechą dla mnie i mogło trwożyć, bo sąsiedztwo domu stawiło zagadkę, co w tym i z tego domu być miało. Nie każda kamienica jest miłą pod bokiem. Nie dziw, że potem z wielką ciekawością śledziłem cały postęp w budowaniu nowego domu. Z fundamentów nic wnieść nie umiałem; bardzo szybko i niezbyt, jak mi się zdawało, starannie uwinął się z nimi budowniczy; dom, jak grzyb, do góry się podnosić zaczął. Niewielki, miał tylko pięć okien od frontu, a formy jego architektoniczne dosyć zwyczajne domyślać się kazały, że jak najoszczędniej murowano — prostą kamieniczkę, dla dochodu. Pierwsze belki, które przywieziono, z drzewa nie bardzo suchego, cienkie, jeszcze mocniej mnie utwierdziły w przekonaniu, że dom ozdoby naszej części miasta nie przyczyni. Mur z cegieł był cienki, cegła rozsypująca się i nieosobliwa. Starania nie widać było o nic, oprócz, aby to stanęło jak najtaniej, a może jak najprędzej. Przed jesienią też dom był pod dachem, z takich cieniuchnych krokiewek skleconym, że mi się wierzyć nie chciało, iż dachówkę utrzymać potrafią. Gdy do wykończenia przyszło — przekonałem się, że to będzie mieszkalne pudełko bez żadnych ozdób i najmniejszego starania, aby oko mile na niem spoczęło. Szła za to budowa niewypowiedzianie szybko, a nim zaczęto tynkować, już na płocie wisiała karta z napisem — »Do najęcia«. Zima się w tym roku spóźniła tak, że domostwo przed mrozami stało już z zapadniętemi oknami, gotowe… na przyjęcie tych, co się w niem mieszkać odważą. Jednego ranka zjawiła się na dole tablica, niewytwornie malowana, zwiastująca: *„Wyszynk rozmaitych trónkuw, wudek, pywa i t. d.”* Niewiele to było obiecującem, a sąsiedztwo takiego szynku bywa prawdziwem utrapieniem. Nie chciało mi się już patrzeć w tę stronę. Wiedziałem tylko, iż w ciągu zimy, oprócz szynku na dole, nikt się do domu nie wprowadził. Pośpiesznie nalepione tynki, od pierwszych mrozów popękane, stały się obrzydliwie plamiste; dom, choć nowy, powierzchowność miał odrażającą. Deszcz, śnieg i pluchy zmywały napróżno wywieszone karty, oznajmujące, iż wszystko było w porządku. Nadeszła wiosna, właściciel trochę ściany pomazał na nowo, zabrano się do uporządkowania podwórka i ogrodzenia, placyk przybrał nową fizyognomię — nieładną, ale znośną. Kwiecień się już rozpoczął, gdy jednego dnia rano spostrzegłem znanego mi z migdałowego surduta wyszarzanego właściciela nowej kamieniczki, który prowadził z sobą kobietę średniego wzrostu, otuloną wielką, wyblakłą i wynoszoną chustką. Gdy się zwróciła, mogłem tylko rozpoznać bladą i młodą twarzyczkę. Ubranie było ubogie, ale chędogie. Trwożliwie, pośpiesznie dziewczyna z właścicielem weszła do wnętrza, i w chwilę potem ujrzałem gospodarza otwierającego okna drugiego piętra. Pokazywał i zalecał części mieszkania, tam się znajdującego. Oględziny domu trwały dosyć długo, poczem kobieta sama już wybiegła szybko i, rzuciwszy okiem na dom raz jeszcze, bardzo przyśpieszonym krokiem puściła się ulicą i z oczów mi znikła. Mogłem się jej teraz lepiej przypatrzeć. Twarzyczkę miała dosyć przystojną, lecz troski życia wyryły się na niej tak straszliwie, tak dobitnie, iż los nieszczęśliwy odrazu z niej wyczytać było można. Szła jakby przestraszona i nieprzytomna — zatopiona w myślach. Ubiór czysty był niezmiernie ubogi, począwszy od obuwia do okrycia głowy. Nie widać w nim było najmniejszej kokieteryi, która nawet przy ubóstwie objawiać się umie; pomimo to wyglądała przyzwoicie, i nie było zaniedbania rozpaczliwego w ubraniu. Zagadką było dla mnie, czy mieszkanie zostało najęte, ale po południu rozwiązała się ona, bo stróż zaczął myć okna, zamiatać i oczywiście przygotowywać pół pięterka na przyjęcie lokatorów. Przez cały dzień następny trwały te przygotowania; trzeciego rano zajechał wózek biedny i ciągnięty przez dwóch ludzi, starego w łachmanach i chłopię bosonogie. Pełen był sprzętów, na które rzut oka starczył, aby poznać, że należały do ludzi nie tylko ubogich, ale najuboższych. Były to nieodzownie potrzebne szafeczki sosnowe, stoły, stołki, łóżka, od siekiery przed laty wyciosane, połamane, łatane — sczerniałe… biedne nad wyraz wszelki… Wśród nich leżały węzełki, pościel, łachmany i strzępki różne, których użytku odgadnąć było trudno. Rozpoznałem części krosienek, deski, obszyte suknem, do prasowania, wałki do maglowania, kuchenne naczynia. Wszystko było stare, poszczerbione i zużyte. Zaczęto wnosić te ruchomości na górę, wózek potoczył się nazad i raz jeszcze przywiózł ładunek podobny. Tu już i para skrzynek i kufer ze skóry odarty się mieścił. Za tym wozem można się było i lokatorów spodziewać. Jakoż niebawem ukazała się młoda owa dziewczyna, tak samo przyodziana, jak pierwszym razem. Na nędznem, starem krześle z kółkami obok niej ciągnięto, a ona popychała też — siedzącego, skurczonego, obwiniętego kołdrą pstrą i dywanikiem podartym staruszka, który głowę miał na piersi bezwładnie zwisłą, tak, że twarzy jego wcale widać nie było i nic oprócz żółto siwych, długich, okalających ją włosów. Chustka kobieca otaczała jego ramiona. Z jednej strony wózka tego była dziewczyna, z workiem dużym w ręku, z drugiej stara kobieta, która także usiłowała popychać — okrywały ją niemal łachmany. I ona trzymała torbę w ręku, a zawiniątko jakieś pod pachą. Z wielkim trudem wtoczyło się to na podwórko, a tu dopiero rozpoczęto dobywanie starca z krzesła, którego prawie na rękach do domu wniesiono. Jak później dostał się na drugie piętro, anim mógł, ani chciałem się przyglądać, tak mnie widok tej niedoli głęboko poruszył. Wieczorem w jednem z okien zabłysło po raz pierwszy światełko, a cień na storze plamistej przesuwający się — przypominał postać dziewczęcia. Przez długi czas nie miałem odwagi, przyznam się, spojrzeć na okno kamienicy. Nic też tam do widzenia nie było; nie przyozdobiono ich niczem, nie ukarał się ani wazonik, ni kwiatek, ni firanka. W kilka dni później dostrzegłem tylko przy ostatniem oknie głowę dziewczęcia, pochyloną tak, że się domyślić było łatwo, iż w krosnach nad jakąś robotą pracowała. Na ciemnem tle profil malował się bardzo wyraziście, jakby w dwubarwnej kamei; rysy były regularne, piękne, ale oblane niewypowiedzianym smutkiem. Godzinami siedziała tak nieruchomie nad robotą; czasami znowu zrywała się co chwila, odwoływana od niej, i jakby każda minuta była jej drogą, powracała z pośpiechem, aby natychmiast oderwać się znowu. Zaledwie siadła — już niespokojnie podnosiła głowę i biegła. Znikała, ukazywała się niespokojna. Wszystko tam musiało być na jej rękach. Na twarzy wyraz się nie zmieniał — nie widać było zniecierpliwienia — niepokoju, rysy, jak skamieniałe, nie poruszone, ani uśmiech rozjaśnił, ani zniechęcenie ich nie zmarszczyło. Starca ani staruszki w tem oknie, ani w innych nie widać było nigdy. Czasami w popołudniowych godzinach dziewczyna, zawsze jednakowo ubrana, wyrywała się z domu pośpiesznie z jakiemś pudełkiem w ręku i, bardzo żywo biegnąc ulicą, znikała z oczów, tak samo śpiesząc, gdy później wracała. Można było odgadnąć z tych niewielu oznak życie smętne i biedne, jakie tam prowadzono, którego dziewczę stanowiło jedyną podporę. Ubóstwo nie ma przyjaciół, ludzie się do niego zbliżyć lękają, nie zawsze z obawy, aby mu nie potrzebowali przyjść w pomoc, więcej dlatego, że widok tej walki o byt jest smutnym. Tu też do nowych lokatorów przez czas długi nikt nie przychodził, zresztą gości, jakich oni przyjmować mogli, trudno było rozróżnić od tych, którzy szynk na dole odwiedzali. Upłynęło kilka miesięcy, lato nadeszło, a oprócz otwierających się teraz okien, w mieszkaniu żadna zmiana nie zaszła. W lipcu wszakże dziewczę mniej u krosien siedziało, nieustannie od nich odrywane, a po kilku tygodniach już tylko przemykające się pośpiesznie przez izdebki niekiedy się ukazywało. Raz dostrzegłem znajomego mi dobrze doktora ubogich, który wsunął się do kamienicy naprzeciwko. Czatowałem na niego, gdy powracał, aby się coś dowiedzieć, bo mnie to ciche ubóstwo zajmowało. Pochwyciłem wychodzącego, aby spoczął u mnie. — Masz, widzę, praktykę w sąsiednim domu — rzekłem, sadzając go w biblioteczce. — Dopiero od dziś — odparł smutnie — biedna to praktyka, bo ja tam nic pomódz nie będę mógł, a… Nie dokończył. — Domyślam się wielkiego niedostatku — wtrąciłem. — Nie mylisz się — rzekł doktór, zapalając cygaro i wzdychając. — Potrzeba koniecznie duszę jakąś miłosierną tam posłać — ale z tymi ludźmi trudno będzie, bo duma ich równa się ubóstwu… Nic od nikogo przyjąć nie zechcą. Byli niegdyś zamożni, a z przeszłości pozostało im uczucie godności, które nie dopuści ręki wyciągać. Panna Adela, pracując, zabija się, ojciec dogorywa, matka rękami pokurczonemi od reumatyzmu pończochy wełniane robi — głodem mrą, a przyjąć pomocy nie chcą. — Znam ich oddawna — dodał doktór — ale mi, wyniósłszy się tu, znikli z oczów. Poczciwi, zacni ludzie: na nieszczęście, które ich dotknęło, wcale nie zasłużyli, znoszą je, nie szemrząc. Widok ten serce rozdziera… — Nie mająż rodziny? nikogo? — A! rozrodzoną bardzo i majętną — dodał doktór — ale bez serca. W takich warunkach przyjąć pomoc, w jakich ją ofiarowano, nie dozwalało poczucie godności własnej. Wszystko to smutno się skończy!! — Mój Boże — przerwałem doktorowi — przecieżby też jakiś środek pomożenia w sposób delikatny mógł się znaleźć. Lekarz ruszył ramionami i milcząco potrząsnął głową. — Żal dziewczęcia, które się tak zmarnuje i zamęczy — dodałem. — Żal — potwierdził doktór zadumany — tem bardziej, że takiego poświęcenia dla rodziców, takiej cichej, spokojnej ofiarności dziecięcia — trudno drugiej znaleźć na świecie. Niewiele mając czasu, doktór spojrzał na zegarek i pożegnał mnie. Ciekawość, podbudzona teraz żywiej jeszcze, prowadziła mnie często do okna. Nadeszła jesień, naprzód ta urocza, która czasem wiosnęby przypominała, gdyby liście z drzew nie opadały; potem słotna, zimna i dla starych, a chorych zabójcza. Okna naprzeciwko stały zamknięte; nic widać nie było przez nie. Zrana raz, w dzień wichru i pluchy, wbiegł do mnie doktór ubogich, jak powiadał, aby się ogrzać trochę. Siadł u komina i zadumał się smutny. Domyślałem się, że wracał z przeciwka. Na twarzy jego poczciwej malowało się to współczucie bezsilne, które przejmuje serce wobec nieszczęścia bez ratunku. Nie śmiałem go rozpytywać, a on sam nie śpieszył wygadać się przede mną. Napoiłem go herbatą. Kilka razy podchodził do okien zobaczyć, czy się nie wyjaśniło, ale prawdziwie jesienna słota bez nadziei szarym, wilgotnym płaszczem pokrywała wszystko. Świat stał mokry, zmarzły — zbiedzony, jak ludzie, drzewa, ogołocone z liści, zdawały się trząść od zimna. — Byliście naprzeciwko? — spytałem. — Tak jest — westchnął z cicha. — Staruszek nocy nie dożyje. — Niema na to ratunku? — spytałem. — Żadnego; było to przewidziane oddawna — rzekł doktór. — Kto wie, może to lepiej; przestanie się męczyć… Nie dokończył, zatopiwszy się w myślach. Gdym po wyjściu doktora poszedł do mojego okna wieczorem, spostrzegłem, że jedno naprzeciw było otwarte. Co to znaczyło, domyśliłem się łatwo… Stary, którego widziałem niesionego w krześle, nie żył. W nocy kilka świeczek płonęło przy łożu, na którem spoczywały zwłoki, oczekując na trumnę. Okryta wyszarzaną narzutką, dziewczyna biegała ciągle, nie mając czasu płakać. Na niej jednej leżało wszystko, pogrzeb, przygotowania do niego, wydatki, oznajmienie urzędowe o śmierci, formalności… Aż do późna widziałem ją, z pośpiechem, zdyszaną, wymykającą się z domu, powracającą samą lub z kimś potrzebnym… a w nocy na piętrze widać było ruch nieustający. Nim się rozwidniło, przyniesiono prostą trumnę. Staruszki nie widać było; musiała bezsilna leżeć zapewne, a córka dzieliła się pomiędzy zmarłym ojcem a rozpaczającą matką. Litościwi ludzie z dołu pomagali jej potrosze. Pogrzebu aniśmy w ulicy posłyszeli, ani postrzegli; był to pogrzeb nędzarza, na który się nikt nie ciśnie, bo nie ciekawym jest człowiek podobnego obrządu. Z urzędu i obowiązku przybywają ci, co muszą. Przez cały ten dzień jeszcze okno pokoju, który zajmował, stało otwarte. Córka, z pogrzebu powróciwszy, nie ukazała się już, była przy matce. Pracującej przy oknie nie widziałem przez dni kilka, bo musiała zapewne siedzieć przy chorej. Doktór mój znajomy parę razy zachodził tu, co mnie utwierdziło w przekonaniu, że matka chorować musiała. Nie wstępował jednak do mnie, aż zapukałem w szybę raz i dałem mu znak, że go proszę. Spojrzał na zegarek, bo czas miał wymierzony poczciwy staruszek, i szybko wszedł do mnie, nie zrzucając paltota. — Nie chcecie nawet spocząć? — spytałem. — Czasu nie mam — odparł, witając się — jesień zawsze roboty nam przysparza, szczególniej pomiędzy ubogimi. Dnia zamało, aby obowiązkom podołać. — Stary umarł! — dodałem — a jednak zachodzicie tu. — Teraz kolej na staruszkę — odezwał się doktór, siadając na chwilę. — Ci, których nędza do jednego przykuła łańcucha, najczęściej gdy śmierć porwie towarzysza, przeżyć go nie mogą. Wątpię, ażeby staruszka długo pociągnęła. Nie wstaje już z łóżka. Strach pomyśleć, co się stanie z osieroconem dzieckiem, które też ostatkiem sił goni.. Pogrzeb ojca wyczerpał grosz, zapracować go niepodobieństwo… — Ale czyż nikt w pomoc nie przyjdzie? — zapytałem. — Pomoc przychodzi — szepnął lekarz — ale ona upokarza i dobija, a harda dziewczyna uważa ją za pożyczkę tylko, którą wrócić jest obowiązaną. W kilka dni potem sprawdziła się przepowiednia doktora: staruszka skończyła życie. Pogrzeb był tak cichy i biedny, jak pierwszy… Wieczorem w jednem oknie się świeciło, czuwała za niem biedna sierota. Znając zacnego doktora, który nie tylko lekarstwami, ale radą i opieką, służył swej ubogiej klienteli, byłem pewnym, że nie opuści dziewczęcia, którego rodzinę znał; stosunki w mieście liczne dozwalały mu łatwiej, niż komukolwiek, znaleźć środki nie upokarzające zaopiekowania się sierotą. Ale z doktora dobyć coś nie było łatwo, bo się chwalić i mówić o tem, co czynił, nie lubił. W kilka dni po pogrzebie staruszki, w oknie zjawiła się blada twarzyczka dziewczęcia, pochylona nad robotą. Teraz ją nic po całych dniach nie odrywało od niej. Nie wychodziła prawie z domu, i domyślałem się, że w szynku na dole żywić się czemś musiała. Zrana, jak tylko dobrze rozwidniało, siadała do krosien, nie wstawała do południa, przerywała pracę na czas bardzo krótki i wracała do niej; siedziała do wieczora, a potem przy zapalonej lampce prawie zawsze do późnej nocy. Można było dostrzedz niekiedy, jak szybko ocierała łzy z oczów, aby na to czasu nie tracić. Nieruchomy ten profil ze swym wyrazem smutku skamieniałego robił takie wrażenie przejmujące, iż długo mu się przypatrywać nie było można. Co dni kilka wybiegało dziewczę na miasto z pudełkiem w ręku i, niedługo zabawiwszy, powracało. W stroju, w ruchach — w obliczu nic się nie zmieniło. Zdawała się tylko oswojoną z tym bytem i jakby bezmyślną; duszą była gdzieindziej. O ilem mógł dostrzedz, do niej nie przychodził nikt przez całą zimę; i aż do wiosny lampka się paliła do późna, dziewczę wstawało ze świtem, a pracowało, gdy gdzieindziej wszyscy już spali. Wrzawy i hałasy, które często całemu sąsiedztwu bardzo się niemile czuć dawały, bo szynki nocami napełniała gawiedź i włóczęgi — jej zdawały się nawet nie zwracać uwagi. Z nadchodzącą wiosną, gdy się rok kończył mieszkania, jednego dnia nadszedł właściciel kamienicy. Okna w mieszkaniu dziewczęcia pootwierano — ruch jakiś widać było, i drugie piętro opróżnione zostało. Ponieważ nie widać było, aby sprzęty wynoszono, domyślałem się, iż biedna pracownica przeniosła się na poddasze. Tak było wistocie, puste dotąd nędzne izdebki na strychu ożywiły się tu twarzyczką, która w jednem z okien zasiadła u krosien i nanowo poczęła swą pracę Penelopy nieskończoną. Jak sobie sama starczyć mogła, usłużyć, wydołać wszystkiemu, czem żyła — zaledwiem się umiał domyślać. Zdala twarz, oddawna wychudzona i zmizerowana, wydała mi się jeszcze bledszą i smutniejszą, niż kiedy, ale godziny pracy się nie zmieniły. Niekiedy tylko widać ją było podpartą na ręku i zadumaną — z oczyma wlepionemi w ścianę. Nagle, po takiem zapomnieniu się, chwytała za igłę i z podwojonym pośpiechem i gorliwością do roboty powracała. W czerwcu, na mieście, spotkałem się z dawno niewidzianym doktorem ubogich, który się tak śpieszył, jak zawsze. Zatrzymałem go. — Nie bywasz już na mojej ulicy? — zapytałem — nie chcesz nawet przyjść na chwil�� spocząć u mnie. — A! — odparł doktór — właśniem chciał was spytać, co się stało z tą sierotą z naprzeciwka? Mieszka ona tam jeszcze? — W tym samym domu, ale pod strychem — odpowiedziałem — i tak pracuje, jak dawniej. Mówiliście o rodzinie i o krewnych zamożnych, żeby też kto z nich nie dał jej przytułku!! — Ofiarowano go — rzekł — ale nie przyjęła. Może miała słuszność — jest biedną, ale swobodną i nie potrzebuje się rumienić za to, że żyje na łasce rodziny. — To zależy od… rodziny — odezwałem się. Wy, co ją znacie, powinnibyście choć inne zajęcie znaleźć dla sieroty, która się niewdzięczną igiełką zamęcza, ledwie mogąc pewnie na kawałek chleba zarobić. — I to trudno — odparł doktór. — Dumna jest, a przytem… Machnął ręką, ale z miny tej i z ruchu odgadnąć nie umiałem, co miał na myśli. Po krótkim przestanku, stary szepnął niewyraźnie: — Nie będzie się męczyć długo! Pożegnał mnie i poszedł. Przypomniałem sobie wychudzoną twarz, zapadłe oczy, ręce białe, które zdala nawet wydawały się jakby wyschłemi. Wiosna nie odżywiła biednej. W miarę, jak się wzmagało gorąco, uważałem, że częściej opadały jej ręce bezwładnie. Dłużej siadywała zadumana, chusteczką ocierała twarz, ciągle okrywającą się potem. Wydawała mi się chorą i osłabioną. Za pierwszem spotkaniem z doktorem, doniosłem mu o swojem spostrzeżeniu. — Jutro muszę u niej być — odparł mi krótko i zanotował sobie w książeczce. Jakoż nazajutrz, czatując, pochwyciłem go, gdy wychodził z przeciwka, i zaciągnąłem na spoczynek do mnie. — Jakżeście ją znaleźli? — zapytałem. Nie odpowiadając mi, doktór począł chodzić po pokoju krzywiąc się. Odwrócił się potem ku mnie. — A cóż? — rzekł — jest źle, ale ja na to nic nie poradzę. Gdyby była wielką panią i miała ochotę do życia — czasby jeszcze może ocalił ją i przedłużył… egzystencyę. Gdym się jej dziś począł rozpytywać o zdrowie, uśmiechnęła mi się smutnie. — Jestem wistocie chora, słabnę, wieczorami mam gorączkę, w nocy się ona wzmaga — ale — tem lepiej, krócej się męczyć będę. Żyć nie mam ochoty. Starałem się jej dowieść, że utrzymanie życia jest obowiązkiem. — Tak — rzekła spokojnie, gdy człowiek jest na coś światu potrzebny, ale istota, jak ja, będąca sobie ciężarem, a drugim zawadą — po co ma żyć? Nie mam już na świecie nikogo, a dla mnie spocząć, zasnąć na wieki — będzie największem szczęściem. Nie próbujcie mnie leczyć — dodała — naprzód dlatego, że leczenie się z mojem życiem nie da pogodzić, powtóre, że — mnie tem nie uczynicie przysługi. Chciałem ją przekonać, że powinna była przyjąć od krewnych pomieszczenie na wsi, gdzieby odżyć mogła. — A! nie! nie! — zawołała — wolę tu sobie umrzeć spokojnie, nie widziana, niż tam być ludziom widowiskiem wstrętliwem. Wyjść z tego położenia, w jakiem pozostaję, najusilniejszą pracą niepodobna — dodała. — Zarabiam tyle, aby z głodu nie umrzeć i zostawić na pogrzeb… — Na tem się rozmowa skończyła — dodał doktór. Nie widzę sposobu wyrwania jej — nieuchronnej śmierci. Może pociągnąć tak rok, półtora — ale, jeżeli nie zmieni myśli, nie zapragnie sama uratować się, nie pokocha życia… Nie mówiliśmy więcej, bo nam przeszkodzono. Opowiadanie lekarza uczyniło na mnie tak bolesne wrażenie, żem długo potem na okno w poddaszu nie spoglądał. Jesienią już, podniósłszy oczy przypadkiem, w oknie ujrzałem naprzód profil znajomy dziewczęcia, a naprzeciw niego nową twarz męską… młodego człowieka, bladego, jak ona, smutnie się w nią wpatrującego. Rysy twarzy miał sympatyczne. Ciekawość, obudzona tem we mnie, zatrzymała dłużej w oknie, chciałem widzieć niespodzianego gościa tego, gdy z domu będzie wychodził, i odgadnąć stosunek, jaki mógł łączyć tę niedawno rozpaczającą istotę z tym kimś — jej obcym. W dobre pół godziny dopiero znikła twarz mężczyzny w oknie, a ukazała się we drzwiach domu. Nieznajomy ubrany był ubogo, ale czysto… cała postać zwiastowała w nim wykształcenie i wyszlachetnioną naturę. Nie miał lat trzydziestu… Wyszedł powoli upojony i zadumany z tego domu, niepewien, gdzie się zwróci; postał trochę w progu i zwolna pociągnął ku miastu. Z okna dziewczę wyjrzało za nim i znikło. Miałaż to być opatrznościowa do życia zachęta? Następnych dni kilka nie zjawił mi się ów gość, a dziewczę siedziało przy krosienkach. Zdala twarz zdawała się nie tak bladą i jakby leciuchnym okraszoną rumieńcem. Wstąpiłaż w nią nadzieja? W sobotę następną wieczór był piękny i pogodny, młody gość zjawił się u drzwi. W kwadrans potem razem z nim wyszło dziewczę. Zblizka je zobaczywszy, przekonałem się, że ów rumieniec i odrodzenie zrozpaczonej było złudzeniem. Twarz wprawdzie idealnego nabrała wdzięku, ale piętno śmierci już na niej było wyryte. Szła nadzwyczaj powoli, z widocznym wysiłkiem, niekiedy rękę przykładając do piersi i stając, aby odetchnąć. Naówczas towarzysz jej zatrzymywał się także, zwalniał kroku, pochylał się troskliwie, i szli znowu dalej. Kawałek ulicy, który z okna mojego widać było, przeszli tak wolnym krokiem, iż długo mogłem się im przypatrywać. Mężczyzna był nadzwyczaj zajęty swą towarzyszką, ona też niby udawała ożywioną i wesołą. Znikli mi z oczów. Doktór, z którym co kilka dni się zawsze prawie gdzieś spotkałem, gdym go zapytał o sierotę, smutnie się uśmiechnął. — Gorzej jest — rzekł krótko. Opisałem mu to, com z mojego obserwatoryum mógł spostrzedz. — Wiem o tem — rzekł. — Młody, poczciwy, ale nieszczęśliwy… bez przyszłości… w niej się rozmiłował… Gotów się żenić, ale ona zna swój stan, czuje, że żyć nie może, i wyjść za niego nie chce. Fantazya poprostu. Małżeństwo, jeśliby życia nie ocaliło, mogłoby je przedłużyć… Bywały wypadki… Ale dziewczę uparte i dziwnie rozmarzone!… Zmuszony wyjechać na kilka miesięcy, w podróży zapomniałem o tym dramacie, który się przed oknem mojem odegrywał. Tyle ich przechodzi ciągle przed oczyma naszemi, których widzimy tylko pierwsze sceny lub ostatnie. Wiosna była znowu, gdy, szukając czegoś w pokoju, usłyszałem śpiew w ulicy, jakby żałobny… Wyjrzałem… Przed domem stała spora ludzi gromada i wóz z karawanem o dwóch koniach; w tej chwili właśnie wynoszono trumnę otwartą, w której wieńcami i kwiatami okryta spoczywała marmurowa twarzyczka sieroty z idealnym wyrazem, jaki śmierć rysom człowieka nadaje, nim się one w proch rozsypią. Leżała w białej sukience, w zasłonkach, ukwiecona, jakby szła do ołtarza, do ślubu. Tuż przy trumnie szedł blady z wypłakanemi oczyma przyjaciel ostatni. Miał on tyle męstwa, że sam kierował wszystkiem i dźwigał na wóz zwłoki. Pot ciekł mu z białego czoła. Gdy wóz ruszył z przed kamienicy, on jeden poszedł za trumną dalej. Ludzie się powoli rozpływać zaczęli. Ksiądz zaśpiewał… zaturkotało i karawan pociągnął ku cmentarzowi. Okna na strychu stały szeroko pootwierane. W jednem z nich wazonik zielony sam pozostał, a zdawał mi się zdaleka pączkiem mirtu spóźnionym. * Nazajutrz przyszedł mnie doktór odwiedzić i, zaledwie stąpił na próg, ręką wskazał w stronę kamienicy. — A co? — rzekł z tym spokojem, jaki częsty widok śmierci daje wszystkim lekarzom — a co? dramat skończony, jak przewidywałem. Sierota poszła na cmentarz, a ostatnie jej dnie promyk złoty oświecił. — Na tak krótko! rzekłem. — A komuż on przyświeca stale i długo? — rzekł lekarz. — Nie doznała zawodu; biedny chłopiec kochał ją tem goręcej, że miał utracić. Dłoń jego zamknęła znużone powieki. Doktór zadumał się trochę i nagle zwracając ku mnie, rzekł żywo: — Nie jestże to poemat? 1886.
|
w-podziemiach-ruin.txt
ADDED
|
@@ -0,0 +1 @@
|
|
|
|
|
|
|
| 1 |
+
Artur Gruszecki W podziemiach ruin ISBN 978-83-288-2303-7 I Niedaleko granicy Marchii Brandeburskiej, a dzisiejszych Prus, stał nad Notecią zameczek obronny, Ostrów. Gruby mur otaczał go wokoło, wewnątrz wznosił się piętrowy dom, w którym przemieszkiwała z dziada pradziada rodzina szlachecka Dzierzbickich. W czasie, w którym rozpoczyna się to opowiadanie, właścicielem zameczku był Maciej Dzierzbicki. Jako młodzieniec brał on udział w sławnej wyprawie Króla Jana Sobieskiego pod Wiedeń, lecz ranny pod Parkanami wrócił do domu i osiadł w Ostrowie. Czyniąc zadość woli zmarłego ojca, ożenił się, i wkrótce Pan Bóg dał mu dwie córki. Starsza Aniela liczyła już lat dziewiętnaście; wysoka, kształtna, piękna szatynka słynęła zarówno z urody jak i z dobroci. Okoliczni włościanie nazywali ją swoją matką, bo gdzie tylko zjawiła się choroba, a za nią głód i nędza, Aniela śpieszyła z pomocą. Często też wyjeżdżała konno do wsi okolicznych, a chłopi zdaleka poznawali dzielnego jej siwka, którego zazwyczaj dosiadała, odwiedzając chorych i potrzebujących pomocy. Słońce wiosenne miało się już ku zachodowi. Pani Dzierzbicka z młodszą córką, dziesięcioletnią Janinką, siedziała obok męża na ganku zajęta robotą. Nagle, odkładając trzymany w ręku haft, rzekła: — Jestem niespokojna o Anielkę. Wyjechała tak dawno i dotychczas nie wraca. Może ją koń poniósł? Może spadła z siodła? — Anielka spadłaby z konia! — zdziwiła się Janinka. — Przecież ona jeździ doskonale! — Prawdę mówi Janinka — uspokajał mąż. — Bóg nie dał mi syna, ale i on nie jeździłby tak dzielnie jak Anielka. Bywało koń skoczy w bok, zlęknie się, ona nawet nie drgnie na siodle. — Czemuż nie wraca? — niepokoiła się matka. — Pewno pojechała daleko, ale zresztą, poco ten niepokój, wszak jest z nią stary Bartosz, a ten ją obroni w każdej potrzebie. — Otóż i Anielka! — zawołało dziecko, wskazując na daleką kurzawę. — Chwała Bogu! — szepnęła matka. — Ależ pędzi, Bartosz zaledwie zdąża, a to przecież jeździec nielada. Zbliżywszy się do bramy, młoda dziewczyna zwolniła bieg konia, kłusem przejechała dziedziniec, lekko zeskoczyła z siodła przed gankiem i, oddawszy wierzchowca masztalerzowi, pośpieszyła do rodziców. Zarumieniona szybką jazdą weszła na ganek i, całując rękę matki, przemówiła dźwięcznym głosem: — Niech mi mama daruje to opóźnienie, ale miałam przygodę. — Jaką? Mów moje dziecko. — Zaraz opowiem, tylko trochę odpocznę. — Siadaj obok mnie Anielko i odpocznij — rzekł ojciec. Po chwili dziewczę zaczęło: — Byłam w ruinach… — Tak daleko, i poco? — przerwała matka. — To niedaleko mamo, może godzina drogi. Namówiłam Bartosza, aby mi towarzyszył, gdyż on wzdragał się, mówiąc o strachach i duchach. To podnieciło mnie jeszcze bardziej, uparłam się i pojechałam. — I zobaczyłaś ducha? — spytała ją siostra. — Żadnego, moja Janinko, ale wysłuchałam ciekawej opowieści i spotkałam znajomego. — Kogóż to? — zapytała matka. Zanim Anielka zdołała odpowiedzieć, rzekł ojciec: — Opowiadaj po kolei, porządek przedewszystkiem. — Więc najpierw opowiadanie o ruinach zamczyska. Dobrze mamo? — Słuchamy! — zawołała wesoło Janinka. — Otóż dawno, już dawno temu, pan tego zamku miał trzy córki, a gdy żona mu zmarła, ożenił się powtórnie, aby dać dzieciom opiekę, gdyż sam musiał iść na wojnę. Minęło lat kilka — ojciec jak nie wraca, tak nie wraca, a macocha rządzi i krzywdzi sieroty, by zabezpieczyć wszystko swemu synkowi. Wreszcie przyszła wieść o śmierci ojca; wówczas macocha postanowiła pozbyć się pasierbic. Idzie do wróżki, a ta jej mówi; strzeż się pasierbic, bo przez nie zginiesz nie swoją śmiercią. Zawzięta kobieta tak strasznie dokuczała i znęcała się nad sierotami, że one wreszcie z rozpaczy rzuciły się do głębokiej studni zamkowej. Właśnie w tym czasie bawił się na dziedzińcu synek tej srogiej kobiety, a chcąc zobaczyć, co się stało z jego przyrodniemi siostrami, nachylił się tak nieszczęśliwie, że wpadł również do studni i zabił się na miejscu. W jakiś czas wrócił z wojny pan zamku, gdyż wieść o jego śmierci była kłamliwą, a dowiedziawszy się o wszystkiem, zabił własnoręcznie swą drugą żonę, zamek podpalił i sam skoczył w płomienie. — I co dalej? — spytała Janinka, gdy siostra umilkła. — Od tego czasu w ruinach ciągle straszy; chodzą duchy, potwory dziwne, i każdy unika starego zamczyska. — Opowieść ładna, ale nieprawdziwa — rzekł ojciec. — Zamek zburzyli Niemcy; a że jest daleko od drogi i ludzi, więc nikt go nie odbudował. — Zapewne tak napisano w tych wielkich księgach, które ojciec ma w swym pokoju — rzekła Anielka — i pewno to prawda; ale ja wolę tę żywą historyę o nieszczęśliwych sierotach, o macosze, o tych strachach, duchach, potworach. — Nietylko ty wolisz — odpowiedział ojciec. — Wszyscy włościanie, a nawet szlachta są przekonani, że w tych ruinach coś straszy, i nikt nie odważyłby się pójść tam w nocy, a i w dzień jasny z pewną trwogą zbliżają się do zamczyska. — O! w dzień nie bałabym się zupełnie! — zawołała Janinka. — Teraz prawdopodobnie nie przytrafiłoby ci się nic złego, ale dawniej, jeszcze za ś.p. ojca mego, zamczysko to zamieszkiwali rozbójnicy i łotrzykowie. — I co? I co? — spytała Anielka z żywością. — A cóż ma być? Jak zwykle napadali podróżnych, dwory i chaty na odludziu okradali i rabowali, a blizkość granicy sprzyjała ich procederowi. Aż nareszcie sprzykrzyło się to ludziom, i starościńscy pachołkowie część zabili, a drugą powiesili. — Chciałam wejść w podziemia — zaczęła znów Anielka — podobno są tam skarby, ale Bartosz bardzo się wzbraniał, a że i światła nie miałam, wiec tylko pozostała mi chęć odwiedzić tę część zamczyska. — Nie spodziewałam się tego, Anielko, — rzekła matka dość surowo, — by moja córka mniej miała zastanowienia od masztalerza. Toż w podziemnych chodnikach o złe powietrze lub o nieszczęście nie trudno. — Matka ma zupełną słuszność — dodał pan Dzierzbicki. — W takich ciemnicach gnieżdżą się choroby, gady, jaszczurki. Proszę też waćpanny wybić sobie z głowy podobne przedsięwzięcia. Anielka zawstydzona umilkła. Matka nie zapomniała jednak o drugiej części przygód i po chwili spytała: — Kogo też spotkałaś dzisiaj? — Znajomego rodziców, grafa von Tannenburg, który przesyła rodzicom pokłony. — Grafa von Tannenburg? Tu? na naszej stronie? — zdziwił się ojciec. — Jeździł w odwiedziny do kasztelana i wspominał coś, że był u starosty. — Pewno łotrzyki z Brandeburgii uciekli do nas, albo nasi tam dokazują, więc żądał pomocy. — Albo też posunął się w konkury o starościankę, bo już panna z niej leciwa — dorzuciła pani Dzierzbicka. — Ee! także coś! — odrzekł wzruszając ramionami pan Maciej. — Tym niewiastom zawsze roi się o małżeństwie. Niemiec, protestant, ziemi ma niewiele i narażałby się tak łatwo na wyraźną rekuzę. — Znowu zasię ja powiem — zaczęła pani — że młody on, i wiem, że dufa wiele w swe grafostwo. — A niech tam! — machnął ręką mąż. — Ja córki nie dałbym mu, chociażby był piękny, jak Adonis, i bogaty, jak Krezus. — Ktoś jedzie do nas — zawołała nagle Anielka. — Ho, ho, i liczna kawalkata! — rzekł pan Dzierzbicki. Wstał, wychylił się z ganku i, klasnąwszy w ręce na służbę, rozkazał: — Hej! Niech klucznik przysposobi gościnne komnaty, ochmistrz i szafarz niech pomyślą o gościach, by przyjąć przystojnie. A stajnie niech będą w porządku. Równocześnie pani Dzierzbicka wraz z córkami poszła do fraucymeru, by siebie i córki godnie przystroić na przyjęcie gości. II. Wizyta Pan Maciej Dzierzbicki, narzuciwszy na siebie ozdobniejszy kontusz, czekał na ganku gości, którzy, wjechawszy na dziedziniec zameczka i uchylając czapek, wołali: — Witamy z Bogiem i dobrem słowem. Gospodarz z rozjaśnioną twarzą kłaniał się, założywszy rękę lewą za pas błyszczący, bowiem od czasu rany otrzymanej w ramię pod Parkanami z wielką tylko trudnością władał lewą ręką. Gdy z konia zeskoczył gość, przybrany w kołpak z czaplem piórem i spinką brylantową, w żupan i kontusz bogaty, i, acz podróżny, z karabelą u pasa; pan Maciej Dzierzbicki zszedł ze schodów gankowych i, schylając głowę, witał: — Czołem, mości Kasztelanie! Czołem! A gdy uścisnęli sobie ręce, rzeki kasztelan: — Czołem, mości chorąży! Czołem! Przyjechaliśmy do was w gościnę. — Witam was, mości kasztelanie, całem sercem! Raczcie wstąpić w me progi. Wielce wam wdzięczny za honor i wielki zaszczyt, który mi czynicie. Po dłuższych ceregielach i wzajemnych przemówieniach udał się kasztelan do gościnnych pokojów, by przebrać się w strój godniejszy. Tymczasem pan Maciej Dzierzbicki, któremu ziemianie dla jego zasług wojennych dali tytuł chorążego, wraz z małżonką i służbą przysposabiali przyjęcie. Pan chorąży wydawał krótkie rozkazy, dotyczące zapasów piwnicy. Przed nim stał i słuchał uważnie, niegdyś ochmistrz, dziś poważany przyjaciel domu, Michał Ziembiński, ubrany w biały żupanik atłasowy i w kontusz z białemi wylotami. — Dla takiego gościa, jak kasztelan, dasz, mości Michale, to wino, które pamięta Jana Kazimierza. Dasz je pod koniec, a lżejsze do mięsiwa. — Rozumiem, mości chorąży, sam dopilnuję kolei. — Przy stole miej baczne oko na towarzyszów kasztelana — upominał gospodarz. — Jak zawsze! — odpowiedział pan Michał. — Krzywdy mieć nie będą. — Idźże, waść, teraz do piwnicy, a klucza nie wypuszczaj z rąk. Po jego odejściu chorąży spojrzał na wielki stół, uginający się pod bogatą zastawą srebrną. Przed każdym nakryciem stał puchar, a największy i najozdobniejszy, z czystego kryształu przed nakryciem dla kasztelana. Przybiegł wreszcie pachołek, dając znać, iż kasztelan już ubrany. Wkrótce potem przyodziany w bogaty strój wszedł i sam kasztelan, człek niemłody, dobrze szpakowaty, ale okazały, pełen jeszcze sił i zdrowia, i już z progu mówił: — Witam uniżenie wielce miłościwą panią chorążynę! O zdrowie i pytać nie potrzebuję, bo wygląda pani chorążyna, jak róża. Dygnęła pani, rumieniąc się, jak młoda dziewczyna, a tuż zwrócił się kasztelan i do Anielki: — Witam waćpannę chorążankę! Kwiat jej piękności słynie nietylko w całej Polsce, ale i zagranicą są zacni kawalerowie, którzy radziby uszczknąć ten pączek. Anielka zapłoniona schyliła się, by ucałować rękę gościa, lecz nie pozwolił na to kasztelan, pocałował ją w czoło po ojcowsku, a ona w ramię. — Łaskawe słowa pana kasztelana przyjmujemy jako miłe komplimenta, gdyż pochodzą z ust szlachetnych. Poczem pomodliwszy się, siedli do stołu. Gdy pierwszy apetyt minął, zapytał pan chorąży o sprawy publiczne. — Saskie wojsko, te pijawki, ssące naszą krew, ustępują z granic Rzeczypospolitej, a do Króla szwedzkiego, Karola XII, wysłał senat posłów, by zaprzestał walki z nami, bowiem inna rzecz jest król nasz August II, a inna Rzeczpospolita, która nie chce nowej wojny szwedzkiej. Wszczął się żywy dyskurs polityczny, wszyscy obecni byli za utrzymaniem pokoju ze Szwecyą. Pod koniec uczty uprzejmy kasztelan zwrócił słów kilka do Michała Ziembińskiego i zapytał go w końcu: — Cóż się dzieje z waści siostrzeńcem Jakubowskim? — Narobiwszy mi wstydu, a sobie hańby, uciekł do Brandeburgii. — To waść i kontent — rzekł kasztelan. — Z ucieczki tom rad, ale żal mi, żem tyle lat chował i pielęgnował tę gadzinę przy sobie, korzystając z łaski pana chorążego. — Szkoda, że go nie ubito — westchnął chorąży, bo o zakałę szlachectwa u takiego łotrzyka nietrudno. — Co ma wisieć, nie utonie — dodał kasztelan. Gdy ucztę skończono, poprosił kasztelan chorążego i jego małżonkę na osobną rozmowę. Gdy usiedli we troje w pięknie przystrojonej bawialni, zagaił rozmowę kasztelan. — Do was panie chorąży, jako do ojca, i do pani chorążynej, jako do matki, zwracam me słowa, prosząc o łaskawą odpowiedź. Zacny kawaler, graf von Tannenburg, sam mnie prosił i przywiózł listy polecające od moich zagranicznych przyjaciół, bym został jego orędownikiem u was. — Co? Graf von Tannenburg?