id int64 0 80.7k | text stringlengths 150 110k |
|---|---|
31 | CONTEXT (jules-gabriel-verne,pozytywizm,20-000-mil-podmorskiej-zeglugi)
— Czy ten statek nie płynie?
— Nie, panie Aronnax, kołysze się na falach, ale się nie porusza.
— Wiemy wszakże z pewnością, bo z doświadczenia, że obdarzony jest ogromną szybkością; a ponieważ dla wytworzenia tej szybkości potrzebna jest maszyna i maszynista, wnoszę więc z tego… że jesteśmy ocaleni.
— Hm! — mruknął Ned Land tonem niedowodzącym zupełnego przekonania.
W tej chwili i jakby dla usprawiedliwienia moich dowodzeń, w tylnej części tego dziwnego przyrządu, którego motorem widocznie była śruba, powstało jakby jakieś wrzenie i masa poruszać się zaczęła. Zaledwie mieliśmy czas przesunąć się na część jego przednią wystającą nad wodę na osiemdziesiąt może centymetrów. Na szczęście szybkość jego nie była zbyt wielka.
— Dopóki płynie poziomo — mruczał Ned Land — nie mam nic przeciwko temu; ale jeżeli mu przyjdzie ochota zanurzyć się, to i dwóch dolarów nie dałbym za mą skórę!
I to byłoby za wiele!
Było więc rzeczą niezbędną porozumieć się z istotami zamkniętymi w tej maszynie. Szukałem tedy pod stopami naszymi otworu, klapy, „dziury wejściowej”, wyrażając się technicznie, ale szeregi nitów mocno wiążących z sobą blachy pancerza, ciągnęły się wyraźnie i jednostajnie.
Przy tym i księżyc skrył się już za chmury, a więc zostaliśmy pogrążeni w ciemności. Trzeba było czekać dnia, aby wynaleźć środek przeniknięcia do wnętrza tego statku podmorskiego.
Tak więc ocalenie nasze zależało jedynie od kaprysu tajemniczych sterników kierujących tym przyrządem, który gdyby się zanurzył, zginęlibyśmy bez ratunku. Jeśli ten wypadek nie zajdzie, to ani wątpiłem, że wejdziemy z nimi w stosunki. Bo i w rzeczy samej, jeśli sobie sami nie wytwarzali powietrza, to musieli od czasu do czasu powracać na powierzchnię oceanu dla odświeżenia go i łatwiejszego oddychania — co musi się dziać za pomocą jakiegoś otworu, który by wnętrze statku łączył z atmosferą.
Co zaś do nadziei ocalenia nas przez kapitana Farraguta, tej wypadło wyrzec się zupełnie. Płynęliśmy na zachód, a szybkość nasza, względnie bardzo niewielka, wynosić mogła ze dwanaście mil na godzinę. Śruba rozbijała fale z matematyczną jednostajnością, wychylając się niekiedy i wyrzucając wodę fosforyzującą do znacznej wysokości.
Około czwartej godziny z rana szybkość przyrządu wzrosła tak, że fale silnie nas potrącały; z trudnością przyszło nam się utrzymać. Na szczęście Ned namacał wypadkiem szeroką obręcz otaczającą górną część grzbietu i do tej mocnośmy się przyczepili.
Przeszła nareszcie ta długa noc. Zawodna moja pamięć nie dochowała wszystkich doznanych naówczas wrażeń. Jeden tylko przypominam sobie szczegół. Mianowicie podczas spokoju na morzu i przy cichym wietrze niejednokrotnie słyszałem jakieś tony niewyraźne, jakby przelotną harmonię oddalonymi wywołaną akordami. Jakaż więc była tajemnica tej żeglugi podmorskiej, której wyjaśnienia świat cały szukał na próżno? Jakież istoty przebywały w tym dziwnym statku? Jakież mechaniczne czynniki przenosiły go z miejsca na miejsce z szybkością tak nadzwyczajną?
Dzień się robił; jeszcze poranne mgły otaczały nas, ale wkrótce rozwiać się miały. Chciałem przystąpić do uważnego zbadania kadłuba, który w górnej swej części tworzył pewien rodzaj platformy poziomej, kiedym poczuł, że się statek poczyna z wolna zanurzać.
— Eh! Do tysiąca diabłów! — wrzasnął Ned Land, tupnąwszy nogą w blachę — otwórzcie nam, żeglarze niegościnni!
Lecz trudno, aby nas usłyszano wśród ogłuszających uderzeń śruby. Na szczęście ustało zanurzanie się statku.
Nagle dał się słyszeć wewnątrz odgłos gwałtownie odsuwanych zawiasów. Spod klapy podniesionej wyjrzał człowiek, dziwnie krzyknął i zniknął natychmiast.
W kilka minut potem ośmiu tęgich zuchów z twarzami zakrytymi ukazało się w milczeniu i wciągnęli nas do wnętrza swej strasznej maszyny.
Mobilis in mobili |
28 | CONTEXT (jules-gabriel-verne,pozytywizm,20-000-mil-podmorskiej-zeglugi)
— To ty! — zawołałem — Ty!
— Ja sam — odpowiedział Conseil — na rozkazy.
— Wstrząśnienie wyrzuciło cię razem ze mną do morza?
— Bynajmniej. Lecz ponieważ jestem u nich w służbie, poszedłem za nimi.
Poczciwy chłopiec uważał to za rzecz bardzo naturalną.
— A fregata? — zapytałem.
— Fregata! — odrzekł Conseil, wykręcając się na grzbiecie. — Zdaje mi się, że nie warto liczyć na nią.
— Co ty mówisz?
— Mówię, że w chwili, kiedym za nimi wskoczył w wodę, słyszałem jak na pokładzie wołano: „śruba i ster są strzaskane!”
— Strzaskane?
— Tak! Strzaskane zębem potwora. Innego uszkodzenia „Abraham Lincoln” nie doznał. W każdym razie, na nieszczęście nasze, nie ma steru i nie może się zwrócić, gdzie zechce.
— Więc jesteśmy zgubieni.
— Być może — spokojnie odpowiedział Conseil. — Jednakże mamy jeszcze kilka godzin czasu, a przez kilka godzin wiele zrobić można.
Zimna krew Conseil'a i ufność jego dodały mi odwagi. Płynąłem z większą siłą, lecz wkrótce osłabłem — suknie ciążyły mi jak ołów. Spostrzegł to Conseil.
— Z przeproszeniem, muszę zrobić cięcie.
To mówiąc, wsunął nóż otwarty pod moje suknie, jednym pociągnięciem rozpruł je od góry do dołu, po czym ściągał je ze mnie, gdy ja płynąłem za nas obu.
Z kolei oddałem tę samą przysługę Conseil'owi i wtedy już swobodnie „żeglowaliśmy” jeden obok drugiego.