… Niemiec?! — krzyknął oburzony pan Dzierzbicki. — Wysłuchajcie mnie wpierw, mości chorąży. Zacny ten kawaler wsławił się już w walce z Duńczykami, sam książę brandeburski wysoce go ceni, ród dobry, majątek jest, umiłował-ci też starszą córkę waszą, Anielkę, czemu się nie dziwię, i radby te amory zakończyć węzłem małżeńskim. — Nic z tego! zawołał ostro chorąży. — Jednak namyślcie się, mości chorąży, spytajcie żony, córki — doradzał zakłopotany kasztelan. — Pzedewszystkiem — przerwał gorączkowo chorąży — moja wola jest ich wolą, a córkę przeklnę i wolałbym ją widzieć na marach, jakkolwiek miła mi ona i bardzo, aniżeli żoną Niemca, protestanta i jakiegoś grafa von Tannenburg, który bodaj czy nie z mnichów krzyżackich pochodzi. — Ale… ale… — uspokajał go swat. — Chce pan kasztelan wiedzieć wolę mej żony i córki, to niechaj spyta. — Starczą mi wasze słowa, mości chorąży, i tę rekuzę prześlę grafowi z Tannenburga. Darujcie mi, że podjąłem się tego niefortunnego poselstwa, nakłoniony jego prośbami i listami. — Przecież to nie żaden despekt dla nas — rzekła pani. — Dla waćpani może i nie, ale dla mnie jest, nie ośmieliłby się też Niemiec, gdybym miał syna — westchnął chorąży z żalem. — Wola Boga! — przemówił kasztelan, a po chwili dodał: — Wiedziałem ja dobrze, że córki nie dacie, bo i szkoda dziecka z dobrego gniazda dla Niemca. Słyszałem, że w Sandomierskiem wiodą rej Dzierzbiccy, to już lepiej swojemu zostawić Ostrów i córkę. A teraz pobawiłbym się kielichem, bom i rad z waszej odpowiedzi. Całą noc trwała uczta, na drugi dzień poprawiny, i dopiero trzeciego dnia wyjechał kasztelan, zapraszając serdecznie chorążostwo do siebie. III. Oświadczyny Dwa tygodnie minęły spokojnie po wyjeździe kasztelana, zapomniano prawie o Niemcu, gdyż chodziły głucho wieści o wojnie szwedzkiej, rozpoczętej wbrew woli senatu i sejmu, a one bardziej zajmowały Ostrów, aniżeli sprawa grafa. Wtem jednego popołudnia zagrały trąby przed Ostrowom, i strojnie a zbrojnie, w sześć koni wjechał na zamek graf von Tannenburg. Chorąży zły chciał się uwolnić od przyjęcia udaną chorobą, ale chorążyna umiała ugłaskać męża i skłonić do pozornej przynajmniej gościnności. — Tylko mi aśćka Anielki nie pokazuj, to ci mówię wyraźnie. — Już jegomość może być spokojny o Anielkę; ja wyjść do gościa muszę, bo takie prawo gościnności, ale nie obaczy on córek moich. Wreszcie weszli oboje do sali jadalnej i kazali prosić grafa na skromny posiłek. Niemiec wszedł śmiało, niemal dumnie i, schyliwszy głowę w stronę pani domu, rzekł złą polszczyzną; — Takie dziwne i nieprawdopodobne wieści przyniósł mi list kasztelana, że muszę je sprawdzić osobiście. Prosiłbym więc o chwilę rozmowy. Chorąży z gniewu zaczął sapać i wąsa targać, ale chorążyna odpowiedziała z uśmiechem: — Zapewne i do pana grafa doszły słuchy o nowej wojnie, nie dziwię się, że chce je pan sprawdzić i miło mi, iż w dalekiej podróży możemy go ugościć chwilowo. — Wojna, wojna — odparł graf zmieszany trochę — ale ja mam własny interes, który chciałbym zakończyć, i jestem pewien, że z panem chorążym, jako człekiem rycerskim, łatwo dojdę do ładu. Tymczasem, zanim wojna wybuchnie — uśmiechnął się ironicznie — pozwólcie złożyć u stóp waszych słowa głębokiego szacunku, z jakim dla was jestem zawsze. Ucałował rękę chorążyny, uścisnął prawicę chorążego, który zwolna, jak gdyby zmuszony, mówił: — Cieszy mnie, panie grafie, że mój zameczek, jako leżący przy drodze z Marchii do Polski, został obrany na miejsce odpoczynku. Witaj nam jako gość, bądź pozdrowiony. Młody graf aż pobladł z gniewu, położył rękę na szpadzie, ale pomiarkował się, musnął tylko wąsika i na zaproszenie chorążyny siadł do skromnego posiłku. W rozmowie oświadczył Niemiec, że Karol XII, król szwedzki, już wkroczył na Litwę i przysłał posłów do księcia Brandeburgii z propozycyą wspólnego uderzenia na Rzeczpospolitą. Książe wzdraga się jeszcze, ale co znamienitsze rycerstwo ochotnie idzie pod sztandary protestanckiego króla. — A waszmość, panie grafie? — spytał chorąży. — Jeszcze nie wiem, — odpowiedział Niemiec patrząc mu w oczy śmiało. — Jeżeli znajdę tu, w Polsce krewnych, pójdę na Szwedów, uchybią zasię mej godności, to o lekarstwo przecież nietrudno. — To jest tak, panie grafie — przerwał żywo chorąży — kto nie chwyta za ogień, ten się nie poparzy. — Ja też nie po ogień, ale po ochłodę przyjechałem. I już miał powstać, by uczynić wyznanie afektów, gdy drzwi się otworzyły, i wszedł Michał Ziembiński, donosząc chorążemu o przybyciu posłańca z pilnym listem. Graf, który z dawniejszej bytności znał Ziembińskiego, zwrócił się do niego z zapytaniem: — Mości panie Ziembiński, a nie znacie wy Jakubowskiego? — Znam, albo co? — Przyszedł do mnie prosić się o siużbę i powoływał się na wasze świadectwo. Kazałem mu zgłosić się później, póki nie dowiem się, co zacz. Cóż powiadacie? — Przyjmie go pan graf, dobrze; nie przyjmie, także dobrze. Kiedyś go znalem, dziś umarł on dla mnie. — Następnie zwrócił się do chorążego ze słowami: — Co pan chorąży każe powiedzieć posłańcowi? — Przynieś mi waszmość list, panie Michale. Wkrótce potem chorąży, odczytawszy list przy stole, rzekł: — Zaproszenie na sejmik powiatowy jest w liście, powiedz waszmość, że stawię się na czas oznaczony. — Na kiedyż ten sejmik? — spytał Niemiec. Chorąży, pragnąc pozbyć się niemiłego gościa, odpowiedział: — Pojutrze rano początek, a że daleko, więc jutro z wieczora wybrać się muszę. — Jeżeli tak, — zaczął graf po chwili milczenia — to i na mnie pora. Proszę więc obojga państwa na osobną rozmowę. Chciała powstać chorążyna, ale mąż spojrzał na nią wymownie i rzekł: — Nikt nam i tu nie przeszkodzi. Klasnął w ręce i pachołkowi wchodzącemu dał polecenie: — Pilnuj, by nikt tu nie wszedł aż do mego rozkazu. — Zaczynaj mości grafie, słuchamy! Ubodło to Niemca, że nie poproszono go do bawialni, że panny nie było przy stole, i że niechętnie go podejmowano; zmarszczył brwi, wstał i zwracając się do obojga małżonków, przemówił: — Nie tajno państwu, że córka ich starsza jest przedmiotem mych sentymentów małżeńskich. Przodkowie moi dobrze się zasłużyli, gdy cesarz niemiecki udarował ich tytułem grafowskim. Jestem młody, zdrów, bogaty i gdybym zechciał, nie odmówionoby mi nawet księżniczki. Lecz serce nie sługa, i oto amor ślepy zranił je, wypuściwszy strzałę z oczu panny chorążanki. Jako sąsiad wiem, że ród wasz dobry i stary; postanowiłem tedy ożenić się z nią i muszę się ożenić. W tym celu poprosiłem na swata człowieka, przez Polaków szanowanego, jest bowiem kasztelanem, senatorem u was; ale on nie potrafił widocznie przedstawić mojej sprawy dobrze, gdyż otrzymał nie dość jasną waszą odpowiedź, przyjechałem tedy sam, bo przez posłów wilk nie bywa syty. Umilkł na chwilę, a chorąży, który z gniewu to bladł, to czerwieniał, wstał z krzesła i krzyknął: — Mości grafie! dość tych słów! Jedziesz waszmość fałszywą drogą, wskażę ci więc prawdziwą. Dziękuję, a nawet uznaję zaszczyt starania się waszmośćpana o rękę mej córki, ale nigdy ona nie zostanie waszą żoną, panie grafie, bo jest katoliczką i Polką. Zabłysły oczy Niemca, który, mierząc pogardliwym wzrokiem chorążego, rzekł drwiącym tonem: — Uspokójcie się, panie chorąży. Nie chcecie mi dać córki z dobrej woli, to i dobrze. Ja zrobiłem, co do mnie należało, prosiłem was o rękę panny Anieli… a resztę zostawmy przyszłości. — Gościem mi jesteś, panie grafie — odezwał się spokojniejszym tonem chorąży, — siadaj więc i spożywaj, co Bóg dał. — Darujcie, mości chorąży! Ciśnie mnie dach waszego domu a powietrze dusi, może kiedyś się zobaczymy w innych warunkach, a wówczas zaczniemy z innej beczki. Skierował się ku drzwiom i, składając chorążynie ukłon głęboki, przemówił: — Zostańcie z Bogiem, czcigodna pani, zapomnijcie przeszłości, bo od dziś rozpoczynam nowe życie. Chorąży nie ruszył się z krzesła, a gdy zamknęły się drzwi za Niemcem, rozparł się na stole i rzekł do żony: — Cóż aśćka, mościapanno, na to? — Dopust boży! Zawsze jednak miło, że i obcy graf pokłonił się o naszą córkę. — Białogłowom wżdy afekta w głowie — odpowiedział drwiąco — toż Niemczura zapowiada zemstę. — A nie masz jegomość ludzi? Dałabym załogę, uzbroiła czeladź, i niech probuje! — Wiem to ja i bez aśćki rady, ale co mi po tem, gdy Anielka w niewoli być musi, bo może taki antychryst porwać ją, obaczywszy samą. — Ee, porwanie to sprawa gardłowa — zawołała chorążyna. — I poco też jegomość wspomina o tem, a może to chwila nieszczęśliwa i sprawdzi się! — Żartowałem, mościapanno! żartowałem! Toż byłby gardłem pokaran za taką sprawę porwania. Zawołaj jednak Anielkę. Weszła świeża, piękna i młoda, jak poranek majowy. Stanęła pokornie z boku, czekając pytania. Ojciec aż się rozjaśnił i z uśmiechem figlarnym rzeknie: — Ano, obmyśliliśmy męża dla waćpanny. Kawaler gładki, ma tytuł i majątek, tylko że to graf von Tannenburg! — Przebrzydły Niemczysko! — szepnęła cichutko. — Zostawiamy waćpannie przyjęcie kawalera; cóż powiesz? — Czasem i żart boli, mój ojcze, — odezwała się dziewczyna. — Pradziadowie moi ginęli w bitwach z Niemcami, a ja miałażbym iść w ich niewolę dobrowolnie!? Powstaliby oni z grobów i obrzucili mnie przekleństwami! Aż rozpłakał się chorąży, i tuląc córkę do piersi, mówił: — Nieodrodne ty moje dziecko! To też miłuję ciebie nad wszystko ziemskie! Matka również ucałowała Anielkę, szepcząc: — Nie dam mego skarbu, chyba z życiem! Rozochocony chorąży kazał dać całej służbie gorzałki i miodu, a zawoławszy Michała Ziembińskiego, posadził go u stołu i opowiedział szczegółowo całą rozmowę z grafem. Ziembiński, wysłuchawszy opowieści do końca, nie taił swych obaw, iż graf może pokusić się o zdobycie siłą Ostrowa i zniewolenia Anielki groźbą. — Fraszki mości Michale! Alboż to ludzi nie mamy? Alboż Ostrów dwór bezbronny, czy co? Są mury, ludzie, zbroje, a w razie nagłego napadu jest wyjście skryte. Aż drgnął Ziembiński na te słowa, bo przypomniał sobie, iż Jakubowski, on łotrzyk na niemieckich dworach poszukujący służby, zna owo przejście tajemne, przebywał bowiem długi czas w Ostrowie. Na razie jednak zamilkł i, stłumiwszy niepokój, bawił się kielichem do późna w noc. Dopiero słowa stróża nocnego, wyśpiewane pod oknami: — Już dziewiąta na zegarze, idźcie do snu gospodarze! — skłoniły ucztujących do spoczynku. IV. Zemsta Tydzień cały od bytności Niemca upłynął spokojnie, i już chorąży kpinkował sobie z groźb jego. Z jednej z takich chwil wesołości skorzystała Anielka i poprosiła ojca, by jej pozwolił wyjechać, ponieważ pupile wiejscy cierpieli z powodu nieobecności swej opiekunki. — Chcesz, to i jedź, ale na wszelki wypadek weź krucicę z sobą. Samowtór z Bartoszem wyjechała tedy Aniela, bacząc zrazu pilnie na przydroża, lecz, gdy nic podejrzanego nie spostrzegła, puściła konia stępą. Wtem z pobliskiego gaju wypada dwóch rajtarów, zastopują drogę i proszą by jechała z nimi. — Precz z drogi! — krzyknęła, położywszy rękę na krucicy. — Precz rozbójnicy! — wrzasnął Bartosz, naciskając konia, aby być bliżej. — Nic nam do ciebie — odezwał się jeden rajtar — lecz ta panna musi iść z nami. — Nie pójdzie! — krzyknął Bartosz i, wyciągnąwszy szablę, leciał na Niemca. Ten spokojnie go wytrzymał i strzelił; widno trafił, bo Bartosz spadł z konia. W tym czasie Anielka, widząc, że sprawa groźna, wyciągnęła krucicę i palnęła do bliższego rajtara. Skręcił się, ale dotrzymał na siodle i z obnażoną szablą zamierzył się na dziewczynę. Widząc się bezbronną, cmoknęła na posłusznego konia i popędziła cwałem do zamku. Rajtarzy wypuścili swe konie, pragnąc odciąć Anielce powrót, lecz siwek, jak gdyby rozumiał niebezpieczeństwo, rwał jak wicher, i wkrótce rajtarzy zostali w tyle. Rozległ się strzał jeden i drugi, ale kule chybiły konia, i Anielka dopadła szczęśliwie bramy zamkowej. Opowiedziała szczegóły napadu, i w tej chwili ruszył Ziembiński na czele dziesięciu jeźdźców w pogoń za rajtarami. Ci, widząc poważniejszą siłę, rzucili w rów rannego Bartosza, a sami umknęli do Marchii Brandeburskiej. We dwa dni później na murach i u bramy zamku stoczono formalną bitwę z napadającymi Niemcami. Zginęło ich sporo, ale i z obrońców trzech zabito, a pięciu ciężko raniono. Od tej pory Ostrów był strzeżony pilnie i w dzień i w nocy. Chorąży lub Ziembiński co godzina lustrowali warty i w ordynku wojskowym utrzymywali załogę. Jednego dnia w południe zjawił się na drodze zamkowej parlamentarz z białą chorągiewką; zatrąbił kilkakrotnie, żądając rozmowy. Chorąży pokazał się na murach w towarzystwie Ziembińskiego, pytając, co zacz? i skąd? — Od grafa von Tannenburg! — Czego? — krzyknął chorąży. — Mój pan potężny graf na Tannenburgu oświadcza: jeżeli pan chorąży odda mu córkę za żonę, zawrze z nim przyjaźń dozgonną; w przeciwnym razie zdobędzie zamek i nie pozostawi tu kamienia na kamieniu. Usłyszawszy dźwięk tego głosu, Ziembiński zatrząsł się i zbladł, poznał bowiem swego siostrzeńca, Juliana Jakubowskiego, ale milczał i czekał. Chorąży uśmiechnął się, pokręcił wąsa i rzecze: — Twój pan, graf von Tannenburg, jest łotrzyk wierutny i będzie wisiał prędzej czy później. Córki nie dam, jakom mówił, a zamku niech dobywa. Zobaczym, kto silniejszy?! — Ostrzegam, póki czas! — zawołał parlamentarz. — Ostrzegaj psich synów, jakoś jest sam, służąc niemieckiemu plugastwu, i radzę uciekaj, bo cię ustrzelę z rusznicy, jakem szlachcic. Skończyła się tedy rozmowa na niczem, i oczekiwano nowego napadu. Ziembiński, po tej rozmowie, wziął dwudziestu zaufanych i kazał im przez całą noc kopać nowy chodnik podziemny, tłomacząc się, że jeden chodnik jest zaciasny na tylu ludzi. I znów kilka dni było spokojnych, aż nagle dostrzeżono z zamku nowe wojsko. Poznał zaraz chorąży nieprzyjaciół Rzeczypospolitej: byli to Szwedzi. Rozpierzchli się szeroko po kraju, pilnując każdej drożyny, każdego przesmyku i poczynając sobie, jak żołnierz doświadczony, przemyślny i w wojennem rzemiośle wyćwiczony. — Ano, zginę, to zginę! — rzekł do ciebie chorąży i z wielką czułością oddawał dobranoc swej rodzinie. Nie wątpił on, że Szwedzi będą sprzymierzeńcami brandeburczyka i wspólnie uderzą na Ostrów. Jakoż istotnie przypuszczenia jego wkrótce stały się rzeczywistością: pewnego dnia o świtaniu Szwedzi uderzyli ze wszech stron na Ostrów. Dzielną i skuteczną była obrona, gdy nagle w dziedzińcu zjawili się Niemcy, którzy pod dowództwem Jakubowskiego sforsowali tajemne przejście. Obrońcy, wzięci we dwa ognie, bronili się rozpaczliwie, a chorąży tyle tylko miał czasu, że skoczył do domu i, dając znać żonie i córkom, zdołał ujść drugiem przejściem, zrobionem przez Ziembińskiego. Niemcy poczęli tymczasem siać zniszczenie w zamku, a zrabowawszy go doszczętnie, szukali pod przewodnictwem grafa von Tannenburg chorążego i jego rodziny. Graf wściekał się tem zniknięciem, obiecywał to nagrody, to kary żołnierzom, wszystko napróżno. Chorąży z rodziną przepadł, jak kamień w wodę! Rozgniewany i rozżalony bezowocnem zdobyciem Ostrowu, zawołał do siebie Jakubowskiego i rzekł: — Słuchaj przedawczyku, co ci powiem. Zdradziłeś swoich i żyjesz, ale to ci mówię, że chorąży z rodziną musi być w mojej mocy. Szukaj ich w niebie, w piekle, czy na ziemi — to twoja rzecz, ale pamiętaj, że oni muszą się znaleźć… albo ty wisieć będziesz, jako zdrajca, bo tylko ty uprzedzić ich mogłeś, że zamek zdobędę. Na bladą, chuderlawą twarz Jakubowskiego wypełzł strach śmierci, nędznik zadygotał cały i, dzwoniąc zębami, jęknął: — Znajdę ich, z pod ziemi dobędę, wielmożny grafie! V. W Ruinach W chwili zdobycia zamku wpadł chorąży do komnaty niewieściej i, skinąwszy na żonę i córki, skierował się ku ukrytemu przejściu. Tuż za nimi pośpieszał Ziembiński, dźwigając szkatułkę z klejnotami. Wejście zatarasowano i zamaskowano starannie, poczem zmęczeni usiedli na ziemi, nasłuchując odgłosów zewnętrznych. Po pewnym czasie rzucił chorąży zapytanie: — A teraz gdzie iść? Żona i dzieci milczały, więc Ziembiński odpowiedział: — Korzystajmy z ciemności i uciekajmy w las. — Teraz już widno, — odezwała się Anielka, — mogą łatwo nas dostrzedz, lepiej i bezpieczniej doczekać nocy. — Prawdę mówisz, moja córko, ale rzecz w tem, gdzie uciec? — Możeby istotnie do lasu — wmieszała się pani nieśmiało. — Drogi i drożyny są strzeżone przez Szwedów, a zamknięci w lesie z czego żyć, gdzie spać będziemy? — wahał się chorąży. — Czyż niema ruin? — zawołała Janinka. — Duchy są lepsze od Niemców! — Czasem Bóg przez usta dziecka przemówi, a więc do ruin! Uradowali się wszyscy i już weselsi czekali nocy. Po chwili rzekł Ziembiński: — Pozwól, mo��ci chorąży, że pierwszy wyjrzę na świat boty, rozpatrzę drogi, a jeżeli i zginę, to bezdzietny nie osierocę nikogo. Skinął głową zezwalająco chorąży, wzruszony poczciwemi słowy, i Ziembiński zniknął w ciemnej perspektywie chodnika. W kilka godzin zjawił się i, donosząc że droga wolna, wiódł nieszczęśliwych zbiegów ku wylotowi tajnego przejścia. Gdy w pomroku wieczornym spojrzał chorąży na Ziembińskiego, ledwie oczom swym wierzył, gdyż zamiast znanej sobie postaci, ujrzał starego dziada w stroju wieśniaczym, z kosturem w ręku. — Wszelki duch Pana Boga chwali! — zawołał zdziwiony. — A cóżeś waść zrobił z siebie? — Mości chorąży, jako chłop i dziad będę bezpiecznie chadzał wśród wrogów, szlachcica zaraz powieszą lub zabiją. — Prawda! Ale skąd wziąłeś ten strój? — Wyszedłszy na świat spotkałem trupa chłopskiego, obdarłem go z szat, bo i pocóż nieboszczykowi koszula i hajdawery? Toć użebrzę kawałek chleba i przyniosę go państwu, gdyż zwierzynę i jagody łatwo mieć w boru, tylko chleba brak. — Rozumnieś sobie począł; teraz wierzę, że dopłyniemy cało do portu ocalenia. Wtem posłyszeli hasła żołnierskie, więc umilkli i, skradając się ostrożnie, ruszyli do lasu, kierując się w stronę ruin zamczyska. Przybywszy na miejsce, odszukali podziemia z łatwością. Były tam dwie cele dobrze utrzymane, które wymieciono, ogrzano rozpalonem ogniskiem, zrobiono potrzebne łoża z mchu i traw. Na tych przygotowaniach upłynął dzień następny. Rankiem poszedł Ziembiński po żebraninie do wsi okolicznych i pod wieczór przyniósł wiadomość, że Szwedzi ściągają posterunki i patrole, gdyż snąć gotują się do wymarszu. Noc przeszła spokojnie, prócz hukaniu sów, śmiechu puszczyków, wyciu wilków i szczekania lisów, żaden ludzki czy nadludzki odgłos nie odezwał się wokoło i nie przerwał snu mieszkańcom ruin. Tak przeszło dwa dni, aż wreszcie trzeciego zniecierpliwiony chorąży rzekł do powracającego Ziembińskiego. — Słuchaj waszmość, panie Michale, jaki plan obmyśliłem. Co my tu wysiedzimy w tych ruinach? Szwedzi cofnęli się, jak mówisz, zostawiwszy słabe załogi, więc jutro skoro świt ruszysz do naszych przyjaciół, postarasz się o konie i ludzi, przeprowadzisz ich tajnie do ruin zamczyska, i pojedziemy w świat. — Wola twoja mości chorąży, ale pozwolę sobie zwrócić uwagę, że pani chorążyna i Janinka nie nadadzą się do konnej jazdy. Obecna przy tem Janinka poczerwieniała i zawołała: — Nie jeżdżę ci ja tak, jak Anielka, ale zawsze dosiedzę na koniu. Niech się pan Michał o mnie nie boi. — I ja w potrzebie pojadę. Pamiętam, że przed laty nie zsiadłam z konia przez dwanaście godzin, a było to dla zabawy, więc i teraz potrafię — odezwała się pani chorążyna. — Ha, jeżeli wola taka, pójdę i sprowadzę ludzi i konie. W trzy dni wrócił Ziembiński, ale sam, bez orszaku. Zastał chorążostwo na zewnątrz zamczyska, zbliżył się, a tuż spytał impetycznie chorąży: — A oni gdzie? — Zostawiłem przed lasem, w dobrem ukryciu, bo snuli się Szwedzi i bałem się zdradzić kryjówkę. Nikt nie zważał, że o jakie sto kroków stała za drzewem postać z niemiecka ubrana, a widząc rodzinę chorążego, z uśmiechem tryumfu i złośliwości mruknęła: — Więc to są duchy zamczyska! Był to Jakubowski, który, jadąc na czele patrolu, spostrzegł znajomą skądciś postać dziada i postanowił go śledzić. Zsiadł z konia i w lesie z łatwością szedł za mniemanym dziadem. Widząc rodzinę chorążego, wielce się ucieszył i szybko podążył w kierunku Ostrowa, by zawiadomić pana o odkryciu. Dotarł do zamku późną nocą, kazał jednak rozbudzić grafa i rzekł: — Znalazłem chorążego i córki. — Jeżeli to prawda, dostaniesz sto talarów, a za kłamstwo sto batów. — Talary są moje i dziękuję za nie panu grafowi. Tu opowiedział szczegóły. Graf chciał biedz natychmiast, powstrzymała go jednak ciemność nocy. Dopiero nad ranem we czterech popędzili do ruin. Aby nie spłoszyć ptaszków zostawili konie na uboczu, a sami poszli pieszo. Dotarłszy do ruin, gorączkowo zaczęli szukać wejścia do podziemi, nie zważając, że z drugiej strony, zasłonięci lasem, stali umówieni ludzie z Ziembińskim na czele. Ten poznał Jakubowskiego, grafa i dwóch towarzyszących im Niemców, kazał ich wnet otoczyć, a gdy Niemcy nachyleni gotowali się wejść do odnalezionego podziemia, skoczyli na nich ludzie Ziembińskiego. Walka trwała krótko. Niemców skrępowano sznurami, usta im zakneblowano, i na dany znak ruszył cały orszak w głąb lasu. Ziembiński w milczeniu upatrywał dębu, a znalazłszy go kazał wnet zarzucić powrozy. — Jako zdrajca ma pierwszeństwo ten oto — rzekł, wskazując na Jakubowskiego. Potem przyszła kolej na grafa i na dwóch Niemców. Taki był smutny koniec nikczemnego zdrajcy i nienawistnych Niemców, którzy, nie jak rycerze, lecz jak rozbójnicy, przyszli poto ze swojej Marchii, aby grabić, palić i rabować. Chorąży odzyskał wkrótce Ostrów przy pomocy sąsiadów, a wysławszy córki i żonę do miasta dla bezpieczeństwa, sam do końca wojny utrzymał w swych ręku obronny zameczek.
|
w-porebie.txt
ADDED
|
@@ -0,0 +1 @@
|
|
|
|
|
|
|
| 1 |
+
Władysław Stanisław Reymont W porębie ISBN 978-83-288-2735-6 Wawrzon! a wstań ino, to nachlałeś się i będziesz się wylegiwać kiej dziedzic, a ja sobie rady dać nie mogę. Rafał przecież zaraz mają przyjechać, ino go patrzeć, no! Zaczęła energicznie potrząsać mężem leżącym w kącie izby na kupie słomy powyrzucanej z łóżek. — Kobito, mówię ci, odyńdź — mruknął Wawrzon gniewnie i odwrócił się twarzą do ściany. — Trza wszystko powynosić przed dom, to przecież później będzie lepiej pakować na wóz. Zboże jeszcze nie zesute do worka, kartofle trzeba znieść ze stodółki, laboga! tyle roboty, a mnie już kulasy odpadają, a tu chłop, coby pomagać, to se śpi. Wawrzon — zawołała ze złością, przyskakując do niego — jak nie wstaniesz, to cię tak ździele, że obaczysz! — Kobito, mówię po dobremu: odyńdź — odrzekł miękko, położył się na brzuchu, głowę wsadził w słomę i tak leżał nieruchomie, nie zważając na krzyki i lamentowania żony. — O bidna ja sirota, bidna! To tyle dobroci użyłam za chłopem, tyle, że teraz trza się wynosić na kumorne kiej dziadaki jakie, w taki czas, co i psa wygnać szkoda! Gospodarska córka pójdzie do ludzi, na wyrobek, kiej jaki łachmytek abo obieżyświat! — narzekała Wawrzonowa, zdejmując obrazy ze ścian, okrywała je zapaskami i wynosiła przed dom pod okap. Przystawała przed progiem i patrzyła na lśniącą, rozmokniętą drogę biegnącą wskroś świeżej poręby, rozciągającej się szeroko dookoła chałupy, zarzuconej kupami gałęzi i stosami pościnanego drzewa. Wyglądała, czy nie jedzie Rafał, który miał przewieźć ich ruchomości do wsi, ale nic nie było widać na drodze prócz mgieł sinych, wiszących nisko, i wielkich kałuż wody. Drobny, przenikający zimnem deszcz padał bezustannie. Westchnęła ciężko, utarła nos z hałasem, żałośliwym wzrokiem powiodła po chałupie, z której się musieli wyprowadzić, i poszła na drugą stronę do krowy, stojącej na środku, bo już żłób i drabina były wyniesione przed dom, gdzie już stała żółta w kwiaty pąsowe serwantka oszklona, z wymalowanymi na niebiesko półkami, i krzesełka drewniane, ławki, stolik, na którym stała pasyjka czarna, opleciona w różaniec — wiaderka, worki z kartoflami, pęki siana, przewiązane trokiem, łóżka dwa, półki i masa różnych rupieci zwalonych bezładnie na kupę. Wielka, w czarne łaty maciora leżała na ziemi, uwiązana za nogę do młodego dąbka, rosnącego wprost okna; stękała ciężko, bo ją ssały i tłukły łbami prosięta różowe. — Siwula! o siwula! — szeptała Wawrzonowa, głaszcząc pieszczotliwie krowę po obwiśniętym gardle. Siwula wyciągnęła łeb i szerokim, ostrym językiem lizała ją po obnażonych do ramion rękach. Wawrzonowej łzy zaćmiły oczy, oderwała się od krowy i poszła do sieni. — Kucusie, kucu, kucu! — zaczęła zwoływać kury siedzące rzędem na płocie. Sypnęła im garść ziarna na przynętę, a potem łapała, związywała im skrzydła i układała w wielkiej kobiałce. Znowu wyjrzała na świat. Ścieżką od wsi dalekiej, którą widać było zaledwie przez mgły i zadeszczony świat, za porębą szła dziewczyna jakaś. — Marysia! a spiesz no się! — krzyknęła, wygrażając biegnącej ręką. Marysia, boso, w zapasce na głowie, że tylko było widać kawałek zesiniałej od zimna twarzy, przybiegła i spod fartucha wyjęła flaszkę z wódką, trzy rządki bułek i kawał czerwonej kiełbasy. — Gdzieś siedziała tak długo? Po chałupach się włóczyłaś, co? — A juści, długo, a juści! po chałupach! Taki śtuk drogi, że zgoniłam się kiej pies, a matula mówią, że długo! Trza było samy iść abo niechby ociec poszli — odpowiadała żałośliwie dziewczyna, trąc nogę o nogę i chuchając w posiniałe ręce. — Hale! będziesz mi się tu odszczekiwać, ty kołtunie jeden — grzmotnęła ją pięścią w plecy. Marysia przykucnęła przed kominem, w którym tliły się resztki ognia, i zaczęła płakać, rozgrzewając sobie ręce nad węglami, a Wawrzonowa wynosiła resztę sprzętów, patrzyła na drogę wciąż pustą, trzaskała drzwiami, to znowu kopnęła ze złością starego, podobnego do wilka, burego psa, który obwąchiwał wszystkie kąty i ze spuszczonym ogonem, osowiały łaził po izbie, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Cisza zapanowała w izbie, tylko w szybki bębnił deszcz i z poręby dochodziły słabe odgłosy siekier rąbiących drzewo. Mętny, szarożółty zmrok zalewał izbę ogołoconą ze sprzętów, zlewał się z czarnym, okopconym sufitem; poszarzały jeszcze bardziej odrapane z wapna ściany. Porozlewana woda tworzyła na gliniastym toku, położonym w miejsce podłogi, śliskie, grzęskie błoto, w którym dwie kaczki bobrowały dziobami, szukając pożywienia. Przez wybite szybki małego w szczycie okna wpadał wiatr razem z deszczem, szeleścił, zamiatał słomę porozrzucaną i trząsł zwieszającymi się od sufitu pasami czerwonego papieru, wystrzyżonego w kółka i ząbki, jakie ubierały belki. Wawrzonowa poszła na małe podwórko, puste i zaśmiecone gnijącymi liśćmi wisień, rosnących przy ogrodzeniu, które leciały jak krwawe płatki na wielką gnojówkę i na dranicowy dach pogięty rozwalającego się chlewka. Poszła za stodółkę, stojącą nieco dalej, w środku małego pola, rozkopanego po kartoflach i pełnego suchych łęcin i zgniłych kartofli. Wyrwała jakiś zielony jeszcze chwast dla krowy, obejrzała się smutnie i powróciła, obcierając sobie ustawicznie oczy z łez, których nic powstrzymać nie mogło. To stawała w progu, chwytała się za głowę i ogłupiałym, mętnym wzrokiem tonęła w szarej przestrzeni. — Laboga! Laboga! — jęczała cicho i żałośliwie i znowu się gorączkowo brała do wynoszenia i szykowania nędznych sprzętów. Serce się jej tłukło w wielkim niepokoju i bólu rozstania z tą chałupą, w której tyle lat mieszkali, i tak ją ten ból ściskał chwilami jakimś kurczem, że aż przysiadała na progu i pozwalała swobodnie płynąć łzom, i tylko cicho i głęboko jęczała. Wawrzon wciąż leżał, przewracał się z boku na bok, przetarł pięścią zaczerwienione oczy i tak wzdychał, aż Burek przysuwał się do niego, skomlał cicho, drapał go łapą po kożuchu i kręcił ogonem; widząc, że gospodarz nie zwraca uwagi, szedł do komina, siadał koło Marysi i drzemał, patrząc się sennie w dogasające węgielki. Wreszcie przed samym wieczorem nadjechał Rafał dwiema chudymi szkapinami, zaprzągniętymi do drabiniastego wozu. — Niech będzie pochwalony! — rzekł, wchodząc z batem w ręku do izby. — Na wieki — powiedział Wawrzon, podnosząc się z barłogu. — Witajcie, kumie, a Bóg zapłać, żeście o nas nie zahaczyli. — I… ino plusk taki, że ślipie jaże zalewa, na drogach błoto po sękle i taki ziąb, że gorzej praży kiej w mrozy. — No, to trzeba pakować, aby przed nocą zdążyć do wsi. — A bogać, że nie inaczej — rzekł Rafał, biczysko postawił w kącie, ręce ugrzał nad blachą i wyjąwszy garścią z ognia węgielek czerwony, wsadził go do zgasłej fajki, przysiadł nieco na skrzynce, jeszcze nie wyniesionej, pod oknem, i pykał dymem na izbę. Wawrzonowa postawiła na oknie wódkę, kiełbasę i bułki. — Wawrzon, napij się do Rafała! — O!… po co się macie szkodować! — wymawiał się chłop, a chciwie wciągał nozdrzami zapach czosnku, jaki się rozchodził od kiełbasy, którą Wawrzonowa rozdzielała kozikiem. — W wasze ręce, Rafale. — Niech wam będzie na zdrowie. Wypił, splunął w bok, obtarł rękawem usta i nalewał. — Jagna, naści i ty, co tam, napij się krzynkę. Jagna odwróciła się nieco i wolno sączyła wódkę, a chłopi łamali czerstwe bułki i jedli, przegryzając kiełbasą. — No, jeszcze po jednym, żeby nam się dobrze jechało. — Pijcie z Bogiem. — Dziedzic sprzedał las na siampańskie, to my se choć z tej uciechy wypijemy okowitki! Ażeby ci, ciarachu zapowietrzony, smoły w piekle nie żałowali! — szepnął nienawistnie, spoglądając przez okno ku sinym, zaledwie majaczącym konturom dworu. — Co prawda, to prawda, adyć teraz to nawet biczysko albo i kozicę trza będzie kupić — westchnął markotnie. — Kiej był las, to chociaż się ta i człek bojał ździebko, chociażeście i wy pilnowali niezgorzy, ale zawżdy czy chrustu, czy jaki grabik albo sosenkę na porządek, albo żerdkę do płotu, to się ta uścibnęło. I grzybek jak człowiek zjadł, i jagodów dzieci uzbierały na barszcz, a kiej niekiej jakiego zajączka się grzecznie przetrąciło abo i drugiego ptaszka, a teraz co! Źle jest, widzi mi się, źle. — No, jeszcze po jednym, po ostatnim! Burek, masz i ty kiełbasy, używaj i ty, kiej twój gospodarz po dwudziestu latach musi iść w świat, na kumorne, używaj, siroto! Pies zawył głucho, jakby zrozumiał, a Jagna wybuchnęła płaczem, oparła się głową o okap komina i płakała spazmatycznie. — I… raz kozie śmierć, z czyjego woza, to zsiadaj i na pół morza — powiedział wolno Rafał, wytrząsnął popiół, fajkę schował za pazuchę i wyszedł. Zaczęli się zaraz pakować śpiesznie, wynosili wszystko, co mieli, przestępując progi chałupy pustej z głębokim smutkiem, nie patrząc na siebie, nie rozmawiając. Kiedy już wszystko było gotowe i Rafał poprzewiązywał wóz powrósłami, aby się nic nie stoczyło na ziemię, Wawrzon wyprowadził krowę i założył jej nowy postronek na rogi. — Masz, Marysia, prowadź! — Dziewczyna otuliła się zapaską i poszła, ciągnąc za postronek, bo krowa się opierała, zwracając swój wielki łeb ku chałupie, ryczała, jakby przeczuwając, że ją prowadzą na tułaczkę. — No, to jedziemy! — zawołał Rafał. — Zaraz, zaraz! — powiedział Wawrzon i wszedł po raz ostatni do izby, a za nim wsunęła się Jagna; popatrzyli smutnie, chodzili po kątach, rozgrzebywali słomę, oglądali się po ścianach, a wyjść im się jakoś nie chciało, przeciągali bezwiednie chwilę rozstania się z tymi ścianami. — Wawrzon, jedziemy, bo już mroczeje — zawołał przez okno. — Jagna, chodź już, chodź. Co tam, Pan Jezus nas nie opuści. Wyprowadził żonę i zatrzasnął drzwi za sobą. — A to w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, jedziemy! — rzekł ponuro, zacisnął mocniej pas na kożuchu, zaciął zęby, i ruszyli. Jagna wiodła na postronku maciorę i prawie ryczała płacząc. Wawrzon szedł na ostatku, patrzał ponuro na stosy drzew poobdzieranych z kory, niby na trupy nagie zaścielające pobojowisko, na kupy żółknących już gałęzi, na tysiące pieńków, co niby trzony kolumn zwalonych bieliły się tysiącami po obu stronach drogi, na głębokie doły pełne wody i rdzawych igieł sosnowych, na ścieżynki widoczne teraz, wijące się we wszystkich kierunkach, pozawalane drzewami. Znał on to wszystko dobrze, znał, jak znał każdy rów, każdą suszkę, każde prawie grubsze drzewo, każdy ducht, co niby ulice przecinały las w kilku kierunkach. Dwadzieścia lat był gajowym w tym lesie. Tutaj pasał bydło za młodu, tutaj tylko żył, zrósł się niejako z tymi drzewami, czuł nieświadomie jakieś powinowactwo z tymi olbrzymami, co teraz leżały martwe, bez koron, bez gałęzi, bez życia, niby smutne kadłuby, po których deptano. Nie zmogły lasu burze, nie zmogły pioruny, które nieraz biły w niego, nie zmogły mrozy, od których nieraz drzewa pękały. Siekiera przyszła i las padł trupem. Co on miał tutaj robić? U Żydów za parobka do pilnowania sągów służyć nie chciał, woli iść w świat, szukać służby, niźli patrzeć. Ogarniał rozpalonym wzrokiem cały obszar poręby, po której kręciły się gromadki ludzi z piłami i siekierami, toczyły się wozy już naładowane klocami i leciał niewyraźny, tonący w oddaleniu i mgle gwar głosów, turkot wozów, huk siekier i rżenie koni. Człapał wolno po błocie, czasem wóz wspierał ramieniem na wybojach, czasem nogą odgarnął psa, gdy się przysunął za blisko, i szedł coraz chmurniejszy. W piersiach tak go coś paliło, jakby się zachłysnął spirytusem. Ten trzask łupanych kloców i głuchy huk siekier, jaki go dochodził, bił jakby w niego i odrąbywał mu po kawale duszy. Zacinał coraz silniej zęby, bo chciało mu się rzucić na ziemię i krzyczeć ze wszystkich sił, z tej żałości bezmiernej, jaka go przenikała, ale szedł ciągle. Deszcz padał coraz gęstszy i jakby zimniejszy, marne, ostatnie brzozy, nie docięte jeszcze nad rowem, zrzucały żółte, ostatnie liście, które leciały z wiatrem niby łzy i niby łzy ciężkie padały na drogę błotnistą, na pieńki, na gałęzie, na niskie krzaki jeżyn, na nędzne leszczyny, na karłowate sosenki, które trzęsły się jakby z zimna i szemrały smutnie. Na kilku nagich, uschniętych świerkach trzepotało się całe stado wron i krakało żałosną pieśń, że nie ma już gdzie słać gniazd, że nie ma się już gdzie schronić. Rudawe, podeptane trawy i paprocie walały się w błocie i w żółtych trocinach, które rozlewały się wielkimi plamami niby strugi krwi wytoczonej z lasu. Stado krów szczypało na polance nędzną trawę i co chwila porykiwało głucho, a kilkoro dzieci siedziało przy ognisku przez deszcz zalewanym; wydobywał się z niego brudny, czarny dym i rozwłóczył postrzępionymi pasmami po porębie, niby z kadzielnicy, jaką okadzają umarłych. Smutek i wielka melancholia, pełna jęków drzew umierających, przepełniała zamglony świat i przenikała Wawrzonową duszę coraz głębszą żałością i takim gniewem, że byłby gryzł te kamienie, o które się potykał; zaciskał pięści, zgrzytał zębami, przymykał oczy, aby nic nie widzieć, i szedł coraz prędzej. — Raz kozie śmierć! — powtarzał twardo i ze złością kopał to pieńki, to gałęzie, to zeschłe muchary, które jak kapelusze przekrzywiały się nad rowem przydrożnym. Pod dębem wielkim i rozłożystym, rosnącym na skraju lasu, który sam jeden ocalał, bo miał na sobie obrazek Matki Boskiej, ukryty pod firankami z muślinu, Wawrzon usiadł, aby nieco odpocząć. Dąb był kilkusetletni, pokręcony, podarty przez pioruny, pusty wewnątrz, wyciągał dziwacznie pokręcone gałęzie, pełne guzów i sęków, niby potężne pięście, ku niebu i szumiał suchymi liściami. Był to punkt, do którego Wawrzon za czasów swojej służby dochodził tylko, bo zaraz zaczynały się orne pola, i stąd zawracał z powrotem, a teraz… teraz przestępował te święte lasu progi i nie powróci więcej — idzie na tułaczkę… — Ażebyście!… ażebyście… — i taki straszny ból skręcił mu wnętrzności, że aż ujął się za brzuch i jęczał. — Wawrzon, a chodźże prędzej, Rafał nie będą czekali i noc się robi! — Pódziesz ty, suko, bo cię zakatrupię — mruknął wściekły. — Hale! Schlała się swynia gorzałczyskiem i będzie tu po drogach brewerie robić! — Mówię ci, kobito, odyńdź, bo pożałujesz. — A juści, ostawie cie tu, a doma będę graty znosić do chałupy. No, chodź, Wawrzon — dodała czulej, pochylając nad nim czerwoną, zapłakaną twarz, i zaczęła go ciągnąć za rękaw. — Mówię ci, psiaścirwo, idź, to idź, bo spiorę kiej bydlaka. Jagna szarpnęła go silniej, Wawrzon się zerwał z ziemi, jakąś gałęzią uderzył ją przez głowę, rzucił o ziemię, kopnął parę razy, złapał postronek od świni, która się podczas tego szamotania wyrwała Jagnie z ręki, i poszedł naprzód wielkimi krokami. Wawrzonowa z lamentem głośnym zwlekła się z ziemi i poszła za nim. Wkrótce zginęli w mgle i zmroku zapadającym. Tylko wrony wielkim stadem krążyły nad dębem i krzyczały żałośnie, a na drodze z poręby ukazywały się krowy, brzęcząc dzwonkami, i jakiś głos krzykliwy śpiewał. Bydło przeszło i zniknęło we mgle i zmroku, z oddali śpiew coraz słabiej dochodził. Ostatnie dźwięki utonęły w przestrzeni i spływały z pluskiem deszczu. Pociemniało nagle, świat zalał szary, wilgotny ton nocy listopadowej, że wszystko się zlało w jedną brudną masę ociemniałą i oślepłą. Stary dąb tylko szemrał sennie, strącał liście na pola i od poręby, od suchych świerków, od brzóz, od gałęzi płynął jakiś głęboki jęk, jakiś śpiew rozpaczliwy brzmiał ponurymi rytmami: Umarł las! umarł! umarł!
|
w-pustyni-i-w-puszczy.txt
ADDED
|
The diff for this file is too large to render.