Pomimo to, położenie nasze było okropne. Może nawet nie dostrzeżono naszej nieobecności na statku! A gdyby i nie to, fregata bez steru nie mogła pod wiatr płynąć na nasz ratunek. Można więc było liczyć tylko na łodzie.
Conseil, biorąc rzeczy rozważnie, ułożył plan odpowiedni. Zadziwiająca natura! Ten flegmatyczny chłopiec czuł się tu jak u siebie.
Ponieważ jedyna szansa naszego zbawienia była w doczekaniu się łodzi wysłanych z fregaty, więc wypadało się tak urządzić, abyśmy na nie jak najdłużej czekać mogli. Postanowiłem przeto rozdzielić nasze siły tak, abyśmy ich wyczerpywać jednocześnie nie potrzebowali — i oto, cośmy uradzili: jeden położy się na grzbiecie nieporuszony, z rękoma na piersiach skrzyżowanymi, a drugi, płynąc, popychać go będzie przed sobą. Tak, zmieniając się co dziesięć minut, mogliśmy płynąć jeszcze kilka godzin, a może nawet i do rana. |
25 | CONTEXT (jules-gabriel-verne,pozytywizm,20-000-mil-podmorskiej-zeglugi)
— I cóż, panie Land — zapytał dowódca — czy radzisz mi jeszcze spuszczać czółna na morze?
— Nie, panie — odrzekł Ned Land — bo widzę, że to bydlę nie da się złapać, jeżeli nie zechce.
— Cóż zatem robić?
— Powiększyć jeszcze siłę pary, jeśli to być może. Co do mnie, to, rozumie się z pozwoleniem pańskim, stanę przy maszcie przednim całkiem w pogotowiu i cisnę oszczep, jeśli na stosowną odległość zbliżyć się zdołamy.
— Dobrze, Ned — odpowiedział kapitan Farragut. — Panie maszynisto! — krzyknął — każ zwiększyć ciśnienie pary.
Ned Land poszedł na swoje stanowisko. Ognie pod kotłami powiększono: śruba robiła czterdzieści trzy poruszenia na minutę, a para wydobywała się gwałtownie przez klapy. „Abraham Lincoln” pędził z szybkością osiemnastu i pół mili na godzinę.
Lecz z tą samą szybkością pędziło i przeklęte zwierzę.
Jeszcze przez godzinę fregata pędziła w ten sposób, nie mogąc się przybliżyć ani o jeden sążeń. Było to wielce upokarzające dla jednego z najszybszych statków marynarki amerykańskiej. Załoga okrętu mocno była niezadowolona. Majtkowie przeklinali potwora, który nie raczył im nawet odpowiedzieć. Kapitan Farragut gryzł i szarpał swą brodę.
Przywołał on raz jeszcze maszynistę i zapytał, czy nie może już zwiększyć ciśnienia pary.
— Nie mogę, kapitanie — odpowiedział maszynista.
— A klapy bezpieczeństwa czy są obciążone?
— Do sześciu i pół atmosfer.
— Obciąż je pan do dziesięciu atmosfer.
Rozkaz był prawdziwie amerykański. Nie lepiej by postąpiono na Missisipi, dla prześcignięcia „współzawodnika”.
— Conseil — rzekłem do mego dzielnego chłopca stojącego przy mnie — czy wiesz, że możemy w powietrze wylecieć?
— Jak im się podoba! — spokojnie odrzekł Conseil.
Przyznam się, że tym razem wcale mi się podobać nie mogła tego rodzaju przyjemność.
Klapy bezpieczeństwa zostały obciążone. Dosypano węgli do pieców. Wentylatory dostarczyły ogromnej ilości powietrza do palenisk. Szybkość fregaty jeszcze się zwiększyła. Maszty jej trzęsły się w osadzie, a kłęby dymu zaledwie przecisnąć się mogły przez zbyt wąskie kominy.
Niecierpliwy dowódca zapytał sternika o prędkość.
— Dziewiętnaście mil i trzy dziesiąte — odpowiedział zagadnięty. |
20 | CONTEXT (jules-gabriel-verne,pozytywizm,20-000-mil-podmorskiej-zeglugi)
— To może być… — odparł Ned wahająco.
— Cóż może być?
— Że… To nieprawda! — dokończył Kanadyjczyk, powtarzając mimowiednie słynną odpowiedź pana Arago.
Lecz ta odpowiedź dowodziła tylko uporu wielorybnika i nic więcej. Tego dnia nie nalegałem już więcej. Wypadek z okrętem „Scotia” nie ulegał najmniejszej wątpliwości; trudno bowiem zaprzeczyć istnieniu ogromnej dziury, którą zatkać było potrzeba. Otóż ta dziura nie powstała sama z siebie; a ponieważ ani skały podmorskie, ani pale podwodne nie przedziurawiły spodu tego okrętu, więc musiał go przedziurawić ostry ząb zwierzęcia.
Według mego zdania i z powodów wyżej przytoczonych, zwierzę to należało do działu kręgowych, do klasy ssących, do grupy rybokształtnych, a ostatecznie przeto do rzędu wielorybów. Pod względem rodziny mógł to być wieloryb, potfisz lub delfin, co zaś do rodzaju i gatunku to się dopiero wyjaśni. Dla rozwiązania tej kwestii potrzeba pokrajać tego nieznanego potwora; aby zaś go pokrajać, trzeba go zabić, co już należy do naszego oszczepnika Neda Landa; aby zaś zabić potwora, trzeba go zobaczyć, a to już rzecz załogi; aby wreszcie zobaczyć go, trzeba go spotkać, a to już będzie rzeczą wypadku.
Na los szczęścia
Przez pewien czas nic się w podróży naszej nie zdarzyło godnego uwagi, lecz nadeszła okoliczność, która dała nam poznać zadziwiającą zręczność Neda Landa i nauczyła nas, jaką ufność w nim pokładać można.
Na otwartym morzu, naprzeciwko Wysp Malwińskich, fregata napotkała wielorybników amerykańskich, którzy nas upewnili, że nic nie wiedzą o narwalu. Lecz jeden z nich, kapitan okrętu „Monroe”, wiedząc, że Ned Land znajduje się na pokładzie naszego statku, prosił go o pomoc w złowieniu wieloryba, którego spostrzeżono z daleka. Kapitan Farragut, pragnąc dać oszczepnikowi sposobność do okazania swej sprawności, pozwolił mu udać się na pokład „Monroe”. Przypadek tak dobrze posłużył naszemu Kanadyjczykowi, że zamiast jednego wieloryba, w dwa wbił oszczepy — jednemu w samo serce, a drugiemu w bok, dopędziwszy go po kilku minutach pogoni.
Doprawdy, jeśli nasz potwór dostanie się kiedyś pod harpun Neda Landa, to nie ręczę za jego całość.