See raw diff
|
|
|
w-razurze.txt
ADDED
|
@@ -0,0 +1 @@
|
|
|
|
|
|
|
| 1 |
+
Anton Czechow W razurze tłum. A. W. ISBN 978-83-288-2188-0 Poranek. Nie ma jeszcze siódmej, a razura Makara Kuzmicza Blestkina już jest otwarta. Gospodarz, dwudziestotrzyletni młody człowiek, nieumyty, zatłuszczony, ale ubrany pretensjonalnie, sprząta swój zakład. Nie ma właściwie co sprzątać, a jednak spocił się przy pracy. Tam ścierką wytrze, owdzie paznokciem zeskrobie albo gdzie pluskwę znajdzie i strąci ją na podłogę. Razura — maleńka, ciasna, obskurna. Ściany z desek oklejone są tapetami, przypominającymi wyblakłą koszulę dorożkarską. Między parą zamglonych, łzawiących okien — cienkie, skrzypiące drzwi, nad nimi pozieleniały od wilgoci dzwonek, który sam przez się, bez żadnej zewnętrznej przyczyny, drga i dźwięczy chorobliwie. A jeśli kto spojrzy w lustro, wiszące na jednej ze ścian, to twarz jego odbije się w nim powykrzywiana na wszystkie strony w najohydniejszy sposób. Przed tym lustrem strzygą i golą. Na stoliku, tak samo nieumytym i zatłuszczonym, jak sam Makar Kuzmicz, znajduje się wszystko: grzebienie, nożyce, brzytwy, za kopiejkę fiksatuaru, za kopiejkę pudru i za kopiejkę mocno rozcieńczonej wody kolońskiej. I cała razura nie warta jest więcej, jak piętnaście kopiejek. Nad drzwiami rozlega się skrzeczenie chorego dzwonka i do razury wchodzi starszy mężczyzna w kożuchu i wojłokowych butach. Głowa i szyja jego owinięte są w kobiecą chustkę. Jest to Erast Iwanycz Jagodow, ojciec chrzestny Makara Kuzmicza. Służył kiedyś za stróża w konserwatorium, teraz mieszka koło Czerwonego Stawu i zajmuje się ślusarką. — Dzień dobry, Makarku — mówi do Makara Kuzmicza, zajętego sprzątaniem. Całują się. Jagodow zdejmuje z głowy chustkę, robi znak krzyża i siada. — Jakiż to kawał drogi — mówi, postękując. — Od Czerwonego Stawu do Kołużskiej Bramy — to nie żart! — Jak się macie? — Źle, bracie, miałem gorączkę. — Co mówicie? Gorączkę? — Gorączkę. Cały miesiąc leżałem, myślałem, że umrę. Przyjąłem Święte Sakramenty. Teraz włosy wypadają. Doktór kazał się ostrzyc. Na nic, powiada, wyrosną mocne. Więc — pomyślałem sobie — pójdę do Makara. Zamiast do kogo innego, to lepiej do krewniaka. I lepiej zrobi, i pieniędzy nie weźmie. Trochę, prawda, daleko, ale co to znaczy? Jakby spacer. — Ja z przyjemnością. Proszę! Makar Kuzmicz ukłonił się nogą i wskazał na krzesło. Jagodow siada i przygląda się w lustrze: jest zupełnie zadowolony z widoku — w lustrze widać krzywą gębę z tępym szerokim nosem i oczami na czole. Makar Kuzmicz okrywa ramiona swego klienta białym prześcieradłem. — Ja was zupełnie, do gołej skóry — mówi. — Naturalnie, żebym do Tatara był podobny. — Ciotunia jak się ma? — Dobrze, żyje sobie. Niedawno u majorowej przy porodzie była. Zapłacili rubla. — Taaak… rubel. Potrzymajcie ucho. — Trzymam… Nie obetnij mi tylko ucha. Oj, boli! Ty mnie za włosy szarpiesz. — To nic. Bez tego się przy naszej robocie nie obejdzie. A jak się ma Anna Erostowna? — Córka? Dobrze. W przeszłym tygodniu, w środę, wyswataliśmy ją za Szejkina. Dlaczegoś nie przyszedł? Nożyce przestają skrzypieć, Makar Kuzmicz opuszcza ręce i przerażony, pyta: — Kogoście wyswatali? — Annę. — To jest co? Za kogo? — Za Szejkina, Prokopa Pietrowa. Ciotka jego w Złotoustinskim zaułku służy za gospodynię. Porządna kobieta. Naturalnie, wszyscy jesteśmy zadowoleni. Za tydzień wesele. Przyjdź! — Ależ, co to jest, Eraście Iwanyczu? — mówi Makar Kuzmicz, blady, zmieszany — Czyż to możebne? To… jest zupełnie niemożliwe. Przecież Anna Erastowna… przecież ja… przecież ja dla niej uczucia żywiłem, miałem zamiar… Co to takiego? — Zwyczajnie. Wzięliśmy i wyswatali. Porządny człowiek. Na twarz Makara Kuzmicza występuje zimny pot. Kładzie nożyce na stół i zaczyna trzeć sobie pięścią nos. — Miałem zamiar — powiada. — To jest niemożliwe, Eraście Iwanyczu! Jestem zakochany i oświadczyny serca zrobiłem. Ciotunia obiecała. Szanowałem was jak ojca… strzygę was zawsze darmo. Zawsze wam oddawałem usługi i kiedy ojciec mój umarł, wzięliście sofę i dziesięć rubli i nie oddaliście mi. Pamiętacie? — Dlaczego nie mam pamiętać? — Pamiętam! Ale co ty, Makarze, jesteś za konkurent? Czyś ty konkurent? Ani pieniędzy, ani stanowiska, rzemiosło marne… — A Szejkin bogaty? — Szejkin jest artelszczykiem. Ma złożonej kaucji tysiąc pięćset rubli. Tak, bracie… Gadaj, nie gadaj, a rzecz już załatwiona. Cofnąć nie można. Makarku. Poszukaj sobie innej narzeczonej… Świat się nie kończy… No, strzyż! Czemuś się zatrzymał? Makar Kuzmicz milczy i stoi nieruchomy. Potem wyjmuje z kieszeni chusteczkę i zaczyna płakać. — No, czego!? — uspakaja go Erast Iwanycz. — Daj spokój! Płacze jak baba. Bierz nożyce! Makar Kuzmicz bierze nożyce, przez chwile patrzy na nie bezmyślnie, i opuszcza na stół. Ręce mu się trzęsą. — Nie mogę — mówi. — Nie mogę teraz. Sił mi brak. Nieszczęsny ze mnie człowiek. I ona nieszczęśliwa. Kochaliśmy się, daliśmy sobie słowo, a źli ludzie rozłączyli nas bez żadnej litości. Idźcie sobie, Eraście Iwanyczu! Nie mogę na was patrzeć. — To ja jutro przyjdę, Makarku. Jutro dostrzyżesz. — Dobrze. — Uspokój się, a ja do ciebie jutro wcześnie przyjdę. Połowa głowy Erasta Iwanycza wystrzyżona jest do skóry tak, że przypomina kajdaniarza. Nieprzyjemnie jest pozostawać z taką głową, ale co robić? Zawija głowę i szyję w chustkę i wychodzi z razury. Zostawszy sam, Makar Kuzmicz siada i cicho płacze. Następnego dnia bardzo wcześnie przychodzi Erast Iwanycz. — Czego pan sobie życzy? — zapytuje go ozięble Makar Kuzmicz. — Dostrzyż mnie, Makarku, pół głowy jeszcze zostało. — Proszę pieniędzy z góry. Darmo nie strzygę. Erast Iwanycz, nie powiedziawszy ani słowa, odchodzi i jeszcze dotychczas na jednej połowie jego głowy włosy są długie, a na drugiej — krótkie. Strzyżenie się za pieniądze uważa za zbytek i czeka aż na ostrzyżonej połowie głowy włosy odrosną. Tak też paradował i na weselu.
|
w-sorbonie-i-gdzie-indziej.txt
ADDED
|
The diff for this file is too large to render.
See raw diff
|
|
|
w-strone-swanna.txt
ADDED
|
The diff for this file is too large to render.
See raw diff
|
|
|
w-zimowy-wieczor.txt
ADDED
|
The diff for this file is too large to render.
See raw diff
|
|
|
w-zlym-humorze.txt
ADDED
|
@@ -0,0 +1 @@
|
|
|
|
|
|
|
| 1 |
+
Anton Czechow W złym humorze tłum. A. W. ISBN 978-83-288-2190-3 Komisarz okręgowy Semion Ilicz Praczkin chodził z kąta w kąt po swoim pokoju i starał się stłumić w sobie nieprzyjemne uczucie. Wczoraj pojechał w sprawach urzędowych do naczelnika wojskowego, zasiadł przypadkowo do kart i przegrał osiem rubli. Suma nieznaczna, drobna, ale diablik chciwości i pożądliwości siedział w uchu komisarza i robił mu wymówki za rozrzutność. — Osiem rubli — wielka rzecz! — tłumił w sobie Praczkin tego diablika. — Ludzie więcej przegrywają i nic… Poza tym, pieniądze — to rzecz do zdobycia. Pojedzie się raz do fabryki albo do traktierni na łowy — osiem rubli gotowe, a nawet jeszcze więcej. — „Zima… Włościanin uroczyście…” — monotonnie kuł w sąsiednim pokoju syn komisarza, Wania. — „Włościanin uroczyście… saniami pierwszy znaczy ślad…” — I odegrać się można… Co to tam „uroczyście”? — „…Włościanin uroczyście… znaczy ślad… znaczy ślad…” …Uroczyście… — rozmyśla dalej Praczkin. — Wsypałbym mu dziesięć batów, to by nie bardzo był uroczysty. Zamiast być uroczystym, lepiej by podatki płacił. Osiem rubli — wielka rzecz! To nie osiem tysięcy. Zawsze można się odegrać!.. — „…Kobyłka, śnieg pod stopą czując… stopą czując, kłusem przebiega…” …Może ma galopem pędzić? Jaki się kłusak znalazł, proszę bardzo! Szkapa — szkapą zostanie. Dureń chłop, gotów po pijanemu pędzić konia, a jak wpadnie do przerębla albo do parowu, to tylko z nim kłopot. Pędź, pędź mi tylko, to ci taką nauczkę dam, że pięć lat popamiętasz!… I po com z małej wyszedł? Gdybym był wyszedł z asa trefl — nie byłbym bez dwóch. — „…Pryskając wokół śnieżnym puchem, kibitka śmiga żywym ruchem… pryskając wokół śnieżnym puchem…” …„Pryskając śnieżnym puchem”… Też ktoś taką rzecz wymyślił!… I pozwalają to pisać, Boże, zmiłuj się! A wszystkiemu winna ta dziesiątka! Diabli ją przynieśli nie w porę! — „…Na folwarku biega malec… malec… w saneczki gwałtem wsadził psa… wsadził…” …To znaczy, że się najadł, kiedy biega i zbytkuje… A rodzice nie mają tyle rozumu, żeby go do pracy zasadzić. Zamiast psa wozić, lepiej by drzewo rąbał albo Pismo Święte czytał… I psów się też rozpłodziło — ani przejść. Nie powinienem był po kolacji siadać. Zjeść kolację i odjechać. — „…Choć ból doskwiera, mknie, co tchu, a matka z okna grozi mu..” …Grozi, grozi… A nie chce jej się wyjść na dwór i ukarać… Podnieść kożuszek i czyk-czyk, czyk-czyk! To jest lepsze, jak palcem grozić… Jeszcze z niego pijak wyrośnie. Kto to napisał? — zapytał głośno Praczkin. — Puszkin, tatusiu. — Puszkin? Hm… Jakiś dziwak, Piszą, piszą, a sami nie wiedzą co. Aby pisać. — Tatusiu, chłop przywiózł mąkę. — Przyjąć. Ale i mąka nie rozweseliła Praczkina. Im więcej starał się pocieszyć, tym dotkliwiej odczuwał stratę. Tak mu było szkoda ośmiu rubli, tak szkoda, jak gdyby rzeczywiście przegrał osiem tysięcy. Kiedy Wańka skończył lekcję i umilkł, Praczkin stał przy oknie i ze smutkiem spoglądał na stosy śniegu. Widok śniegu tylko jątrzył ranę jego serca. Przypominał mu o wczorajszej wyprawie do naczelnika wojskowego. Żółć w nim wezbrała i podeszła pod serce. Potrzeba wyładowania na czymś swego niezadowolenia dosięgła stopnia, niecierpiącego zwłoki. Nie wytrzymał… — Wania! — krzyknął. — Chodź tu, dostaniesz w skórę za to, żeś wczoraj stłukł szybę!
|
walewska-kobieta-polska-w-nauce.txt
ADDED
|
@@ -0,0 +1 @@
|
|
|
|
|
|
|
| 1 |
+
Cecylia Walewska Kobieta polska w nauce ISBN 978-83-288-6098-8 Słowo wstępne Dlaczego powstała ta książka?… Ktoś przybyły świeżo z Anglii przyniósł tragiczną wiadomość o nagłym zgonie Marii Czaplickiej i na jednym z polityczno-społecznych zebrań zażądał uczczenia zmarłej przez umieszczenie biografii jej w całej naszej prasie. — Kto to był? Czym się odznaczyła? — spytała mnie po cichu jedna z wybitnych kobiet polskich, doktor medycyny i znana działaczka społeczna. Kim była i co zrobiła Maria Czaplicka? Pytania tego rodzaju ze strony najinteligentniejszych sfer naszego społeczeństwa dawały się słyszeć niejednokrotnie i w sprawie innych uczonych naszych, jak dr Józefy Joteyko, dr Michaliny Stefanowskiej, dr Dobrzyńskiej-Rybickiej itp. Gdy pisma nasze przepełnione są sprawozdaniami z występów drugo- a nawet trzeciorzędnych aktorek w każdej nowej roli, a ilustracje same starają się o portrety ich — najkrótsza wzmianka dotycząca prac uczonych naszych napotyka na góry trudności: zabiegać o nią trzeba jak o łaskę, świadczoną najczęściej w imię osobistych stosunków z daną redakcją. O dłuższych notatkach nie ma mowy: albo leżą miesiącami w tekach redakcyjnych odnośnych działów, albo też obcinane są z punktu, aby nie zabierać miejsca sensacyjnym wiadomościom o najulubieńszych perfumach lub fasonie sukien uwielbianych diw sezonu, których nazwiska są na ustach wszystkich. Co zrobił dla świata jakiś mól książkowy? Niech się troszczą o to pokrewni mu duchem maniacy. Jeżeli macochą jest prasa dla świata uczonych w ogóle, to stosunek ten wzmaga się, gdy chodzi o kobietę. Milczy o nich nie tylko literatura bieżąca, ale i organy, które z natury rzeczy winny dawać żądane wyjaśnienia. Próżno szukamy nazwisk dr Joteyko, dr Stefanowskiej i innych w encyklopediach naszych. Nie ma ich, mimo że działalność uczonych trwa blisko od pół wieku i mimo że wiedzą o nich obcy z almanachów belgijskich, francuskich, niemieckich. Zebrane materiały rzucam w świat, aby zrozumiało społeczeństwo, ile sił zapoznanych ma w swym łonie, i zrobiwszy rachunek sumienia, zapytało siebie, czy sprawiedliwe są organy kontrolujące duchowy jego dorobek? Broszura moja niech będzie hasłem i bodźcem do dalszych badań. Poświęcam ją tym przodownicom naukowego wyzwolenia kobiet, które przez krew i łzy, po zwałach kamieni szły do świątyń wiedzy: tym, które padały u progu z wyczerpania, i tym, które dźwigały się, idą, iść będą, by stwierdzić prężną żywotność intelektu, dążącego do niewiadomych jeszcze przeznaczeń… C. W. Warszawa, 13 października 1921 Część I Naukowość kobiet w szerszym zakresie brać można pod uwagę na zachodzie zaledwie od lat pięćdziesięciu. U nas w Polsce ruch w kierunku wyższej nauki kobiet trwa od jakich lat czterdziestu, jakkolwiek już w 1857 r. ukazało się naukowe dzieło pierwszej filozofki polskiej, *Eleonory Ziemięckiej* (ur. w 1819, zm. w 1869 r.), pt. Zarysy filozofii katolickiej. Była to praca oparta na głębokim wmyśleniu się i przetrawieniu zasad pogodzenia wiary z rozumem. Wzorowana na dziełach Nicolasa, Gratry'ego i innych teologów francuskich, nie zrobiła wyłomu w zasadniczych poglądach na daną kwestię, ale utrwaliła imię autorki jako przodownicy wyższej wiedzy kobiet. Ziemięcka zostawiła kilka mniejszych i większych prac. Jedną z wybitniejszych było studium O prawie moralnym, czyli stosunku prawa przyrodzonego do objawionego. Największą zasługą pierwszej filozofki polskiej było jednak to, że miała odwagę wystąpić jako uczona wówczas, gdy w ogóle na całym świecie nie wierzono jeszcze w naukowość kobiet; że z całą energią popierała zasadę dopuszczania kobiet do pracy naukowej i torowała im drogę zapoczątkowaniem wydawnictwa „Kurs nauk wyższych dla kobiet”, które objęło podręczniki psychologii i estetyki. Prawa kobiet do nauki żądali jeszcze w XVI w. dwaj wybitni mężowie polscy: Andrzej Glaber z Kobylina, filozof i przyrodnik, oraz Łukasz Górnicki, znakomity pisarz, ale głosy ich jako sporadyczne nie pchnęły naprzód sprawy. Dopiero zbiorowe wystąpienie „entuzjastek”, na czele których stanęła najwybitniejsza autorka polska XIX w., *Narcyza Żmichowska*, zrobiło znaczny wyłom — z jednej strony: w kierunku uświadomienia społeczeństwa co do konieczności otworzenia przed kobietą wrót wiedzy, z drugiej: w sprawie rozbudzenia głodu nauki wśród kobiet. Już pod koniec XIX w. rozpoczęła się liczna emigracja kobiet polskich na uniwersytety zagraniczne. W okolicach Fryburga, gdzie około 1890 r. było siedem kolonii studenckich polskich, przypadło na same studentki 85%. Z uniwersytetów zagranicznych czerpały wiedzę wybitne uczone polskie współczesne o wszechświatowej sławie, jak: *Maria Skłodowska-Curie*, *dr Józefa Joteyko*, *dr Michalina Stefanowska*, *dr Zofia Daszyńska-Golińska*, *dr Józefa Kodisowa*, *dr Maria Antonina Czaplicka*, *dr Ludwika Dobrzyńska-Rybicka*, *dr Maria Grzegorzewska* i inne. Z wyjątkiem Marii Skłodowskiej-Curie mało lub wcale — poza światem naukowym — wie o nich społeczeństwo nasze, mimo że na liście międzynarodowych uczonych notowane są od dawna. Pierwsze grupy studentek polskich rekrutowały się z kobiet, które dla nauki poświęcały nie tylko spokój, dobrobyt i wygody ognisk domowych, ale wszystkie bujne radości wieku młodego. Walcząc na ogół z ciężkimi warunkami życia, z niedowierzaniem obcych i swoich, z daleka od kraju, przebojem zdobywały sobie niedostępne dotychczas placówki. Historia każdej z nich to jeden długi łańcuch samowyrzeczeń: głodu i chłodu, jeden pochód krzyżowy ku umiłowanym celom… Wiele spomiędzy nich nie dotrwało do końca, zadanie bowiem przerosło ich siły; inne, skończywszy studia i otrzymawszy wymarzony doktorat, wracały do kraju tak wyczerpane, że o dalszej naukowej karierze marzyć nie mogły lub też wprzęgnięte w kierat pracy zarobkowej, gubiły się pod obuchem trosk codziennych. Wytrwały na stanowiskach te wyjątkowo silne organizmy i te bujne umysły, którym od kolebki świeciła gwiazda naukowych przeznaczeń. Ponieważ jednak w kraju niewoli nie było warsztatów pracy dla nich, na obczyźnie rozwijać musiały skrzydła do szerokich lotów. Czy Maria Skłodowska-Curie mogła była dokonać dzieła swego wśród swoich bez tych pomocy naukowych i bez tych niewyczerpanych środków materialnych, jakie ma w Instytucie swego imienia w Paryżu? Jak żurawie ściągają ku nam, do wolnej Polski uczone nasze, żeby dorobkiem swoim dźwigać naród i być tam wszędzie, gdzie wiedzę swoją i plony doświadczeń, i wielkie umiłowania dać mogą. Została wśród obcych ta, o którą jak o Chopina, walczy dziś Polska z Francją. Została przy warsztatach swoich Maria Skłodowska-Curie i zapewne nie wróci… Urodzona i wychowana w Warszawie, po skończeniu Wydziału Matematycznego i Fizyko-Chemicznego w Paryżu zajęła się badaniem ciał promieniotwórczych. Dokonawszy samorzutnie odkrycia polonu i aktynu, weszła na drogę, której najbliższą metę stanowił wiekopomny wynalazek radu, dokonany wspólnie z mężem, Piotrem Curie. Czy to umniejsza jednak jej zasługę? Cud radu stwierdza tylko tę niespożytą siłę wzajemnego oddziaływania na siebie intelektu polsko-francuskiego i genialne wyniki łączności ich, które odsłoniwszy niegdyś księżycowe światy tonów, wprowadziły ludzkość dziś, za pośrednictwem państwa Curie, w tajemnicze głębie nadzmysłowego poznania. Laureatka Nobla i różnych innych międzynarodowych organizacji, nagrodzona ostatnio wielkim złotym medalem przez Narodowy Instytut Nauk Społecznych w Stanach Zjednoczonych z nadaniem stopnia doktora, profesor fizyki w Sorbonie, Maria Skłodowska-Curie prowadzi nadal badania samoistnie, torując nauce nowe drogi, odsłaniając przed umysłem ludzkim nieznane dotąd widnokręgi i otrzymując hołdy, jakich za życia nie zaznał chyba żaden uczony. Instytut radiologiczny, który prowadzi, ulica, na której powstał, a wreszcie samo ciało radium otrzymało nazwę „Curie”. Amerykanki w uznaniu doniosłości odkrycia ofiarowały jej jeden gram radium wartości 100 000 dolarów, składając cześć tej sile i prężności umysłu kobiecego, który — zaledwie rozwarły się przed nim wrota wiedzy — już zdołał dotrzeć do najwyższych jej szczytów. Drugą wszechświatową powagą naukową jest dr med. *Józefa Joteyko*. Rodem z ziemi kijowskiej, osiedlona i wychowana w Warszawie, odbywała studia przyrodnicze w Genewie, lekarskie zaś w Paryżu, gdzie w 1896 r. otrzymała stopień doktora medycyny. W 1898 r. przeniosła się do Brukseli, aby przez 14 lat prowadzić wykłady psychologii eksperymentalnej oraz laboratorium psychologiczne w uniwersytecie miejscowym. Współpracowniczka Instytutów Solvaya (fizjologicznego i socjologicznego), założyła w 1912 r. w Brukseli Międzynarodowy Fakultet Pedologiczny. W 1915 r. przeniosła się do Paryża, gdzie otrzymała katedrę Michonisa przeznaczoną dla uczonych zagranicznych w Collège de France, prastarej uczelni założonej przez Franciszka I, a stojącej pod względem naukowym wyżej od uniwersytetów. Dr Joteyko była pierwszą kobietą zaproszoną na wykłady w Kolegium Francuskim, a drugą osobą polskiego pochodzenia, jak wiadomo bowiem, instytucję tę uświetnił odczytami swoimi nasz wielki wieszcz, Mickiewicz. Prócz Collège wykładała dr Joteyko jeszcze w Sorbonie i w Uniwersytecie Lugduńskim. Przewodnicząca belgijskiego Towarzystwa Neurologicznego, pięciokrotna laureatka Paryskiej Akademii Nauk i Akademii Medycznej, członek honorowy Akademii Fizyko-Chemicznej w Palermo, redaktorka kwartalnika „La Revue Psychologique” w Brukseli, który wychodził od 1908 do 1914 r., prezydentka jednego z kongresów neurologicznych, członek kilku komisji międzynarodowych, dr Joteyko całe życie poświęciła nauce. Opublikowała przeszło 200 prac naukowych z dziedziny fizjologii mięśni i systemu nerwowego, psychologii doświadczalnej i pedologii. Jej teoria reakcji miotonicznej mięśni jest ogólnie przyjęta przez neuropatologów. Twórczyni nowej tzw. obwodowej teorii znużenia, poświęciła temu zagadnieniu jedyne w swoim rodzaju podstawowe dzieło: La Fatigue oraz kilka rozpraw, jak Entrainement et fatigue au point de vue militaire (Bruksela, 1905); La fatigue et la respiration élémentaire du muscle (rozprawa na stopień doktora medycyny, Paryż 1896); Psycho-physiologie de la douleur (łącznie z dr M. Stefanowską, Paryż, Alcan, 1909, 250 str.); La Fonction musculaire (Paryż, Doin, 1909); Etudes sur la contraction tonique du muscle stric („Mémoires de l'Académie Royale de Médecine de Belgique”, 1903, odbitka 100 str.); Recherches expérimentales sur la résistance des centres nerveux médullaires à la fatigue („Annales de la Société Royale des sciences de Bruxelles”, 1899); Les lois de l'Ergographie („Bulletin de l'Académie Royale de Belgique, classe des sciences”, 1904, odbitka 172 str.); Travaux du I Congres international de pédologie, tenus à Bruxelles en 1911 (dwa tomy wydane jej staraniem w 1912); La science du travail et son organisation (Paryż, Alcan, 260 str.); Théorie psycho-physiologique de la droiterie („Revue philosophique”, juin et juillet 1916, odbitka 58 str.); La Fatigue (Paryż, 1920, Flammarion, 330 str.). Ogrom pracy naukowej nie odrywał jej nigdy od zadań konkretnych. Poświęcała zawsze dużo czasu na organizowanie wykładów na Wolnym Uniwersytecie Brukselskim, zwłaszcza wakacyjnych, które ściągały siły naukowe z różnych stron świata, przy czym troszczyła się przede wszystkim, aby je udostępnić dla przybyszów z Polski. Tą drogą zaznajomiła ciało nasze pedagogiczne z pedologią, nauką na wskroś współczesną, a którą dr Joteyko rozwijała przez lat 10 blisko na wykładach swoich w seminariach Mons i Charleroi. Nieustanna jej łączność z krajem sprawiła, że mimo pracy na obczyźnie oddziaływała ciągle na umysłowość naszą w Polsce, pociągała siły nasze naukowe do współpracownictwa w kwartalniku swoim; przyjeżdżając na odczyty i wykłady do nas, zaznajamiała społeczeństwo nasze z najnowszymi prądami wiedzy na Zachodzie, a przedziwny jej talent popularyzatorski sprawiał, że zrozumieć ją mógł każdy, nawet słabo przygotowany słuchacz. Sławę zagraniczną zdobyła równocześnie z dr Joteyko współtowarzyszka jej pracy, dr *Michalina Stefanowska*. Urodzona w Grodnie 1855 r., skończyła Uniwersytet Genewski i otrzymała tytuł doktora nauk przyrodniczych na mocy rozprawy La disposition histologique du pigment dans les yeux des Arthropodes sous l'influence de la lumière directe et de l'obscurité complète, odznaczonej nagrodą im. Humphry'ego Davy'ego. Po odbyciu dalszych studiów z dziedziny psychologii normalnej i patologicznej w Paryżu pod kierunkiem prof. Ribota, Charcota, Bale'a i K. Richeta osiedliła się w 1897 r. w Brukseli, gdzie przez 10 lat pracowała w Instytucie Fizjologicznym Solvaya, przeprowadzając badania nad morfofizjologią i patologią komórki nerwowej, nad zmianami zachodzącymi w mózgu pod wpływem elektryczności, narkotyków, znużenia itp., drukując prace swoje w kwartalniku „Travaux du Laboratoire de l'Institut Physiologique Solvay” w Brukseli. Habilitowawszy się w 1903 r. jako docent Wydziału Przyrodniczego na Uniwersytecie Genewskim, wykładała w tej wszechnicy przez trzy semestry fizjologię ogólną. Członek, a następnie od 1906 r. przewodnicząca Towarzystwa Neurologicznego w Brukseli, dr Stefanowska ma za sobą około 20 prac naukowych, z których najważniejsze: La théorie du Neurone dans la dernière période décennale 1896–1906, rozprawa wygłoszona w sierpniu 1906 r. na drugim Kongresie neurologów i psychiatrów w Belgii; Psycho-physiologie de la douleur (łącznie z dr Joteyko), Bibliothèque de Philosophie contemporaine, Paris, Alcan, 1909. W organie „Travaux de l'Institut Solvay” wyszły: Les appendices terminaux des dendrites cérébraux, 1897, vol. I; Évolution des cellules nerveuses corticoles chez la souris, 1897, vol. II; Localisations des altérations cérébrales produites par l'éther, 1900, vol. III. W innych naukowych organach pojawiły się: Etude histologique du cerveau dans le sommeil provoqué par la fatigue, „Journal de Neurologie”, Bruxelles, 20 mai 1900; La grande hypnose chez les grenouilles en inanitions, „Bulletin de l'Académie Royale de Médecine en Belgique”, 1902; Deshydratation du protoplasme vivant par l'éther, la chloroforme et l'alcool, „Annales de la Société belge de Microscopie”, tome XXVII; Dissociations des phénomènes de sensibilité et de motilité dans l'anesthésie par l'éther (łącznie z dr Joteyko), „Bulletin de l'Académie Royale de Médecine”, 1902. W polskim języku: Asymetria czuciowa a ośrodki dla bólu, odbitka z „Przeglądu filozoficznego”, 1904 (łącznie z dr Joteyko); Ewolucja teorii neuronów, odbitka z miesięcznika „Sfinks”, 1908. Sprawozdania i odczyty, wygłoszone na międzynarodowych kongresach i zjazdach: Sur les appendices piriformes des cellules nerveuses, komunikat wygłoszony na Międzynarodowym Zjeździe Psychologów w Paryżu, sierpień 1900; Dans quelles conditions se forment les noricosités sur les dendrites cérébraux?, komunikat wygłoszony na Międzynarodowym Zjeździe Psychologów w Paryżu w 1900 r.; Sur la croissance en poids de la souris blanche, Comptes rendus 4 mai 1903, Paris; Sur la croissance en poids des végétaux, Comptes rendus 1 février 1904. Przeniósłszy się około 1913 r. na stałe do Polski, dr Stefanowska prowadziła wykłady z dziedziny psychofizjologii oraz higieny odżywiania w Wolnej Wszechnicy warszawskiej, wygłaszała na temat powyższy odczyty publiczne, pisała rozprawy naukowe i popularne. * Prorocy nowego jutra przepowiadają największą doniosłość umysłowej pracy kobiet w dziedzinie ekonomii społecznej. Realizuje ona — zdaniem ich — najistotniejszą treść dążeń kobiecych; najłatwiej pozwala przystosować się konkretnym wzlotom intelektu, a wszak wieki całe składały się na to, żeby przykuć kobietę do jarzma robót konkretnych. Dział ten wiedzy gospodarczej pełen jest zagadnień z natury rzeczy bliżej obchodzących kobiety aniżeli mężczyzn. Opierając się na wywiadach, pozwala przy tym zastosować przyrodzoną wnikliwość kobiet w stosunku do badanych jednostek, zwłaszcza jednej płci. Daleko łatwiej wypowie się każda pracownica przed kobietą aniżeli przed mężczyzną. Warunki bytu domowego, niedole pracy, załamania psychiczne… Z trudnością znajduje klucz do nich wytrawny ekonomista, gdy prostą, szczerą falą płyną wyznania przed pokrewną duszą kobiecą. Toteż są już dziś wybitne wszechświatowe ekonomistki, przyczyniające się do reform doniosłych w dziedzinie pracy wyrobniczej, jak np. prof. Helena Campbel w Wisconsin. Powstają dzieła w przedziwny sposób łączące myśl filozoficzną ze zmysłem krytycznym, torujące drogę do rozstrzygnięcia najzawilszych wątpliwości i zagadnień form społecznych istnienia, jak np. Marianny Weber Ehefrau und Mutter in der Rechtsentwickelung, Lili Braun Die Frauenfrage, Klementyny Royer Teoria podatków i dziesięciny społeczne, rzecz podana na konkurs ogłoszony w 1860 r. przez rząd szwajcarski i nagrodzona równocześnie z pracą w tej samej dziedzinie słynnego socjologa francuskiego Proudhona, który właśnie wówczas w odczytach, pismach i przemówieniach publicznych odmawiał kobiecie wyższości inteligencji. Epokowe znaczenie miały w Ameryce dzieła Wiktorii Penny, odtwarzające z ponurą grozą rozpaczliwe warunki pracy miliona kobiet, nawołujące o naukę i szkoły zawodowe dla nich. Olbrzymie wrażenie również wywarło w swoim czasie studium miss Logh Smith Kobieta i praca, oparte na wynikach statystyki urzędowej. Pierwsze miejsce wśród ekonomistek naszych zajmuje dr *Zofia Daszyńska-Golińska*. Urodzona i wychowana w Warszawie, prof. ekonomii społecznej na warszawskiej Wolnej Wszechnicy Polskiej, b. kierowniczka referatu ochrony pracy kobiet i młodocianych w Ministerstwie Pracy i Opieki Społecznej, skończyła wydział filozoficzny w Uniwersytecie Zuryskim i otrzymała doktorat na podstawie rozprawy z zakresu statystyki historycznej Zürichs Bevölkerung im XVII Jahrh. Po odbyciu dwuletnich studiów z zakresu ekonomii i socjologii pod kierunkiem prof. Simmla, Adolpha Wagnera i Seringa w Berlinie, gdzie jednocześnie prowadziła wykłady przez trzy semestry w Humboldtsacademie, przystąpiła do wydawania szeregu prac teoretycznych z dziedziny ekonomii społecznej, polityki gospodarczej oraz monografii z zakresu kwestii robotniczych, demograficznych, społecznych, zwalczania alkoholizmu itp. Do najwybitniejszych dzieł jej w języku polskim należą: Ekonomia społeczna, 2 t., 1906/7 (dwa wydania); Rozwój i samodzielność gospodarcza ziem polskich, Warszawa-Kraków, 1914; Z badań nad zagadnieniami ludności, Warszawa, 1908–1911; Nauka ekonomiki społecznej w Polsce Warszawa, 1920. W pracach z dziedziny polityki gospodarczej autorka pierwsza wśród ekonomistów naszych stanęła na stanowisku, że pomimo podziału politycznego wszystkie trzy zabory winny stanowić całość gospodarczą, że się wzajemnie dopełniają i zapewniają sobie znaczny stopień samostarczalności. Olbrzymi przewrót wywołany w warunkach bytu Polski skutkiem wielkiej wojny zwrócił uwagę dr Daszyńskiej-Golińskiej na dalsze stosunki ekonomiczne kraju naszego: na program nasz gospodarczy, unarodowienie przemysłu itp. Sprawie tej poświęciła parę prac, a mianowicie: Przyszła Polska, Piotrków, 1917; Zagadnienia polskiej polityki gospodarczej po wojnie, studia ekonomiczne, Kraków, 1917; Środkowo-europejski związek gospodarczy i Polska, Kraków, 1916. Niezwykle ruchliwy, bystry i rzutki jej umysł, wrażliwy na tętno chwili, chwytał je w lot i szukał dla niego rozwiązań w ekonomiczno-społecznych przesłankach. Stąd olbrzymia ilość kwestii, które w ciągu lat pracy swojej poruszyła, cały kalejdoskop różnorodnych — zdawałoby się na pozór — ugrupowań i zestawień, które jednak w gruncie rzeczy spływały zawsze do wspólnego łożyska polityki gospodarczej, ekonomiki narodowej, spraw robotniczych związanych ściśle ze wszystkimi innymi, jak: kwestia agrarna, socjalna, kapitalizm, ruch i rozwój ludności, spółdzielczość, kwestia kobieca, antyalkoholizm itd. Sprawie rolnej poświęciła prace: Własność rolna w Galicji, Warszawa, 1900; Własność rolna w krajach Austrii, Ekonomista, Warszawa, 1903; W sprawie reformy agrarnej, Kultura Polski, zesz. XXXII–XXXIV, 1918. Sprawie robotniczej: Robotnicy młodociani w rzemiośle i rękodziełach w Krakowie, Kraków 1913; Wywiady nad położeniem robotników wykwalifikowanych w Krakowie, „Czasopismo prawnicze”, Kraków 1901; Przyczynki do kwestii robotniczej w Polsce, Warszawa 1919; Przed jutrem. Współczesny ruch kobiecy wobec kwestii robotniczej, Kraków 1897. Kwestii kobiecej: Prawo wyborcze kobiet, Warszawa 1918. Walce z alkoholizmem: Badanie nad alkoholizmem w Galicji zachodniej, Lwów 1902; Alkoholizm w Galicji i jego zwalczanie, Warszawa 1911. W zakresie kwestii socjalnej pisała o rewizjonizmie marksowskim jako zwolenniczka jego: pt. Przełom w socjalizmie, Lwów 1900. Odbiegając niekiedy od głównych wytycznych naukowej swej działalności, poświęcała chwile uwagi poetom i mędrcom, którzy z ekonomią społeczną nic nie mieli wspólnego. Stąd powstały broszury: Nietzsche-Zarathustra i Filozofia Anhellego, Kraków 1899. Poza tym jednak nie zbaczała z drogi, studiując takich uczonych myślicieli i ekonomistów jak Hoene-Wroński, Kołłątaj, Skarbek, którym poświęciła kilka prac swoich. Redagując przy tym w latach 1912–1916 Bibliotekę dzieł ekonomiczno-społecznych, Warszawa, nakładem Arcta, wydała 11 tomów prac wybitnych ekonomistów polskich, zaopatrując każdą książkę wstępem przeważnie swego pióra, zawierającym charakterystykę danego autora i tło epoki. Znalazły się tam prócz Supińskiego, Skarbka, Hoene-Wrońskiego, Kołłątaja, Staszica, Stroynowskiego, prace mało znane szerszemu ogółowi: Ferdynanda Naxa, Surowieckiego, Henryka Kamieńskiego. Obdarzona niezwykłym talentem popularyzatorskim, wydała uczona nasza szereg broszur przystępnych dla szerszych mas, a poświęconych sprawom: kooperatyw, alkoholizmu; nauce o ludności, miastom i cechom itp. Przy olbrzymiej swej pracowitości zdołała wydać również kilka dzieł autorów obcych w tłumaczeniu swoim, zapoznawszy nas z pracami: Posnetta, Ingrama, Höffdinga, Sombarta i innych. Przy wielkim darze słowa, występuje dr Daszyńska-Golińska często na mównicach publicznych, zabierając głos nie tylko u nas w kraju, ale i na międzynarodowych kongresach i zjazdach jako przedstawicielka różnych polskich stowarzyszeń i organizacji. W języku niemieckim wyszły następujące jej prace: Polen u. der Panslavismus; Russische Volks u. Finanzwirtschaft in Polen, Krakau, 1917; Die wirthschaftliche Entwickelung Polens seit dem Anfang des XX Jahrh., Berlin, 1915; Die Grossindustrie in Polen, „Polen” nr 31, 40, 42; Die wirtschaftliche u. politische Lage Polens beim Aufbruch des Krieges, Tybinga, odb. „Archiv für Sozialwissenschaft”, t. 40; Die Fabrik-inspektion in Russisch Polen, „Archiv für soziale Gesetzgebung”, 1892. W poglądach swych z dziedziny ekonomii społecznej zbliża się dr Daszyńska-Golińska do szkoły historycznej i do radykalnego odłamu polityki socjalnej. Poważne studia z zakresu nauk ekonomiczno-społecznych wydały dr *Helena Landauowa*, Zarys ekonomii społecznej; *Róża Centnerszwerowa*, Inspektorki Fabryczne; dr *Bornstein-Winawerowa*, Kobieta w przemyśle na zachodzie; dr *Melania-Bronstein-Łychowska* broszurę: Co daje Rzeczpospolita polska robotnikowi? (w jęz. polskim i niemieckim, Warszawa, 1920) i wiele prac ekonomiczno-statystycznych, pomieszczanych w kwartalniku Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej. Przetłumaczyła klasyczną pracę Ricarda Zasady ekonomii politycznej i opodatkowania, Mayera Prądy społeczne i inne. W Pamiętniku Zjazdu Kobiet (1917 r.) pomieściła dr Bronstein-Łychowska ciekawy referat wygłoszony na tymże zjeździe: Praca-ideał — praca-kajdany. Do dzielnych ekonomistek należy dr *Balsigerowa*, tłumaczka studium Onckena O Lassalle'u, Herknera Kwestia robotnicza i innych, zabierająca głos poza tym w poważnych organach społeczno-politycznych. Ekonomii współczesnej narzuca się z nieprzepartą mocą władnej konieczności problemat kwestii gospodarczej z punktu widzenia społecznego, obejmując poniekąd i zagadnienia psychologii społecznej. Tu dla kobiety otwiera się również jeden z najważniejszych gościńców wiedzy, rokujących wielkie nadzieje na przyszłość, gdy znajdą praktyczne zastosowanie teoretyczne przesłanki. Pociągną nim zapewne uczone wszystkich krajów i narodów, żeby rzucić siewy nieprzewidzianych zdobyczy intelektu kobiecego. * Nieliczna grupa najwybitniejszych filozofek współczesnych — u nas przynajmniej — stanęła przeważnie na gruncie empiriokrytycyzmu, dla którego uogólnienia i najwyższe pojęcia naukowe są tylko narzędziem w dosięganiu rzeczywistości bezpośredniej i środkiem do zorientowania wśród niej ludzkości, nie zaś dogmatem i symbolem jakiejś innej głębokiej prawdy. Dr Józefa Kodisowa i dr Anna Wyczółkowska, uczennice prof. Avenariusa, najznakomitszego przedstawiciela kierunku mechaniczno-matematycznego w psychologii, gdzie czucie stanowi treść, ruch zaś formę bytu, nie wniosły pracami swymi nowych metod poznania, ale przeszczepiły na nasz grunt teorie mistrza, uzupełniając je samorzutnymi hipotezami i otaczając siecią subtelnych, z głębin indywidualnych przemyśleń i dojrzałych zrozumień wysnutych sądów dyskursywnych. Z Krzyżanowskich dr *Józefa Kodisowa* urodziła się na Białej Rusi w b. guberni mińskiej. Od wczesnych lat zajmowała ją filozofia, specjalnie dzieła J. S. Milla, H. Spencera i inne. Gruntowne studia podjęła w Genewie, gdzie na Wydziale Nauk Społecznych słuchała filozofii u prof. Gourda. Wszelako ten kierunek filozoficzny nie zadowalał jej, przeniosła się więc do Zurychu, gdzie pod kierunkiem Avenariusa pracowała cztery lata i otrzymała doktorat filozofii. Literacko-naukowa jej działalność wyraziła się w szeregu prac, drukowanych w kraju i za granicą z zakresu teorii poznania, filozofii nauki, historii psychologii, psychologii itd. Była czas jakiś stałą recenzentką „Vierteljahrschrift für wissenschaftliche Philosophie”, pisywała do „Przeglądu filozoficznego” i do „Ruchu filozoficznego”. Przewodnicząca Towarzystwa Psychologicznego w Warszawie, członek Warszawskiego Instytutu Filozoficznego, ma za sobą kilkadziesiąt prac naukowych. Najgłówniejsze z nich: Zur Analyse des Apperceptionsbegriffes, Berlin; Der Empfindungsbegriff, „Viertj. Schrift. Wiss. Phil.”; The apperception, „Psych. review”; tamże: Richard Avenarius; Einige empirio-kritische Bemerkungen über die neuere Gehirnphysiologie, „Zeitschrift für Sinnen Physiologie”. W polskim języku cały szereg studiów, które pomieszczał stale „Przegląd filozoficzny”, mianowicie: Co to jest filozofia?; Biologiczne zadania psychologii; Upadek materializmu w nauce; Energetyka, Empiriokrytycyzm; W sprawie eliminacji metody przyczynowości, Objaśnienie i opis; Irracjonalność pojęć; O możliwości psychologicznego prawa czasu; Nowa faza w rozwoju empiriokrytycyzmu; Prawa rozwoju historycznego; Myślenie przedlogiczne; Ernest Mach; O widzeniach przedsennych; Przestrzeń wizyjna; Rzeczywistość i jej naukowe pojęcie; Kant