Fregata płynęła wzdłuż brzegu południowo-wschodniego Ameryki z wielką szybkością. Dnia 3 lipca byliśmy przy wejściu do Cieśniny Magellana, na wysokości Przylądka Dziewic. Lecz kapitan Farragut nie chciał płynąć przez to kręte przejście; kazał zawrócić tak, abyśmy opłynęli Przylądek Horn.
Cała załoga jednozgodnie uznała słuszność tego rozporządzenia. Bo w rzeczy samej, czyż podobna było przypuścić nawet, abyśmy spotkać mogli narwala w tej wąskiej cieśninie? Majtkowie utrzymywali, że nie przesunąłby się tamtędy, gdyż był „za wielki na to”.
Dnia 6 lipca około trzeciej po południu „Abraham Lincoln” opłynął o piętnaście mil na południe tę samotną wysepkę, tę skałę zapomnianą na krańcu lądu amerykańskiego, której marynarze holenderscy narzucili nazwę swego miasta rodzinnego, nazywając ją Przylądkiem Horn. Droga skierowana została na północo-zachód i następnego dnia śruba fregaty rozbijała już wody Oceanu Spokojnego.
— Baczność! Uwaga! — powtarzali majtkowie fregaty.
I rzeczywiście, wytężone oko całej ludności okrętowej nie spoczęło ani na chwilę, pomagając sobie jeszcze szkłami lunet i perspektyw; obdarzeni darem widzenia w ciemności mieli tym więcej widoków pozyskania nagrody przyrzeczonej.
I ja także natężałem wzrok i uwagę nie mniej od innych, chociaż nie nęcił mnie powab pieniędzy. Poświęcając zaledwie kilka minut na posiłek i kilka godzin na odpoczynek, obojętny na deszcz lub upał słoneczny, nie opuszczałem prawie pomostu okrętowego. Oparty o parapet dzioba lub na pomoście rufy fregaty, chciwym wzrokiem pożerałem białe smugi fal zaścielające morze jak oko sięgało. Ileż to razy podzielałem wzruszenie sztabu lub załogi, gdy przypadkiem czarniawy grzbiet wieloryba wychylił się ponad fale! Pomost fregaty zapełniał się ludźmi; ze wszech stron tłumnie zbiegali się oficerowie i majtkowie; każdy zadyszany, okiem niespokojnym śledził wieloryba. Ja patrzyłem, jakbym oczy chciał wypatrzeć, a Conseil tymczasem, ze zwykłą sobie flegmą, powtarzał tonem spokojnym:
— Gdyby chcieli mniej trochę wytrzeszczać oczy, to lepiej i więcej widzieć by mogli.
Ale próżne to były wzruszenia! „Abraham Lincoln” zmieniał kierunek, pędził na zwierzę wskazane i spotykał zwykłego wieloryba lub potfisza uciekającego wśród potoków przekleństw.
Pogoda sprzyjała nam ciągle, podróż odbywała się w najlepszych warunkach. A choć była to zła pora roku półkuli południowej, bo lipiec tych stron odpowiada naszemu styczniowi — to jednak morze ciągle było spokojne i łatwo się dało ogarnąć okiem na znacznej przestrzeni wkoło okrętu.
Ned Land wciąż uporczywie nie wierzył w narwala; udawał nawet, że wcale nie pilnuje powierzchni morza, chyba że dostrzeżono wieloryba. A jednakże jego cudowna potęga wzroku mogła wyświadczyć wielkie usługi. Lecz zacięty Kanadyjczyk po osiem godzin na dzień spał lub czytał w swej kajucie. Wyrzucałem mu nieraz jego obojętność. |
23 | CONTEXT (jules-gabriel-verne,pozytywizm,20-000-mil-podmorskiej-zeglugi)
Mylę się. Chciałem powiedzieć, że chciała się odsunąć, lecz zwierzę nadprzyrodzone zbliżyło się do niej z szybkością dwa razy większą.
Oddychaliśmy zaledwie, oniemieliśmy i osłupieliśmy bardziej z zadziwienia, aniżeli z obawy. Zwierzę dopędzało nas jakby przez igraszkę.
Okrążyło fregatę pędzącą z szybkością czternastu węzłów i otoczyło ją warstwą elektryczności jak pyłem świetlnym. Potem odsunęło się na dwie lub trzy mile, pozostawiając za sobą smugę fosforyczną podobną do kłębów pary, jakie wyrzuca w tył lokomotywa pociągu pośpiesznego. Nagle od ciemnych krańców widnokręgu, do których doszedł, potwór zawrócił się znowu ku fregacie z przerażającą szybkością i w odległości dwudziestu może stóp od niej zatrzymał się, przygasił nagle swój blask, nie zanurzając się jednak w wodzie, bo światło nie ulegało stopniowemu zmniejszaniu się, tylko nagle znikło. Potem ukazał się z drugiej strony okrętu, lecz nie wiadomo, jakim sposobem? Czy opłynął go, czy też przesunął się pod jego spodem. Niebezpieczeństwo zetknięcia z nim groziło nam klęską.
Dziwiły mnie obroty fregaty. Uciekała, zamiast nacierać. Powinna była ścigać, a tymczasem sama była ścigana; zrobiłem tę uwagę kapitanowi. Na twarzy jego, spokojnej zwykle, czytałem nieopisane zdziwienie.
— Panie Aronnax — odpowiedział — nie wiem, z jaką straszną istotą mam do czynienia i nie chcę nierozważnie narażać mojej fregaty wśród takiej ciemności. Zresztą jakże zaczepiać, gdy nie wiemy kogo? Jakże się bronić przeciw nieznanemu? Poczekajmy do dnia, a wtedy role się odmienią.
— Ale już teraz nie wątpisz, kapitanie, o istnieniu zwierzęcia? — zapytałem.
— Nie, panie; jest to oczywiście narwal olbrzymi, ale zarazem elektryczny.
— Może być — dodałem — że nie można się do niego zbliżyć, tak samo jak do węgorza elektrycznego lub do drętwika (Raja elektryczna).
— W rzeczy samej — odrzekł kapitan — i jeśli posiada on w sobie jeszcze siłę piorunującą to jest niezaprzeczenie najstraszniejszym zwierzęciem, jakie wyszło kiedykolwiek z rąk Stwórcy. Dlatego też, panie, mam się na ostrożności.
Przez całą noc załoga okrętowa była na nogach i nikt nie pomyślał o spaniu. „Abraham Lincoln”, nie mogąc walczyć szybkością, zwolnił swój bieg; utrzymywano na nim niewielką tylko parę. Narwal, idąc za przykładem fregaty, pozwalał się kołysać falom — i zdawało się, że postanowił nie opuszczać placu bitwy.