i jego znaczenie we współczesnej filozofii. Spomiędzy większych sprawozdań i krytyk, pomieszczanych stale na łamach „Przeglądu filozoficznego” wyróżniają się oceny Ostwalda, Petzolda, Bergsona, Meyersona itp. Poza tym pisywała dr Kodisowa rzeczy popularnonaukowe w różnych czasopismach polskich i prowadziła wykłady w Wolnej Wszechnicy, na kursach wieczornych itp. Kierunek jej filozoficzny, zbliżając się najbardziej do niemieckiego empiriokrytycyzmu i neopozytywizmu francuskiego, posiada jednak swoje cechy specjalne. Uznając istnienie pewnych potrzeb duchowych, którym odpowiada metafizyka, jest jednak stanowczą stronniczką filozofii naukowej, której jedynie przypisuje wartość obiektywną. Do wybitniejszych filozofek polskich należą również: dr Anna Wyczółkowska, dr Ludwika Dobrzyńska-Rybicka, dr Maria Grzegorzewska. Dr *Anna Wyczółkowska*, urodzona w Mińszczyźnie, zagnana burzą losów do Ameryki, wydała tom niezmiernie ciekawych Szkiców psychologicznych, opartych na podstawie głębokiej wiedzy i śmiałych rzutach hipotez (Kraków, 1889). Dr *Ludwika Dobrzyńska-Rybicka*, urodzona w Buczaczu (Małopolska) 1868 r., wychowana we Lwowie i Poznaniu, studiowała od 1903 r. filozofię ścisłą i psychologię w Zurychu, pod kierunkiem Störringa, Neumanna, Schumanna, Rahma itd.; następnie w Lowanium pod kierunkiem dzisiejszego kardynała Mercière'a, w Paryżu u Brocharda i Eggera. Przez pewien czas pracowała w Oksfordzie, zbierając materiały do dysertacji na temat Thomas Brown — ein Beitrag zur Geschichte des Intuitionismus. Na mocy tej rozprawy otrzymała stopień doktora filozofii w Zurychu 1909 r. Po powrocie do kraju objęła stanowisko bibliotekarki Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Poznaniu. Podejmując myśl swego dziada, Jędrzeja Moraczewskiego, znanego historyka, wznowiła w 1910 i 1911 r. cykle wykładów z filozofii ścisłej i psychologii, które cieszyły się dużym powodzeniem. Wzorowane na owych pamiętnych cyklach, które w latach 1847–1848 i następnych wygłaszali w pałacu Działyńskich: Moraczewski, Trentowski, Libelt, Krauthofer, nie tylko utrzymały się w Poznaniu, ale obudziły tak dalece silne zainteresowanie, że zostały powtórzone w Gnieźnie całkowicie, niektóre pojedyncze zaś wykłady w Inowrocławiu i w Toruniu. W 1912 r. miała w Sekcji Filozoficznej Zjazdu Lekarzy i Przyrodników referat z dziedziny historii etyki pt. Brown i Mackintosch, drukowany w księdze Zjazdu. W następnym roku podjęła pracę naukową pt. System etyczny Hugona Kołłątaja, opartą na rękopiśmiennym materiale, na który uwagę jej zwróciła praca o Kołłątaju dr Daszyńskiej-Golińskiej. Dzieło to ukończone w 1916 r. wyszło nakładem Akademii Umiejętności w Krakowie (1917 r.) i otrzymało nagrodę z funduszu ks. arcybiskupa Likowskiego. W 1917 r. zapoczątkowała uczona nasza ruch pedagogiczno-naukowy w Poznaniu, niezmiernie płodny w wyniki, powstały bowiem dzięki niemu z jednej strony: polskie liceum prywatne żeńskie pod kierunkiem p. Marii Swinarskiej, z drugiej — kursy naukowe, których organizację ujął w ręce dr Michał Sobeski. Kursy te obejmowały: filozofię, prahistorię i historię sztuki. Dr Dobrzyńska-Rybicka wykładała na nich filozofię ścisłą i psychologię, metafizykę, epistemologię, psychologię wrażeń i wyobrażeń, psychologię uczuć i woli, prowadząc odnośne seminaria. Z kursów tych wyłonił się w 1919 r. Uniwersytet Poznański, na który dr Dobrzyńska-Rybicka przeszła jako docent, wykładając w dalszym ciągu swoje przedmioty. Habilitacji dopełniła w marcu 1920 r. Obecnie jest docentem wykładającym. Dr *Maria Grzegorzewska* urodziła się 1888 r., w ziemi rawskiej. Po skończeniu pensji p. Hewelke w Warszawie studiowała przyrodę w uniwersytecie krakowskim, a następnie psychologię i pedologię na Międzynarodowym Fakultecie Pedologii w Brukseli. Podczas wojny doktoryzowała się w Paryżu. Temat rozprawy stanowiły Badania doświadczalne nad rozwojem umysłu estetycznego u dzieci i młodzieży. Od lat paru dr Grzegorzewska jest na stanowisku st. referenta Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, prowadząc wydział nauczania dzieci anormalnych. Prócz tego została asystentką w Państwowym Instytucie Pedagogicznym. Z prac jej naukowych wyszły dotąd: Essai sur le développement du sentiment esthétique, „Bulletin de l'Institut Général psychologique”, Paris 1916; Enquête sur les goûts esthétiques de la jeunesse scolaire, Le portrait et son appréciation par la jeunesse scolaire, „Journal de Psychologie”, Paris 1916 i 1918; Les méthodes psychologiques d'éducation esthétique, „L'Éducation”, Paris 1919; Les types d'éducation esthétique, „L'Année psychologique”, Paris 1920. Pod prasą: Metody nauczania początkowego w Belgii (współpraca z dr Joteyko), Arct, Warszawa. W opracowaniu: Psychopedagogia dzieci anormalnych. Pierwszym doktorem filozofii w Polsce była *Stefania Arndtowa*, która po powrocie ze studiów zagranicznych zaniechała wszakże dalszej pracy czysto naukowej i oddała się pedagogice. Znacznie później dały się poznać: dr *Ada Werner-Silbersteinowa*, autorka Wstępu do estetyki nowoczesnej, dr *I. Karpińska* (prace z dziedziny psychologii uczuć), *M. Lipska-Librachowa*, *Stefania Festenburg-Łobaczewska*, *Maria Zielewiczówna*, autorka cennego studium o Emersonie, *Maria Komornicka* (znakomite studium o Nietzschem), *Maria Cz. Przewóska*, autorka prac: O Nietzschem, O spirytyzmie i mediumizmie i innych. Mistykę Towiańskiego studiuje *W. Szerlecka* w Paryżu. W r. 1912 wyszła tamże książka jej Un saint des temps modernes, będąca właściwie streszczeniem pracy Tancreda Canonico o Towiańskim z dołączeniem nieznanych dotychczas szczegółów z życia Mistrza Andrzeja. Wydała również wybór pism Towiańskiego: Quelques écrits d'Andrè Towiański, Paryż 1913. Wykładowi nauki Mistrza Andrzeja poświęciła pracę swoją Krótki rys filozofii Towiańskiego *Stefania Jentysówna* w książce zbiorowej Na rozstaju, Kraków 1914, stwierdzając w towianizmie podniosły nastrój etyczny, niezmierną siłę przekonania oraz wiarę i ufność w sprawę, o której Polak obojętnie mówić nie może. Filozofię i językoznawstwo na uniwersytetach: berlińskim i rzymskim studiowała *Julia Dicksteinówna*, autorka cennych prac filozoficznych, spomiędzy których wyróżniają się: Od mitów ku wierzeniom i Prometeusz — Paraklet (Dwutorowość dziejów ducha) — badania różnorodności tych wszystkich pierwiastków, które składają się na wczesne i na rozwinięte życie religijne ludzkości. Wydane przez autorkę studia o romantyzmie są szkicami do przygotowywanej wyczerpującej i syntetycznej pracy o tym kierunku ducha ludzkiego. Julia Dicksteinówna przyswoiła naukowej literaturze naszej Wstęp do filozofiiprof. W. Jerusalema oraz Dialogi filozoficzne Giordana Bruna. Przetłumaczyła wiele utworów z sanskrytu, greckiego, łaciny, włoskiego, hiszpańskiego, francuskiego, angielskiego, rosyjskiego, czeskiego. Z polskiego na włoski przełożyła dzieło prof. Brücknera Mitologia słowiańska z własnymi komentarzami. Z oryginalnych prac po włosku ogłosiła: Szkic o filozofii polskiej (z powodu śmierci Adama Mahrburga), L'epos nella letteratura degli Slavi balcanic, studium Dante in Poloniae i inne. Na podłożu głębokich zagadnień filozoficznych oparła J. Dicksteinówna liczne swe prace z dziedziny krytyki literackiej, która właściwie stanowi główny cel jej badań. Poza tym jest ona autorką głęboko refleksyjnych o pięknej formie poezji, których I tom ukazał się pt. Na duszy mej palecie. W r. b. Instytut dla Europy Wschodniej (Instituto per l'Europa Orientale) w Rzymie zaprosił J. Dicksteinównę do wygłoszenia kursu literatury polskiej w Uniwersytecie Rzymskim oraz do stworzenia i prowadzenia działu polskiego w ramach samego Instytutu. * Uczoną wielkiej miary i wszechświatowej sławy była prawie nieznana u nas, zmarła w Anglii niedawno antropologistka, dr *Maria Antonina Czaplicka*. Urodzona 1866 r. i wychowana w Warszawie, od najwcześniejszych lat oddawała się studiom przyrodniczym. Jako stypendystka Kasy Pomocy im. Mianowskiego dla osób pracujących naukowo wyjechała do Anglii, gdzie w 1912 r. otrzymuje dyplom na mocy prac antropologicznych w Oksfordzie, a w 1914 r. wyrusza pod egidą Oksfordzkiej Szkoły Antropologicznej i Pensylwańskiego Muzeum Uniwersyteckiego na Syberię dla badania ras pierwotnych północnej i środkowej Azji. W wyprawie powyższej uczestniczyły trzy kobiety, jednak tylko dr Czaplicka wytrwała do końca przygód życia koczowniczego wśród zimy pod biegunem północnym i upałów letnich Azji Środkowej. Członek Kolegium w Sommerville i Lady Margaret Hall w Oksfordzie, zajmowała dr M. Czaplicka w latach 1916–1920 stanowisko lektorki etnologii na Uniwersytecie Oksfordzkim, po czym została zaproszona do objęcia katedry antropologii w Bristolu. W lipcu 1919 r. otrzymała z ramienia Królewskiego Towarzystwa Geograficznego nagrodę im. Murchisona za wyprawę do Azji. Dzieła jej: Mój rok na Syberii, Tubylcze plemiona Syberii i Turcy Azji Środkowej w historii oraz w czasach teraźniejszych, studium etnograficzne w kierunku zagadnienia pantureckiego i materiał bibliograficzny tyczący się Turków pierwotnych oraz obecnych w Azji Środkowej (wszystkie w jęz. angielskim) przedstawiają dużą wartość naukową. Obok gruntownej znajomości przedmiotu posiadała dr Czaplicka dar żywego opowiadania i popularyzowania, czym odznacza się zwłaszcza praca jej Mój rok na Syberii. „Manchester Guardian”, pisząc o tej książce, twierdzi, że „łączy ona w sobie obok wiedzy i drobiazgowości uczonego tak rzadko spotykany równocześnie pogląd i urok artysty”. W zimie 1920 r. odbyła podróż po Stanach Zjednoczonych, wygłaszając odczyty o Polsce. W roku bieżącym mają wyjść trzy naukowe jej prace, których druk uległ opóźnieniu skutkiem wojny. Zmarła tragiczną śmiercią przedwcześnie w maju r. b. Zostawiła ciężki żal po sobie, zarówno wśród kolegów i uczonych w drugiej swojej ojczyźnie, która oczekiwała od niej wielu jeszcze niespożytych dzieł twórczego umysłu, jak i w kraju, gdzie do poczucia bolesnej straty przyłączył się gorzki wyrzut niedocenienia naukowych zasług rodaczki, niespożytkowania jej siły i pracy na tych placówkach, w które — prócz wiedzy głębokiej — byłaby tchnęła to serdeczne ukochanie, to zrozumienie celów i zadań rodzimych, z jakim szła zawsze ku Polsce. * Z chwilą dopuszczenia kobiet do Uniwersytetów w Krakowie i Lwowie powstał zastęp uczonych kobiet polskich, które skończyły studia bądź całkowicie w kraju, bądź uzupełniły je tylko następnie za granicą. Do najwybitniejszych spomiędzy nich należy dr *Zofia Gąsiorowska-Schmytowa*. Urodzona w 1893 r., doktoryzowała się w Krakowie na podstawie pracy Służba narodowa w sprawie Andrzeja Towiańskiego, uznanej przez prof. Kleinera („Tygodnik Ilustrowany”, 1920) za pierwszą naukową książkę o filozofie-mistyku polskim, a poza tym za „najważniejszą spośród ogółu prac poświęconych dziejom ducha polskiego w epoce porozbiorowej”. Mimo młodego wieku swojego ma już dr Gąsiorowska szereg cennych studiów i monografii literackich za sobą, mianowicie: Idea wyzwolenia narodu w Konradzie Wallenrodzie; Źródła „Monachomachii” Krasickiego; Wpływ Molière'a na komedie Krasickiego; Lenartowicz w wykładzie; Norwida przekład ody Horacego do Pompejusza; Żółkiewski jako Lucjusz Emiliusz w Władysławie IV Twardowskiego; rozprawka O Bajce Chłop i Żmija Mickiewicza. Prace te wyszły nakładem bądź Towarzystwa Naukowego w Warszawie, bądź Akademii Umiejętności w Krakowie. Wyższej wiedzy poświęca się w Polsce coraz więcej otwartych, śmiałych umysłów kobiecych, których na drodze do światła nowego poznania nic nie jest w stanie powstrzymać: ani względy rodzinne, ani przeszkody materialnej natury: nauka, połączona — w walce o byt — z twardym, zarobkowym mozołem. Na każdym polu wiedzy pojawiają się u nas młode siły, wróżące przyszłość wybitną. W dziedzinie przyrody zaznaczyły się prace pań: *J. Wołoszyńskiej*, *J. Wodzińskiej*, *L. Moczulskiej*, *H. Waniczkówny*, *M. Strzeleckiej*, *H. Lilienfeldówny* i innych, drukowane przeważnie w „Kosmosie”, oparte na gruntownych studiach i sięgające do dna wiedzy. Jedną z pierwszych kobiet, które otrzymały wykształcenie uniwersyteckie na kresach (w Kijowie), była zmarła w r. b. *Zofia Sławińska*, asystentka przy katedrze zoologii w Poznaniu. W dziedzinie archeologii wyszła książka p. *Heleny Beatusowej* O wykopaliskach Segesty i Selinunte we Włoszech. Numizmatyce poświęciły się pp. Ela Gumowska i Helena Polaczkówna. Studia ludoznawcze prowadzą: pp. *Helena Windakiewicz* (Katalog pieśni polsko-morawskich), *Kazimiera Skrzyńska* (Kobieta w pieśni ludowej), *Regina Lilientalowa* (Święta żydowskie w przeszłości i teraźniejszości, z dwudziestoma tablicami, nakładem Akademii Umiejętności w Krakowie), *Maria Papieska*, autorka albumu z rycinami motywów ludowych, a poza tym wielce zasłużona dla przemysłu ludowego. Krajoznawstwu oddają się: pp. *Ewa Zachertówna*, *Maria Sandozówna*, *Ludwika Życka* i inne. Do pierwszych badaczy Śląska Cieszyńskiego należała *Maria Wysłouchowa*, która drukowała w „Tygodniu Lwowskim” bardzo wartościowe przyczynki do monografii Śląska Cieszyńskiego. W 1896 r. czasopismo „Lud” pomieściło rozprawę jej etnograficzną o wsi Wiśle, opartą na mozolnie zebranych opisach strzech i chałup, sprzętów, pożywienia, roślinności, narzędzi, gwary górnośląskiej. Na polu antropologii pracują: pp. *Maria Rzewuska*, dokonywująca pomiarów antropologicznych z ramienia Towarzystwa Krajoznawczego i p. *Jadwiga Lothowa-Niemirycz*. J. Klawówna przedstawiła w Instytucie Nauk Antropologicznych przy Warszawskim Towarzystwie Naukowym dn. 29 IV 1921 r. rozprawę na temat Metody i kierunki w etnologii ze stanowiska socjologii. Z zakresu językoznawstwa wydała poważną pracę *Róża Centnerszwerowa* O języku Żydów w Polsce, na Litwie i Rusi. Najszerszą arenę naukowej pracy kobiet stanowi jednak historia. Mamy liczny zastęp bardzo wybitnych historyczek, których dotychczasowa praca stwierdza zauważoną już wielokrotnie dążność umysłu kobiecego do konkretnej formy przesłanek. Historyczki nasze, ujmując silnie rdzeń faktów dziejowych, nie wkraczają w dziedzinę historiozofii, ale z założeń swoich wyciągają wnioski o daleko nieraz idącym społecznym znaczeniu. Indukcja odpowiada im więcej aniżeli dedukcja, zaś silny nerw obywatelski oraz kategoryczny imperatyw obowiązków narodowych każą im poświęcać dorobki czystej wiedzy na rzecz popularyzowania jej wśród mas szerokich. Historyczki nasze — wszystkie prawie — pracują na polu pedagogicznym, piszą popularne broszury, wygłaszają odczyty, budząc żądzę poznania dziejów ojczystych i szerząc kult ich w narodzie. Jedną z najzasłużeńszych autorek w zakresie dziejopisarstwa naszego jest *Ludwika Trzcińska*, której książkę Szkolnictwo ludowe w Rzeczypospolitej krakowskiej zalicza Akademia Umiejętności do najcenniejszych dzieł historycznych współczesnych. *Helena Witkowska*, prof. gimnazjum żeńskiego w Krakowie, ma za sobą szereg wysoce wartościowych prac, jak: Komisja edukacji narodowej, Historia ustroju Polski, Pogląd na rozwój dziejowy, Historia Zjednoczenia Włoch, Z dziejów ludzkości, Udział Galicji w powstaniach polskich, Polityczne prawa kobiet, Nauka obywatelstwa, Nauka o Polsce (łącznie z Sawickim) i inne. Poza tym wraz z *Katarzyną Kulikowską* prowadziła wydawnictwo zeszytowe „Czytania historyczne”, rodzaj wypisów wprost ze źródeł. Ten sam sposób wypisów, ale w wydaniu książkowym podjęła również *H. Orsza* (*Helena Radlińska*), autorka Dziejów społecznych Polski, O naszych pierwszych książkach, dawnych szkołach i uniwersytecie krakowskim i inne. Wypisy jej: Z dziejów narodu poprowadzone są z ogromnym nakładem pracy. Dr *Natalia Gąsiorowska* dała się poznać dziełem O Wielkiej Rewolucji Francuskiej i pracą Ministrowie Królestwa Kongresowego jako gospodarze Warszawy (Warszawa, Arct, 1919), wygłasza przy tym gruntowne odczyty „O ustroju Polski”. *Cecylia Łubieńska* wydała pod redakcją Askenazego poważną książkę: Sprawa dysydencka (1764–1766). Doktorantka Uniwersytetu Warszawskiego *Helena Bernszteinówna* opracowała epokę Królestwa Kongresowego; *Cezaria Ehrenkrenzowa* przedstawiła w Towarzystwie Naukowym pracę o św. Cecylii. Poza tym pracują wiele na polu dziejoznawstwa pp. *Maria Gomólińska*, *Justyna Jastrzębska*, *Z. Kollischerówna*, *A. Lipińska* i inne. Najwybitniejszą znawczynią historii ruchu kobiecego i autorką prac w tym kierunku była p. *Paulina Kuczalska-Reinschmidt* b. redaktorka „Steru”, organu poświęconego sprawom kobiecym (zmarła we wrześniu 1921 r.). Poza historią najsilniej pociąga umysły kobiece dział krytyk literackich. W piśmiennictwie naszym duże zasługi położyły w tym kierunku: *Seweryna Duchińska*, pisując w drugiej połowie XIX w. gruntowne sprawozdania i oceny z dziedziny literatury zagranicznej w najpoważniejszych miesięcznikach i tygodnikach naszych; *Waleria Marréne-Morzkowska*, pierwsza z tych, którzy zwrócili uwagę na Cypriana Norwida i tłumaczyli ducha jego twórczości; *Maria Krzymuska*, autorka wydanych w Warszawie Studiów literackich niepospolitej wartości; *Maria Ilnicka*, *Wila Zyndram-Kościałkowska*, *Maria Grossekowa*, autorka głęboko refleksyjnych Dialogów Italiana („Echo literackie”, Warszawa, 1914), *J. Dicksteinówna*, *J. Oksza* (*Julia Kisielewska*), *Savitri Anna Leo-Rose*, *Maria Rakowska*, *Malwina Posner-Garfeinowa*, *Maria Dąbrowska*, *Czesław Halicz*, *Ewa Łuskina*, *Mossoczowa*, *Helena d'Abaucourt de Franqueville*, *Maria Rafałówiczówna* i inne. Głębokie dzieło O Mickiewiczu które przejdzie do literatury jako jedna z prac pomnikowych, napisała *Maria Konopnicka*. W dziale historii, krytyki i studiów muzycznych odznaczyły się: *Wanda Landowska*, autorka książki La musique ancienne (do spółki z mężem), *Władysława Stefanowska-Tobiczyk*, *Alicja Simonówna*, *Katarzyna Małecka*, *p. Frankowska*, autorka referatu Upadek sztuki śpiewaczej — jego przyczyny i środki zaradcze, wygłoszonego na zjeździe muzyków w Warszawie dn. 1 IV 1921 r. * Wysoki stopień kultury, erudycję i polot filozoficzny spotykamy u kilku najmłodszych beletrystek i poetek naszych. Nowele Marii Jehanne-Walewskiej (hr. Wielopolskiej) i Ewy Łuskiny to raczej najsubtelniejsze mozaiki, z mozolnych szperań po starych papirusach złożone, aniżeli zręczna fabuła najeżonych intrygami opowieści, jakich — zwłaszcza od piór kobiecych — wymagano dotąd. Dla opisu jednej pajęczej chusteczki studiuje się całe tomy dziejów koronkarstwa; dla dania dokładnego obrazu starożytnej kamei siedzi się miesiącami po muzeach. Jak Flaubert, Gauthier, Anatol France… Wysokim intelektualizmem i wiedzą gruntowną tchną powieści J. Marcinowskiej, Theresity, Orsyda (A. Limprechtówny), poezje Savitri, Grossekowej, Dicksteinówny. Nowele i powieści psychologiczne Zofii Rygier-Nałkowskiej (np. Węże i róże) to jeden subtelny przekrój zatajonych stanów podświadomości, dla zgłębienia których nie wystarcza ani spostrzegawczość, ani doświadczenie życiowe: opierać się muszą na podłożu badań ścisłych, aby nie prowadziły na bezdroża irracjonalizmu. Głęboką naukowość wniosły: Żmichowska, Orzeszkowa, Konopnicka, ale kapłaństwo ich społeczne przysłoniło intelektualne podłoże. * Najwięcej zapału, najgorętszy poryw serc i umysłów wykazywały kobiety zawsze w dziedzinie pracy pedagogicznej. W każdym narodzie i w każdym okresie cywilizacji były wielkie wychowawczynie, urabiające ducha pokoleń. Miały Niemcy swoją Karolinę Rudolfi, miała Francja p. de Rémusat, Anglia — Marię Astelli i Marię Wollstoncraft, Ameryka — Emmę Willard i Lukrecję Mott. Mieliśmy i my nasze *Hoffmanowe*, *Jaraczewskie*, *Eleonory Ziemięckie*, *Felicje Boberskie*, *Bibianny Moraczewskie*, *Antoniny Machczyńskie*, *Narcyzy Żmichowskie*, które kształciły duszę polską. Pierwszą wychowawczynią naszą, która wprowadziła pierwiastek naukowy do prac pedagogicznych, była *Aniela Szycówna*. Poświęciwszy się metodyce nauczania, oparła wskaźniki niezbędnych reform na badaniu ciała i duszy dziecka, nie spuszczając nigdy z oczów celów nauki ścisłej przy praktycznym zastosowaniu przesłanek. Umysł samodzielny i twórczy, natura ruchliwa, czynna, niestrudzona w pracy, od najwcześniejszych lat już zdradzała Aniela Szycówna niezwykły pęd do zawodu wychowawczyni. Młoda nauczycielka Machczyńskiej, pierwsza książka pedagogiczna, jaką przeczytała, wywarła na niej tak silne wrażenie, że odtąd jak najskrupulatniej poczęła spisywać spostrzeżenia swoje nad dziećmi. W pracy tej utrwaliło ją jeszcze dzieło Dawida: Program psychologicznych spostrzeżeń nad dzieckiem od urodzenia do 20 roku życia. Odtąd nie zbacza ani na chwilę od raz wytkniętego kierunku i w gorączce najpilniejszych robót znajduje zawsze czas dla umiłowanych badań, wydając cały szereg studiów poświęconych tej sprawie. Pierwsze jej prace ukazały się w „Przeglądzie Pedagogicznym” w 1890 r. Podpisane pseudonimem „Młodej Pedantki”, zwróciły na siebie uwagę bystrością spostrzeżeń i wytrawnym sądem. Odtąd stale pisywała do najpoważniejszych organów fachowych i naukowych w kraju, a także za granicą. Stała współpracowniczka kwartalnika „La Revue Psychologique” w Brukseli, redaktorka „Nowych Torów”, była jedną z głównych założycielek Towarzystwa Badań nad Dziećmi i Towarzystwa Psychologicznego w Warszawie, profesorem metodyki nauczania w Wolnej Wszechnicy i w Instytucie Pedagogicznym warszawskim. Do wybitniejszych jej prac należą: Rozwój pojęciowy dziecka, O zadaniach i metodach psychologii dziecięcej, Kwiaty i dzieci, Ptaki i dzieci (dwie ankiety szkolne), Pedologia, czyli nauka o dziecku, Bibliografia pedologiczna polska. Zmarła w maju 1921 r. na posterunku pracy — prawie między jednym wykładem a drugim, w pełni nowych naukowych pomysłów. * Poryw doraźnego czynu i dążenie do osiągnięcia konkretnych wyników naukowej pracy pchnęły falę pierwszych studentek wszystkich krajów na wydziały medyczne. W pierwszych szeregach stają Polki, dając wkrótce największy odsetek lekarek w stosunku do liczebności różnych innych narodów. Nie było uniwersytetu zagranicznego, w którym by nie studiowały medycyny Polki. W Uniwersytecie Warszawskim wstęp dla kobiet za czasów rosyjskich był wzbroniony, a w Rosji dopiero w 1890 r. został otworzony petersburski Medyczny Instytut Żeński. W Polsce pod zaborem austriackim miały dostęp tylko poddane austriackie i to zaledwie od 1895 r. Pierwszą lekarką polską była dr med. *Anna Tomaszewicz-Dobrska*, która w 1873 r. skończyła Uniwersytet Zuryski i po złożeniu rozprawy doktorskiej, a następnie po nostryfikacji swego dyplomu, tj. powtórnym złożeniu wszystkich egzaminów w Rosji, osiadła na stałe w Warszawie. Było to 40 lat temu, kiedy opinia całego społeczeństwa nie uznawała jeszcze kobiet-lekarzy. Jednak ta wybitna indywidualność, ten doskonały lekarz praktyk, ten ścisły umysł uczonego zdobywa wkrótce Warszawę, torując drogę koleżankom z zawodu. Dr Dobrska zostawiła kilka prac fundamentalnych. Najgłówniejsze spomiędzy nich: O labiryncie ucha, O działaniu chloralu, O drażnieniu mięśni. Poza tym pisała na temat zagadnień higieny społecznej. Drugą lekarką w Polsce była dr *Teresa Ciszkiewiczowa*, która skończyła studia w 1875 r. i praktykowała również w Warszawie. Po nich już nie jednostki, ale dziesiątki wychowanek uniwersytetów zagranicznych, a następnie i polskich: w Krakowie, we Lwowie. Niektóre spomiędzy lekarek naszych zajęły wybitne stanowiska, jak np. dr *Stanisława Popławska*, pierwsza kobieta-ordynator szpitala oftalmicznego w Warszawie. Inne oddają się teoretycznym i praktycznym studiom z dziedziny bakteriologii, jak dr *Maria Zielińska* i dr *Maria Dunin-Karwicka*, autorka pracy, która w swoim czasie zwróciła uwagę uczonych: Über Vorkommen von Fett in Geschwülsten. Popularyzują wiedzę medyczną w zakresie wskazań zdrowotnych: dr *J. Budzińska-Tylicka*, autorka b. rozpowszechnionej książki Higiena kobiety i innych prac z tej dziedziny; dr *Matylda Biehlerowa*, autorka cenionych podręczników z zakresu higieny szkolnej, higieny ogólnej i higieny dziecka. Poza krajem wyróżniły się: dr *Izabella Czarnomska*, chirurg-ortopedystka, kierowniczka szkoły-pracowni w Petersburgu, uzdolniającej kaleki do robót rzemieślniczych; dr *Melania Lipińska*, autorka nagrodzonej na konkursie w Paryżu gruntownej i cennej pracy w języku francuskim Historia kobiet-lekarzy od czasów starożytności aż po dni nasze. Lekarki w Polsce stanowią przeszło 10% ogółu lekarzy. Podjęły one specjalności ze wszystkich dziedzin medycyny z wybitnym uwzględnieniem wszakże akuszerii i ginekologii. W wojnie ostatniej powołane do świadczeń wojennych na równi z lekarzami — oddały nadzwyczajne usługi w walkach z epidemiami, padając często ofiarą ich. Szpitalnictwu zasłużyła się wykonaniem mapy szpitali Królestwa Polskiego w 1886 r. p. *Wanda Lubelska*. W dziedzinie farmaceutyki odznaczyła się p. *A. Leśniewska*, magister farmacji, kierowniczka pierwszej szkoły farmaceutycznej dla kobiet w Petersburgu. * W zakresie prawa nie znalazła się dotąd uczona teoretyczka polska. Pierwszą prawniczką była p. *Janina Podgórska*, zapisana przy adw. Lednickim w Moskwie, nieprzyjęta jednak w poczet adwokatów przysięgłych. Pierwszą kobietą, która stawała w sądzie polskim (Warszawa 1920 r.), była p. *Rappaportowa*. W polityce mamy kilka zdolnych publicystek, spośród których wyróżniły się: p. *Iza Moszczeńska* i * Stefania Landynowa*, autorka Listów do Rusi (1905–1906). Część II Pierwsze kroki kobiet polskich na polu nauki dały już — jak widzimy — wyniki niezmiernie dodatnie. Rosnący wciąż napływ studentek na wszystkie uniwersytety i wolne wszechnice w kraju naszym stwierdza ten głód wiedzy, który zapowiada promienny rozkwit intelektu kobiecego. Gdy w pierwszych latach istnienia swego Uniwersytet Krakowski liczył zaledwie 280 studentek, w 1920/21 było ich już 878, tj. 21% ogółu studentów. Inne uniwersytety wykazywały w tym okresie: Wileński 260 studentek 33% ogółu studiujących Warszawski 2085 studentek 34% ogółu studiujących Lwowski 1494 studentek 35% ogółu studiujących Wolna Wszechnica w Warszawie 944 studentek 37% ogółu studiujących Lubelski 339 studentek 39,3% ogółu studiujących Poznański 310 studentek 17% ogółu studiujących Przeważna liczba studentek naszych uczęszcza na Wydział Filozoficzny: przeciętnie 65%. Medycyna największy procent studentek ma w Wilnie: 34% i we Lwowie: 30%; w Krakowie jest ich 24%, w Warszawie 23%, w Poznaniu 22%. Prawny Wydział liczy w Wilnie 20%, w Warszawie 19%, w Krakowie 7%, we Lwowie 4%, w Poznaniu 8%. Zastanawiające jest, że Pedagogiczny Wydział, na którym — zdawałoby się — powinna przeważać liczba kobiet, ma ich na Wolnej Wszechnicy warszawskiej tylko 43,5%, a więc nawet nie połowę. Rolny, który też mógłby przyciągać kobiety, zaledwie 14% w Krakowie, w Warszawie zaś — w Wyższej Szkole Gospodarczej Rolniczej — 6,65%, w Poznaniu 3%. Do Politechniki Warszawskiej w okresie 1920/21 r. szk. uczęszczało 206 studentek na 2725 studentów, czyli 7,56%. W tym: Na Wydział Inżynierii Budowlanej 18 kobiet Na Wydział Inżynierii Wodnej 2 kobiet Na Wydział Mechaniki 9 kobiet Na Wydział Chemii 102 kobiet Na Wydział Architektury 60 kobiet Na Wydział Elektrotechniki 15 kobiet 206 kobiet * Czy wielki napływ kobiet na wydział filozoficzny wróży nowy rozkwit tej nauki i nowe jej tory?… Kobieta nie stworzyła dotąd wielkich systemów filozoficznych. Umysł jej nie zdradza ciążenia ku wiedzy bezprzedmiotowej i błądzeniu w przestworzach myśli czystej. Z dotychczasowych danych należałoby wątpić o możności pojawienia się kobiecego Platona, Spinozy, Kanta, Schopenhauera, Hoene-Wrońskiego. Były Hypatie… kamienowane przez wrogi tłum… Były w dwanaście wieków później księżny Elżbiety Pfalckie; była Klara Maria von Ende, uważana długi czas za nauczycielkę Spinozy. Zasłynęła w Niemczech współczesnych filozoficznymi studiami swymi o silnie podmiotowym zabarwieniu i samorzutnych pomysłach Maria Ludwika Enkendorff. Szczyci się Francja dziełami Klementyny Royer (1830–1902), filozofki, ekonomistki, przyrodniczki i antropologistki, która w dziedzinie etyki zostawiła cenne studium Dobro i prawa moralności, a wraz z Ernestem Haecklem była inicjatorką i organizatorką pierwszych stowarzyszeń „Wolnej myśli” jako podstawy, dążenia do postępu. Znane są również prace p. Aleksandry David, badaczki filozofii chińskiej, autorki wielu cennych studiów, z których najważniejsze: Filozof Meh-Ti i idea solidarności. Dużym uznaniem w świecie uczonych cieszy się dzieło O Spinozie dr fil. prof. uniwersytetu w Bernie Rosjanki Tumarkiny i Elżbiety Schmidt. Są jeszcze inne prace, pełne spontanicznych rzutów przemyśleń, ale nie zostały po nich kategorie prawd wiecznych. Kobiety-filozofki szły dotąd obok wielkich myślicieli świata, z nimi lub za nimi. Komentatorki, adeptki, służebnice geniuszy, nie wyprzedziły dotąd jednak żadnego z nich. * Pierwotnym założeniem ruchu kobiecego było dążenie do zupełnego zrównania pierwiastków umysłowości żeńskich z męskim i nadanie im jednej gatunkowej wartości, doprowadzenie do jednakowych skutków wydajnej siły, postawienie na wyżynach, do których tylko jedne prowadzą stopnie: te — od wieków przez geniusz męski wykute. Usiłowaniem chwili obecnej jest wynalezienie tych odrębności intelektu kobiecego, które — przy odpowiedniej kulturze — rozszerzyłyby widnokrąg wiedzy i wniosły nieznane wartości… Czy wkroczywszy tłumnie w białe świątynie nauki, kobieta dźwignie nowe ołtarze, czy też przy tych, które już są, pobuduje sobie klęczniki? Czy na mocy danych, jakie mamy, można już dziś wróżyć przyszłość, czy też trzeba czekać jeszcze z sądem i wyrokiem? Czy należy starać się o wyhodowanie i wypielęgnowanie odrębnych cech umysłowości kobiecej drogą odpowiedniej kultury, czy zostawić rozwój ich samorzutnej woli gatunkowego napięcia? Byłoby złym znakiem naukowych przeznaczeń kobiety, gdyby *w przeciętnej* intelektualnej robocie stanęła za mężczyzną. Widzimy, że ta trudność już została pokonana, że setki tysięcy kobiet na wybitnych stanowiskach w dziedzinie zajęć umysłowych dorównywują najzupełniej mężczyźnie. Stanowcze orzeczenie, jakie będą drogi, jaka meta i jaki plon naukowej pracy kobiet, gdy przystąpi do niej ogół, a nie wybitniejsze jednostki — jest dotąd wszakże jeszcze przedwczesne. Za dużo przeszkód zewsząd, za dużo pocisków, których odparcie zużywa energię i napięcie intelektualnych porywów. Każda nowa siła kobieca musi przejść przez fazę niedoceniania z jednej strony, przeceniania — z drugiej. „Pani Curie nie wynalazłaby radu bez pana Curie” — wołają wrogowie feministycznych zakusów, nieuznający geniuszu w kobiecie, nieprzypuszczający jego możliwości. „Tylko pani Curie, która po wynalezieniu polonu i aktynu trafiła samorzutnie na ślad radu, zawdzięcza ludzkość epokowe odkrycie” — krzyczy obóz przeciwny. A praca pp. Curie nie może być podciągnięta ani pod rodzaj męski, ani pod żeński: jest jedna, bezpodzielna, jak bezpodzielny być musi każdy wysiłek, gromadzący po linii napięcia swego wszystkie sobie podobne, aby — przy ostatecznej mecie — ręką tego, co stał się narzędziem cudu, wybić w murze niewiedzy białe okno poznania. W dziejach ludzkości była chwila, kiedy — mistycznym kwiatem agawy, który każe czekać na siebie wieki — wybujała umysłowość kobieca. Katarzyna Cornaro, Ysotta Malatesta, Emilia Pia, Cecylia Gonzaga, Izabella d'Este, Weronika Gambarra, Izabella z Kordowy, Julianna Moreli, najuczeńsze z niezliczonego zastępu kobiet Odrodzenia, po dzień dzisiejszy świadczą, że tylko odpowiednich warunków trzeba, aby z kurzej ślepoty otrząsnął się umysł niewieści. W XVI w. we Włoszech kształcono dziewczęta na równi z chłopcami pod kierunkiem jednych i tych samych mistrzów. Uniwersytet stał dla kobiet otworem. Zapraszano je do udziału w rozprawach, liczono się z nimi, notowano skrzętnie śmiałe, bujne ich sądy. Czy uderzyła wówczas jakimkolwiek rysem odrębność intelektu kobiecego? Za największy zaszczyt uważały sobie filozofki, artystki, poetki i mówczynie doby ówczesnej pochwałę, że posiadają „męski umysł”. Już w XIII w. słynna bolońska doktorka teologii, która miewała kazania i wykłady uniwersyteckie, chwalona była przede wszystkim z powodu „męskiej siły wymowy”. Novella d'Andrea, mistrzyni prawa kanonicznego i Magdalena Buonsignori były prawniczkami „o męskim dowcipie”. Ysotta Nogarolla, Isakretta Monti i Emilia Brembati, których wymowa przyciągała tysiące słuchaczy — wszystkie te uczone profesorki kładły główny nacisk na to, aby „zaimponować męskim umysłem”. Dążność do umężczyźniania intelektu kobiecego powrotną falą odbiła się w pierwszych etapach uniwersyteckiej pracy kobiet. „Tematy doktoryzacyjnych rozpraw młodych historyczek obracały się wszystkie niemal dokoła zagadnień w rodzaju »rozstawienie wojsk pod Kunaksą«” — ironizuje dr Gertruda Bäumer w studium swoim Istota i dążenie naukowej pracy kobiet („Dokumente des Fortschritts”, VII zeszyt, 1914). Zwrot w kierunku odmężczyźnienia uczonych profesorek i doktorek datuje od bardzo niedawna. Zadanie to ciekawe, ale niebezpieczne. Dążyć do wyodrębnienia umysłu kobiety — znaczy: zwalić od podstaw mozolnie wznoszone i bardzo jeszcze chwiejne rusztowania koedukacji, wzmocnić straszaki i po dawnemu: dziewczętom — od zarania stawiać za wzór życie, czyn, myśli królowej Jadwigi, chłopcom — Kościuszki, jak gdyby nie było jednej skali męstwa, odwagi, rozumu, i samoofiarnej siły, której — bez różnicy płci — powinien hołdować ogół. Prawda jest jedna dla wszystkich, jak jedna powinna być praca, w pełnym porywie indywidualnej siły poczęta i samorzutnie ku umiłowanym zadaniom skierowana. Odmienne mogą być tylko drogi do niej i różne sposoby, jakimi ręce ludzkie usiłują zedrzeć omam odwieczny: tajemniczą zasłonę z twarzy Izydy. Czy kobieta współczesna weszła na odrębne tory nauki i czy kroczy nimi? Przy wyciąganiu wniosków należy zachować wielką ostrożność między innymi i z tych prostych względów, iż czysta wiedza w wyjątkowych wypadkach tylko otwiera przed kobietą widoki kariery pod postacią katedr profesorskich, kierownictwa obserwatoriów, wielkich pracowni naukowych itp. Poza tym dostępna jest tylko dla tych, co w zdobywaniu jej nie potrzebują oglądać się za środkami do życia. Na mocy dotychczasowych danych można stwierdzić, że nauki humanistyczne więcej odpowiadają umysłom kobiecym od przyrodniczych, zaś przyrodnicze od matematycznych, sąd ostateczny jednak należy do przyszłości. Statystyka studiów kobiecych w Niemczech przed wojną bowiem wykazywała, że gdy w pierwszych latach różne zewnętrzne przeszkody, a głównie trudność przygotowania, powstrzymywały studentki od nauk ścisłych, w ostatnich semestrach podniosła się znacznie cyfra matematyczek. Gdy w 1909 r. zajmowała matematyka piąte miejsce w szeregu poczytności, w 1919 przesunęła się na trzecie, czyli że poza fakultetem filozoficznym ustąpiła tylko filologicznemu. We Francji w ostatnim roku przed wojną uczęszczały na prawo 162 studentki, na medycynę 820, na „nauki” (sciences) 550; literatura liczyła aż 2062 słuchaczek. W Stanach Zjednoczonych ilość studentek klasyczek wynosiła do niedawna cztery siódme, gdy dział „nauk” pociągał zaledwie trochę więcej nad jedną piątą. A różnica ta ostatnimi czasy wzmaga się znacznie na korzyść humanistyki, jak wykazują choćby tablice statystyczne naszych uniwersytetów. W dziedzinie nauk ścisłych zabłysło już jednak kilka świetnych nazwisk, jak: Zofii Kowalewskiej, miss Fawcet, miss Ethel Sargent i innych słynnych matematyczek, Marii Cunitz, Karoliny Herschel, Marii Sommerville, Marii Mischel, Lady Anggins, p. Chandon, znakomitych astronomek, Marii Curie-Skłodowskiej, genialnej wynalazczyni radu, Idy Smodley i Nadziei Ziber-Szumowej, wybitnych chemiczek, spomiędzy których ta ostatnia była długoletnią asystentką doktora Nenckiego i jego następczynią, kierowniczką oddziału chemicznego, rzeczywistym członkiem Instytutu Medycyny Doświadczalnej w Petersburgu. W dziedzinie fizyki odznaczyła się Hertha Ayzton, psychofizyki p. Sidgvich, przewodnicząca Towarzystwa Psychologicznego w Londynie, odznaczona medalami przez uniwersytet. W dziale geologii zasłynęła p. Ogilvia Gorclin, zoologii — pp. Wilcox, Solles, Robertson, Bonnevie, ta ostatnia, Szwedka o francuskim nazwisku, prof. zoologii na katedrze uniwersytetu Sztokholmskiego i długoletnia kierowniczka pracowni wiwisekcyjnej, zgłębiająca ze szczególnym umiłowaniem życie i organizacje tworów morskich. W rzędzie uczonych bakteriologów stanęła Pery Frankland. Entomologia ma przedstawicielkę w p. Ormerod, laureatce Towarzystwa Ogrodniczego i uniwersytetu w Edynburgu. Nauki ścisłe, jak wiemy, mają znakomite przedstawicielki u nas w dr Józefie Joteyko i dr Michalinie Stefanowskiej. Antropologii, etnografii i archeologii poświęca się bardzo wiele kobiet w Anglii i Ameryce. Wielkie zasługi jako etnografka, archeologistka i wybitna podróżniczka położyła we Francji p. Jane Dieulafoy, o której już wspomniałam na innym miejscu, odznaczona Krzyżem Legii Honorowej, autorka wielu cennych prac (zwłaszcza o Persji), uwieńczonych przez Akademię Naukową w Paryżu. Sławę archeologistki zdobyła w Niemczech p. Dorota v. Schlözer monografią swoją Historia monet w Rosji. * Wyższej wiedzy poświęcają się na ogół te otwarte i śmiałe umysły, których nic nie zatrzyma w drodze do światła nowego poznania i to jest już ważną zapowiedzią przyszłych dorobków, wskaźnikiem szybszego rozwoju ludzkości. Systemów nowych nie stworzyły dotąd ani przyrodniczki, ani filozofki, ani ekonomistki, ani historyczki, ani literackie krytyczki i estetki świata całego. Ale na Darwinów, na Kantów, Schopenhauerów, Hoene-Wrońskich, na Marksów, Lassalle'ów, na Taine'ów i St. Beuve'ów czekała ludzkość wieki, a kobieta — po krótkiej jak życie kwiatu dobie odrodzenia — weszła na próg świątyni wiedzy zaledwie przed pół wiekiem. Czy mogła wcześniej? Czy były ręce, które by ją pobłogosławiły? Schopenhauer pozwalał jej być tylko bezosobowym żywiołem, ślepym popędem gatunkowym, który służy wyłącznie celom rozrodczym. Renan ze świata marzeń swoich, urzeczywistniających ideał rozumu, wykreślił kobietę, zostawiając ją tylko jako nagrodę zwykłych śmiertelników dla zapewnienia im celu życia. Chamfort uważał, że jesteśmy stworzone po to, aby korzystać z męskiej słabości i głupoty, nie z męskiego rozumu. Weininger, jak na soborze w Macon, usiłował nie przyznać nam duszy, a jeżeli stawał zdumiony wobec siły i samorzutności intelektu kobiecego, uznawał w nim zbłąkane drogi atawistycznych pierwiastków męskich. Jony chciał, abyśmy były ochroną życia mężczyzny w początkach, przyjemnością w środku, pociechą przy końcu. Ruskin, doprowadziwszy swoją „Lilię z ogrodu królowej” do rubieży jasnych krynic wiedzy czystej, kazał jej odwrócić się nagle i rzucić ojcu, bratu, mężowi do stóp półrozwinięty kwiat poznania. Amiel polecał kobiecie „roztopić się w mężczyźnie, żeby go wznieść, umocnić sobą”. Emerson prorokował: „Nie będzie pisała, walczyła, budowli i muzyki tworzyła, bo czyni to tylko pośrednio, dając natchnienie mężczyźnie”. Nietzsche wołał: „Chcesz iść do kobiet? — Nie zapominaj bata!”. Ale przeszli przez świat dziwacy: Condorcet, Mill… i nasi: Skimborowicze, Dembowscy, Prądzyńscy… Głos ich wstrząsnął twierdze dogmatów. Rozwarły się wrota świątyni. Sięgnęła po berety doktorskie pieszczona ręka „służebnicy gatunku” i — przetrwała śmigi klątw… * Każdym najpodnioślejszym duchem kobiecym targał jakiś ziemski niepokój, rzucający go w odmęty robót konkretnych. Św. Teresa, genialna mistyczka średniowiecza, reformowała klasztory, a po aktach bezprzykładnych ekstatycznych wzlotów, po skupieniu metafizycznych dociekań brała się do najuciążliwszych robót powszednich, jak szorowanie podłóg, czyszczenie, sprzątanie, szycie. Nie dzięki kobiecie zaryło się każde z ubiegłych stuleci jakimś ważnym wskaźnikiem dyskursywnych poglądów. Ale przez kobietę powstawały systematy wierzeń i sekty religijne: metafizyka, przeniesiona na grunt przystosowań realnych. Były panie Krüdener, były Bławatskie; jest śmiesznie mała duchem, ale silna wolą i sprężystością organizacji, omal nie niebezpieczna czasu niewoli „mateczka Kozłowska”… Humanizm dzisiejszy wraz z pragmatyzmem, najgłówniejszym swoim prądem, sprowadzając wszelkie prawdy i wartości do człowieka, uznając teoretyczne dociekania za wytwór i narzędzie praktycznych potrzeb ludzkości może pociągnie konkretny umysł kobiety. W Ameryce, kolebce pragmatyzmu, są już wybitne filozofki, profesorki uniwersytetów. Czy nie należy czekać od nich nowych systematów na drodze tej, mocno w wynikach swoich konkretnej, nawet religię ze stanowiska potrzeb życiowych rozpatrującej filozofii? Tylko kobieta da jej ciepło i polot, którego brak suchym, zawiłym wywodom Schillerów, Jamesów, Devey'ów. Część III Jeżeli intelekt kobiecy dziś jeszcze szuka dróg zrealizowania teoretycznych przesłanek; jeżeli nie może wytrwać długo w kręgach abstrakcji — jest to w większości wypadków niewątpliwie wynikiem żółwich pancerzy dziedzictwa, ale w bardzo wielu razach instynkt społeczny, poczucie obowiązku względem ludzi współczesnych, którzy zbierają plony tylko czynów doraźnych, gdy teoria to pokarm dla pokoleń wstępnych, odrywają uczone nasze od „szkiełek mędrców” i każą im iść w tłum bez względu na prace rozpoczęte, z których mogłyby powstać rusztowania naukowych doktryn. To ciepło serdeczne, to podporządkowanie swoich własnych górnych ambicji, swego „amor intellectualis” interesom i wymogom dobra ogólnego — ta potrzeba samoofiary idzie z nimi w świat nowego jutra… Jak żurawie ściągają dziś uczone nasze do wolnej Polski, aby ją budować. Zostawiają warsztaty pracy na szerokich wszechświatowych arenach i stają, gotowe do każdej najczarniejszej roboty, żeby nie zbrakło ich własnej cegiełki w gmachu stawianym. Dr Joteyko rzuca zaszczytne wykłady w Collège de France i spieszy objąć katedrę psychologii pedagogicznej oraz laboratorium psychologiczne przy Państwowym Instytucie Pedagogicznym w Warszawie. Mobilizuje na szeroką skalę badania psychofizyczne; pracuje nad ugruntowaniem sekcji Polskiej przy Międzynarodowym Muzeum Pedagogicznym w Brukseli; organizuje współudział Polski na Międzynarodowym Kongresie Opieki nad Dzieckiem, sama pisze referat, wyszukuje ludzi, przynagla ich do uczestnictwa w zjeździe, rozumiejąc, że nie powinno ich zbraknąć tam, gdzie przemawiają wszystkie ludy świata… Dr Stefanowska spieszy zapobiec wielkim brakom szkolnictwa dla dzieci anormalnych i obejmuje kierunek jego w szkołach miejskich st. m. Warszawy. Dr Daszyńska-Golińska w chwilach organizowania biurowości naszej staje na czele referatu Ochrony Pracy Kobiet i Młodocianych w Ministerstwie Pracy i Opieki Społecznej i wkłada w trud podjęty wiele inicjatywy, energii, dobrej woli, idąc po linii dawnej swej działalności, którą ze szczególnym umiłowaniem poświęcała zawsze kwestii kobiecej. Prócz tego, jak w pierwszych latach pracy, nie przestaje walczyć piórem i żywym słowem w obronie zasad antyalkoholizmu. W chwili wybuchu wojny należy do czynnych członków Ligi Kobiet. Podczas inwazji bolszewickiej jeździ na przyfrontowe pozycje dla rozdawania paczek żołnierzom, pomaga w organizacji pomocy dla wojska, kwestuje, przyłącza się do współpracy z różnymi instytucjami mającymi na celu budowanie Polski. Dr Kodisowa, organizatorka pierwszego uniwersytetu ludowego polskiego w Chicago, zaciąga się od początku wojny do kadr ratunkowych jako siostra miłosierdzia. W 1919 r. osiada w Warszawie, gdzie obejmuje kierownictwo sekcji statystyczno-naukowej w Wydziale do Spraw Robotniczych st. m. Warszawy. Przewodniczy przy tym Towarzystwu Psychologicznemu i pracuje w Warszawskim Instytucie Filozoficznym. Dr Czaplicka opuszcza katedrę w Oksfordzie, żeby objechać Stany Zjednoczone z odczytami o Polsce i zbudzić dla niej przyjaźń Ameryki. Nagła tragiczna śmierć wydarła nam ją w chwili, gdy wszystek swój czas i wszystkie siły poświęcała sprawie zbliżenia polsko-angielskiego, jednania nam przyjaciół w drugiej swojej ojczyźnie. Przy rozgałęzionych stosunkach swoich nie tylko w świecie naukowym, ale w prasie i we wszystkich organizacjach kobiecych miała szczególną sposobność po temu. Wielki takt, doskonałe odczucie umysłowości i psychiki angielskiej ułatwiały jej zadanie. Toteż przyjaciele zmarłej stawali się przyjaciółmi Polski. Przed śmiercią rozpoczęła pracę o Polsce na podstawie wrażeń z ostatniej bytności w kraju, zorganizowała sekcję polską w Lyceum-Club, którego była członkiem. Jednym słowem wszędzie, gdzie mogła, przedstawiała Polskę taką, jaką jest, paraliżując wysiłki wrogów jej. „Jeżeli ze śmiercią śp. Marii Czaplickiej ubył pracownik naukowy europejskiej miary, to cała Polska poniosła nie mniejszą stratę, gdyż bodaj nie ma dziś nikogo w Anglii, kto by tak jak ona bronił sprawy polskiej i takie w tym kierunku posiadał kwalifikacje”. Jak żołnierz na stanowisku pada również śp. Aniela Szycówna, która mimo wątłych sił i przeciążenia pracą zawodową znajdowała zawsze czas na działalność społeczną. Poza instytucjami naukowymi, których była czynnym członkiem i współzałożycielką, należała do różnych organizacji wywoływanych potrzebą chwili. Nie chybiała nigdy terminów; pierwsza zjawiała się na posiedzeniach; pierwsza zaofiarowywała pracę swoją. Śmierć zaskoczyła ją w chwili, gdy z wielkim umiłowaniem i młodzieńczym porywem zajęła się sekcją kulturalno-oświatową w Kole Opieki nad Ochotniczą Legią Kobiet. Dr Dobrzyńska-Rybicka całą prężność woli swojej poświęca wznowieniu wykładów z dziedziny filozofii ścisłej i psychologii, prowadzonych niegdyś przez dziada swego, Jędrzeja Moraczewskiego w Poznaniu, rozszerzając je na Toruń, Gniezno, Inowrocław. J. Dicksteinówna opiekuje się więźniami politycznymi za czasów rosyjskich w Warszawie, urządza biblioteki dla nich, staje się łącznikiem między nimi a ich rodzinami. W czasie okupacji niemieckiej przesuwa opiekę swoją na legionistów-jeńców w Beniaminowie i Szczypiornie, otacza staraniami jeńców włoskich w Cytadeli. Wraz z odzyskaniem niepodległości pracuje w różnych organizacjach o charakterze demokratycznym. Dla zbliżenia Polski z Włochami tworzy Towarzystwo Polsko-Włoskie Leonarda da Vinci, zasila stale prasę polsko-włoską wiadomościami z dziedziny ruchu społeczno-naukowego Polski, pisze o literaturze naszej, tłumaczy na język włoski prace najwybitniejszych autorów ostatniej doby. Zofia Sławińska, asystentka przy katedrze zoologii na Uniwersytecie Poznańskim, brała podczas wojny żywy udział w ruchu oświatowym polskim na Ukrainie, dzięki któremu powstał uniwersytet w Kijowie (1917 r.). Była również inicjatorką, jedną z założycielek i przewodniczącą zrzeszenia asystentów w Poznaniu. Największą samoofiarność wszakże wykazywały zawsze i wykazują u nas kobiety-lekarki. Wszystkie bez wyjątku poświęcały naukową swoją pracę dla robót konkretnych a niezbędnych. Dr Tomaszewicz-Dobrska organizuje i prowadzi bezpłatne przytułki położnicze, roztacza opiekę nad ubogimi matkami, walczy piórem i żywym słowem o sprawę równouprawnienia kobiet, urządza kongresy, wiece, zjazdy, przyczynia się do utworzenia Towarzystwa Kultury Polskiej, które odegrało rolę wybitną w umysłowo-społecznym życiu naszym. Staje się jedną z głównych sprężyn jego działalności i trwa do końca na stanowisku. Dr Ciszkiewiczowa oddaje się bezpodzielnie pracy oświatowo-społecznej, stając w szeregach organizatorów tajnego nauczania za czasów niewoli rosyjskiej. W epoce Legionów wysuwa się na czoło tych, którzy popierali je z bezgranicznym poświęceniem, nieustraszonym męstwem, trudem i wiarą w cud polskiego oręża. Dr Budzińska-Tylicka zasiada w Radzie Miejskiej, zawiązuje Klub Polityczny Kobiet Polskich, organizuje i prowadzi Koło Opieki nad Ochotniczą Legią Kobiet, w czasie najazdu bolszewickiego urządza szpital na froncie i staje na czele wszystkich doraźnych poczynań, związanych z naglącymi potrzebami chwili. Dr W. Szczawińska zakłada „Kroplę Mleka”, pracuje niezmordowanie na niwie ochrony niemowląt. Dr G. Majewska, lekarz sanitarny miejski, wkłada w pracę swoją zawodową wiele serca i poświęcenia. Dr Kasperowiczowa, Drzewiecka, i wiele innych spieszą na front. Powołane do świadczeń wojennych na równi z lekarzami, kobiety-lekarki oddają nadzwyczajne usługi w walce z epidemiami, padając często na stanowiskach, jak dr Maria Ratyńska, działaczka socjalistyczna, typ ideowego lekarza i społecznika, pełna bezgranicznego poświęcenia i ofiarności, zmarła na tyfus plamisty w czasie najścia bolszewików. Niezmiernie żywiołową, energiczną i planową akcję społeczną rozwijają studentki polskie wszystkich uniwersytetów i wszystkich wydziałów. Szczególniejszą żywotność wykazały zwłaszcza w okresie najazdu bolszewickiego, gdy prawie cała młodzież akademicka wyruszyła na front, a na ich barki padła organizacja doraźnej pomocy dla żołnierza polskiego w ogóle, dla studenta-żołnierza w szczególności. Poryw społeczny, ten najsilniejszy kamerton duszy kobiecej, od którego biorą barwę, moc, trwanie i pokrewność wszystkie jej dźwięki, idzie za nią jak biała kolumna przeznaczeń w każdą dziedzinę pracy. * Rozwój naukowości wśród kobiet uwarunkowany jest pomocą społeczną. Zrozumiała to Ameryka. Popierając zwłaszcza przyrodnicze studia, ustanowiła stypendia kobiece przy różnych stacjach zoologicznych (np. w Neapolu), przy wielkich pracowniach, przy ogrodach botanicznych itp. Drogą składek publicznych albo własną samoofiarnością tworzą Amerykanki fundusze żelazne, których celem — pomoc naukowa rodaczkom. U nas istnieje fundusz im. Kraszewskiego w Krakowie dla studentek polskich. Pomoc w pracach uczonych polskich płci obojga uwzględniają: Kasa im. Mianowskiego i Towarzystwo Naukowe w Warszawie oraz Akademia Umiejętności w Krakowie. Jest to bardzo nikłe zaspokojenie potrzeb ogółu ludzi pracujących na polu naukowym, ale prawidłowy rozwój państwa naszego wzmocni niewątpliwie wysiłki prywatne i społeczne w tym kierunku. Polska na wzór Ameryki nie omieszka udzielać poparcia swego wszystkim wybitnym jednostkom rwącym się do wiedzy. Zrozumienie przez kobietę polską znaczenia nauki jako wielkiej dźwigni narodu tkwiło w niej już od dawna. Królowa Jadwiga oddaje wszystkie kosztowności swoje na ufundowanie pierwszej wszechnicy polskiej. Śladem jej i innych przodownic życia umysłowego idą późniejsze ofiarnice. Na kilka lat przed wojną *p. M. Tahanowska* zakłada pracownię psychologiczną w Warszawie, a *p. Kierbedziowa* funduje piękny gmach Biblioteki Publicznej w stolicy Polski. Tradycja więc została. Kobieta nasza szła zawsze z kagankiem oświaty poprzez dzieje narodu. Dziś — w odrodzonym państwie — tym silniej dążyć będzie do spełniania wszystkich ciążących na niej zadań obywatelskich, a więc — w pierwszym rzędzie — do krzewienia wiedzy, umacniania jej podstaw i szerzenia kultu dla niej. Wykaz liczby studentów i studentek na uniwersytetach polskich w 1920/21 roku *Wydział filologiczny* — Lwów — Liczba studiujących: 930 Mężczyzn: 330 (35,5%) Kobiet: 600 (64,5%) Ogółem na uniwersytetach polskich: Liczba studiujących: 930 Mężczyzn: 330 (35,5%) Kobiet: 600 (64,5%) *Wydziały filozoficzne* — Kraków — Liczba studiujących: 1283 Mężczyzn: 725 (56,5%) Kobiet: 558 (43,5%) — Lwów — Liczba studiujących: 936 Mężczyzn: 333 (35,6%) Kobiet: 603 (64,4%) — Poznań — Liczba studiujących: 597 Mężczyzn: 320 (54%) Kobiet: 277 (46%) — Warszawa: Uniwersytet — Liczba studiujących: 1826 Mężczyzn: 618 (34%) Kobiet: 1208 (66%) Ogółem na uniwersytetach polskich: Liczba studiujących: 4642 Mężczyzn: 1996 (53%) Kobiet: 2646 (57%) *Wydziały humanistyczne* — Lublin — Liczba studiujących: 330 Mężczyzn: 74 (22,4%) Kobiet: 256 (77,6%) — Warszawa: Wolna Wszechnica — Liczba studiujących: 1165 Mężczyzn: 649 (55,7%) Kobiet: 516 (44,3%) – Wilno — Liczba studiujących: 930 Mężczyzn: 330 (35,5%) Kobiet: 600 64,5% Ogółem na uniwersytetach polskich: Liczba studiujących: 1647 Mężczyzn: 763 (46%) Kobiet: 884 (54%) *Wydziały lekarskie* — Kraków — Liczba studiujących: 695 Mężczyzn: 529 (76%) Kobiet: 166 (24%) — Lwów — Liczba studiujących: 762 Mężczyzn: 531 (70%) Kobiet: 231 (30%) — Poznań — Liczba studiujących: 134 Mężczyzn: 105 (78%) Kobiet: 29 (22%) — Warszawa: Uniwersytet — Liczba studiujących: 1454 Mężczyzn: 1116 (77%) Kobiet: 338 (23%) — Wilno — Liczba studiujących: 179 Mężczyzn: 119 (66%) Kobiet: 60 (34%) Ogółem na uniwersytetach polskich: Liczba studiujących: 3224 Mężczyzn: 2400 (74%) Kobiet: 824 (26%) *Wydziały matematyczno-przyrodnicze* — Warszawa: Wolna Wszechnica — Liczba studiujących: 477 Mężczyzn: 298 (62,5%) Kobiet: 37,5% — Wilno — Liczba studiujących: 147 Mężczyzn: 119 (80,5%) Kobiet: 28 (19,5%) Ogółem na uniwersytetach polskich: Liczba studiujących: 624 Mężczyzn: 417 (67%) Kobiet: 207 (33%) *Wydziały pedagogiczne* — Warszawa: Wolna Wszechnica — Liczba studiujących: 354 Mężczyzn: 200 (56,5%) Kobiet: 154 (43,5%) Ogółem na uniwersytetach polskich: Liczba studiujących: 354 Mężczyzn: 200 (56,5%) Kobiet: 154 (43,5%) *Wydziały polityczne i społeczne* — Warszawa: Wolna Wszechnica — Liczba studiujących: 534 Mężczyzn: 439 (82%) Kobiet: 95 (18%) Ogółem na uniwersytetach polskich: Liczba studiujących: 534 Mężczyzn: 439 (82%) Kobiet: 95 (18%) *Wydziały prawne* — Kraków — Liczba studiujących: 1878 Mężczyzn: 1753 (93%) Kobiet: 125 (7%) — Lublin — Liczba studiujących: 533 Mężczyzn: 450 (84,5%) Kobiet: 83 (15,5%) — Lwów — Liczba studiujących: 1633 Mężczyzn: 1573 (96%) Kobiet: 60 (4%) — Poznań — Liczba studiujących: 1149 Mężczyzn: 1062 (92%) Kobiet: 87 (8%) — Warszawa: Uniwersytet — Liczba studiujących: 2667 Mężczyzn: 2170 (81%) Kobiet: 497 (19%) — Wilno — Liczba studiujących: 225 Mężczyzn: 181 (80%) Kobiet: 44 (20%) Ogółem na uniwersytetach polskich: Liczba studiujących: 8085 Mężczyzn: 7189 (89%) Kobiet: 896 (11%) *Wydziały rolne* — Kraków — Liczba studiujących: 210 Mężczyzn: 181 (86%) Kobiet: 29 (14%) — Poznań — Liczba studiujących: 479 Mężczyzn: 462 (97%) Kobiet: 17 (3%) Ogółem na uniwersytetach polskich: Liczba studiujących: 689 Mężczyzn: 643 (93%) Kobiet: 46 (7%) *Wydziały teologiczne* — Kraków — Liczba studiujących: 70 Mężczyzn: 70 (100%) — Wilno — Liczba studiujących: 12 Mężczyzn: 12 (100%) Ogółem na uniwersytetach polskich: Liczba studiujących: 82 Mężczyzn: 82 (100%) *Wydziały sztuk pięknych* — Wilno — Liczba studiujących: 34 Mężczyzn: 20 (59%) Kobiet: 14 (41%) Ogółem na uniwersytetach polskich: Liczba studiujących: 34 Mężczyzn: 20 (59%) Kobiet: 14 (41%) *Wydziały farmaceutyczne* — Warszawa: Uniwersytet — Liczba studiujących: 204 Mężczyzn: 163 (80%) Kobiet: 41 (20%) — Wilno — Liczba studiujących: 39 Mężczyzn: 37 (95%) Kobiet: 2 (5%) Ogółem na uniwersytetach polskich: Liczba studiujących: 243 Mężczyzn: 200 (82%) Kobiet: 43 (18%) *Wydziały weterynaryjne* — Warszawa: Uniwersytet — Liczba studiujących: 23 Mężczyzn: 22 (96%) Kobiet: 1 (4%) Ogółem na uniwersytetach polskich: Liczba studiujących: 23 Mężczyzn: 22 (96%) Kobiet: 1 (4%) *RAZEM* — Kraków — Liczba studiujących: 4136 Mężczyzn: 3258 (79%) Kobiet: 878 (21%) — Lublin — Liczba studiujących: 863 Mężczyzn: 524 (60,7%) Kobiet: 339 (39,3%) — Lwów — Liczba studiujących: 4261 Mężczyzn: 2767 (65%) Kobiet: 1494 (35%) — Poznań — Liczba studiujących: 2359 Mężczyzn: 1949 (83%) Kobiet: 310 (17%) — Warszawa: Uniwersytet — Liczba studiujących: 6174 Mężczyzn: 4089 (66%) Kobiet: 2085 (34%) — Warszawa: Wolna Wszechnica — Liczba studiujących: 2530 Mężczyzn: 1586 (63%) Kobiet: 944 (37%) — Wilno — Liczba studiujących: 788 Mężczyzn: 528 (67%) Kobiet: 260 (33%) Ogółem na uniwersytetach polskich: Liczba studiujących: 21111 Mężczyzn: 14701 (70%) Kobiet: 6410 (30%)
|
walewska-w-walce-o-rowne-prawa-nasze-bojownice.txt
ADDED
|
The diff for this file is too large to render.
See raw diff
|
|
|
walewska-z-dziejow-krzywdy.txt
ADDED
|
@@ -0,0 +1 @@
|
|
|
|
|
|
|
| 1 |
+
Cecylia Walewska Z dziejów krzywdy kobiet ISBN 978-83-288-6103-9 Przedmowa Pragnąc przyczynić się do zapoznania ogółu naszego ze sprawą kobiecą jako z jednym z palących zagadnień nowoczesnego życia, wydajemy szereg prac mających na celu omówienie z różnych punktów widzenia istoty i rozwoju ruchu kobiecego oraz jego stosunku do całokształtu zjawisk społecznych. W wydawnictwie naszym dajemy głos zwolennikom zupełnego uprawnienia kobiety, niezależnie od panujących wśród nich różnic w poglądach na poszczególne czynniki ruchu kobiecego, na jego drogi i cele najbliższe. Polskie Stowarzyszenie Równouprawnienia Kobiet „Pierwszą ludzką istotą, która popadła w niewolę, jest kobieta” — mówi Bebel, porównywując położenie jej z położeniem robotnika. Oboje ich łączy ucisk, dzieli jednak różnica w uświadomieniu go. Gdy na zegarze dziejowym wybiła wielka godzina wyzwolenia się ludu roboczego, gdy w pełnym poczuciu i zrozumieniu krzywd doznawanych stanął on do walki o prawa swoje, jednym głosem wołając za wszystkich, jednym zwartym legionem obejmując szeregowców świata całego — kobieta tylko w nielicznych, słabo zorganizowanych zastępach staje do obwołania nędzy upośledzeń swoich. Długotrwałe stosunki: kark zgięty od wieków, pręgierz wychowania, nawyk dziedziczny pokoleń znieczuliły w niej zmysł sprawiedliwości. Ogół kobiet uznaje podrzędne swe stanowisko w życiu społecznym, politycznym i obywatelskim za zupełnie naturalne i dziwi się, jak można żądać zmiany, jak można chcieć przewrotów, które by ją wyzwoliły z pęt ekonomicznej, duchowej, fizycznej i prawnej zależności. Tak, jak jest, musi być dobrze: babki, matki nasze nie narzekały. Czemu my mamy podnosić głos? Na co skarżyć się? Jakich nowych szukać dróg? * Były okresy dziejowe — wykazać je można u bardzo wielu plemion pierwotnych — kiedy na świecie panowało tzw. *prawo macierzyste (matriarchat)*. Dzieci należały wtedy tylko do matki i do jej szczepu. Naturalnym opiekunem męskim ich był wuj, brat matki. Dziedziczyły spadek po niej jedynie, gdy majątek ojca przechodził do jego rodu wyłącznie. Mężczyzna nie zabierał kobiety do swego domu, jak to się dzieje w małżeństwach obecnych, lecz sam wprowadzał się do niej. Przy tym istniał zwyczaj wielomęstwa. Kobieta mogła mieć mężów, ilu chciała, i wybierać ich sobie dowolnie. Dawna to epoka, która stworzyła mit o tzw. „żonowładztwie”, tj. o władzy kobiet publicznej. Nawet wówczas jednak, gdy mężczyzna był tzw. „nadomnikiem” żony, tj. wprowadzał się do niej i żył z jej pracy, gdy bez pozwolenia jej nic do ust wziąć nie mógł, nawet wówczas władza przysługiwała kobiecie tylko w domu, nigdy na zewnątrz, w bycie politycznym. Działo się tak, zdaniem L. Krzywickiego, w okresie rolnictwa kopieniackiego, kiedy motyka w ręku mężczyzny była hańbą. Zajmował się on wtedy pasterstwem, zabronionym kobiecie, ponieważ nie wolno jej było dotknąć ani wołu, ani żadnego innego domowego zwierzęcia. Na mocy badań nad warunkami bytu plemion pierwotnych powstała hipoteza, iż wprowadzenie pługa, przy którym stanęły woły, nietykalne długi czas jeszcze dla kobiet, zmusiło mężczyznę do porzucenia gnuśnych wywczasów i zabrania się do uprawy roli. Kobieta objęła w posiadanie święty ogień domowy, który trzeba było zabezpieczyć od wichru i deszczów, żeby nie zgasł. Gdy mężczyzna ugania się po borach i puszczach za łupem zwierzyny, kobieta buduje szałas nad ołtarzykiem domowym, przy którym znajduje schronienie i kąt ciepły jej dziecko. Troska o nie pobudza ją do wynalazczej pomysłowości. Wynajduje sposób ugotowania mu strawy gorącej, sporządzenia odzieży. Szuka w pobliżu domostwa korzeni i owoców soczystych, zbiera nasiona, zasadza w ziemi, staje się więc pierwszym budowniczym, pierwszym krawcem, kucharzem i ogrodnikiem. Wynalazki jej nie wychodzą z granic naiwnej, pierwotnej pomysłowości, bo nie ma czasu rozwinąć ich, bo ciasny deptak domowy: myśl, zwrócona nieustannie w kierunku zaspokajania najpilniejszych codziennych potrzeb, nie pozwala jej rozwinąć lotów wyobraźni; trzyma ją przy ziemi, jak zabiegliwego kreta… Mąż wraca z łowów. Dech szerokiego świata, bujne, pełne przygód i wrażeń życie wchodzi z nim pod strop szałasu. Bije serce kobiece tęsknotą do dziwów, o których słyszy, do czynów, które by ją, kreta czarnego, poniosły w dal promienistą. Nie dla niej urok świata, nie dla niej wielkie czyny: pozostać musi w szałasie, karmić i obsługiwać zgłodniałego męża, ojca, brata, gdy wrócą z szumnych wędrówek, z łowieckich walk i zapasów; oprzątnąć musi dom, a przede wszystkim wyniańczyć dzieci, nie dać im zginąć marnie z braku opieki… Strzeżenie ogniska i instynkt macierzyński to pierwsze więzy kobiety. Nie słabość fizyczna, lecz dbałość o dobro dobytku i rodziny zatrzymały ją wewnątrz szałasów. Że siłą dorównywała mężczyźnie, dowodem podania (w których tkwi zawsze jądro prawdy) o Amazonkach, wojowniczkach z zamierzchłej przeszłości, a także naukowe dane z bytu różnych plemion pierwotnych. U Indian Similkameen w Brytańskiej Kolumbii np. kobiety były równie dobrymi myśliwymi, jak i mężczyźni. Jaghani z Ziemi Ognistej rybołówstwo oddali wyłącznie kobietom. Wśród Tasmańczyków tylko kobiety nurkowały przy połowie ryb, a przy tym celowały także w sztuce włażenia na gładkie drzewa gumowe dla chwytania oposów. Uczony Johnson twierdzi, że są pewne plemiona nad Kongo w Afryce, gdzie kobiety bywają często silniejsze i lepiej zbudowane od mężczyzn. To samo pisze inny uczony, Schellong, o Papuaskach z Nowej Gwinei. Że pod względem siły fizycznej kobieta wychowana w jednakowych warunkach z mężczyzną nie ustępuje mu i teraz, świadczy praca wyrobnic fabrycznych i wiejskich, skazanych tak samo na dźwiganie ciężarów, zgięty kark i mękę niewywczasów. Tak więc nie warunki fizyczne, lecz ustrój życia wywołał zadomowienie się kobiety i zrobił z niej służebnicę mężów, ojców, braci, synów swoich. Zajęta przyrządzaniem strawy, oprzątaniem domostwa, karmieniem i niańczeniem niemowląt, szyciem odzieży, wreszcie obsiewaniem pól i zbieraniem plonów, ani spostrzegła, jak wprzęgła się w jarzmo roboty, która, każąc jej czuwać w dzień, w nocy, by mogli wypoczywać inni, nie znalazła nigdy uwartościowania na giełdzie pracy. Zaspokajanie tysiąca potrzeb ciągłych, ale wciąż odmiennych — względnie do pory dnia, roku i przypadkowych okoliczności — nadało jej piętno dorywczej krzątaniny, którego aż do chwili dzisiejszej zrzucić z siebie nie może. Pędząc od nakarmionego dziecka do głodnych domowników, rzucając garnki dla sporządzenia odzieży lub uprzątnięcia izby, nic nigdy nie mogła wykończyć starannie, żadnej roboty podnieść na wyżyny technicznego udoskonalenia. Pomysłowość jej ginęła w drobiazgach powszedniego życia, pozostając jedynie bodźcem dla rozwoju prac mężczyzny. On to nad szałasem przygodnym wzniósł tęgie gmachy z belek i kamieni, gdzie pomieścił łupy i zdobycze awanturniczych wypraw swoich, gdzie gromadził oręż, naczynia, narzędzia, które zapragnął przekazać pokoleniom następnym, zrozumiawszy po raz pierwszy, co to jest własność. Dzieci stały się potrzebne dla pilnowania trzody na pastwiskach, dorośli synowie dla obrony mienia przed chciwością sąsiadów, żony dla zostawiania ich na straży nad całym dobytkiem w czasie wypraw łowieckich lub wojennych. Mieć więc *własne* dzieci, *własne* kobiety stało się koniecznością, warunkiem bytu mężczyzny. Prawo macierzyste ustąpiło prawu ojcostwa, tzw. *patriarchatowi*, który przetrwał aż do dnia dzisiejszego, zatracając kobietę stopniowo w groźnej męskiej wszechwładzy. Od patriarchatu rozpoczyna się właściwie historyczny okres dziejów ludzkości. Ucisk słabszych, panowanie brutalnej siły fizycznej, nieznane w prawie macierzystym, idzie za nim po przez wieki. Grzmi hasło uprzywilejowania, urągając najelementarniejszym zasadom sprawiedliwości. Tresura form, kanonów, obrządków spycha kobietę w jarzmo coraz cięższej niewoli. Dziewczyny najczęściej przed przyjściem na świat były zaręczane z człowiekiem, którego dopiero w dzień ślubu wolno im było widzieć po raz pierwszy. Za samowolną ucieczkę z wybranym przez głos serca oblubieńcem podlegały najsroższym torturom, praktykowanym i dziś jeszcze u niektórych ludów barbarzyńskich, jak przeszywanie nóg dzirytem, rozszarpywanie nozdrzy itp. Wydana z domu, wiedziała, że ma być służebnicą męża i na znak tego myła mu nogi. Mąż w zamian, dla oznaczenia symbolu władzy, miał prawo ją okaleczyć. U bardzo wielu plemion pierwotnych z chwilą dojścia kobiety do dojrzałości połączony był okres pastwienia się nad nią mężczyzny. Wszyscy krewni i powinowaci rodzaju męskiego mieli do niej przystęp. Prawo pierwszej nocy ślubnej przysługiwało przede wszystkim najstarszym w rodzie. Bywały wypadki, że zdręczona upustem chuci męskich 11-, 12-letnia dziewczyna konała w objęciach dziadów, ojców, braci. Z czasem wprowadzone zostały ograniczenia. Ustroje społeczne poczęły regulować stosunek kobiet do mężczyzn. W przekonaniu, że każde zbliżenie się kobiety z mężczyzną musi wywołać stosunek realny, rzucano coraz ostrzejsze zakazy. Bratu wzbroniono na znacznej nawet odległości rozmawiać z siostrami, teściom z synowymi itp. Doszło do tego, że żona z mężem, ojciec z córką, syn z matką nie mogli siadać przy jednym stole, jeść z jednych półmisków. W pewnych okresach życia, w czasie menstruacji i ciąży mianowicie, uznano kobietę za istotę tak nieczystą, że dotknięcie jej sprowadzało klęski najsroższe, a nawet śmierć. U niektórych plemion barbarzyńskich do dnia dzisiejszego jeszcze nie wolno jej wtedy wejść na ścieżkę, po której stąpają mężczyźni, nie wolno przesunąć się pod pochyłym drzewem, bo runie, skoro podejdzie do niego osobnik płci męskiej; nie wolno krążyć po polach i łąkach ani być przy połowie ryb, bo zepsuje się plon; nie wolno podejść do studni, bo ulegnie woda zatruciu; nie wolno doić krów, bo przestaną dawać mleko; nie wolno gotować i sprzątać, nie wolno nawet myć się i kąpać. U Indian z okolic Quebecu zabrania się kobiecie ciężarnej wejść na próg izby, w której leży ktoś chory, sprowadzi bowiem natychmiastowy skon. Oręż, którego dotknie, staje się nieczysty. Naczynia, sprzęty, których używała w czasie połogu, bywają palone. Przesądy te nicią czerwoną snują się po przez wieki. Pada klątwa za klątwą, ryjąc ślady przeżytków, pod wpływem których pozostajemy do dnia dzisiejszego. U nas, jak u dzikich ludów, kto przed polowaniem albo przed połowem ryb spojrzy na kobietę ciężarną, temu nie uda się wyprawa. Nie wezmą do ust potrawy z rąk jej włościanie z pewnych okolic Bułgarii, Rosji, a nawet naszej Polski. Kobieta ma diabła w sobie. Żeby wypędzić go, poddawało się ją u niektórych plemion pierwotnych ścisłemu postowi przed zamążpójściem i nie pozwalano patrzeć w słońce. Zamknięta przez 40 dni dziewczyna podobna była raczej do trupa aniżeli do młodej oblubienicy w dzień ślubu. Wprowadzona przez patriarchat monogamia śmiercią karała cudzołóstwo żony, mąż jednak mógł kupować sobie ich tyle, na ile pozwalał mu majątek. Stopień po stopniu obniża się i upada godność kobiety, na Wschodzie zwłaszcza. Zamieniona w poddankę, żona *nie może posiadać* — na równi z niewolnikami — *żadnej własności*. Święte prawa indyjskie orzekły wyraźnie, że wszystko, cokolwiek kobieta lub niewolnik odziedziczy albo otrzyma w darze, należy nie do nich, lecz do pana ich. Od urodzenia aż do śmierci pozostawała kobieta w Indiach pod opieką mężczyzny: najpierw ojca, potem męża, którego imienia nie wolno jej było wymówić, bo to go poniżało. Jako wdowa szła za nieboszczykiem na stos. Zwyczaj palenia się żon trwał do niedawna jeszcze. W 1810 r. po śmierci jednego z książąt hinduskich spłonęło w ogniu aż 47 żon jego razem. Każda z nich ubrała się jak na najświetniejszą uroczystość: w suknie pąsowe, w kwiaty i drogie kamienie. Zbliżywszy się do stosu, kolejno odmawiały modlitwy, całowały zwłoki męża i z płomiennym zapamiętaniem rzucały się w paszczę ognistą. Celem i przeznaczeniem kobiet wschodnich było wydawanie na świat dzieci. W razie bezdzietności po ośmiu latach pożycia z mężem żona mogła być wydalona. U Izraelitów obowiązkiem męża było przybierać na miejsce bezdzietnej małżonki służebnicę i uznawać dzieci jej za prawe. Córki jednak nie miały znaczenia i nieraz ojciec, zawiedziony w nadziejach na syna, toporem odcinał głowę niemowlęciu płci żeńskiej. U Hebrajczyków kobieta, która zrodzi chłopca, uważana ma być za nieczystą przez dni siedem i potrzebuje 30 dni dla oczyszczenia się. Zrodziwszy dziewczynkę, pozostaje 14 dni w stanie nieczystym i powinna oczyszczać się przez dni 60. Księga praw Manu pozwala mężowi wydalić po upływie lat 10 żonę wydającą na świat tylko córki. W Atenach po narodzinach dziewczynki ojciec z niesmakiem kazał zawieszać nad drzwiami garść przędzy zamiast wieńców oliwkowych, którymi czczono przyjście na świat chłopca. W Sparcie na dziesięcioro dzieci porzucanych dla różnych powodów 7% stanowiły dziewczynki, których płeć uważana była za hańbiącą ułomność. W Indiach ojciec, kładąc na usta nowo narodzonego chłopca to, co ziemia ma najsłodszego i najcenniejszego: miód i złoto, głosem uroczystym nadawał mu najpodnioślejsze nazwy: dziecięcia obowiązku, Putry wybawiciela piekieł itp. Głuche milczenie towarzyszyło narodzinom dziewczynki. Przez całe wieki średnie, zwłaszcza w państwach feudalnych, przyjście na świat córki uchodziło za ciężką klęskę, a z przesądów tych nie otrząsnęliśmy się jeszcze do dnia dzisiejszego. Jak dalece lekceważono człowieczeństwo w kobiecie, dowodem tego jest prawo Mojżesza, orzekające, iż niewiasta, która przysięga, może nie dotrzymać słowa, jeżeli mąż lub ojciec tego żądają. Manu, prawodawca indyjski, każe kobietę na równi z szalonym trzymać na wodzy, karać biczem i wiązać powrozami, albowiem „nicość, wichry, śmierć, głębiny przepaści, ostrze brzytwy, trucizna, węże — nie są razem wzięte tak złe jak kobieta”. Koran uczy, że bramy raju dla kobiet na wieki są zamknięte. U Żydów nie wolno kobiecie do dnia dzisiejszego modlić się razem z mężczyznami. Salomon mówi: „Niewiasta gorsza jest niźli śmierć. Kto się Bogu podoba, ujdzie jej, ale kto grzeszny, będzie od niej pojman… Męża jednego prawego z tysiąca znalazłem, lecz niewiasty ze wszech nie znalazłem”. Chińczycy odmawiają jej duszy nieśmiertelnej, a przekonanie to długi czas kołatało się nawet i w Europie, bo jeszcze w V w. na soborze w Macon wszczęto spór na temat: czy kobieta ma duszę. Zgromadzenie najwyższych dostojników kościoła jednym głosem tylko przeważyło szalę wątpliwości na korzyść kobiety. Przyznano jej duszę, ale ani myślano przywrócić praw człowieka. W Europie niewiele lepiej działo się kobiecie aniżeli w Azji. Grecja starożytna Pandorze, symbolowi ciekawości kobiecej, każe ściągnąć na ludzkość grzech, klęski, cierpienia i jako dla istoty ułomnej żąda dla kobiety szeregu ograniczeń. Pod wolnym niebem Hellady istniało prawo, mocą którego ojciec mógł wydać córkę wbrew jej woli za mąż, a małżonek podarować żonę komu chciał, zamienić, bezdzietną usunąć zupełnie i zastąpić inną. W Lacedemonii istniał zwyczaj, mocą którego obcinano młodej małżonce włosy po samą skórę z chwilą wejścia pod dach męża, ubierano ją po męsku na znak podporządkowania mężczyźnie i zamykano w ciemnym pokoju, aby wiedziała, iż odtąd świat ze wszystkimi swymi pokusami zniknął dla niej. Ze Wschodu szła pogarda dla kobiet i upatrywanie w nich ułomności. Demostenes, zwróciwszy się kiedyś do Greczynek publicznie, zawołał: „Otrzyjcie łzy, stłumcie boleść waszą i okażcie cokolwiek mocy duszy, i dodajcie choćby jedną cnotę do wszystkich wad, jakimi was obdarzyła natura”. Opowiadał on o bogatych Grekach, że żenią się, by „mieć dzieci prawowite, wierną strażniczkę domu i niewolnicę dla usługi, heterę, płatną kochankę, dla miłości”. Mężczyzna, człowiek wolny w starożytnej Helladzie, uważał sobie za hańbę zajęcia koło domu. Wszystkie obowiązki spełniać musiała żona wraz z niewolnikami, ginąć w tłumie ich. Cóż dziwnego zatem, że Platon, filozof, dziękując bogom za osiem dobrodziejstw, którymi go obdarzyli, za jedno z nich uważał to, że urodził się mężczyzną, a nie kobietą? (Podobne dziękczynienie zawarte jest i w modlitwie żydów, którzy wołają: „Bądź pochwalony, Boże, Panie nasz i całego świata, któryś mnie nie uczynił kobietą!”.) Przyjaciółką, powiernicą, towarzyszką uczt, zabaw i życia umysłowego mężczyzny w Grecji była hetera, płatna kochanka, która mogła rozporządzać sobą dowolnie, nieskrępowana więzami opinii i reguł życia rodzinnego. Karierę swoją zaczynała najczęściej od służby w świątyniach bogiń miłości, zdobywając później najzupełniejszą swobodę. Gdy żony dostojnych obywateli greckich więdły w ciasnych gineceach, kochanki ich strojne, wspaniałe, obnoszone w lektykach po mieście, piły wszystkie rozkosze życia. Ujarzmiając mężczyzn czarem wdzięków i wykołysanego w bujnej niezależności umysłu, skupiając dokoła siebie zastępy najwybitniejszych poetów, filozofów i mędrców, wywoływały hetery — przez kontrast warunków bytu swojego — tym większe poniżenie kobiet zamężnych. Ślubne małżonki były złem, tolerowanym z konieczności, tak że Platon w imieniu mężczyzn mógł śmiało powiedzieć: „Nie jesteśmy z natury skłonni do małżeństwa; potrzebne są prawa, zniewalające nas do tego”. Kapłanka rodzinnego ogniska, zepchnięta na stanowisko najpodrzędniejszej służebnicy, przed którą zamurowano drzwi i przedsionki świątyń domowych, żeby nie zapragnęła wyjść poza nie, uwierzyła, że dolą jej… klątwa samowyrzeczeń.