Jednakże około północy znikł albo, lepiej powiedziawszy, „przygasł” jak ogromny robak świecący. Czy uciekł? Należało się i tego lękać, ale nie spodziewać. Lecz na siedem minut przed pierwszą z rana dało się słyszeć ogłuszające gwizdnięcie podobne do tego, jakie wydaje strumień wody z nadzwyczajną wyrzucony gwałtownością.
Kapitan Farragut, Ned Land i ja staliśmy wówczas na pomoście rufy, usiłując stamtąd przedrzeć ciekawym wzrokiem grube ciemności.
— Nedzie Landzie — rzekł kapitan — wszak często słyszałeś wieloryby ryczące?
— Często, panie, ale nigdy takich wielorybów, których wypatrzenie przyniosłoby mi dwa tysiące dolarów zysku.
— To prawda, że masz prawo do nagrody. Ale powiedz mi, czy ten odgłos nie jest podobny do tego, jaki wydają wieloryby, wyrzucając wodę przez nozdrza?
— Taki sam odgłos, panie, lecz ten, jaki przed chwilą słyszeliśmy, jest bez porównania silniejszy. Nie ulega wątpliwości, że wieloryba mamy pod bokiem. Jeśli pan pozwoli — dodał oszczepnik — jutro przy świetle dziennym powiemy mu słówko.
— Jeśli będzie w humorze słuchania cię, mości Landzie — wtrącił tonem powątpiewania.
— Niech ja się tylko zbliżę do niego na cztery długości harpuna — odparł Kanadyjczyk — a musi mnie słuchać!
— Abyś jednak się zbliżył — rzekł dowódca — na to trzeba by dać łódź wielorybniczą?
— Bez wątpienia, kapitanie. |
17 | CONTEXT (jan-sten,modernizm,adam-asnyk-sylwetka-literacka)
I otocz mnie
W głębokim śnie
Miłością dusz promienną.
Tej miłości nie odmówią mu nigdy czciciele piękna. I niewątpliwie liczba czytelników i wielbicieli Asnyka wzrastać będzie ciągle w miarę jak piękność
Serca pokoleń będzie podnosiła,
Kładąc pragnieniom szlachetniejsze piętno,
I wschodząc w ciała czystości dziewiczej
Krąg przeobrażeń przejdzie tajemniczy,
Aż w ludzkich uczuć i czynów dziedzinie
Wieczyste ducha piękności rozwinie.
|
30 | CONTEXT (jules-gabriel-verne,pozytywizm,20-000-mil-podmorskiej-zeglugi)
W tej chwili, przy słabym blasku księżyca zachodzącego za widnokrąg, dojrzałem twarz nie Conseil'a wprawdzie, lecz twarz, którą zaraz rozpoznałem.
— Ned! — zawołałem.
— W swojej własnej osobie! Ned, panie, pędzący za swą nagrodą! — odrzekł Kanadyjczyk.
— Tyś także wpadł do morza przy wstrząśnieniu fregaty?
— Tak jest, panie profesorze, lecz, szczęśliwszy od was, zaraz prawie zdołałem się dostać na wysepkę pływającą.
— Wysepkę?
— Albo raczej na waszego narwala olbrzymiego.
— Nie rozumiem cię, Ned.
— Zaraz też zrozumiałem, czemu mój oszczep nie mógł w nim ugrząźć i zsunął się po jego skórze.
— Dlaczegóż, Ned, dlaczego?
— Oto dlatego, panie profesorze, że ta bestia ukuta jest z blach stalowych.
Muszę tu zebrać moje myśli i odświeżyć wspomnienia, policzyć się z mymi wrażeniami.
Ostatnie wyrazy Kanadyjczyka sprawiły nagłą w moim mózgu zmianę. Siedziałem na zwierzęciu, czy też przedmiocie na wpół zanurzonym w wodzie, który nam służył za schronienie; czułem go pod mymi stopami. Było to w rzeczy samej ciało twarde, nieprzeniknione, a bynajmniej nie owa substancja miękka, z jakiej się składa ciało wielkich morskich zwierząt ssących.
Lecz to ciało twarde mogło być kościstą skorupą zwierząt przedpotopowych — i w takim razie miałbym słuszność, mieszcząc potwora między płazami ziemnowodnymi jak żółwie i aligatory.
Otóż nie! Czarniawy grzbiet, na którym siedziałem, był śliski, gładki, nie chropowaty; za dotknięciem wydawał dźwięk metaliczny, jakby — rzecz trudna do wiary — zrobiony był z blachy stalowej.
Nie było żadnej wątpliwości, że zwierzę, potwór, zjawisko przyrody, które tak intrygowało cały świat uczony, rozpalało wyobraźnię i niepokój budziło w sercach marynarzy obu półkul ziemskich — było zjawiskiem bardziej jeszcze zadziwiającym, bo dziełem ręki ludzkiej.
Odkrycie istoty najbajeczniejszej, najbardziej mitologicznej, nie zdziwiłoby mnie do takiego stopnia i obłąkało tak mego rozumu. Wszystko co wielkie i nadzwyczajne pochodzi od Stwórcy i to rzecz bardzo prosta; lecz nagłe odkrycie czegoś, tak po ludzku a tajemniczo urzeczywistnionego, doprowadzić mogło do szaleństwa.
Bądź co bądź, znajdowaliśmy się na grzbiecie jakiegoś statku podwodnego, kształtu, o ile wnosić mogłem, ogromnej ryby stalowej. Ned Land dał już poznać swoje pod tym względem zdanie — a ja i Conseil zgodzić się na nie musieliśmy.
— Lecz w takim razie — mówiłem — przyrząd ten posiada w sobie mechanizm dozwalający mu przenosić się z miejsca na miejsce i jakąś załogę mechanizmem tym kierującą.
— Tak się zdaje — odrzekł oszczepnik — a jednak od trzech godzin, jak przebywam na tej wyspie pływającej, nie dała ona jeszcze żadnego znaku życia. |
19 | CONTEXT (jules-gabriel-verne,pozytywizm,20-000-mil-podmorskiej-zeglugi)
— Doprawdy? — rzekł Ned, patrząc na mnie przymrużonym okiem.
— Tak jest i bez trudności cyframi ci tego dowiodę.
— Cyframi! — zawołał Ned. — Wiem, że papier jest cierpliwy i cyfry na nim ustawiać można jak się komu spodoba.
— W interesach, mój drogi — ale nie w matematyce. Posłuchaj. Przypuśćmy, że ciśnienie jednej atmosfery wyrażać się będzie przez ciśnienie kolumny wody 32 stóp wysokości. W rzeczywistości kolumna wody byłaby mniej wysoka, ponieważ idzie tu o wodę morską, której gęstość, a więc i ciężar, jest większa, aniżeli wody słodkiej. Otóż, gdy się zanurzasz, to ile razy po trzydzieści dwie stopy wody jest nad twoim ciałem, tyle atmosfer ciało twoje wytrzyma ciśnienia; to jest jeden kilogram na każdy centymetr kwadratowy jego powierzchni. Stąd wynika, że przy zanurzeniu się na trzysta dwadzieścia stóp, ciśnienie dochodzi do dziesięciu atmosfer; przy trzech tysiącach dwustu stopach — stu atmosfer; a przy trzydziestu dwóch tysiącach stóp — tysiąca atmosfer. Inaczej tak by to można wyrazić: jeśli zdołasz dojść do takiej głębi oceanu, to wówczas każdy centymetr kwadratowy powierzchni twego ciała wytrzyma ciśnienie tysiąca kilogramów. A wiesz, mój drogi, ile powierzchnia twego ciała może mieć centymetrów kwadratowych?