|
waligora-tom-i.txt
ADDED
|
The diff for this file is too large to render.
See raw diff
|
|
|
waligora-tom-ii.txt
ADDED
|
The diff for this file is too large to render.
See raw diff
|
|
|
waligora-tom-iii.txt
ADDED
|
The diff for this file is too large to render.
See raw diff
|
|
|
walka-o-jezyk-polski-w-czasach-odrodzenia.txt
ADDED
|
@@ -0,0 +1 @@
|
|
|
|
|
|
|
| 1 |
+
Kazimierz Morawski Walka o język polski w czasach Odrodzenia ISBN 978-83-288-2515-4 Omawiając przedmiot niniejszy, miałem świadomość, że pewne jego szczegóły zasługują na głębsze zbadanie i przedstawienie. — Ja zamierzyłem w tym szkicu zebrać w pewną całość znane, lecz rozproszone po rozmaitych miejscach wiadomości, a przydać im nieco nowych i niewyzyskanych. Prace dawniejsze, szczególnie studja znakomite prof. Al. Brücknera, były mi w tem wielką pomocą, a prof. Stan. Kot udzielił mi kilku cennych wskazówek. W przeświadczeniu, że rozprawa moja przyda się może następnym badaczom i do szczegółowych studjów ich nakłoni, przedkładam ją czytelnikowi. Kraków, w styczniu 1923. K. M. 1 Na Zachodzie budzą się odrębne literatury narodowe w epoce od jedenastego do trzynastego wieku. Ale obok tego pozostaje w piśmiennictwie w użyciu język łaciński; literatura przybrana w jego szatę rozwija się dalej i jest przez całe średniowiecze niejako dalszym ciągiem rzymskiego piśmiennictwa. Język łaciński ma nawet stanowisko uprzywilejowane przeważnie. Jest on mową nauki, dzierży osobne dziedziny, do których linguae vulgares nie śmiałyby się wdzierać. Wszakże Kościół używa jej wyłącznie, również prawo i dyplomacja. Łacina posiadła także między innemi bogatą dziedzinę średniowiecznego dziejopisarstwa. Pod tchnieniem potężnem wojen krzyżowych zjawiają się wprawdzie pewne pod tym względem wyłomy; Villehardouin w dwunastym wieku, Joinville w trzynastym — piszą swe kroniki i pamiętniki po francusku; bo naród, który krucjaty wywołał, doszedł najpierw do poczucia swego znaczenia i do świadomości swych praw odrębnych. We Włoszech tymczasem historjografja w narodowym języku zakwita dopiero w szesnastem stuleciu. — Gdybyśmy według rodzajów literatury zechcieli rozgraniczać zakresy łacińskiego i narodowych języków na Zachodzie, moglibyśmy ogólnie powiedzieć, że nowe, pospolite języki służyły poezji i wywołały ten bujny dosyć rozkwit heroicznych opowiadań i dydaktycznych poematów średniowiecza, wreszcie lirykę Minnesängerów; łacina tymczasem utwierdziła się w prozie. Uchodził język rzymski za dostojniejszy, donioślejszy; kiedysię tedy chciało tworzyć dla kół wybranych i szerokiego świata, urbi et orbi, dawano pierwszeństwo łacinie; choćby zaś ona daleko była odbiegła od poprawności Cycerońskiej, niemniej wydawała się zawsze odpowiedniejszym wyrazem dla wysokich myśli i zadań. Dlatego też przemowy kościelne wygłaszano w narodowych językach, ale ogłaszano następnie po łacinie, skoro im chciano zapewnić trwalsze, literackie znaczenie. Sam Dante, przystępując do swego wielkiego poematu o zaświatach, zaczął go pisać w heksametrach łacińskich: Ultima regna canam i t. d., ale zaraz w progu poematu zerwał jednak te pęta. Silne indywidualne natchnienie nie zniosłoby wędzideł obcego języka, i musiało szukać ujścia i znaleźć je w przyrodzonym, swoistym. Dante też stoi na czele szermierzy, którzy wywalczyli prawa mów narodowych, vulgaria eloquia. Za nim poszli w czternastym wieku Petrarka i Boccaccio w pewnej i udatniejszej części swych utworów. — Było to czemś nowem, niezwykłem. Giovanni di Virgilio napominał przeto Dantego, aby nie rzucał pereł przed wieprze, t. j. aby łaciną nadal odgradzał siebie i swoje natchnienia od pospólstwa. A wczesny humanista Poggio Bracciolini ubolewał jeszcze w piętnastym wieku nad obłędem Dantego, Petrarki i Boccaccia. Wyraźnie w czasach bujnego humanizmu czar i przewaga języka łacińskiego bardziej się wzmogły; przyczem nadmienić warto, że i Petrarka i Boccaccio przywiązywali do swych łacińskich utworów większą daleko wagę, niż do „odpadków” swej narodowej Muzy. Toć Petrarka spodziewał się głównie nieśmiertelności po swym górnym, lecz nieindywidualnym poemacie Africa. Tem mniej więc dziwić się możemy sądom i ocenom humanistów późniejszych. Kiedy oni doprowadzili formę do doskonałości i ubóstwienia, poświęcając przy tem niekiedy treść, która bywała nikłą lub nieoryginalną, spoglądano równocześnie z lekceważeniem na płody „tuskijskich” czy francuskich natchnień. Zdrowy jednak pęd i odruch rodzimy zwyciężyć musiał wkońcu nad sztucznem zboczeniem. We Francji Plejada i Ronsard upomnieli się o prawa ojczystego języka, we Włoszech szesnastego wieku Ariosto i Tasso stwierdzili czynem, że mieli coś do powiedzenia, i zdołali to wypowiedzieć w ojczystej mowie. Ale walka była długa i uprzedzenia na korzyść łaciny prysnęły nie prędko. Częstokroć się zdarzało, iż autorzy szesnastego wieku, ogłosiwszy utwór narodowy, tłumaczyli go potem na łacinę dla większego rozgłosu, lub wyręczali się w tej pracy piórem współczesnych wielbicieli. Losu takiego doznały n. p. utwory Jodelle’a we Francji, a u nas Kochanowski, Orzechowski i wielu innych postępowało podobnie. Kiedy zaś — już w siedemnastym wieku — wielka gmina Jansenistów chciała zapewnić większy wpływ i doniosłość dziełu Pascala: Lettres provinciales, postarano się o przekład jego na łacinę. Jest to spóźniony objaw dawnych, niezamarłych jeszcze pojęć i kierunków.
|
wallace-splacony-dlug.txt
ADDED
|
The diff for this file is too large to render.
See raw diff
|
|
|
wanka.txt
ADDED
|
@@ -0,0 +1 @@
|
|
|
|
|
|
|
| 1 |
+
Anton Czechow Wańka tłum. A. W. ISBN 978-83-288-2186-6 Wańka Żuków, oddany przed trzema miesiącami do terminu do szewca Alochina, w wigilię Bożego Narodzenia nie kładł się spać. Doczekawszy czasu, kiedy majster i czeladnicy poszli na pasterkę, wydobył z majstrowej szafy flaszeczkę z atramentem, pióro z zardzewiałą stalówką i, położywszy przed sobą pomięty arkusz papieru, zaczął pisać. Zanim nakreślił pierwszą literę, obejrzał się kilka razy trwożliwie na drzwi i okno, zerknął na pociemniały święty obraz, od którego w obie strony wzdłuż ścian ciągnęły się półki z kopytami, i westchnął przeciągle. Papier leżał na ławce, chłopiec zaś sam klęczał przed nią. „Miły dziaduniu, Konstanty Makaryczu! — pisał. — Piszę do ciebie list. Ślę ci życzenia z okazji świąt Bożego Narodzenia wszystkiego najlepszego od Pana Boga. Nie mam ani ojca, ani matuli, tylko ty jeden mi zostałeś.” Wańka skierował wzrok na ciemne okno, w którym migotało odbicie jego świeczki, i jak żywy stanął mu przed oczyma dziadek, Konstanty Makarycz, który służył za nocnego stróża u państwa Żywarowych. Jest to drobny, chuderlawy, ale niezwykle żywy i ruchliwy staruszek lat sześćdziesięciu pięciu, z wiecznie uśmiechniętym i pijanym wzrokiem. Za nim, łeb opuściwszy, stąpa stara suka „Kasztanka” i pies „Piskorz”, nazwany tak z powodu czarnej sierści i długiego, jak u łasicy, ciała. Ten „Piskorz”, uniżony i łagodny, jednakowo uprzejmie patrzy na swoich i na obcych, ale nie cieszy się zaufaniem. Pod tą uniżonością i pokorą kryje się jezuicka przewrotność w najwyższym stopniu. Nikt lepiej od niego nie potrafi podkraść się i capnąć za nogę, wleźć do lodowni albo ukraść chłopu kurę. Już niejednokrotnie podbijano mu tylne nogi, dwa razy go wieszano, co tydzień bito go prawie na śmierć, ale za każdym razem przychodził do siebie. Teraz dziadek na pewno stoi przed bramą, mruży oczy na jaskrawoczerwone okna cerkwi i przytupując wojłokowymi butami, gawędzi z czeladzią. Kołatka wisi mu u pasa. Klaszcze w ręce, zżyma się na chłód, starczo chichocze, szczypie to pokojówkę, to kucharkę. — Tabaczki sobie zażyjemy, co? — mówi, podstawiając babom swoją tabakierkę. Baby zażywają i kichają. Dziad wpada w niezwykły zachwyt, zanosi się od wesołego śmiechu i krzyczy: — Odrywaj, przymarzło! Dają powąchać tabaki psom. „Kasztanka” kicha, kręci mordą i obrażona, odchodzi. „Piskorz” przez szacunek nie kicha, lecz kręci ogonem. Pogoda zaś jest cudowna. Powietrze spokojne, przezroczyste, mroźne. Noc ciemna, ale widać dobrze całą wieś, jej białe dachy i smugi dymu unoszące się z kominów, drzewa posrebrzone szronem, grudy śniegu. Całe niebo zasiane wesoło migoczącymi gwiazdami, a drogę mleczną widać tak wyraźnie, jakby ją umyto na święta i wytarto śniegiem. Wańka westchnął, umoczył pióro i pisał dalej: „…A wczoraj dostałem smarowanie. Majster wywlókł mnie za włosy na dwór i wysmarował pocięglem za to, że kołysząc dziecko, niechcący zasnąłem. W tygodniu majstrowa kazała mi oprawić śledzia, a gdy zacząłem od ogona, to wzięła główkę śledzia i tkała mi ją do gęby. Czeladnicy się ze mnie śmieją, posyłają do szynku po wódkę i każą kraść majstrowej ogórki. A majster bije, czym się zdarzy. I karmią tu okropnie. Rano dają chleba, na obiad — kaszy, a wieczorem — też chleb, a żeby herbaty albo kapuśniaku, to gospodarze sami żłopią. Spać — to mi każą w sieni, a kiedy ich dzieciak płacze, to wcale nie śpię, tylko muszę go kołysać. Drogi dziaduniu, na miłość Boską, weź mnie stąd na wieś, bo już wcale nie mogę. Kłaniam się do nóg i będę wiecznie Boga prosił, zabierz mnie stąd, bo zamrę…” Wańka wykrzywił usta, potarł oczy czarną piąstką i zaczął łkać. „…Ja ci będę tytoń rozcierał — pisał dalej — do Boga będę się modlił, a gdy ci się co nie spodoba, to bij mnie, jak psa. A jeżeli myślisz, że dla mnie miejsca nie ma, to ja poproszę rządcę, żeby mnie wziął do czyszczenia butów albo zamiast Fiedźki, będę pastuszkiem. Dziaduniu drogi, nie ma tutaj innego wyjścia, tylko śmierć. Chciałbym pieszo uciec na wieś, ale butów nie mam, boję się mrozu. A jak wyrosnę duży, to za to będę cię żywił i nikomu nie dam cię skrzywdzić. A jak umrzesz, będę się modlił za spokój twojej duszy, wszystko jedno, jak za mamę Pelagię. A Moskwa — miasto duże. Wszystkie domy pańskie i koni dużo, a owiec nie ma i psy nie są złe. A z kolędą tu nikt nie chodzi i na chór nikogo nie puszczają śpiewać, a raz w sklepie widziałem, że sprzedają haczyki razem z nitką i na wszelką rybę, bardzo dobre, nawet taki jest jeden haczyk, co pudowego suma utrzyma. I widziałem takie sklepy, co w nich strzelby sprzedają wszelakie w rodzaju takiej, jak ma nasz pan, tak, że może ze sto rubli kosztuje jedna. A w sklepach mięsnych i cietrzewie są, i jarząbki, i zające, ale kupcy tego nie powiedzą, gdzie na nie polują. Drogi dziaduniu, a kiedy u państwa będzie choinka z podarunkami, to weź dla mnie złocony orzech i schowaj go do zielonej skrzynki. Poproś panienkę Olgę, powiedz, że dla Wańki.” Wańka konwulsyjnie westchnął i znowu utkwił wzrok w oknie. Przypomniał sobie, że zwykle po choinkę dla państwa chadzał do lasu dziadek i brał ze sobą wnuka. Wesołe były czasy! Zwykle przed ścięciem choiny dziadek wypalał fajkę, długo zażywał tabakę i szydził sobie z przeziębłego Wańki… Młode jodły, otulone szronem, stoją nieruchomie i oczekują, która z nich ma umrzeć… Nagle, ni stąd, ni zowąd, mknie zając po śnieżnych grudach. Dziadek nie może się powstrzymać, by nie krzyknąć: — Łapaj, łapaj… łapaj… ach, diabeł kusy! Ściętą choinkę dziad ciągnął do dworu, a tam zaczynali ją ozdabiać… Najwięcej krzątała się panienka Olga, ulubienica Wańki. Za życia jego matki Pelagii, która służyła u państwa za pokojówkę, Olga dawała Wańce karmelki i nie mając co robić, nauczyła go czytać, pisać i liczyć do stu i nawet tańczyć kadryla. Po śmierci zaś Pelagii, sierotę Wańkę wyprawiono do kuchni czeladnej, do dziadka, a z kuchni — do Moskwy, do szewca Alochina… „…Przyjeżdżaj, miły dziaduniu” — pisał dalej Wańka. — Błagam cię na Pana Jezusa, weź mnie stąd. Zlituj się nade mną, sierotą nieszczęśliwym, bo tu mnie wszyscy biją i jeść mi się strasznie chce, a nudno tak, że wypowiedzieć nie umiem, ciągle tylko płaczę. A niedawno majster kopytem mnie po głowie uderzył tak, że upadłem i ledwom wstał… A jeszcze kłaniam się Alenie, ślepemu Jegorce i furmanowi, a harmonii mojej nikomu nie dawaj. Zostaję twój wnuk Iwan Żuków, miły dziaduniu, przyjeżdżaj.” Wańka złożył we czworo zapisany arkusz i włożył go do koperty, kupionej wczoraj za kopiejkę. Pomyślawszy trochę, umoczył pióro i napisał adres: Na wieś do dziadunia Potem podrapał się w głowę i dodał: „Konstantemu Makaryczowi”. Zadowolony, że mu nikt nie przeszkodził w pisaniu, włożył czapkę i nie narzucając na siebie kożuszka, w koszulinie tylko wybiegł na ulicę… Subiekci ze sklepu mięsnego, których rozpytywał poprzedniego dnia, powiedzieli mu, że listy wrzuca się do skrzynek pocztowych, a ze skrzynek zostają rozwożone po całym kraju na trójkach pocztowych z pijanymi woźnicami i dźwięcznymi dzwonkami. Wańka dobiegł do pierwszej skrzynki pocztowej i wsunął cenny list do otworu. Ukołysany słodkimi nadziejami w godzinę później, spał mocno. Śnił mu się piec. Na piecu siedzi dziadek ze spuszczonymi bosymi nogami i czyta list kucharkom. Koło pieca chodzi „Piskorz” i kręci ogonem…
|
warszawianka-1831.txt
ADDED
|
@@ -0,0 +1 @@
|
|
|
|
|
|
|
| 1 |
+
Casimir Delavigne Warszawianka 1831 tłum. Karol Sienkiewicz Oto dziś dzień krwi i chwały, Oby dniem wskrzeszenia był! W gwiazdę Polski orzeł biały Patrząc lot swój w niebo wzbił. A nadzieją podniecany, Woła do nas z górnych stron: Powstań Polsko, skrusz kajdany, Dziś twój tryumf albo zgon. Hej, kto Polak na bagnety! Żyj swobodo, Polsko żyj. Takim hasłem cnej podniety, Trąba nasza wrogom grzmij! «Na koń! — woła Kozak mściwy — Karać bunty polskich rot, Bez Bałkanów są ich niwy, Wszystko jeden zgniecie lot!» Stój! Za Bałkan pierś ta stanie, Car wasz marzy płonny łup, Z wrogów naszych nie zostanie Na tej ziemi, chyba trup. Hej, kto Polak… itd. Droga Polsko! dzieci twoje Dziś szczęśliwych doszły chwil, Od tych sławnych, gdy ich boje Wieńczył Kremlin, Tybr i Nil Lat dwadzieścia nasze męże Los po obcych grodach siał Dziś, o Matko, kto polęże Na twym łonie będzie spał. Hej, kto Polak… itd. Wstań Kościuszko! ugodź serca Co litością manić śmią Znałże litość ów morderca, Który Pragę zalał krwią. Niechaj krew tę krwią dziś spłaci, Niech nią zrosi grunt, zły gość. Laur męczeński naszej braci Bujniej będzie po niej rość Hej, kto Polak.. itd. Tocz, Polaku, bój zacięty, Ulec musi dumny car, Pokaż jemu pierścień święty, Nieulękłych Polek dar. Niech to godło ślubów drogich Wrogom naszym wróży grób, Niech krwią zlane w bojach srogich Nasz z wolnością świadczy ślub. Hej, kto Polak… itd. O, Francuzi! czyż bez ceny Rany nasze dla was są: Spod Marengo, Wagram, Jeny, Drezna, Lipska, Waterloo? Świat was zdradził, my dotrwali, Śmierć czy tryumf — my czy wy, Bracia! my wam krew dawali, Dziś wy dla nas nic — prócz łzy. Hej, kto Polak… itd. Wy przynajmniej, coście legli W obcych krajach za kraj swój Bracia nasi z grobów zbiegli Błogosławcie bratni bój. Lub zwyciężym — lub gotowi Z trupów naszych tamę wznieść By krok spóźnić olbrzymowi Co chce światu pęta nieść Hej, kto Polak… itd. Grzmijcie bębny, ryczcie działa, Dalej! dzieci w gęsty szyk, Wiedzie hufce wolność, chwała, Tryumf błyska w ostrzu pik. Leć, nasz Orle, w górnym pędzie, Sławie, Polsce, światu służ! Kto przeżyje, wolnym będzie; Kto umiera, wolnym już! Hej, kto Polak… itd.
|
warszawianka.txt
ADDED
|
@@ -0,0 +1 @@
|
|
|
|
|
|
|
| 1 |
+
Stanisław Wyspiański Warszawianka Pieśń z roku 1831 ISBN 978-83-288-2949-7 OSOBY * Maria * Anna * Chłopicki * Młody oficer * Stary wiarus * Chór Rzecz dzieje się w roku 1831, 25-ego lutego, w dniu trzecim bitwy pod Grochowem. DEKORACJA / Na przedmieściu; w dworku; na parterze. Salon obszerny. Styl cesarstwa. Sala jasna biała; ściany dzielone pilastrami wysokimi; czasem szczegół jaki zazłocony. W głębi dwa szerokie okna, ledwo pilastrami rozdzielone, tak bliskie siebie — zajmują całą prawie ścianę. Z prawej i lewej drzwi wysokie; nad drzwiami sczerniałe obrazy: portrety w strojach z roku l810. Między oknami, na wysokim postumencie: popiersie Cesarza Napoleona jako Augusta Imperatora, z opaską liści laurowych; popiersie marmurowe, białe. Posadzka ciemna, nieomal czarna. Stary garnitur mebli białych pierwszego cesarstwa; na oparciach krzeseł lutnie toczone w przeźroczach. Na środek sali wysunięty klawikord. Od stropu zwisa kinkiet brązowy. Spoza białych tiulowych firanek w oknach widać gościniec tuż popod oknami; w dali ogrody i miasto w śniegu i śnieg jak prószy. Poranek: blisko siódma. — Nieustanne dalekie huki strzałów armatnich, przyciszone, ledwo słyszalne, trwające przez cały czas sceny. Osób dużo: generałów, oficerów, obywateli w strojach z r. 1830: grupami chodzą i rozmawiają ożywienie półgłosem; wojskowych miny wyzywające: są starsi wysłużeni pod Napoleonem, są młodsi wolontariusze. Na przodzie, z lewej, stoi Chłopicki w ubraniu cywilnym, ciemnym, w zarzuconym i udrapowanym bardzo szerokim płaszczu siwym; ręce założone na piersiach, głowa zadarta do góry; w całej staturze sztywnej, dumnej, pogardliwej widać energię, siłę, moc, nieprzystępność. Stoi sam jeden zamyślony, zniecierpliwiony myślami… Na sali znajdują się; generał Jan Skrzynecki, generał Ludwik Michał hrabia Pac, generał Jan Nepomucen Umiński, Piotr Wysocki, Barzykowski, Kazimierz Małachowski, Rybiński, dwaj Niemojowscy, dwaj Mycielscy, Ledóchowscy, Wołowski, Błendowski, Borzewski, Zawisza, Plichta. Maria i Anna, dorosłe panny, córki pani domu, obiedwie ubrane biało; u sukien spódnice szerokie; rękawy baniaste sztywne, nisko od ramion; — tyłem do widza zwrócone, siedzą przy klawikordzie i grają, sposobiąc się do śpiewu. — Na sali głośna rozmowa, która w miarę gry ustępuje. / / — gdy się ucisza: / MARIA / do Anny / — — — — — — — — — — — — Odbiegł — mnie groza opadła i lęki; — siadał na koń — gdym właśnie ku oknu podeszła; — świt był szary — — snać dostrzegł sukienki mojej białej, bo zwrócił ku mnie głowę i rękę do piersi przycisnął; — razem z tymi był, którzy najpiersi odjeżdżali; wiedz, że sam generał znaczył mu posterunek; wyznał mi — to dowód niezwykłego uznania… ANNA Ale jakiż powód mógł zajść, bieżyć tak szybko od nas, gdy inni wszyscy są jeszcze tu razem. MARIA Chciałam, by się odznaczył. ANNA Twoim więc rozkazem?… MARIA Nie nazywaj rozkazem, czego pragnie dusza. Pragnę dlań Sławy; — lęk mnie przed Losem zejmuje, muzykę szczęścia oddala i zgłusza. Niepokój cienie swe nade mną snuje. — — — — — — — — — — — MŁODY OFICER / do Chłopickiego / . . . . . . . . Ja się kocham w młodszej, w blondynce tej, panie generale. CHŁOPICKI / nagle głowę zwraca ku pannom, mierzy je wzrokiem i wraca głową do dawnej pozycji / Starsza mi się podoba więcej, — to i ty rozkochany, a pewno rozkochanyś na śmierć; czemuż nie tamta —? Zazdrościłbym dumy, co jej rysuje czoło. MŁODY OFICER Jej narzeczony właśnie jest w naszym pułku i nawet blisko pana, generale. CHŁOPICKI …Oczywiście młody — skoro szlify czuje u ramion, tylko się kochać — któż to? ANNA / która posłyszała / Powiemy, aż się czym odznaczy. CHŁOPICKI Odznaczy się — niewątpliwie, że się odznaczy, bo za tym goni; — jedno, że ci młodzi romantyzują; oni poetyczni są — udzielne króle fantazji; każdy z nich gra wielką rolę komandorską; patrzę po czołach, wszędy samowolę bajrońską czytam: jako żołnierz w portfelu układa poemat własnego bohaterstwa; marszałkowskie laski rozchwytaliby może na usługach Francji; w Polsce nie będzie z nich nic, jako zwykle. — Tu potrzeba Cezara, tu wzajem się głuszą. MŁODY OFICER Ktoś nieugięty, jako Cromwell, Bonaparte, gdyby się nagle stał działania duszą… CHŁOPICKI To my Bonapartowscy — myśmy tu przynieśli orły napolijońskie, pochwytane w lot. Każdy z nas za Cyncynnata się ma, za źródło cnót; — myśląc, że gdy obejmie godność, którą sobie nałoży sam, zdziwi pół świata. PAC Naśmieszy pół świata. CHŁOPICKI Orły padają z bólu; gną, łamią się im skrzydeł loty, gdy je obsiadła zawiść stadem wronim a w orlich piersiach serca są bijące, zbyt czułe, wzajemnymi zdradami krwawiące. Rzuciłem już raz bułat, bo rózgi liktorskie za moją togą siekły zbyt powolnie; — widziałem, że nie zdzierżę, królów takie tłumy znajdując co dzień. SKRZYNECKI Wydałeś sąd dumy; że nikt prócz ciebie dziełu nie podoła. CHŁOPICKI Niechaj kolejno rosną dyktatory; — patrz po sali, jak nasi statyści się puszą; co jeno który cień idei schwyci, kruszynę inszej, niż myśl Chłopickiego, już tworzy książkę — kreśli pamiętniki; Wzrasta wolumen, traitement polityki, polowych działań, taktyka, brawura, jaką kiedy w boju stosować należało; po szkodzie, jako zawsze, będzie można rozmyślać nad nią w czas pokoju. Już widzę: jak się księgą błędów przyszłość pieści, gdy zasiędzie spłakana czytać, zdarta z cześci; po wojnie — jutro. SKRZYNECKI Generał nas satyrą mierzy, godząc trafniej, niż dyktatorską dłonią w myśl spraw narodowych. CHŁOPICKI Satyrą trafnie kłuty, sok trucizn surowych wszczepiłem sobie w krew i krew się burzy. SKRZYNECKI Znam ją z dawna — niech jeno dłoń krajowi służy. MARIA i ANNA / grają i śpiewają / «Oto dziś dzień krwi i chwały, oby dniem wskrzeszenia był; w gwiazdę Polski orzeł biały patrząc, lot swój w niebo wzbił a nadzieją podniecany, woła na nas ze wszech stron: powstań, Polsko………» / Ogólne poruszenie; przerywają wołaniami, nucą półgłosem; śpiew panien ginie w zamieszaniu wykrzyków; po chwili znów słychać: / MARIA i ANNA / śpiewają / «powstań Polsko, skrusz kajdany, dziś twój tryumf, albo zgon.» — — — — — — — CHŁOPICKI / wśród ogólnej rozmowy / Otóż to, otóż to: zgon! wtedy, gdy trzeba, żeby Mars w pełnej zbroi gnał przez pola. Tu jest ukryty miazm rozstroju i rozkładu w malowniczości zgonu. To poemat dla romantycznych głów: kryjcież im czoła w czarne pióropusze i dajcież im kir na ubiory; niech się stroją, wojowniki romansów… «Los mój mnie woła — otom gotów — zginę; za czym w nieśmiertelności po wieki zasłynę…» Cesarz bił brawo Talmie i ja biłem brawo. Teraz z parkietu zszedłem do tragedii, otoczon sztabem tych, którzy się grobom ślubują… Maryjo!! myśmy szli wśród gradu kul, przez deszcz kul, pod górę, pędem a droga, jak skała wyschła od słońca, kurzawę nam sypie w oczy i mgłą piasku obrzuca a myśmy na wierch sam w galopie dopadli — tam! tam! skał to był wierch przepaścisty… Żadnemu nie ocieniła czoła myśl o zgonie. Siła wojny, duch wojny, dzierżący sto grotów, przemocą szedł z nami; za nami W dął nieprzeparty wichrowy huragan potęg zwycięskich i krzyczał: Victoria!!! Słońce nas swojem promieniem porwało do wyżyn Sławy. Tak, byliśmy: chłopy, pierwsi żołnierze sławni Europy. Postrach szedł przed nami na mil tysiąc i miast tysiącznych otwierał zawory; a gdzie był opór, był mieczem Chrobrego cięt i upadał w gruz. Ha, mógłbym przysiądz, że wielki polski Duch stał się widomy. Z wyżyn huczały nam armatnie gromy, jako wulkany w skrach, w ogniach i dymie. Było nam wtedy Zwycięstwo na imię i tylko takie zaznaliśmy hasła… A dziś… wy chcecie zgonu. — Więc zagasła Marsowa gwiazda: — wy młodzi, wy młodzi, wy się stroicie w szlify, w pióropusze a zagrobowy laur wabi wam duszę. Czoła tak dumne, wyniosłe, senackie — serc czystość, nieprzystępne pychy lackie mundurami spowite, zatknięte na szpadzie. — Skąd ta żałość, skąd niemoc, skąd śmierci żądanie? — Jakiż się smutku cień nad wami kładzie? — Wasze śpiewy, rozmowy — ukazują groby. Sztandary otulacie szarfami żałoby. Wy rycerze, z rozkoszą goniący w podziemie. — Wam tak śpieszno, wzywająż was duchy z Erebów; Już to w nocy wieczystej wam miło utonąć — uroczystych spragnieni pogrzebów —? Już się wasze wołanie spełniło? SKRZYNECKI Wielka tajemnic chusta rozwieszona ponad Olszyną, a główny generał, jakby ze śmiercią przymierze zawierał, żołnierzom pewny zgon rozgłasza wokół. CHŁOPICKI I toż wojownik jest, rycerz a sokół, orzeł, Zewsowy ptak, żołnierz hartowny, jeśli sercowych żalów łzą chce być wymowny i myślą goni za snu marą zwodną i we śmierć wierzy. SKRZYNECKI Źle działa na ludzi. Żymirski jakiś pęd śmiertelny budzi. CHŁOPICKI Jak i ten młody — a śliczny a strojny; w oczach mu błękit się palił, jak niebo, gdy się zwierciedli pod wileńskim zamkiem w rzece, a rzeką płynie czar upojny. — — Jak on się gwałtownie dopominał i dopraszał; widać chciał tego grobu ze Żymirskim razem. — Przyzwoliłem, chciał lecieć tam, wytrwał w uporze. Odchodził, mogłem wstrzymać go jednym wyrazem; patrzyłem w jego oczy, twarz, wyraz, postawę i kamieniałem w ruchu — szedł za Sprawę — tam szedł, gdzieś dalej, niżeli te szańce, w Sen, we wieczność, w rabatach polskiego żołnierza — już widzę, jako wzdęła się mogiła świeża. I łzy w oczach, łzy w oczach, łez perłowe sznury na mundurze; zachwytu łzy czy melancholii —? Ha! gdyby cesarz dostrzegł: żołnierz płacze! — — — — — — — — — — — Nie powróci, nie wróci, «Amen» napisano miał na czole, na sercu, głęboko; — dziś rano będziem natychmiast wiedzieć. Znam, jacy są gracze. Niewątpliwie w raporcie przekaże mi swoją ostatnią prośbę: — wstążka czy pamiątka, że narzeczonej jego zwrócić muszę. SKRZYNECKI Rekonesansu nie ma do tej chwili. CHŁOPICKI Czekam i kroku stąd wprzódy nie ruszę; to ważny moment w walce, ta pozycja; to punkt zwrotny. SKRZYNECKI Tam oni biją się za wolno. CHŁOPICKI A trzeba właśnie tam, by tęgo bili. Z dawnaś powinien mieć buławę polną; — niedołęgi, co twego talentu nie znają. SKRZYNECKI Wróżbici są — przeczucia zwodzą złe potęgą wizji; nie ostoją się długo, krzyż nad nimi kreślę. CHŁOPICKI Bierz ich czart; zbyt się długo trzymali ku szkodzie. Niechby raz ich porwała w uścisk Śmierć przemożna. SKRZYNECKI Pozycji raz oddanej odbierać nie można, ani komu innemu powierzyć dywizji. CHŁOPICKI Tak, to najpierwsza zasada karności. SKRZYNECKI Żymirski od dni kilku przedziwnie zmieniony, każdego swoich przeczuć czynił spowiednikiem. Żołnierzom stawiał widma przed oczy ogromne; mówił o walkach dusz nad bojowiskiem, gdzie jest wszechwładna Śmierć… CHŁOPICKI Cagliostro, wróżby —? Wojak! powinny jemu być wichry za drużby. Sen takiej bitwy, Sen wielkiego boju kołysze duszę mą — …z daleka słyszę: wielki bój — ducha mego czarodziej kołysze — lat tyle… MŁODY OFICER / w rozmowie z Anną / …Na kwaterach część została w mieście, a my tu w pogotowiu. ANNA / w rozmowie z młodym oficerem / Zatem wciąż jesteście w połączeniu z Olszynką. MŁODY OFICER Co chwila ktoś cwałem dobiega do nas lub od nas powraca, jak rekonesans — a przyniósłszy raport, stawa przed nami tu, przed generałem. Być może, że właśnie Józef… CHŁOPICKI / który posłyszał / Otóż to imię mego bohatera. MŁODY OFICER Nazwiska panie są ciekawe, ANNA Że tak bezwzględnie szedł po żywą Sławę. CHŁOPICKI Młodym się główkom Sława ulubiona śni; — bohaterom brałyby serduszka, ja nazwisko przemilczę, bo by posmutnieli krewni, co są może obecni w tym salonie — / Do Marii / Jak słyszę, jak miarkuję, panna narzeczona? / Maria wstaje i kłania się, dygając poważnie. / A młodzieniec wasz pewno jest dla was jak heros śpiewów Homera. ANNA Herosa dobrze znasz pan, generale; jeden z najbliższych, jeno nieobecny. CHŁOPICKI Wśród moich adiutantów? — Przy mnie? Wszyscy są ze mną, okrom — niepodobna — Jego nazwisko? ANNA / żartobliwie / A kto teraz ciekawy? — Pytanie powraca. MARIA Niepokój wraca — siostro… Więc pan, generale, nie daje wiary temu, co się w serce wkrada tajemnie, półświadomie (jakaś ćma żałobna), że uśmiech i pogodność z twarzy nam opada. CHŁOPICKI A co? panienko godna, kestioner nie lada jest serce, które kocha. MARIA Źle, że się w sercu moim lęk panoszy i w usta mi kamienne słowa tłoczy. Mojej się duszy sen złoty pustoszy. CHŁOPICKI Niechaj no panna chwilę popatrzy mi w oczy. Szkoda, że źrenic ognie jakby łez mgła mroczy. Ten włosów zaplot, głowy uczesanie wysokie, rysy ostre, namiętne i dumne, postawa smukła, gęsta, zachowanie, niski tembr głosu… (brzęk o srebrną trumnę —) — niezwyczajnie równają się dla mnie z obrazem, gdym w Fontenaibleaux, w parku, z Kniaziewiczem razem, Józefinę, cesarza żonę ujrzał — ach rumieńce!? — — No, nie dla rumieńca, mówiłem, panienko, jak wam ładnie; wcale się nie winię, żem twarz bladą okrasił ponurej Korynie; — Imperatorowa w dziwnej zamyśleń ponurych rozterce twarz chętna smutków obłóczyła chmurą, skwapliwie chłonąc, co żal w serce wiodło: zwoływała nieszczęście drugim. — — — Komuż to panienka źle wróży — —? MARIA Moje trwogi zna dotąd tylko moje serce; niech w mym sercu zostaną dla mnie; bodaj tylko mnie samej. / Osuwa się ku siostrze na krzesło, powoli siadając; grupują się wkoło niej inne osoby. / CHŁOPICKI / patrząc na nią chwilę, po czym wołając / Do mnie dyżurny! MŁODY OFICER / salutując / Słucham, do rozkazu… CHŁOPICKI / pół pewno / Rekonesans powrócił? — Idź patrz — MŁODY OFICER Żołnierz idzie. CHŁOPICKI Sam jeden szeregowiec? MŁODY OFICER Tak — sam szeregowiec. Mamże mu wyjść naprzeciw, odebrać raporty? CHŁOPICKI Zostań — przecz jestem snać śmiertelny łowiec: Nieszczęście szybciej biegło niż myśl moja. MARIA / przyszedłszy do siebie i śledząc Chłopickiego, do Anny / On myślą snać połączył te tajemne znaki którymi moje serce drga. — ANNA Siostro, on taki jest zawsze zagadkowy; to milczy do razu: (piorun wstrzymany w biegu, jak sfinks kuty z głazu;) raz znów do twarzy zbiegną się płomienie. Jakieś z myślami swymi stacza wojny; te walki tylko jego zna sumienie. MARIA Siostro, nie… Stało się, widzę to, przed czym się trwożę. Myśl, co na jego czole tej chwili się pisze, jest tworem Lęku, Grozy; Harpia się kołysze. Ktoś okrutny, bezwzględny. Myśl ta sama we mnie mieszka od rana, …nurtując tajemnie. ANNA Co ty chcesz mówić —?! MARIA / wstając / Panie generale… ANNA Mario! MARIA / badawczo patrzy, drżąca / …Pan chciałeś znać jego nazwisko — mego narzeczonego. — Mój narzeczony: Józef Rudzki. CHŁOPICKI / gdy usłyszał, nagle, krótko / Boże! ANNA Maryniu!