— Ani się tego domyślam, panie Aronnax.
— Około siedemnastu tysięcy.
— Tylko tyle?
— A ponieważ ciśnienie atmosferyczne jest cokolwiek większe niż waga jednego kilograma na centymetr kwadratowy, więc twoje siedemnaście tysięcy centymetrów kwadratowych wytrzymują w tej chwili ciśnienie siedemnastu tysięcy pięciuset sześćdziesięciu ośmiu kilogramów.
— I ja ani wiem o tym?
— A ty ani wiesz o tym. I jeśli nie jesteś zdruzgotany takim ciśnieniem to tylko dlatego, że powietrze z równym ciśnieniem przenika wnętrze twego ciała. Stąd równowaga zupełna pomiędzy ciśnieniem wewnętrznym i zewnętrznym, które się zobojętniają i to ci dozwala wytrzymać je bez trudności. Lecz w wodzie rzecz całkiem inna.
— Tak jest, rozumiem — odpowiedział Ned, słuchając uważnie — bo woda otacza mnie, a nie przenika.
— Właśnie dlatego, Ned. Otóż o trzydzieści dwie stopy pod powierzchnią morza musiałbyś wytrzymać ciśnienie siedemnastu tysięcy pięciuset sześćdziesięciu ośmiu kilogramów; o trzysta dwadzieścia stóp — dziesięć razy większe ciśnienie, czyli sto siedemdziesiąt pięć tysięcy sześćset kilogramów, o trzy tysiące dwieście stóp — sto razy większe ciśnienie, czyli tysiąc siedemset pięćdziesiąt sześć tysięcy osiemset kilogramów; o trzydzieści dwa tysiące stóp nareszcie — tysiąc razy większe ciśnienie, czyli siedemnaście milionów pięćset sześćdziesiąt osiem tysięcy kilogramów. To jest, że byłbyś zgnieciony i spłaszczony jak gdyby cię wyciągnięto z prasy hydraulicznej.
— Do licha! — krzyknął Ned.
— Otóż, mój zacny wielorybniku, jeśli zwierzęta długości kilkuset stóp i odpowiedniej objętości przebywają w podobnych głębinach, to gdy powierzchnia ich ciała wynosi miliony centymetrów kwadratowych, wytrzymywać one muszą miliardy kilogramów ciśnienia. Oblicz więc, jaki musi być opór ich szkieletu kostnego i jaka potęga ich organizmu, aby takiemu ciśnieniu oprzeć się zdołały.
— Muszą chyba — odpowiedział Ned Land — być wyrobione z blach żelaznych ośmiocalowych jak fregaty opancerzone.
— Tak jest, mój kochany! Pomyśl zatem o zniszczeniu, jakie może wyrządzić taka masa rzucająca się na okręt z szybkością pociągu pośpiesznego.
— Tak… Rzeczywiście… Być może… — bąkał Kanadyjczyk zachwiany moim rachunkiem, ale nie chcąc się poddać.
— Więc cię przekonałem?
— Przekonałeś mnie o jednej rzeczy, panie przyrodniku; że jeśli podobne istoty istnieją w głębi mórz, to koniecznie muszą być tak silne jak mówisz.
— Ale jeśli nie istnieją, wielorybniku, to czymże usprawiedliwisz wypadek, jaki się zdarzył okrętowi „Scotia”? |
9 | CONTEXT (jan-sten,modernizm,adam-asnyk-sylwetka-literacka)
Jan Sten
Adam Asnyk. Sylwetka literacka
ISBN 978-83-288-2877-3
Adamowi Asnykowi przypada w dziejach literatury wielki zaszczyt: do lutni, na której grali wielcy poeci romantyzmu, nawiązał kilka strun nowych, nie tak donośnych, jak dawne, ale bardzo dźwięcznych i czystych. Sprowadził poezyę naszą bliżej ziemi z wyżyn podniebnych, gdzie ją wzniósł Mickiewicz, Słowacki, Krasiński. Żadna poezya bowiem nie miała w *ogóle* swoim tak wysokiego lotu, jak nasza, i żadna nie była tak ściśle narodową t. j. tak nierozerwanie spojoną z historycznemi przejściami narodu. Romantycy wspomnieniami dzieciństwa sięgają jeszcze starej Rzeczypospolitej, a w wieku dojrzałym żyją pogromem 31 roku. I ogarnia ich wielkie zdumienie. Jakto? Tyle wysiłków, tyle odwagi, tyle świętych haseł na nic? Przemoc zwycięska, wolność zdeptana? I wszyscy zgodnym głosem wołają: cudu! Cały naród żąda tego cudu i próbuje go ściągnąć na ziemię wybuchami i spiskami. Nikt nie potępia powstania, ale próbuje natychmiast nad siły — zrobić lepsze. Poeci, jak żeglarze w bocianich gniazdach na masztach, wpatrują się z wyżyn w mgłę przyszłości, aby pierwsi dostrzec i oznajmić zapowiedź cudu. Więc Mickiewicz wyzywa Boga „na serca” i dla szczęścia ludu swego chce mu wyrwać „rząd dusz”; Krasiński odkłada zbawienie w messyaniczną dal i przed Tołstojem głosi dogmat: „nie opierać się złu”; Słowacki, najgorętszy i najzapaleńszy, własną fantazyą opętany, w każdym kurczu chce dostrzec początek zmartwychwstania i przed rzezią galicyjską nie waha się wróżyć:
Więc się bój: — bo duch się wdziera
Zewsząd i podważa wieże.
Słaby, mówisz, rzeź wybiera.
A czy wiesz, co on wybierze?
Może ludów zatracenie,
Może nam przyniesie w dłoni
Komet wichry i płomienie,
W których drży król, matka roni,
Działa, wozy, hufce, konie
Ogień pali, ziemia chłonie;
A nikt z mogił nie korzysta,
Jeno wszczynający ruch,
Wieczny rewolucyonista,
Pod męką ciał — leżący duch!
Ale wszyscy mają zgodnie głęboką, fantastyczną wiarę w bliskość odrodzenia, w czynne wmieszanie się Opatrzności, która naprawić musi swe błędy.
Asnyk jest inny, bo jest dzieckiem innej epoki, roku 63, „roku nieszczęścia”. To już nie było chwilowe powalenie przeciwnika, ale, zda się, pogrom bezlitośny i ostateczny, orgja zniszczenia rozpasana nad krajem, gwałtowne zapadanie się w przepaść wszystkiego, co wieki tworzyły. Im większe były wysiłki i przygotowania, tym większa rozpacz ogarnąć musiała uczestników. A nie spotykano ich zagranicą, jak bohaterów okrzykami: Noch ist Polen nicht verloren, ale nawet we własnym kraju nieraz, jak zbrodniarzy. Zakradło się do ich dusz zwątpienie, niepewność: czyśmy dobrze zrobili? Dokonawszy dzieła, zaczęli dopiero dlań szukać usprawiedliwienia, gdyż własna wiara nie wystarczała ani im, ani innym. Jedni, jak Asnyk, znaleźli to usprawiedliwienie w prawdach wiedzy, w niezłomnych prawach przyrody i społeczeństwa; odzyskali w ten sposób pewność, ale nie zdobyli wiary. Nie nakażą rozpaczać, ale nie zachęcą do czynów. Asnyk nie jest zrozpaczony, lecz zrezygnowany, bo rezygnacya jest właśnie wiarą w przyrodzoną rzeczy konieczność. Do wiary naszych wielkich romantyków ta wiara w konieczność tak się mniej więcej ma, jak uczucie w piersiach Aristogitona lub Żelabowa, do tego, które ożywiać by mogło cegłę, spadającą na skroń tyrana.
Asnyk mówi (Pobudka):
Precz z małoduszną rozpaczą,
Nie wolno rozpaczać nam!
Niech myśli zuchwale skaczą
Do niebios zamkniętych bram!
Ale w tym samym, najbardziej może *ufnym* swoim wierszu, kilka zwrotek dalej nie zdobywa się już na zapewnienie, tylko na restrykcyę: |
32 | CONTEXT (jules-gabriel-verne,pozytywizm,20-000-mil-podmorskiej-zeglugi)
Tego gwałtownego porwania nas dokonano z szybkością błyskawicy. Nie mieliśmy czasu obejrzeć się, jak to powiadają; nie wiem, czego doświadczyli moi towarzysze, czując się wciągani do tego więzienia pływającego, lecz mnie dreszcz przebiegł po całym ciele. Z kim mieliśmy do czynienia? Zapewne z jakimiś rozbójnikami nowego rodzaju wyzyskującymi morze w swój sposób.
Zaledwie zamknął się za mną ciasny otwór, znalazłem się w ciemności zupełnej; nagle przeniesiony ze światła w ciemnicę, nic w pierwszej chwili dostrzec nie mogłem. Czułem, że moje nogi nagie wlokły się po stopniach żelaznej drabiny. Ned Land i Conseil, silnie pochwyceni, wleczeni byli za mną. U spodu drabiny drzwi uchyliły się i natychmiast za nami zamknęły z ponurym odgłosem.
Byliśmy sami. Gdzie? Wówczas nie wiedziałem jeszcze. Wszystko było czarne, ale to tak czarne, że po upływie kilku minut oczy moje nie mogły jeszcze pochwycić tej jasności nieokreślonej, jaka wydobywa się spośród najgłębszej nawet ciemności.
Ned Land, rozgniewany takim sposobem postępowania, nie powściągał swego oburzenia.
— Do miliona diabłów! — wołał — oto ludzie, którzy przypominają gościnnością Kaledończyków! Brakuje tylko, aby byli ludożercami. Nie dziwiłoby mnie to wcale; doprawdy, nie dałbym się zjeść tak łatwo.
— Uspokój się przyjacielu, uspokój się — rzekł spokojnie Conseil. — Nie unoś się przedwcześnie. Jeszcze przecież nie jesteśmy na rożnie.
— To prawda, że nie na rożnie — odparł Kanadyjczyk — ale z pewnością w piecu. Tak tu ciemno. Na szczęście mam mój bowie knife przy sobie, a widzę jeszcze tyle, że użyć go potrafię w potrzebie. Pierwszy z tych zbójów, który się zbliży do mnie…
— Nie gniewaj się niepotrzebnie, Ned, i nie narażaj nas wszystkich tą przedwczesną gwałtownością. Kto wie, czy nas nie podsłuchują. Lepiej starajmy się dowiedzieć, gdzie jesteśmy.
Szedłem po omacku. Wkrótce napotkałem ścianę z blach spajanych. Zwracając się w przeciwną stronę, znalazłem stół drewniany obstawiony stołkami bez poręczy. Podłoga tego więzienia zasłana była dość grubą matą z formium, co przygłuszało odgłos kroków. Na gołych ścianach nigdzie nie było śladów drzwi ani okien. Conseil, idąc z przeciwnej strony, spotkał się ze mną — i powróciliśmy do środka tej kajuty mającej, jak się zdawało, dwadzieścia stóp długości, a dziesięć szerokości; wysoka zaś była tak, że Ned Land, pomimo swego ogromnego wzrostu, swobodnie się w niej mieścił.
Pół godziny upłynęło tak bez żadnej zmiany, gdy nagle z zupełnej ciemności wzrok nasz przeszedł do światła bardzo natężonego. Więzienie nasze rozwidniło się od razu, to jest napełniło się światłem tak mocnym i żywym, że z początku znieść tego blasku nie było można. Po białości i natężeniu poznałem światło elektryczne wywołujące wkoło statku podmorskiego owo zjawisko fosforescencji. W pierwszej chwili zamknąłem oczy mimowolnie, a otworzywszy je, spostrzegłem, że światło wydobywało się z matowej półkuli umieszczonej w górnej części kajuty.
— Nareszcie widać coś przecie! — zawołał Ned Land, który ze swym nożem w ręku stał w postawie obronnej.
— Niemniej jednak — zauważyłem — położenie nasze ciągle jest ciemne.
— Cierpliwości! — odezwał się powolny i spokojny Conseil.
Oświetlenie kajuty pozwoliło obejrzeć ją w najdrobniejszych szczegółach. Nic w niej nie było prócz stołu i pięciu stołków. Drzwi ukryte musiały być hermetycznie zamknięte. Żaden szmer nie dochodził do naszych uszu. Wszystko zdawało się martwym wewnątrz tego statku. Czy posuwał się on naprzód, czy był na powierzchni oceanu, czy też zanurzył się w jego głębiach — odgadnąć tego nie mogłem.
Jednakże światło nie bez przyczyny się ukazało. Sądziłem, że w ślad za nim przyjdą i ludzie. Nie oświetla się miejsca, jeżeli się chce zapomnieć o istotach tam zamkniętych.
Nie omyliłem się. Wkrótce posłyszeliśmy hałas odsuwanych rygli; drzwi się uchyliły, weszło dwoje ludzi.