… MARIA / wstając / Siostro! Imię Boże złączył z jego imieniem. / Grupują się koło nich inne osoby i przesłaniają je przez chwilę. / CHŁOPICKI Gdzie żołnierz? — wysłaniec?! MŁODY OFICER Wysłaniec Żymirskiego!? CHŁOPICKI Raport! MŁODY OFICER To się znaczy? CHŁOPICKI / cicho, z trwogą / Posterunek stracony, przestał istnieć szaniec; niedołężnej komendy ofiara przeklęta. Która godzina? MŁODY OFICER Siódma. CHŁOPICKI Przewidziałem, że do tej pory w pień będzie wycięta dywizja. — W pół godziny o tym wieść, bom żądał. MŁODY OFICER Właśnie wchodzi w dziedziniec… CHŁOPICKI / nie obracając się; widząc, jakby wyobraźnią / Tak, jakbym poglądał: Sam jeden szeregowiec — —? MŁODY OFICER Tak… CHŁOPICKI Nie mój. MŁODY OFICER Już wchodzi. CHŁOPICKI Zatrzymać go trza było — daj znak, niech nie mówi! MŁODY OFICER Za późno. On ze starych, sam ze się odgadnie; sam przemilczy; zatrzymać nie można, spostrzegą. CHŁOPICKI Kobiety na nas patrzą. — / gdy się uwaga ku niemu zwraca — on do całego towarzystwa — / Tu sprawy wojskowe. Proszę, śpiewajcie panie. Jakieś śpiewy nowe? PANI DOMU Nowy śpiew, co się zbudził na wieść o powstaniu. Pan Delavigne, zapalny francuski poeta, skomponował strof kilka. CHŁOPICKI Francuz dał pomysły. PANI DOMU / prezentując literata / Nasz rymopis, co w polski rytm je ujął ścisły, mniej dźwięczny, ale bliższy naszemu kochaniu. LITERAT Tłumaczyłem francuski zapał w polską mowę, póki jeszcze goreją zapały chwilowe; choć Francuz dał pomysły — z daleka się patrzy; nie zgadłby, że pieśń bólem gra. MARIA / od chwili wstała była raptownie; oczu nie odrywa od Chłopickiego / Wraz stał się bladszy. CHŁOPICKI / czując jej wzrok: stoi nieruchomo, nieco odwrócony / Trzebaż więc było, bym tę spotkał dzisiaj, w której serce zmierzony cios najsilniej godzi! cios, który sam jej bezwiednie zadałem. Czemuż tak szybko, tak lekko zbywałem jej amanta, a dzisiaj poznaję ją samą, tę, która śpiewa chwałę, dumę naszą ustami, co niedługo przeklinać mnie będą; — O Śmierci! jak skwapliwie grabisz nam kwiat młodzi. ANNA / równocześnie gra muzykę refrenu / LITERAT / zbliża się do klawikordu, opiera się z pozą, daje takty. / / Rozmowa ogólna. / CHÓR «Hej, kto Polak, na bagnety! Żyj swobodo, Polsko żyj! Takiem hasłem cnej podniety trąbo nasza wrogom grzmij!» / W czasie śpiewu wchodzi żołnierz, stary wiarus, prosty szeregowiec z dywizji generała Żymirskiego, wchodzi zbłocony, schlapany, oprószony śniegiem; — rozstępują się; …on staje w odstępie dwu kroków od generała, salutuje… Chłopicki nie patrząc wyciąga rękę; żołnierz podaje mu pismo; Chłopicki czyta w milczeniu i oddaje młodemu oficerowi, który pismo chowa w zanadrze. — Na klawikordzie grają teraz: melodię pieśni. Chłopicki czując, że żołnierz jeszcze wciąż stoi, odwraca głowę; …żołnierz podaje mu zwitek, pakiecik maleńki, wstążeczkę — Chłopicki odbiera szybko i w dłoni chowa. — Żołnierz w milczeniu salutuje i odchodzi. / MARIA / równocześnie, śledząc ruchy generała / Blednie — marszczy się — zwitek — żołnierz, jak być miało, przynosi raport tylko… i to, co się stało — już — jakże straszny smutek w oczach niesie… to ten pułk, gdzie on był; mundur, co on miał… Miał…? Co ja myślę — to plamy, zbroczony — Ale zwitek różowy — wstążka była biała. Boże — jest! — ja okrutna, cóżem pomyślała —? CHŁOPICKI / chowając za mundur na piersi zwitek, do oficera / Wiesz, co jest. — Ani słowa. — Uważaj na damy. ANNA / do Marii / Przestałaś śpiewać, Mario, jesteś blada. MARIA / półgłosem / Pieśń się rwie; mnie się słowo śpiewane nie składa; czy to my wieńce złote i kwiaty targamy. SKRZYNECKI / na środku sali / Zda mi się, że nad nami w pełnym pieśni dźwięku przelatują kolosy, bożyszcza bitewne, że krzyczą w głos: «na wojnę» — przyznaj generale, trudno wystać i serce utrzymać spokojne. Głos, co woła, porywa tam! do krwi rozlewu! — CHŁOPICKI / półgłosem / Nieszczęście nam wyśpiewa w wróżbnym szale. MARIA — — Razem generał życzy mego śpiewu? CHŁOPICKI / wahając się chwilę; zmienionym głosem / — — — Proszę. W tej pieśni waszej brzęczą dziwa. Pieśń ta muzyki ze mnie wydobywa śpiące. — Jaw-prawda staje mi przed oczy. — — Jeszcze chwila, a pozna ze mnie i wyczyta, jaka jest rozpacz straszna w duszy skryta. MARIA / stojąc; oczy utkwione w Chłopickiego / Anno, bierz najsilniejszy akord, uderz gromem! CHŁOPICKI Jak wichr akordy płyną ponad domem. MARIA / szeptem / Wzruszony jest widocznie. W rytm muzyki pnie się ku niemu Lęk — już nad nim ton panuje. CHŁOPICKI / pod siłą jej oczu / Śledzi mnie, patrzy za mną, czy zgaduje, co w piersi wichrem, burzą rwie się? MARIA / cała drżąca; oczy jej się mglą / Więcej widzę, niż Szczęścia mego śmierć przygodną; mój los na wielkie losy cienie rzuca. Muzyko, śpiewie, płyń, niech się zasmuca ton bohaterski — Losów będę godną. CHÓR Droga Polsko — dzieci twoje dziś szczęśliwszych doszły chwil, od tych sławnych, gdy ich boje wieńczył Kremlin, Tybr i Nil. Lat dwadzieścia nasze męże los po obcych grodach siał: dziś, o matko, kto polęże, na twym łonie będzie spał. MARIA / powolna, jak w półśnie / «Dziś — o matko, kto polęże na twym łonie będzie spał!» / Słychać trąbę odmarszu wojska, za czym wszyscy rzucają się ku oknom; parę osób wychodzi; — na swoich miejscach zostają nieporuszeni Chłopicki i Maria. / MARIA / zmienionym, prawie męskim głosem / Panie generale… CHŁOPICKI Co, panienko? MARIA Ktoś drogi mnie powróci kiedy…?! CHŁOPICKI Ktoś wam drogi, panno, jest żołnierzem. Teraz wojna i bitwa dziś. MARIA Żołnierza kraj po wojnie potrzebować będzie: rolę siać zbożem, …na czas trudów inny — wrócić powinien i przyjść. CHŁOPICKI Dalbóg, panienko, ja sam niespokojny jestem o niego — aleć jeszcze wierzym. — Niepokoję się. — MARIA …Boś jest generale winny. Przede mną skrywasz, milczysz, nie chcesz wyrzec. On nie wróci już. — Boże — nie możesz mi przyrzec, generale, że wróci; najbłahszym się słowem nie zbędziesz: — «może» — że niepewna dola, mów — czujesz, panie, jak się twoja wola/ nagiąć nie może kłamać, gdy patrzysz na serce, które się jako gołąb poraniony ciska. Ja wiem to, jakby wiem, bo mnie się błyska wiedza, co słucha tych trwożnych uderzeń. — Próżno się silę nagiąć, przełamać do wierzeń, że lęk próżny; — — a! tyś wiedział wprzódy!! To okrutnie tak Śmierci wysyłać go w ręce. Ja widzę cały kraj we krwi, kraj cały w męce w tej waszej wojnie; słuchaj generale, wy ostaniecie wszyscy tam, we chwale, wy piękni, wy boscy — wy skarb, duma nasza… …własnych mnie moich słów klątwa przestrasza — już wam wrota podziemu otwarli… Wy ostaniecie wszyscy tam: umarli. CHŁOPICKI Przez miłość Boga, panno — ha, i do mnie garną się twoje złe, straszne obłędy i moją stal, hart mój rycerski łamią. MARIA Zwycięstwo gram, a słowa moje kłamią! Ginąć będą, padać od kul szeregi za szeregami; przed oczyma je widzę pokotem: otom je rękami zakryła. Tajemniczych mocy siła gałęzie suche łamie nad rotami; wicher dmie, świstają kule, ryk dział tętni łoskotem a żołnierzy łany całe się kładą, Przeznaczeń walone młotem. — Poznałeś serdeczny ból: zanim dzisiejsze słońce przejdzie ponad lasem, po bruzdach śniegu spłynie krew… CHŁOPICKI / przejęty / To nasza pozycja, dziewczyno! / groźnie, głośniej wołając na Marię, by oprzytomniała / dziewczyno! MARIA / groźnie, prostując się, wskazuje na niego / Wierzysz mej Trwodze; — ty, ty byłeś nasz Lew! Znaj, czyją Zbrodnia winą. Znaj, czyim głosem wołam. — Lament mną szarpie i targa bólem przeczuć, lęków grozą; — zali tej bolu przemocy, tej wielkiej żałości podołam — zali nie zmoże mnie Skarga? — Struny harfowe przez pierś moją grają i dźwięczą jęk i rozpacze. Piorunie! O mą pierś twe groty skrusz i połam! Ja wam, wróżka, wydarzenia znaczę, jako jeszcze dziś spełnić się mają. Byłam wolną, buntowna przemocy, oto mnie w kajdany zakuto. Byłam panią, oto mam być sługą; bom dłoń wzniosła, skowaną dłoń nieudolną. — Zagojone mi rany rozpruto. Otom w niemocy, żelazną spowita kolczugą. CHŁOPICKI Wróżka ty nieszczęśliwa. Tam wojsko idzie w bój — tam bitwa, z dali, nasyła nam głuchy pogłos huczących dział. MARIA Ze mną są Duchy!! — Stos trupów, stos poległych ciał!! Tam bojowisko znasz!!! CHŁOPICKI Dzisiejsza walka waży Los nasz; dziś jestem, jako w noc błądzący ciemną: u szczytu rycerskich chwał głos nieszczęścia twój stawa przede mną. / Wszyscy zabierają się do wyjścia; generałowie czekają, na Chłopickiego się oglądając; zewnątrz pobudki odmarszu. / PAC Generale, czekamy, czemuż to odwlekasz? CHŁOPICKI Albożem wodzem, ty mnie tam iść nie każ. — Kto wódz naczelny! Książę! — To idźcie do niego. PAC Zwlekaniem dosyć już czyniłeś złego. Wszakżeż, po prawdzie, tyś jest wódz jedyny; niechże nie będzie klęski z twojej winy; — skoroś raz objął władzę — czemuś składał — —? CHŁOPICKI Czart mi odebrał ją i czart ją nadał. PAC Przeklęty, kto, jak mieczem, berłem władał. CHŁOPICKI / nagle / Znajcież wy, kto ów wódz, jak nagły piorun, jak błysk; półbogi wojenne go wiodą, przed nim i za nim gromy. On Mars, on Duch widomy, leci zwalać i zmóc. Gdzie ręką skinie — tłum, szczęków, tętentu szum. Przez pola, jak sięgnąć wzrokiem, gest jego Śmierci wyrokiem. / powolej / Ja prosty żołnierz jestem, ja ochotnik; ja nie chcę być w debatach psotnik; dokażę cudów, jeno mnie rozkażcie. Jako był wielki On, na to się ważcie. On w sobie miał potęgę wielkoluda. On wskrzeszał cud, a dziś śpią we mnie cuda. / zwracając się ku popiersiu Napoleona / O Cesarzu!? Myśmy dla ciebie w oczach Europy działali cuda dla Glorii a Sławy. Myśmy dla ciebie szli i zwyciężali a dziś, gdy losy ważą się na szali, serca nam niemoc rwie i dusze łamie, że całą ziemię kir żałobny słoni. — O Cesarzu — przecz wielkie twe wołanie kłamie —? Myśmy dla ciebie, za szczęściem w pogoni, setne legiony stawiali żołnierza, chwytali wawrzyn z twych rąk, z ust pochwały. Dziś z naszej wielkiej europejskiej dumy, z wielkiego Duchów i orłów przymierza rozbitki tylko i strzępy zostały. Kraj, kraj, ojczyzna w upadek się kłoni — — O Cesarzu — w nas piorun przekleństwa uderza. Skazańcom Losów nikt nie poda dłoni. Tę rękę, choćby moją, nieraz w dłoń twą brałeś i prawicą na Grodno, Wilno wskazywałeś; rozumiałem, że państwo nasze chcesz wskrzeszone pokazać światu — świat zadziwić mocą. O Cesarzu! Dziś Francja piosnkę nam przysyła, harmonią dźwięków wyrazy kraszone. — Idźcie sami w drogę. Moją duszą przeczucia szarpią i szamocą. Ja z wami pójść nie mogę. — Tu trzeba wiary, wiary w powodzenie. Wiary, potęgi tej, co serce spiera na granitowy gmach, co święta jest, szczera, co archaniołem jest modlącym duszy. Niech inny wiedzie was, może szczęśliwy?… PAC Niepodobna. — Ty musisz. Uszanuj porywy tej młodzi, co się garnie ku nam świeża, czysta, a nie dręcz nas skargami, ty — statysta. SKRZYNECKI Ty jeden jeszcze potrafisz ratować pozycję — choć jest zła; — rzecz twojej głowy, Jestem pewien, że skryty plan masz, wiesz gotowy. — Zjaw się tylko na polu, a armia żołnierzy na twój jedyny widok w Zwycięstwo uwierzy. CHŁOPICKI Zwycięstwo, zapał, ogień, uniesienie wiódł nas pod Saragossę, tam! tam! przez płomienie. Dla Francji nasza młodość i zapał spłonęły. SKRZYNECKI Żymirski zginął. Już swego dopięły: upór, zła wola. — Cały post stracony. Już wieść złowróżbna po pułkach się szerzy. Zginął… CHŁOPICKI Wiem, słyszcie, to nieszczęście całe, że o godzinę nie był zginął wcześniej. SKRZYNECKI Generale, przecz coraz ranisz nas boleśniej. CHŁOPICKI Tam należało postawić innego. Wiedziałem od początku bitwy, że stracony, Książę ich tam postawił, książę był szalony. Ja tu nie rządzę. — Radziwiłł niech rządzi. PAC Radziwiłł? Myślisz? Znać ich dobrze trzeba; — ale gdy jest u steru, nic ten nie pobłądzi, kto powie, że już gwiazda książęca upada; — słuchają Radziwiłła, dopóki nie rządzi. SKRZYNECKI Wy pierwsi: Mości hrabio, byliście u steru. Ster z rąk do rąk się chwieje, jak piłka Nauzyki. PAC Gra polskich amuletów pod godłem Fortuny. SKRZYNECKI A za nami, przed nami wszerz pożarów łuny. Tu potrzeba… PAC Tu nie potrzeba nic. Rzesze gawronie, serca czułe, łby orle, okręt bez maszt tonie. CHŁOPICKI Ha! To książęca troska, niech książę rwie struny. PAC Niewątpliwie, że książę chętnie ci ustąpi. CHŁOPICKI Nie powinien — niech sobie szyderstwa nie skąpi. SKRZYNECKI Pójdź z nami, generale! MAŁACHOWSKI Z nami, ze starymi! Patrz dokoła, jak oto zgliszcz w ruinach dymi. Chwila święta — bierz władzę — skoroć ją podają — Rozkazuj, słowo święte — skoroć chcą — wołają! Książę miejsca ustąpi — książę się usunie; nie cofaj się — ty, jeden ty — bo Sława runie. SKRZYNECKI Ty zmuś księcia. Zbyt zwleka, a chwile nam drogie. CHŁOPICKI A ty, co byś uczynił, gdybyś ty sam władał? Gdyby się w oczach twych pałac rozpadał? Pomnij, przyjdziesz do władzy — a przyjdziesz koleją; — na pióropusz ci gwiazdę narodu zawdzieją; wspomnij — że będzie człowiek — co ciebie podkopie. Że to jest wszystko czar, to, co ja robię. SKRZYNECKI Zapomnę. Straszne rzeczy, przedsię, co są w tobie. Bóg ode mnie nie żąda. Gdy Bóg bułat poda, zobaczę, jak popłynie w mym strumieniu woda; — mącić nie daj mi, Boże — ale ty jedyny ty geniusz walk — ty zwołuj swe marsowe syny! CHŁOPICKI Nie pochlebiaj, czas przyjdzie, sam los dzieło wskaże; duch się we mnie rozmoże, jako są mocarze ducha wielcy — i są im podległe narody. Nie wiem, czy u nas kiedy zawładnie duch zgody — jedno wiem, że mi polec, jeśli nie zwyciężę; żem nie na śmiech dobywał rdzewiące oręże. Wszakżeż nie to mnie dzieło, kto z nas wrychlej zginie; lecz żeby się pokazać dzielnym w żywym czynie. SKRZYNECKI To się krzep, wodzu-orle, do chwały, do sławy, do wojny; — na naradach, ty jeden milczący, czekasz, aż każdy inny zdanie swe objawi, gdy my twojego sądu jedynie ciekawi. Czujesz, jak w błahość idą plany, które snujem; rozkaz, raz już wydany — sami znów rujnujem. Potem ty się natrząsasz. Ty wiesz wszystko wprzódzi, twoje pomysły lepsze; w obłęd wodzisz ludzi. — Przecz już lepiej brać wszystko w swe ręce samemu. CHŁOPICKI To uszanujcie wodza i posłuszni jemu, milczcie jak ja. Nam trzeba powiązać języki, dopiero rekrutować; — język to nam szyki miesza, a tu potrzeba ręki, nie języków — serc żelaznych, nie szlifów lśniących i stroików. SKRZYNECKI Płyń przed nami; jak orzeł, tocz nad nami skrzydła, skoroć Bóg orlą duszę dał i loty. CHŁOPICKI Tu trzeba wiary… SKRZYNECKI Więc wierz, bohaterze! W gwiazdę narodu wierz, zawierzaj szczerze, a przeznaczeniu zostaw losów wagę. — Odwagi!… CHŁOPICKI / zmieniony / Odwagi wołasz, oto mam odwagę tysiącokrotną… Wstępuję w zawroty! CHÓR / wszyscy porwani ostatnimi słowy / Prowadź nas, dyktatorze, prowadź, prowadź wodzu, z tobą wiara, dla ciebie, niech Chłopicki żyje!! Niech żyje, z tobą wiara!! CHŁOPICKI / ciszej / …Z wami pójść, jak młody, na ten bój: tam was powieść na ognie, na działa, w zamęt — słyszcie… / Nagle urywa; — ucisza się, nadsłuchują. / MARIA / głośno, dziwnie spokojnie / Wam oto wiara się rozwiała. Przeznaczeń twoich gwiazda leci mimo,… więc rycerze i boje stracone — / Niektórzy patrzą na nią ze zdumieniem. / CHŁOPICKI / trzymając wzrok w jej wzroku / W twych słowach słyszę rzeczy niezgadnione, co budzą we mnie rycerza z uśpienia. W oczach twych widzę ócz moich odbicie; na rzęsach długich chwieje się łzy perła, nim spadnie płaczem na stracone życie, za zmarnowane geniuszowe skrzydła, włóczące w śniegu mogiłach piór loty; miasto roztoczyć je na bieg rozpędny, wśród gromów dział, wojny straszydła gonić…. Tylu już padło od kul, tam w tym boju; moc dziwna mnie ochrania w walk zamęcie. Mnie oto zginąć! Mnie zejść w grób spokoju, com przeżył moich idei tragedie i patrzę błędno na spełnione dzieła, jak na spaczone wielkości obrazy, którymi pycha moja mnie przeklęła. — — — — — — — — — Duch wielki zadrżał we mnie znów na głos wojenny. Drżę, drżę, to radość, ton — Sen, Los niezmienny. Z założonymi na piersiach rękami czekam, aż sen się stanie prawdą żywą, a rzeczywistość zasunie się mgłami …i widzę gwiazdę mą szczęśliwą, …leci, jak meteoru błysk ogniowy — upadła w otchłań, …na dnach otchłani jeszcze zwodniczym błyskiem gwiazdy świeci… — Los niech dopełni się…; Fatum mnie mami. Dobrze i dobrze, z wami idę, z wami! Konia! Mój biały sam w pierwsze szeregi pogoni. — Konia! Żołnierstwo za nami? Dowodzę! / Poruszenie między oficerami. Anna stojąc, wygrywa jedną ręką nutę i śpiewa; inni półgłosem jej wtórują, ucząc się od niej słów pieśni. / CHŁOPICKI / do Marii, korzystając z ogólnego zamieszania; poważnie, przygnębiony / Panno Mario, panienkę żegnam. / do oficerów, generałów / Panowie, w drogę! Ha! wojsko, już widzę, w rotach przechodzi. — Dowództwo obejmę! / ciszej / Przykuwa mnie oczyma. SKRZYNECKI / półgłosem / Czy zapał ze słomy —? On zwleka, a w dziewczynę patrzy nieruchomy… CHŁOPICKI / do Marii / Nie życzysz, bym się zbliżył — słów się twoich boję; Przebaczcie — jedno jeno to z daleka proszę. Snać przeznaczeniem dzisiaj u wrót stoję: które są wrota Śmierci; — już żegnam od proga. ANNA / w domysłach / Siostro, drżysz, ty się chwiejesz, kochana ty, droga? / Staje obok siostry, podtrzymując ją; wszyscy wychodzą, prócz obu panien. / ANNA / przy oknie, patrzy w ulicę / MARIA / na środku, koło klawikordu — półgłosem / — — Po cóż pytam? — Badać po cóż? Wiem, już niemal wiem… …Cóż to ze mną? W oczach ciemno… Z pola walki jęk dział głuchy. Wichr kryje w śnieżyste puchy pola… olszynę, bój. — Z pól skostniałe wstają duchy; lecą wirem, gonią tłumnie w szumiącej śnieżycy; sztywne, trupie ich postawy, pierś im znaczy stygmat krwawy; czoła dumne… Oni jego drużbowie-orlicy… — a on, mój. …Cóż to ze mną — — —? Jak to, więcem klęskę odgadła —? To może być nieprawda. Nie! — to nie!! — ach — czy to już Noc duszę moją opadła? ANNA / w oknie z lewej / Maryniu, jadą — chodźże patrzeć — — — aha, teraz Chłopicki sam,… wiodą mu konia, dosiada — ha! to koń się zrywa, …zatrzymali — — bohater wspaniały — co za marsowy wzrok, bo prawie nie odrywa oczu od naszych okien — że aż mi to dziwno; może poznał, że to z nas która. — Podejdź-że ku mnie. — Patrzy się tu, lecz wzrokiem, co w dal jakąś goni… MARIA Nieszczęścia czarnych skrzydeł widzi dwoje, rozwieszonych nad armią. ANNA Małachowski! — Skrzynecki! — ha, dosiedli koni. Zniknęli jak dwa wichry. — Boże mój! Ułany! Oni muszą zwyciężyć, Mario! MARIA Idą w dal, kędy losy nad nimi się spełnią. / Postępuje z wolna ku oknu. / ANNA Patrz! jacy piękni, młodzi, jak dorodni; cały gościniec pełnią, tak sutym szeregiem płyną na koniach… Siostro, ja nawet pomyśleć nie mogę, żeby z nich który padł, zginął od kuli. A oni płyną tam, gdzie grad kul leci; — mnie by, siostro, z żalu moje zamarło serce. O nasi!, o nasi! MARIA Serce we mnie omdlewa. Piękność ich tak krasi na ostatnich chwil kilka. / drgnęła patrząc; nagle pochyla się ku oknu / To ten jest Chłopicki, co zwraca koniem — —? Patrzy tu, przyzywa kogoś, laską skinął, ANNA A pan Jan już przy generale znowu; widzisz, to jego wołał. — — — Coś z nim mówi, oddaje mu jakiś zwitek. MARIA / drżąca / Ten sam zwitek, co żołnierz przyniósł. ANNA Mój młodzik salutuje. Co? Tutaj biegnie? — Widocznie tu! — Do nas? MARIA / szybko w domysłach / Do mnie… Nie śmiał mi powiedzieć sam; przysyła adiutanta… gońca. — I ten zwiastun ulęknie się mego oblicza i łzy mu w gardło wtłoczą wieść straszliwą. / głośno / Zatrzymać go. — Stój, gończe! Ty mnie nieszczęśliwą nie czyń!! — Ty żywym słowem reszty mego życia mnie nie wydzieraj… / szybko zamyka drzwi z boku, z lewej / On jeszcze we mnie żyw, jeszcze go widzę — przed sobą, przy sobie — jak się żegna, żyw jeszcze, żyw jeszcze… ANNA / przestraszona, mówiąc do kogoś za drzwiami / To pan, panie Janie! — / do Marii / Co ci jest — MARIA / gwałtownie / Nie zwołuj, nie zwołuj!! ANNA / ciszej; — zawstydzona / Bo moja ty droga — my się także chcemy pożegnać ładnie — / odsuwa ją lekko ode drzwi / …Zezwolisz siostro; — zrozumiesz, ty kochasz. / Wpada młody oficer i przystaje przy drzwiach na widok Marii; Anna podbiega ku niemu; Maria, cała drżąca, siada sztywna przy klawikordzie, niespokojnie śledząc za każdym ruchem oficera; ten całuje Annę w rękę; Anna ręką lewą odpląta wstążkę od ubioru uczesania głowy i podaje mu. / ANNA Weź pan tę szarfę… MŁODY OFICER / tknięty tym / Panno Anno!… ANNA Jak to, pan tej mojej wstęgi nie pragnął może? Pan prawie przyjąć nie chce — —? MARIA / w myślach / Widział wstęgę krwawą; — może przyniósł, przynosi… ANNA / do oficera / Weź szczęście i sławę. MARIA / głośno / Dzisiaj świtem, ja mego stroiłam rycerza, moją szarfą, mym szczęściem i żądaniem sławy; pan nie chce być memu bohaterowi bratem. MŁODY OFICER / biorąc wstążkę; poważnie, patrząc w Marię / Niech kraj mój życie weźmie; to Szczęście, szczyt Sławy. MARIA / patrzy w niego, w oczy — i wychodzi do pokoju bocznego, w drzwi pierwsze z prawej / ANNA Pan blednie, panie Janie, co panu jest? Czemu pan nagle pobladł? MŁODY OFICER / po odejściu Marii, mówi szybko, oglądając się na drzwi, którymi wyszła / Na miłość boską, panno Anno, przyjm pani to spokojnie; — — Józef zginął, godzinę temu; — dzisiaj to, o świcie, generał sam wysłał go na posterunek, który sam od dawna uważał za stracony, a tylko przez upór, żeby wykazać niedołęstwo księcia, trwał w posłuszeństwie raz wydanym rozkazom; — a Józef się domagał, prosił; że zaś jeden z nas musiał pójść, dobrze to wiedział. — Tam z całej dywizji nikt nie został; ów żołnierz, który tu przed chwilą wszedł na salę, ów stary wiarus, jak się pokazało, był ciężko ranny, jeno wszystko skrywał w sobie; — w sieniach go złożono; — ten żołnierz przyniósł raport: że dywizji całej już nie ma. ANNA Moja siostra! MŁODY OFICER Wczoraj wieczorem Józef w żartach, gdy już raz uzyskał zezwolenie od generała, by na ów post jechał, prosił, a śmiał się, ażeby generał wstążkę z jego piersi, gdy polegnie, sam zwrócił jego narzeczonej… Generał przyrzekł. Było śmiechu wiele i żartów. Żaden z nas nie myślał wtedy, że pozycja tak groźna była i że Chłopicki miał ją za straconą nieodwołalnie… A teraz tam leci sam, goni tę Śmierć, co mu jego rycerze wykradła. Pierwszy na przedzie, w lot o kilka koni wyprzedził nasze szwadrony. Widzieć go teraz, jaki weń szalony duch wojny wstąpił… / trąby odmarszu / — — Oto wstążka jest jej; — generał nie śmiał sam doręczyć. ANNA / biorąc wstążkę / Boże! Cała we krwi! MŁODY OFICER Bądź mi zdrowa — ANNA / żegnając się, zarzuca mu ręce na szyję, przy czym porzuca wstążkę zbroczoną na klawisze klawikordu / Panie Janie — mój drogi… mój Jasiu! MŁODY OFICER / przytula ją do siebie, okręca, trzymając wpół; sadza na krześle i wybiega: a jeszcze we drzwiach zawoła, wskazując okno / Pułk czwarty, Anno! ANNA / która się zerwała natychmiast / Czwartacy! Chcę widzieć… / Wybiega za nim. / / Trąba odmarszu odzywa się kilka razy mocno, w różnych odległościach z gościńca; za oknami przejeżdża i przechodzi wojsko w szyku; widać ich do pół na koniach, końskie łby i tętent nieustanny i stukanie i brzęk słychać. / MARIA / wychodzi z bocznych drzwi z prawej; włosy w nieładzie; idzie jak posąg — oczy duże, rozświetlone; idzie przed siebie we śnie zapamiętania, ręce nieco naprzód wyciągnięte / Wiem, wiem. Oni nie śmią mówić przede mną. — — Milczycie; ja wyczytam, zgadnę, zgadnę wiele z oblicza; patrzcie w oczy mnie, odgadnę wszystko… Szum, łoskot, tylu mężów orężnych się zbiera… / Otwiera okna obydwa machinalnie; oficerowie przejeżdżający i wojsko widzi ją. / CHÓR / wojsko popod oknami przejeżdżające / «Leć nasz orle w górnym pędzie, Sławie, Polsce, światu służ…» MARIA / idzie do klawikordu i gdy bierze klawisze, plącze palce we wstążkę porzuconą, swoją własną, zakrwawioną; — opada z płaczem na ręce i na klawisze. Jękiem ponurym zatrząsł się i zahuczał instrument cały. — Słychać jej szlochanie. — — — Podnosi głowę, zdobywa się na siłę niezwykłą: promienieje cała tą siłą; — gra z mocą i śpiewa: / «Leć nasz orle w górnym pędzie, Sławie, Polsce, Światu służ. Kto przeżyje, wolnym będzie; kto umiera, wolnym już». / wstawszy od klawikordu, idzie ku oknu wołająca: / Orlej sławie, Sławie służ. Piersi szarp i dziobem rań. Skrzydła białe we krwie włócz; leć, polatuj krwawy wróż, bierz orężną dań: — oto twoi, oto twoi na koniach, w rynsztunku zbroi, za tobą, za tobą wszędzie. Leć, polatuj w górnym pędzie; Sławie, Sławie, Sławie służ!!! / Drży, trzęsie się, przy oknie otwartym stojąc, z ręką wyciągniętą za odjeżdżającymi; wbiega Anna. / ANNA / zamknąwszy okno z lewej / Zamknąć okna! Jak zimno! Ty masz ręce z lodu. Mario! Tyś nieprzytomna… MARIA / z ręką wyciągniętą za odjeżdżającymi / Tam się krwią narodu ubroczy całe pole; krwią się błonie zrosi. Jakaż Was siła zrywa i ponosi na bój, na krwawy bój?! Po śmierć, jak mój! Patrz, jadą na mogiły. Krzyże tam będą tkwiły, gdzie krzewów gęsty rój, wyschnięty zimą. ANNA / usuwając się ze zgrozą przed jej wołaniem / Mario, na miłość Boga, co ty mówisz, Mario; oni idą się bić za ojczyznę, a ty tak wołasz straszno, Mario, tak straszno — — MARIA / bezprzytomna / Widzisz, za nimi, nad nimi, kto — — —! Przez słońce świecące, patrz, pruszy śnieg a oni zaczęli ku kresom swój bieg a oni zaczęli swój pęd. A! widzisz, ta orłów chmura — będzie ich siwych ze sto! O, patrzaj, na piersiach krew! ANNA Siostro! MARIA Przekleństwo! gniew!! Łamie i gnie mnie ból; daremno ty mnie tul. — — O słyszysz, słyszysz śpiew. Ten obłok orłów śpiewa; ta chmura w śpiewie płynąca. — — O patrz, przez śnieżną sieć, w górze, w promieniach słońca!: — — Leć orle!! Orle leć —!! CHÓR / wojsko popod oknami przejeżdżające / «Leć nasz orle w górnym pędzie, Sławie, Polsce, Światu służ». MARIA Serce moje martwieje, zbudź moje serce — siostro… serca nie czuję. — — Daj rękę — oto martwota. — Wołaj, krzycz… przywróć mi czucie. — — Ręce moje sztywnieją, Myśl, myśl skrzepła się w lody. — — — — — — — — — — — Co widzę? Czego chciałam —? — Szłam z Nią w zawody; przeklętej nie strzymałam: moje serce w dłoń zimną ujęła, jako kwiat mnie zwarzyła i zgięła. / Siostra ją wiedzie ku pokojom z prawej. / CHÓR / wojsko popod oknami przejeżdżające / Leć nasz orle w górnym pędzie, Sławie, Polsce, Światu służ. — — — — — — — — — — — —
|
wcielajace-sie-idee-czasu.txt
ADDED
|
@@ -0,0 +1 @@
|
|
|
|
|
|
|
| 1 |
+
Karol Libelt Wcielające się idee czasu ISBN 978-83-288-2467-6 Długi czas zagadką był sam człowiek, po co i na co stworzon, i jakie jego przeznaczenie. O wiele większą zagadką była ludzkość cała, a w niéj rozliczne rasy, plemiona i narody; dla czego i ku jakim wyższym celom ta w niéj rozmaitość? — Jedno i drugie pytanie rozwiązała nowoczesna filozofia, gdy okazała, że duch boży byłby oderwaném pojęciem — abstrakcyą — gdyby nie był oraz duchem stworzycielem — creator spiritus; — gdyby się nie objawił wszechmocą swoją w przyrodzie wszechstworzenia; a nie objawił mądrością swoją we wiedzy całéj ludzkości; — nie żeby sam téj wiedzy potrzebował, jak to mieć chciał panteistyczny idealizm filozofii niemieckiéj; ale aby ludzkość była rozwojem téj wiedzy, któréj on jest pełnią i samowiedzeniem. Ztąd stopniowe poznawanie przyrody i jéj praw odwiecznych; ztąd coraz rozleglejszy zakres w dociekaniu ogromu wszechstworzenia, i tych nieprzeliczonych światów na niebiosach zawieszonych, między któremi świat nasz ziemski maluczką, niknącą tylko jest cząstką; ztąd zhołdowanie straszliwych potęg natury i wzięcie ich w posługi człowieka, duchem nad nie potężniejszego, a to wszystko dowodzi, że jeżeli to stworzonko niknące we wszechświecie, które człowiekiem nazywamy, zdolne pojąć niezmierność wszechwiedzy, i zdolne zapanować nad przyrodą, — to owo coś, co w niém myśli, czuje i działa i ten obszar jego wiedzy stanowi, musi być z ducha bożego i samo być duchem nieśmiertelnym. Ale pojedynczy ludzie zmierają, a ludzkość coraz nowemi pokoleniami odrasta i przyrasta, i jéj trwanie przyczepiane do trwania planety, który zamieszkuje. Ludzkość zatém piastunem rozwoju duchowego, a granice tego rozwoju nakreślone planetarnemi warunkami naszéj ziemi, w których człowiek znajduje warunki bytu i życia, — a tém samém zakreślone wiekiem tegoż planety. Był czas, gdzie człowieka na ziemi nie było, póki ta mu nie wyrobiła żywiołów niezbędnych do jego żywota. A kiedy z koleją wieków tych żywiołów znowu zabraknie, to i ludzkość na ziemi zaginie i nie będzie na ziemi człowieka. Oto jak rodzenie się tak zmieranie świata, nie może być epoką żywota ludzkości będącéj kwiatem zamieszkałego globu. Otóż zakreślona elipsa wiedzy ludzkiéj jaka się w ludzkości ziemskiéj rozwinąć może. Może ona być zdumiewającą, niezmierzoną, — ale atomem tylko będzie w porównaniu z nieskończonością wszechwiedzy Boga. Niech więc człowiek nie marzy, by ją kiedykolwiek całą ogarnął i stał się równym Bogu. W tém ograniczeniu człowieka i ludzkości leży ogromna różnica między *duchem stworzycielem*, który jest odwiecznym, bez początku i końca, i jest wszechmocą i wszechwiedzą — a *duchem stworzonym*, który ma początek i do organizmu przyczepion, w którym się jako duch rozwija, urobiwszy go na narzędzie swoje. Wszelki duch stworzony jest tylko jedném tchnieniem Boga — jednym promieniem nieskończonego jego światła. Ztąd kiedy duch boży jest *wszechsobą*, duch człowieczy jest tylko *sobą* czyli jest *indywidualnym*. Indywidualność jest znamieniem ducha człowieczego. Ta jego *soboistność* zamienia każdego na coś osobnego, na *osobę*, i piętnuje na niéj osobne znamię swoje tak na zewnątrz jak na wewnątrz. Każdy człowiek ma osobne, sobie tylko właściwe rysy twarzy, osobny ruch i chód, osobną postawę, osobny głos, osobny pociąg ręki w pisaniu, tak że ze spojrzenia na pismo odgadniesz znaną ci osobę. Podobnie urabia się indywidualność ducha na wewnątrz, choć ją tam trudniéj rozpoznać. Rozciągłość i napiętość władz duszy w każdym człowieku jest inna. Osobne w nim urobiły się uczucia, osobne zdolności i zręczności, osobny temperament i charakter. Jako się człowiek usoboistnia, czyli indywidualizuje pod wpływem najrozmaitszych stosunków, przez które w życiu przechodzi, podobnie usoboistnia się pewne plemię, pewne pokolenie, pewien naród — a usoboistniają się nawet miejscowości i okolice. Dzieje się to także pod wpływem klimatycznych, geograficznych, społecznych i dziejowych stosunków. Indywidualizuje się rasa, indywidualizują się język, zwyczaje i obyczaje, indywidualizują się charakter i temperament, skłonności i zdolności, zgoła to wszystko, co nazywamy *narodowością*, czyli: co jeden naród od drugiego wyróżnia. Jest to tak widoczna wydatność rysów i całéj postawy zewnętrznéj współplemieńca czy współrodaka, taka wydatność wad i cnót narodowych, że mniéj więcéj każdego poznasz, do którego plemienia lub narodu go policzyć. Do osobistéj zatem indywidualności, jako osoby — człowieka, przystąpiła jeszcze indywidualność typowa, czyli narodowa, z tamtéj przeglądająca. Ludzkość przedstawia się więc, jak mozajkowe, różnobarwne połączenie wielkich gromadnych indywidualności, narodowościami zwanych. I występuje na jaw idea narodowa, będąca nie już samą formą, odróżniającą naród od narodu, ale stanowiącą duszę i żywot tego narodu. Jako idea żywotna, musi mieć cel swojego żywota, a aby go spełniła, musi mieć rozwój dziejowy. I ten to cel nazywamy myślą posłanniczą narodu, czyli racyą jego bytu. Dopóty naród żyje i działa, i jest narzędziem opatrzności kierującéj światem, dopóki myśl swoję posłanniczą spełnia. Słabieje i obumiera, a nawet znika z widowni dziejów, i w skład innych dziejowładnych narodów przechodzi, gdy myśl posłannicza przestała go ożywiać i podnosić. Z powodu indywidualizowania się ducha ludzkiego, które tém jest silniejsze im on jest potężniejszy, wielkie gromady plemienne rozpadłyby się na coraz mniejsze indywidualności, na osobne ludy, pokolenia, rody; a w tém rozdrobnieniu znikłaby idea narodowa, nie znajdująca już dość silnéj podstawy, aby na niéj oparta podjąć mogła myśl posłanniczą, do pewnéj narodowości przywiązaną. Ztąd poszło, że cały przebieg dotychczasowych dziejów był zaborczy; że rozerwane plemiona, że różnorodne narodowości łączono w osobne wielkie całości polityczne; że powstały potężne państwa, których ostatecznym celem było wyrobić z tych rozlicznych narodowych żywiołów, nową wielką narodowość, czyli wytworzyć naród, któryby spełnić mógł posłannictwo swoje, powołan doń rozwojem ducha dziejowego. Gdy się wyrobią narody, i idea narodowości zapanować musi — i nie może być inaczéj, jak że dotychczasowy charakter dziejów zaborczy zamieni się na federacyjny, unijny, międzynarodowy; — że państwa zamienią się na narody albo na związki narodowości autonomicznych, jednym wspólnym interesem bezpieczeństwa i dobrobytu połączonych, — że w dziejach zrobi się wielki zwrót od uciemiężenia do wolności ludów; — od zawiści do braterstwa — od stanu wojennego do pokoju. Idea każda dopóty jest abstrakcyą, myślą, dopóki nie zostanie czynem. A czyn stać się tylko może, przez wcielenie się idei w jednostkę lub w naród, w spełnieniu téj idei posłannictwo swoje podejmujący. Zawsze opatrzność wywołuje mężów, w których ta idea przed innymi się objawia; z nich myślą, słowem i czynem, jako światło ożywcze się rozchodzi; w nich ześrodkowywa się instynkt, poczucie i wola narodu; oni dla tego w imię téj myśli narodowéj i posłanniczéj, zdolni są porwać naród za sobą i porywają. Są to mężowie dziejowi, których imiona przechodzą do potomności, bywszy uwielbionymi u współczesnych. Zdobywają sobie nieśmiertelność dziejową, bo żyć będą w dziejach i wspomnieniach, dopóki jednych i drugich starczy. Najpotężniejszą ideą, która sprowadziła ogromny postęp i przewrót wyobrażeń w ludzkości, była idea chrześciaństwa — idea miłości Boga i bliźniego — idea podnosząca każdego stworzonego człowieka do równości w obliczu ojca stworzyciela i do synowstwa bożego — idea uzacniająca ród ludzki i każdego człowieka z osobna, — idea pokoju i braterstwa. Nie dziw, że stała się słupem granicznym między światem, który przedtém był, a światem, który potém się rozwinął. Wszelka idea pochodzi z nieba, a jéj przedstawiciele są posłannikami bożymi. Ideę chrześcijaństwa, jako najwyższą przyniósł sam boski zakonodawca, prawdziwy syn boży, który na to przyszedł na świat, aby rodzajowi ludzkiemu przyniósł zbawienie. Ideę tę boską słusznie nazwano *dobrą nowiną*, to jest: *ewangelią*. Objawiona wśród żydów na wschodzie, w téj pierwotnéj kolebce wszelkiego początkowego rozwoju tak współecznego, jak dziejowego, nie w Izraelu, ale w barbarzyńskich świeżych i niezużytych jeszcze szczepach germańskich znalazła swoich wojowników, którzy jéj panowanie rozpostarli szeroko po obszernych dzielnicach jedynowładnego rzymskiego państwa. Jak się to wcielenie idei chrześcijańskiéj odbyło, powtórzyć tylko w skróceniu mogę, com w tym samym przedmiocie mówiąc o ludach germańskich, uważanych w spełnianiu dziejowego posłannictwa swego przed trzydziestu