Jeden był małego wzrostu, muskularny, barczysty, z członkami silnie rozrośniętymi, z głową dużą, obficie pokrytą czarnymi włosami, z wąsem gęstym, wzrokiem żywym i przenikliwym — w całej swej postawie nacechowany tą południową żywością, która charakteryzuje we Francji ludność prowansalską. Diderot słusznie utrzymywał, że gest człowieka jest metaforyczny. Ten mały człowieczek żywym był zdania tego potwierdzeniem. Czuć było od razu, że w zwykłej swej mowie musiał on hojnie używać prozopopei, metonimii lub innych tego rodzaju postaci mowy — czego zresztą nigdy sprawdzić nie mogłem, gdyż w obecności mojej używał zawsze jakiegoś szczególnego i całkiem dla mnie niezrozumiałego języka.
Drugi nieznajomy zasługuje na bardziej szczegółowe opisanie. Uczeń Gratioleta lub Engela czytałby w jego twarzy jak w otwartej księdze. Ja poznałem w nim od razu przeważne jego przymioty: pewność siebie, bo głowa jego wspaniale odbijała na łuku linii ramion, a czarne oczy z chłodną spoglądały pewnością; spokój, bo skóra jego, blada raczej niż kolorowa, stwierdzała krew zimną; energię, którą poznać było można z nagłego marszczenia brwi; odwagę nareszcie, bo jego silny i pełny oddech zapowiadał znaczny zasób sił żywotnych.
Dodam jeszcze, że ten człowiek miał minę wyniosłą, że pewny i spokojny wzrok jego odbijał wielkie myśli; a wszystko to razem w ruchach ciała i twarzy składało się, wedle fizjonomistów, na wytworzenie szczerości niezaprzeczonej.
Czułem się wobec niego mimowolnie uspokojony, stąd wróżyłem dobrze o naszym spotkaniu. |
18 | CONTEXT (jules-gabriel-verne,pozytywizm,20-000-mil-podmorskiej-zeglugi)
Z wolna Ned zasmakował w rozmowie i lubiłem słuchać opowiadań jego o wypadkach, których doznał na morzach podbiegunowych. Z wdziękiem naturalnej poezji opisywał on swoje łowy i walki; opowiadania jego przybierały formę epiczną i zdawało mi się, że słyszę jakiegoś Homera kanadyjskiego śpiewającego Iliadę krain leżących na krańcu północy.
Opisuję tu śmiałego towarzysza takim, jakim go znałem rzeczywiście; bo chociażeśmy się postarzeli, pozostaliśmy przyjaciółmi — przyjaźń zaś nasza zrodziła się i zawiązała wśród najstraszniejszych wypadków i okoliczności. Chciałbym żyć sto lat jeszcze, żeby cię dłużej wspominać, dzielny mój Nedzie!
Zobaczmyż, jakie było zdanie Neda Landa o potworze morskim. Nie bardzo on wierzył w jednorożca i sam jeden ogólnej pod tym względem na statku nie podzielał opinii; unikał nawet starannie rozmowy o tym przedmiocie, w którym jednakże pragnąłem go wybadać.
Pewnego ślicznego wieczora, 30 lipca, to jest w trzy tygodnie po naszym wyjeździe, fregata znajdowała się na wysokości Przylądka Białego, o trzydzieści mil od wybrzeży patagońskich. Minęliśmy już Zwrotnik Koziorożca, a Cieśnina Magellana była oddalona od nas tylko o 700 mil w kierunku południowym. Za tydzień „Abraham Lincoln” pruć będzie fale Oceanu Spokojnego. Ja i Ned Land siedzieliśmy na rufie, rozmawiając o tym i owym, spoglądając na to tajemnicze morze, którego głębin dotąd oko ludzkie zbadać nie zdołało. Naturalnie naprowadziłem rozmowę na olbrzymiego jednorożca, zastanawiając się nad wszystkimi widokami powodzenia naszej wyprawy; widząc, że Ned pozwala mi mówić a sam uporczywe zachowuje milczenie, chciałem go zmusić do odpowiedzi.
— Jak to być może, Ned — zapytałem — abyś nie był przekonany o istnieniu potwora, którego ścigamy? Czy masz jakieś własne powody do niewierzenia?
Wielorybnik patrzył na mnie przez chwilę, zanim odpowiedział; uderzył się ręką w szerokie czoło, co zresztą czynił dosyć często, przymrużył oczy, jakby dla zebrania myśli — i nareszcie rzekł:
— Być może, panie Aronnax.
— Jednakże, mój drogi, jako wielorybnik z rzemiosła, oswojony z wielkimi zwierzętami ssącymi żyjącymi w morzu — ty, którego wyobraźnia z łatwością powinna się zgodzić na przypuszczenie istnienia wielorybów niezmiernej wielkości, moim zdaniem, powinien byś najmniej ze wszystkich okazywać niedowierzania i pod tym względem.
— W tym właśnie mylisz się, panie profesorze — odrzekł Ned. — Pospólstwo może wierzyć w komety nadzwyczajne przestwór przebiegające lub w istnienie potworów przedpotopowych zaludniających wnętrze kuli ziemskiej — lecz ani astronom, ani geolog nie uwierzy w takie chimery. Tak samo i wielorybnik. Ścigałem już mnóstwo wielorybów wszelkiego gatunku; nachwytałem i nazabijałem ogromną liczbę; lecz jakkolwiek dzielnie były uzbrojone, nie spotkałem takiego, co by ogonem swym lub zębem mógł uszkodzić żelazne okucie okrętu.
— A jednakże wymieniają statki przebite na wskroś zębem narwala.
— Statki drewniane, być może — odpowiedział Kanadyjczyk — a i tych nawet nie widziałem jeszcze. Więc dopóki mieć nie będę dostatecznie przekonywającego dowodu, zaprzeczam, aby wieloryb, potfisz lub jednorożec morski mogły dokazać czegoś podobnego.
— Posłuchaj mnie, Ned…
— Nie, panie profesorze, nie! Zrobię co chcesz, wyjąwszy to. Czy czasem nie zechcesz mi pan mówić o ośmionogu olbrzymim?
— Bynajmniej, ośmionóg jest mięczakiem, a sama już ta nazwa wskazuje wątłość jego ciała. Choćby miał pięćset stóp długości, ośmionóg nie należy do działu kręgowych, nie może być niebezpieczny dla takich okrętów jak „Scotia” lub „Abraham Lincoln”. Trzeba więc do rzędu bajek zaliczyć wszystkie świetne czyny krakenów i innych potworów tego rodzaju.
— A więc, panie przyrodniku — rzekł Ned Land tonem sarkastycznym — obstajesz pan przy swoim i przypuszczasz istnienie jakiegoś ogromnego wieloryba?