laty powiedział. Chrześcijaństwo i gminoruchy pod równemi występują okolicznościami — pierwsze wewnętrznego, drugie zewnętrznego życia narodów. I dzieje i religie owoczesne noszą charakter zgrzybiałéj starości, skostniałego życia, podobne do gmachu, wiekami zużytego, porysowanego w ścianach, nadpsutego w fundamentach, grożącego lada chwilę upadkiem. Bo jakież to było wewnętrzne religijne życie ludów, kiedy się ukazał chrystyanizm? Na wschodzie, w Azyi, gdzie się począł pierwszy ruch dziejów i oświaty, dawno już zalegała cisza grobowa; ludy co raz bardziéj zapadały w niemoc ducha, przedstawiały obraz wulkanu, który się już wypalił. Wryte raz na zawsze wyobrażenia o bóstwach, siłach i potęgach, były bez zapału w sercach, coby ludy ożywiał; — bez sprężystości ducha, coby czegoś innego wyższego dobierał. Myśl skostniała w ceremoniale i obrządkach, i życie wnętrza, skośniałe w życiu samych potrzeb powszednich ��� było zimne i martwe. Przeciwnie na zachodzie, w Europie, oświata obchodziła złote wieki swoje. W Grecyi przeszła wszystkie szkoły filozoficzne, a w Rzymie zlała się w eklektyzm systemów, — wymowa rozumująca, dociekająca, dowodząca, zapanowała tu i tam nad umysłami. Ale właśnie dla tego religia pogańska, będąca płodem fantazyi ludu w pierwszém zaraniu jego oświaty, nie mogła wytrzymać krytyki dojrzałego rozumu. Mitologia Greków i Rzymian pojmowaną była, za Homera i Numy Pompiliusza, w prostocie obyczajów, z łatwowiernością dziecka, które sobie w zmysłowych bawidłach podoba, każde tłómaczenie mu starczy, bo nie sięga daléj nad to, co zmysłami obejmuje. Ale od owąd Grecy podeszli na starców, a Rzymianie dojrzeli na mężów, i już im nie wystarczyły powiastki Hezyoda. Oświeceńsza część narodu szukała zatém w filozofii lepszych wyobrażeń o moralności i o powinnościach człowieka, a pogardzała religią ludu, którą głosiła oszukaństwem kapłanów, wymysłem rządzców, w najlepszym przypadku, mieniła symbolem pojęć moralnych, fizycznych i astronomicznych. Część inna, uwiązana sercem do idei bóstwa, którego myślą pojąć nie umiała, tajemniczością karmiła i drażniła stępione już nerwy religijne. Mysterye u wszystkich narodów pogańskich tworzyły towarzystwa osób, znaczeniem, stanowiskiem i nauką wyższych, przypuszczonych do tajemnic, które jak najtroskliwiéj przed ludem ukrywano, a któremi łudzono samych siebie. Nigdy tyle w Rzymie i po prowincyach nie było mysteryi, jak w czasie powstającego chrześcijaństwa. Bo jak powiada Johannes Müller „człowiek pragnął dla siebie religii tajemniczéj, ukrytéj, kiedy mu już jawna, ludowa wiara nie starczyła na przekonanie”. Lud sam zapatrując się na niedowiarstwo oświeconych i mędrców swoich, patrząc się własnemi oczyma na bezkarność zbrodni i występków, zaczął słabnąć w wierze, i powątpiewanie wstąpiło w jego umysł. I jedni szukali obcych Bogów, kiedy im bóstwa Romy już nie dawały opieki, inni żyli bez wiary, wydani na rozpustę i rozwiozłość. Za czasów Cezarów religia pogańska Rzymian przepełniona była czcią niemal wszystkich bóstw innych narodów. Wyroki senatu, mocą których wydaleni zostali z Rzymu wieszczowie haldejscy, kapłani Izydy i bóstwa Serapis, tudzież zwolennicy sekty Jowisza Sabocyusza, nie potrafiły wstrzymać potoku cisnących się do stolicy państwa czci bożyszcz obcych, któremi się lud rzucał w objęcia rozpaczy z utęschnienia, opuszczając dawne, — (niemocne) już bogi Romy. I kiedy pod Augustem Rzym został monarchią uniwersalną, i Rzym otworzył wszystkim innym bogom świątynie swoje. Ale właśnie w téj tolerancyi, w tém babilońskiém pomięszaniu różnych czci i wyznawców, leżało przyspieszenie upadku wszystkiéj wiary. Kiedy więc w Rzymie cześć odbierały bóstwa północy, wschodu i południa; — kiedy stolica świata była oraz stolicą bogów tego świata, — a nad tym Rzymem rozpoczął despotyzm swoje panowanie — Nero palił miasto, Heliogabal Westalki od ognia świętego porywał: pretoryanie lud i kapłanów u stopni ołtarzy, w obliczu bóstw mnogich, mordowali bezkarnie, — otworzyć się oczy musiały ludowi, że nietylko bogi Romy, ale wszystkie bogi na okręgu ziemskim są zimne, martwe posągi, i nie ma w nich ani potęgi opiekującéj się człowiekiem ani sprawiedliwości karcącéj zbrodnię i zniewagę. W takim to czasie podkopanych, spruchniałych zasad poganizmu, ukazała się religia Chrystusa. Już życie religijne ludów, nietylko w kwiecie swojém, ale i w korzeniu było zatrute niedowiarstwa zarazą. Jak tylko w masy ludu wstąpiło zwątpienie, wszystkie bożyszcza świata upadłéj wiary wskrzesić już nie mogły. Ale pierwsze trzy wieki po Chrystusie, były jakoby owe trzy dni, przez które się ciało zmarłego na widok publiczny wystawia. Już za Tyberyusza pogaństwo było bez życia, ale aż do Konstantyna Wielkiego, który je dopiero pogrzebał, leżało na marach, pysznie przybrane. Ludy i królowie oddawali mu cześć, ale już cześć tylko, jako dla umarłego, obkadzali je woniami, jako trupa obkadzają, nie dozwolili przecież przed pogrzebem nowéj religii Chrystusa w dziedzinie zmarłego się szerzyć. Chrześcijaństwo w tych trzech wiekach było kościołem wojującym, prześladowanym; po katakombach, pod ziemią kryło się z nabożeństwem swojém. Było bez kształtu, bez ciała — „podobne do ducha potężnego w pracy wcielenia się”. Temu duchowi, który się chciał przyoblec w ciało, trzeba było materyi, — ale materyi pierwotnéj, czerstwéj, świeżéj. Owe ciało rzymskie na marach leżące, nie było ku temu przydatne, bo jego przeznaczeniem było — jak każdego trupa — rozłożyć się na atomy, i temi atomami przejść dopiero w inne ciała. Tą materyą pierwotną, niepokalaną, dziką, ale i płodną w świeżości życia, którą duch dziejowładny dla chrześcijaństwa, jako ducha, przygotował, były narody Skandynawskie, ruszające się o téj porze ku wschodowi i południowi „Barbarzyństwo rozmaite, dzikie, ruchome, jak morze wśród burzy, gwałtem zewsząd cisnące ku Włochom, czy zbrojną ręką, czy jako zaciężne żołnierstwo, — pełne jakiéjś niespokojności, na wzór atomów, kiedy się zrosnąć i skupić mają, — ale bez poczucia się, bez wiedzy żadnéj — ślepe, straszne, jak siły natury. Była to materya już wrząca, już gotowa stać się kształtem — przylgnąć, jako ciało do ducha, przechodzącego się w katakombach — do chrześcijaństwa” (Irydion). Kiedy takie było wewnętrzne usposobienie narodów dla przyjęcia wiary Chrystusa, obaczmy jaka była zewnętrzna postać świata, w czasie, kiedy ruszyły się roje nowych ludów od północy. Od grzbietu gór Atlasu w północnéj Afryce, aż do gór szkockich Brytanii na zachodzie; a od górnego Nilu, aż do Dunaju na wschodzie — a potém wszerz od morza Atlantyckiego, aż do Eufratu — rozpościerała się ogromna monarchia Rzymska za Cezarów. W tych granicach odbywał się tylko ruch dziejowy; po za niemi nie było dziejów. Ale te dzieje na tém okulistém stknięciu się trzech części świata, wrzały życiem tylko aż do Augusta. Po bitwie pod *Akcyum* wrzawa ta dziejowa zacichła, i z nią skończyły się dzieje Rzymu. Sto lat było jeszcze panowania dobrych cesarzy, a jednak żadnego postępu naprzód; Rzym i owszem tracił coraz więcéj na siłach moralnie i materyalnie. Coraz ciszéj i głuszéj na całym tym teatrze dziejowym. Ludy wszystkie, owe najdzielniejsze ludy, w środek starego świata, jakby drogie kamienie na pierścieniu ziemskiego kuliska zebrane, zagasły w dawnym blasku swoim, zostały bez życia, bez ruchu. Nic nie było, tylko Rzym — Rzym co zniwelizował i schłonął w siebie wszystkie narody i wszystkie indywidualności, i nie było nic, tylko Rzym, i świat jego podnóże. Próżno pytasz, gdzie senatorowie, wielcy, poważni z Brennusa czasów; gdzie plebejusze i patrycyusze, gdzie cnota wielka, surowa Brutusów i Fabrycyuszów, gdzie konsule jego, trybunowie ludu, gdzie Grachy, gdzie Scypiony? Oto potomek zburzyciela Kartaginy między gladyatorami Heliogabala, podaje rękę Grekom aby zburzyć Rzym. Wszystko minęło, wszystko zniszczone, zniwelowane, jak świat, dzieje i religia zniwelowana. Nie było nic więcej w tém ogromném państwie jak Cezar i lud. „Cezar wszystko wyniszczył, tylko jednéj jednostki ludu, nad którym panował, wyniszczyć nie mógł, wszystko wyniszczył, i siły zniszczonych zebrał w sobie, i został tylko sam na sam z ludem”. A jakie było takiego Rzymu życie? Oto na dworze Cezara zbytki najwyszukańsze, a wśród ludu i niewolników nędza nieopisana. Tam i tu starość zgrzybiała, brak mocy, sprężystości ducha; tam aby światem zawładnąć i uczuć się jego panem, — tu aby strącić [w] niewolę i ucisk. Więc jak religia była obumarła, tak i potęga dziejowa Rzymu obumarła. Spełniły się czasy i prorocy, mówiąc słowami pisma, i wybijała godzina przyjścia Messyasza. Była ogólna posucha w duszy narodów, a spieka tyranii i żądz wyuzdanych wypaliła wszystkie szlachetne uczucia, i było pragnienie nowéj religii, jak deszczu coby ludom z nieba ochłodę przyniosła. Jak dom, z którego ludzie wymarli, jak świątynia, z któréj ołtarze wyniesiono, stał świat pustkami — bez Boga; i świat wewnętrzny człowieka stał pustkami — bez Boga, i ozwać się musiało w głębi duszy ludów owo pragnienie gorące, owa żądza niepohamowana, jaką — wedle pisma — przepełnione były dusze ojców i patryarchów w piekłach zatrzymanych, co wołali: ziemio rozstąp się, a wydaj nam zbawiciela! Był światu [potrzebny] deszcz, ale jak po każdéj spiece, przyszedł z burzą i nawałnicą; ukazał się światu Bóg — Bóg-człowiek, ale ukazał się jak niegdyś na górze Synai, w grzmotach i błyskawicach. Tą burzą, tym grzmotem i piorunami były gminoruchy, niby chmury nawalne, od północy zstępujące. Gminoruchy zatém miały dwojakie przeznaczenie: zniszczyć Rzym i zniszczyć pogaństwo; dać materyał dla ducha dziejów i dla ducha religii nowéj; a tém obojgiem uczynić krok ze starych do średnich wieków. W czwartém i piątém stuleciu odbył się rozkład chemiczny olbrzymiego politycznego ciała Rzymu na zachodzie. Dzicz różnoplemienna, od Azyi i północy ruszona, obsiadła trupa jak robactwo plugawe, i jak robactwo spychało się nawzajem z obfitego łupu. Zkąd taki napływ ludów barbarzyńskich, zkąd te ich wędrówki równoczesne ku granicom państwa rzymskiego — trudno odgadnąć, gdy dzieje tych ludów są niewiadome. Zapewne że być tam musiały miejscowe materyalne jakieś przyczyny, atoli w zbiegu tych wszystkich okoliczności do przypadkowych policzyć ich nie można. Jest tu wyraźna praca ducha dziejowego, dla którego ludy są materyą, posłuszną prawom jego. Germanowie przed innymi azyatyckimi ludami spełnili tę pracę ducha. W psychologiczném ich usposobieniu, należy szukać powodu, dla czego im właśnie dosta��o się to posłannictwo. Wszystkie objawy plemiennego charakteru germańskiego dadzą się odnieść do jednego pierwiastka duchowego, którym się ten naród przed innymi uwydatnił i odznaczył. Tą władzą ducha którą Germanie posiadają w tak wielkiéj nad innemi władzami przewadze, że się nią psychologicznie od innoplemieńców wyróżnili — jest czucie głębokie (Gemüth), czucie ducha, skierowane nie do rzeczy zmysłowych ale do nadzmysłowych. Jest to siła dośrodkowa ducha, a odśrodkowa materyi; jest oderwanie się od ziemi i stosunków rzeczywistych, a przyczepienie się do nieba, przeniesienie się w sfery ducha, w głębie wnętrza swego; jest wygórowany indywidualizm i rozosobnienie w życiu, w umnictwie roztrysk fantazyi, jest mistycyzm, zaduma, spekulacya, przeważne życie ducha nad ciałem i uczuciem zmysłowém, wolność osobista i duchowa. Chrystyanizm ma ten sam duchowy pierwiastek. Zasadą jego jest miłość Boga i miłość bliźniego. Atoli nie jest to miłość zmysłowa ale miłość w duchu. Same wzruszenia serca, jako to litości i miłosierdzia, z duchowych płynąć muszą pobudek, jeżeli mają być cnotami chrześciańskiemi. Miłość bliźniego jest to miłość w Chrystusie wyzwolona od żądz ciała i wszelkiego ziemskiego interesu. Zbawienie jest wolnością zupełną ducha, ale dopiéro po za grobem, wyzwolonego z więzów ciała i ze stosunków światowych. Królestwo Boże nie jest z tego świata. A przed tym jednym interesem zbawienia nikną wszystkie interesa światowe. Kiedy zatém chrystyanizm w postaci ducha szukał materyi ludowéj, w którąby się przyoblekł, dość było na zetknięciu się dwóch tak sobie podobnych pierwiastków, aby się jak najsilniéj ujęły, spoiły i w jeden narodowy ukształciły organizm. Takie usposobienie Germanów, jakeśmy je powyżéj psychologicznie oznaczyli, było wbrew charakterowi Rzymian przeciwne. Rzym był czysto materyalny, praktyczny. Sama religia już za Romula i Numy czasów była mu narzędziem polityczném. Jéj przepisy i ustawy nie wypłynęły z czucia ale z rozumu. Rzym nie miał zmysłu duchowego dla zadumy, mistycyzmu, spekulacyi. Obszary niezmierne ducha nieskończonego, które wnętrze ludzkie roztwiera, były dla niego terra incognita, i dla tego nie zdobył się na filozofię. Rzym był dośrodkowy, uniwersalny i niszczył wszelką indywidualność. Potężny i silny jak koliste sklepienia jego budowli, nie znał fantastyczności i nisko stał w dziedzinie umnictwa, nawet w poezyi. Otóż kiedy dwa narody tak przeciwnych, antipodycznych charakterów, wzięły się w zapasy, musiała być walka wytracenia, i nie było pojednania. Stary, spoisty Rzym uległ, a dzikie, młodzieńcze, fantastyczne Germany zwyciężyły, i świat następnych, średnich wieków, stał się germańskim. Missyą zatém narodów germańskich było: zniszczyć Rzym, a po jego zniszczeniu świat pogański zamienić na świat chrześciański. Missyę tę rozpoczęli Gotowie, a dokonali Frankowie. Pierwszych dla tego zowie *Ammianus Marcellinus*, pisarz 4-go stulecia, perniciem orbis Romani. A Klodoweusz król Franków w końcu 5-go wieku zyskał dla siebie i dla swych następców od stolicy apostolskiéj przydomek *najbardziéj chrześciańskiego* (christianissimus), którym to tytułem poszczycają się do końca królowie Francyi. Był to wielki czas kiedy Gotowie ukazali się na scenie dziejowéj — czas jaki tylko co tysiąc albo co dwa tysiące lat się wraca; czas w którym duch dziejów odbywa olbrzymią pracę wcielania się swego, kiedy nie już słowo staje się ciałem, ale wielka idea wieku staje się narodem; czas w którym odbywa się metampsychoza ludów, i duch dziejowy przechodzi z jednego narodu w drugi; kiedy jedne narody będące ciałem jego dotychczasowém obumierają i opadają zeń, i on kroczy nagi, w całéj wielkości ducha wypuszczonego z więzów ciała, aż się poczepi świeżéj, nowéj materyi ludowéj i oblecze nowém cielskiem. To ciało obumarłe, opadające — to Rzym; duch nagi — to chrześciaństwo z całą swą wielkością i siłą tysiąców tysięcy męczenników; ciało nowe w które się duch obleka — to Germany. Był to wielki i tragiczny czas! Bo starożytne wieki wyrosły i wcieliły się w Rzym, i ten Rzym teraz, a w nim cała starożytność, leżał jak olbrzym na łożu boleści w trzy wiekowych kurczach śmierci; otoczyły go dwie przeciwne potęgi: gminoruchy i chrześciaństwo — niby duch ciemności i jasności, dwie mocy przeciwne nad łożem umierającego. Obie mają jeden cel: pogrzebać ciało, podzielić się jego puścizną i objąć rządy świata. Gotowie i Frankowie zniszczyli panowanie Rzymu na zachodzie i sami nowe podnieśli dzielnice, czém materyalnie dokonaną została pierwsza połowa missyi ludów germańskich. Drugą połową było: zostać piastunami chrześciaństwa na rozwaliskach pogańskiego świata. Napady Gotów na granice państwa rzymskiego w pierwszéj połowie trzeciego wieku zmusiły cesarza Aureliana, że im zdał prowincyę Dacyą na siedliska. Wtenczas to, w takiém już pobliżu Konstantynopola, zetknęły się z sobą dwa spokrewnione duchowe pierwiastki — i nauka Chrystusa przeszła do Gotów. W sto lat późniéj (360), już Ulfilas biskup mezogocki tłomaczył pismo św. na język gocki, już brał czynny udział w sporach dogmatycznych kościoła, i już podpisywał zasady Aryuszowe na zborze w Rimini. Aryanizm pozwalający odbywać obrządki i nabożeństwo w ojczystym języku szybko się rozkrzewił nietylko między Gotami ale i innymi ludami germańskimi. Za Gotami chrzcili się na Aryanów Wandale, Burgundowie, Swewowie, Longobardy; tak że powiedzieć można, iż się odszczepieństwem poczęło i odszczepieństwem skończyło posłannictwo chrześciańskie u Germanów. Pod południowém niebem Hiszpanii i Włoch wyradza się w Gotach plemienność germańska. Słabieje i zaciera się północna sprężystość ducha w krajach fig i pomarańczy. Trzeba było do potoków dziejów napływu świeżéj krwi germańskiéj, trzeba było nowego ludu współplemiennego o młodzieńczych, krzepkich siłach, na któregoby się zlało posłannictwo, początkowo przez Gotów przejęte. Powstaje u północy, w samym końcu 5-go wieku, potężny naród Franków. Wedle podań Grzegorza z Tours, był to lud rosły, o jasnych włosach, opięto się noszący. Obyczaje i sposób życia jak u innych Germanów. Duma, niepohamowana żądza mordu i zemsty, rozkiełznane zamiłowanie wolności, nareszcie zdrada i niewiara cechowały Franków. Znajdujemy ich po raz pierwszy w okolicach Moguncyi w środku III-go wieku. Następnie posuwali się Renem aż do ujścia i zajmowali dzisiejsze Niderlandy. Nazwisko Franków, znaczące *Wolnych*, obejmowało wiele połączonych ludów, jako to Sigambrów, Chattów, Chamanów i innych pomniejszych. Pod Merowingami, w długiém następstwie królów, wyrósł ten naród na młodziana, i pod Klodoweuszem uczuł się w swojéj sile. Zwycięstwo odniesione nad Allemanami w bitwie pod Zülpich (496) wprowadza Franków na scenę dziejową. Na tych to polach, gdzie się wedle podań kronikarzy, Klodoweuszowi miał okazać znak krzyża na niebie, na onych polach przeszło posłannictwo z Gotów na Franków. Nic prawdziwszego nad owe godło krzyża: „in hoc signo vinces”. Ochrzczenie się Franków na wiarę katolicką było najważniejszym wypadkiem owoczesnym. W Rzymie, na ruinach kapitolu i świątyni Jowisza kapitolińskiego, powstała stolica św. Piotra i Pawła — plan rzucony na tysiąc lat i więcéj, stanowisko naprzód wytknięte, jawne, widoczne, że Rzym po raz drugi miał zostać światowładnym, zapanować nad narodami potęgą ducha, nie wojska, kierować je słabą laską pasterską, nie berłem ni buławą. Ale téj potędze ducha znowu trzeba było materyi, trzeba było ludu z którymby się zjednoczyła, na któregoby barkach powstała i podniosła się do wysokości, i została skałą na któréj miał być zbudowany kościół, przeciw któremu i bramy piekła nie przemogą. Nieprzydatne na taką podstawę były ludy dawnych prowincyi rzymskich; jedne rozsypujące się bo zębem czasu podcięte, inne niespójne jak piasek. Ludy germańskie odszczepiły się na Aryanizm. Nie było więc materyi dla ducha. Dał ją Klodoweusz z ludem którym władał, przyjąwszy chrzest na obrządek kościoła łacińskiego. Odtąd kościół katolicki zrósł się z interesem Franków, upatrywał w ich monarchach najdzielniejszych swoich obrońców, i popierany przez nich, popierał ich nawzajem całą potęgą swoją. Tą siłą moralną wsparta, nie upadła monarchia Franków przez Klodoweusza ugruntowana, mimo nieustannych następnych podziałów, mimo zbrodni panujących tam królów i zupełnéj ich niedołężności. Wielki geniusz Napoleona nie dojrzał tego ścisłego związku jaki zachodzi między Francyą a kościołem katolickim, i upadek jego w wielkiéj części idzie na karb téj niewiadomości. Dziś jeszcze, choć po 13-stu z okładem wiekach, może nie od rzeczy przytacza dziennik jeden francuski, że ożenienie się księcia Joinville z księżniczką brazylijską uważa dla tego za nader ważny wypadek, iż się Francya na nowo nowym związkiem czysto katolickim umocni. Tego związku początki, silne, potężnie ujęte mamy w Klodoweuszu i w przejściu jego na łono kościoła katolickiego. Frankowie uczynili krok daléj w missyi dziejowéj by zostać piastunami chrześciaństwa; bo kiedy Aryanizm Gotów był sektą tylko, chrześciaństwo Franków było katolickie i trzymało się głowy kościoła. W imię kościoła którego się głosił wyznawcą z ludem swoim, szerzył Klodoweusz granice państwa w dwie przeciwne strony: ku Pyreneom i ku Ardennom, ku brzegom dwóch mórz: śródziemnego i niemieckiego. Wojował Wizygotów i Burgundów ażeby uwolnić z pod jarzma kacerzy duchowieństwo i lud katolicki. Karol Wielki tak późniéj wojował Sasów a Ottonowie narody słowiańskie. Tą samą polityką którą się wyniósł Klodoweusz, wynieśli się potém marszałkowie dworu, tak nazwani majores domus, zrazu w dożywotniém zostający posiadaniu władzy, a późniéj w dziedziczném. Rzym był tu znowu ten kolos potężny, o który oparci kopnęli nogą spruchniałe trony Merowingów, na dwu połowicach wielkiego państwa Franków, w Austrazyi i Neustrazyi wystawione. *Karol Martel*, syn Pipina z Herystalu, pierwszy przyjął tytuł księcia Neustrazyi. Pod nim stwierdziło się czynem chrześciaństwo Franków. W środku siódmego wieku powstał Mahomet prorok, i koran — kodeks nowéj religii. Nie rozłączył on, jak to uczyniła nauka Chrystusa, władzy świeckiéj od władzy duchownéj, ale obie w jednéj osobie połączył — w osobie proroka i wojownika, króla i papieża. Wiara nowa, silna takiém połączeniem, niespełna w sto lat rozpostarła się na trzy części świata: przeszła z Mekki z jednéj strony aż po Indus, z drugiéj przez Egipt i całą północną Afrykę aż do morza atlantyckiego. Tam gdzie się Afryka z Europą jakby progami olbrzymiemi styka, tam stanął Arab z koranem i mieczem w ręku, i wkroczył do Europy. Gebraltar (Gebel al Tarik, przedgórze Taryka), jest po dziś pamiątką tego kroku ważnego w dziejach. Padło już państwo Wizygotów, i powódź Arabów fanatycznych wylała się za Pyreneje (731). Chrześciańskie wojska legły pod *Arles* i kraj cały po Loarę i Saonę zajęły. Ostatniém przedmurzem chrześciaństwa byli już tylko Frankowie. Tu, jak późniéj po raz ostatni pod Wiedniem, ważyła się cała przyszłość świata; rozstrzygały się losy czy świat miał być mahometański czy chrześciański. Pod Poitiers (732) zwarły się wojska — zbrojne zastępy: jedne w imię Chrystusa, drugie w imię Mahometa. Karol Martel dowodził chrześcianami. Zacięta, długa i trudna była walka, „aż przecie sążnisty i mężny ród Niemców murem piersi swoich i żelazném ramieniem rozbił zastępy Arabów”. Tak się wyraża *Roderyk Toletański*, dając znać, że plemiona niemieckie (gens germana) uratowały chrześciaństwo. Pomnijmy, że kiedy w 900 lat późniéj, misya odjętą już była niemieckim narodom, i Turek zatraciciel krzyża stanął pod Wiedniem, że już Niemcy nie podołali sobie; i Jan III musiał przybyć ratować Wiedeń i chrześcijaństwo. Jest to ważną wskazówką, że to, co nazywamy posłannictwem narodu, nie jest mrzonką samego myślenia, ale rzeczywistością dziejową. Wnukiem Karola Martela był Karol Wielki. Olbrzymia to postać dziejowa. Wielki jako monarcha, wielki jako prawodawca, wielki jako wojownik. W osobie swojéj, połączył całkowite posłanictwo narodu, któremu blisko przez pół wieku władał. On w zaciętéj, przeszło 30-stoletniéj wojnie, Sasów pokonał i nawrócił, a obaliwszy ową sławną *Irminsul*, czyli kolumnę *Irmina*, stare bożyszcze bałwochwalców, obalił ostatek pogaństwa germańskiego. Z jednéj strony tępił niewiernych Saracenów w Hiszpanii, z drugiéj szerzył chrześcijaństwo i granice swoje między Słowianami. Państwo jego, w którego skład głównie ludy germańskie wchodziły, rozlegało się od Ebro do Wisły i Cisawy, i od północnego morza aż do południowych Włoszech. Na tych obszernych krainach z pośród ciemni i zarośli lasów Germanii, poświetlała oświata, już czysto chrześcijańska. Szerzyli ją uczeni duchowni z Włoch i z Anglii sprowadzeni. Pozakładano opactwa Benedyktynów i szkoły klasztorne. Głośny i świetny nauką, był na północy klasztor Kluniacki, na południu wśród Allemanów St. Gallen, a między nimi przyświecało mnóstwo mniejszych szkół: w Utrecht, w Leodium, w Kolonii, w Tryerze, w Corvey, w Fulda, Paderborn, Hildesheim i w. i[nnych ośrodkach]. Odtąd więc duch nauki Chrystusa przeszedł w ducha oświaty narodowéj Niemców, i już aż do 16-go wieku oświata, chrześcijańska i germańska jedno było. Ostatniém dziełem Karola Wielkiego i koroną wielkich jego czynów było wskrzeszenie państwa rzymsko-zachodniego i koronowanie się na cesarza. Leon III papież, którego był Karol po wygnaniu wrócił na stolicę apostolską, włożył mu koronę cesarską na głowę, a w sam dzień Bożego Narodzenia, 800 roku, i lud i senat rzymski krzyknęli w uniesieniu: niech żyje cesarz rzymski wielki i potężny od Boga namaszczony! Tak dokonaném zostało dzieło przeznaczenia. Powstał Rzym chrześciański. Po ulicach dawnéj stolicy Cezarów rozległ się znowu głos: Caesar Imperator Augustus! — ale był to głos, jak gdyby z otworzonego grobu, w którym od wieków już w proch się obróciły kości i Cezarów i senatu i ludu rzymskiego, i tylko widmo z niego powstało i przemknęło się, uchodząc na kapitol, na forum romanum, gdzie były gruzy i zwaliska, podczas gdy po ulicach nowego Rzymu rozległ się stary głos nowego ludu. Nie był to już ten Cezar, przed którym postępowali liktorowie z rózgami i toporem; a wedle którego przechodząc gladyatorowie pomrukiwali: morituri salutamus te Caesar; — ale był to Cezar, otoczony hierarchią kościoła, przed którym niesiono miecz i krzyż. Dwa tysiące lat blisko mija, jak wcieliła się i zstąpiła na świat idea chrześcijańska, i rozwinęła się w rozmaitéj mierze na państwa i narody. Świat pogański upadł a powstał świat chrześcijański. Wszakże idea ta zbawiała jednostki nie ludy, bo królestwo jéj nie było z tego świata. W pacierzu tylko który odmawiać nas nauczył boski zakonodawca, błagamy Ojca naszego w niebiesiech, aby to królestwo chrześcijańskie i na ziemi zapanowało, aby się w niém działa wola jego, jako się dzieje w niebie. Otóż królestwa tego świata nie były chrześcijańskie, choć się takiemi nazywały. Dzieje ich wszeteczne i krwawe wojny i zabory, rządy samodziercze i sztuka matactwa politycznego, zowiąca się dyplomacyą, dają świadectwo jak daleką jest polityka od chrześcijańskiego ducha, i jak niepodobnym jest obrazem królestwa bożego na niebie — owéj harmonii i porządku, owéj zgody i jedności w przestrzeganiu praw odwiecznych, które stwórca nieskończoności światów nakreślił, a które wszystkie równą miłością i opatrznością ogarnia. Jeżeli nas poznaki nie mylą, a wskazują na nie zewsząd mężowie, przenikający czas rozumem i natchnieniem, to nowa idea się rodzi i wstępuje w świat — idea wolności, równości i braterstwa ludów przynosząca, jak idea chrześcijańska, dobrą dla nich nowinę, a będąca zapowiedzianém bo błaganém w powszechnéj modlitwie wszystkich chrześcian, królestwem bożém na ziemi. Do spełnienia téj misyi chrześcijańsko-państwowéj, mającéj zbawić narody, mógł tylko powołanym być także naród. A jako Chrystus podjął męczeństwo i śmierć krzyżową, aby zbawił każdego człowieka, przychodzącego na ten świat, tak i naród odkupiciel umęczon i ukrzyżowan być musi, dla zbawienia innych narodów. Wszakże tak tu, jak tam objawić się musi zmartwychpowstanie, aby idea wcielona, będąc z ducha, dała świadectwo duchowéj potęgi swojéj nad tém, co jest doczesne i przemienne. Widzimy dziś te same powtarzające się symptomata, jak za czasów, gdy się idea chrześcijańska wcielała. Niby bogactwo, dobrobyt i przemysł wygórowany, a jednak wzmagająca się coraz bardziéj nędza; niby swobody konstytucyjne, a jednak niesłychany ucisk i przygnębienie ludu; niby kościół panujący i wiara przezeń reprezentowana, a jednak szerząca się obojętność, zwątpienie i niedowiarstwo; niby pokój na ziemi, a państwa od stóp do głów uzbrojone, wysilają się na olbrzymie armie i wszelkie przybory i wynalazki wojenne na lądzie i na morzu, jakby czekały tylko dogodnéj chwili, by z całą zaciętością uderzyć na siebie; niby wesołość życia społecznego i wszystko idzie swoim trybem i porządkiem; a jednak wewnętrzny niepokój trapi ludzi i nigdy nie da im spocząć i spokojnie spoczywać i mnożyć nabyte majątki. Dawne prądy idealne znikły, a zawiał prąd materyalny, filozofia przycichła a zdumiewające wynalazki stały się areną zabiegów ludzkich: pieniądz, znaczenie i bogactwo, celem rządów: zabory, rozwiększanie bezmierne granic państwa, jakby cały świat pochłonąć chciały w siebie i stworzyć drugą Romę. Zacierają się gotowości do ofiar i poświęcenia, a rozpościera się samolubne używanie, rozwiozłość i rozpusta. Blichtr i pozór zastąpił wartość, pracą, nauką i zasługą nabywaną. Świat niby chrześcijański, a ludy i rządy chrześcijańskie patrzą się obojętnie, jak cały naród, co kiedyś stał na straży cywilizacyi i kościoła i zasłaniał Europę od ćmy barbarzyństwa, jak ten naród tępionym jest i zatraconym, a ludy i rządy tępicielom i zatracicielom kłaniają się i czołem przed nimi biją. Wszakże tak snać być musiało, by się i tu spełnił zakon i proroki. Po wjeździe tryumfalnym syna Dawidowego do Jerozolimy, nastąpiło umęczenie jego. Oskarżono go o bunt przeciw władzy, plwano nań i biczowano, nareszcie rozpięto na krzyżu. Aż zmartwychwstał i moc swoję objawił, a apostołowie i uczniowie roznieśli na wsze narody ewangielię, i stało się dzieło odkupienia, świat pogański zamienił się na świat chrześcijański. Czyby to nie było obrazem i zapowiedzią tego, co się dziś po ośmnastu wiekach dzieje, że naród cały po świetnéj epoce dziejowego swego żywota rozszarpan został i rozćwiertowan, oskarżon o bunt ilekroć praw sobie należnych i nieprzedawnionych się dopominał i wskazan na męki i wytracenie, że naród ten także jest w pracy i w ofierze odkupienia rodzaju ludzkiego; że się weń wciela nowa idea miłości, wolności i braterstwa ludów? Idea wciela się nie w pierwszy lepszy, ale w odpowiedni sobie materyał. Widzieliśmy poprzednio, jak idea chrześcijańska przypadała do duchowego usposobienia szczepu germańskiego, i że dla tego szczepy germańskie stały się jéj piastunem. Podobnie Polska przedstawia takie powinowactwo ducha swego z ideą wolności, równości i braterstwa ludów. Wszakże nigdzie indziéj nie istniała taka złota wolność, jak w Polsce. Nigdzie nie było tak wrodzonego pojęcia równości i braterstwa, które przeszło w zwyczaj i obyczaj, w prawo i instytucye kraju. Wadą jedynie było i do upadku poprowadzić musiało, że te dobra społeczne rozciągały się tylko na jeden stan uprzywilejowany, a nie sięgały do szerokich warstw ujarzmionego ludu, w którym przecież jako na rozległéj podstawie, spoczywa siła i potęga narodu. Dobra owe duchowe, acz tylko na stan panujący ograniczone, miały przecież tak potężną siłę assimilacyjną, że nie zaborem i mieczem, ale dobrowolném przystąpieniem sąsiednich narodowości i krajów Polska urosła w granice i potęgę. Litwa z nią się połączyła, Prusy się jéj z dobréj woli poddały, a ziemie ruskie wiekopomną unią lubelską, któréj 300-letnia rocznica przypada w tym roku 11 sierpnia — zlały się z nią w jeden naród, w jednę wspólną ojczyznę. Gdzież podobny przykład w dziejach innych narodów poświetla? Nie jest że to prognostykiem przyszłéj, międzynarodowéj unii wszelkich narodowości, i wszelkich organizacyi politycznych? — prognostykiem królestwa niebieskiego na ziemi, a więc ustankiem wojen, a zaczątkiem panowania wiecznego pokoju? Wszystko zatém mówi, że Polska, która przelewała krew za Europę, staczając na jéj kresach nieustające boje z dziczą Tatarów i Mongołów, która oswobodziła Wiedeń i chrześcijaństwo od nawału wyznawców koranu; która walczyła obok Francyi za idee wolności i wyzwolenia, jakie rewolucya francuska światu ogłosiła; która chwilę ostatecznego rozbioru poprzedziła wiekopomném jak na owe czasy dziełem, konstytucyą trzeciego maja; która na chorągwiach swoich zapisała pamiętny napis: „za naszę i za waszę wolność?” — że ta Polska powołaną jest za przedstawicielkę idei wolności, równości i braterstwa ludów, idei chrześcijańskiéj polityki międzynarodowéj, za którą obecnie ponosi męczeństwo i śmierć polityczną. Jeżeli tak jest, jeżeli naród nasz obecnie spełnia rzeczywiście ofiarę za odkupienie idei narodowéj, idei zbratania się ludów na zasadzie narodowości rozwiniętych, natenczas po umęczeniu na drzewie krzyża nastąpić musi i nastąpi jego zmartwychpowstanie. A ten sam lud, który dziś sprawuje rolę kata i oprawcy, przejrzy i nawróci się, bo nie zmarnieje nigdy narodów obcowanie, a jak zawsze wydawało, tak i tu z czasem wydać musi owoce.
|
webster-tajemniczy-opiekun.txt
ADDED
|
The diff for this file is too large to render.
See raw diff
|
|
|
wells-wehikul-czasu.txt
ADDED
|
The diff for this file is too large to render.
See raw diff
|
|
|