— Tak jest, Ned, powtarzam ci to z przekonaniem opartym na logice faktów. Wierzę w istnienie zwierzęcia ssącego potężnie zbudowanego, z rodzaju grzbietnych jak wieloryby, potfisze lub delfiny, uzbrojonego zębem czy rogiem, którego siła niszcząca jest straszna.
— Hm! — mruknął wielorybnik, potrząsając głową jak człowiek niedający się przekonać.
— Zgodzisz się na to, mój zacny Kanadyjczyku — mówiłem dalej — że jeśli takie zwierzę istnieje, jeśli zamieszkuje głębie oceanu, jeśli przebywa w płynnych warstwach o kilka mil pod powierzchnią wód, to zapewne musi posiadać organizm silny, z niczym porównać się niedający.
— A na cóż mu ten organizm? — zapytał Ned.
— Bo trzeba siły niezmiernej, aby się utrzymać w warstwach tak głębokich i oprzeć się ich ciśnieniu. |
13 | CONTEXT (jan-sten,modernizm,adam-asnyk-sylwetka-literacka)
Wobec takiego nastroju nic dziwnego, że miłość ojczyzny, która była największem źródłem natchnień naszej poezyi, w dziełach Asnyka zajmuje podrzędne miejsce; sam on gdzieś rzuca przestrogę, aby tej lutni nie potrącać nieudolną ręką”. Ręka jego tak biegła w tonach, nie jest jednak nieudolną, lecz tylko zmęczoną. Jemu o narodzie i jego przyszłości uczucie nie mówi nic, wiedza i refleksya — wszystko.
W tem właśnie znaczeniu Asnyk zbliżył do ziemi lot naszej poezyi. Romantycy byli, a inni przynajmniej chcieli być milionem i za miliony cierpieć katusze”. Swój ból przyjmowali i oddawali tak, jak gdyby w nich — cierpiał naród. Asnyk cierpi zawsze sam w sobie, z narodem swoim lub — po za nim. Asnyk wywalczył prawa dla poezyi indywidualistycznej dla tej, która przestaje być srogą, twardą, Bożą służbą”, a jest tylko czystą, wytworną sztuką, objawieniem indywidualnem. Tu zdaje się leżeć tajemnica jego wpływu na współczesną młodszą poezyę polską. Bezwiednie stali się jego naśladowcami wszyscy, którzy duszę indywiduum za przedmiot swój obrali. Nie dotknął zaś zupełnie wpływem swym tych, którzy, jak np. Nowicki lub Niemojewski, wrażliwi są przedewszystkiem na życie otoczenia. Ci musieli wzorów swoich szukać dalej.
Znanem jest powszechnie mistrzostwo formy w wierszach Asnyka. Zastanówmy się trochę nad niem, gdyż może to być kluczem do wniknięcia w naturę dzieł jego. Mistrzostwo Asnyka polega przedewszystkiem na wyższej, niż u innych poetów dźwięczności wiersza. Na dźwięczność tę zaś składa się 1-o) ogromne bogactwo niezwykłych i kunsztownie rozmieszczonych rymów (np. w wierszu: O mój aniele, ty rękę daj; w Kościeliskach w Ulewie z cyklu tatrzańskiego), 2-o) zachowanie skrupulatne rytmiki (przekładów bez liku), 3-o) łączenie w zwrotki różnorodnych form wiersza, co wytwarza nieoczekiwane i oryginalne efekty słuchowe, np. ośmio i siedmio-zgłoskowy wiersz w Powrocie piosenki:
Piosnka, którą ukochana
Zwykła była mi nucić,
Piosnka dawno zapomniana
Przyszła sen mój zakłócić.
lub taka zwrotka:
Choć pól i łąk
Odmładzasz krąg,
Roznosząc woń miłosną,
Nie wrócisz mi
Młodości dni
O czarodziejko, wiosno.
Przykłady podobne możnaby ciągnąć bardzo długo.
Pod względem rytmiki i różnorodności zwrotek Asnyk stanowczo nie ma równego w naszej poezyi. Wprawdzie kochanek rymów, Słowacki chwali się, że pieści oktawa, kocha go tercyna”, ale te dwie coś w niejednych już w uściskach były. Do nowych zaś stanowczo mniejsze miał szczęście.
Ustępuje natomiast Asnyk nietylko naszym wielkim, ale i wielu drugorzędnym, w potędze wysłowienia, w plastyce i opisowości wiersza, w fantazyi kształtów. Siła jego wyobraźni wzrokowej jest bardzo niewielka. Nie posiada jędrnej, słonecznej fantazyi Mickiewicza, dla którego świat rzeczywisty niema tajemnic, ani Słowackiego zdolności halucynacyjnych widzeń. Rzeczywistość odtwarza niechętnie, nowych kształtów i barw nie stwarza prawie wcale. Dla tamtych wrażenia rozkładały się na szeregi obrazów, dla niego na szeregi dźwięków. Słowacki pisze najpiękniejszy poemat miłosny nie strofami, ale jednolitym wierszem, lecz jak w sennem marzeniu roztacza przed nami cudowne krajobrazy; Asnyka każdy prawie wiersz erotyczny jest w inne strofki ujęty. Mickiewicz w jednostajnej formie sonetu wyrzeźbia niejako Krym, Asnyk, jedyny z po-Mickiewiczowskich poetów, który się zdobywa na oryginalne opisy górskie, dla każdego wiersza używa innej zwrotki i rozmiaru i daje właściwie nie widoki, a szereg nastrojów. Gdy Asnyk chce zagrzewać do czynu, nie robi tego potęgą swej wiary i proroctwa, ale bojowym rytmem Pobudki, w który wciska nieraz mdłe i niejasne wyrazy. Ale rytm rzeczywiście brzmi, jak żołnierski apel: do broni.
Asnyk jest w naszej literaturze największym poetą, obdarzonym przeważnie wyobraźnią dźwiękową. I w duchu dzieł jego zobaczymy też główne cechy sztuki muzycznej.
Liryka jego, tak jak muzyka, będzie niejasna, pełna tajemnych drżeń i wahań, subtelna. Potrafi oddać nieuchwytne tęsknoty i marzenia; pół-brzask i pół-cień, pół-jawa i pół-sen, chwile, gdy władza oka słabnie, a słuch staje się czulszym i doskonalszym, dadzą mu najpiękniejsze natchnienia. Noc czerwcowa, letni wieczór w górach, lub ulewa po skałach hucząca, jesień pogodna i smutna podszepną mu przejmujące, urocze melodye.
Tak samo, dotykając głównej struny liryzmu: miłości, Asnyk wygra na niej tylko to, co muzyka najłacniej oddać może: niepewność, zwątpienie serca, smutek i tęsknotę. Bardzo rzadko i to nie w najlepszych swoich wierszach opisze poryw bezpośredni zmysłów (Pijąc Falerno); nigdy, tak jak Słowacki, nie pokaże barw płomiennych, któremi miłość wyobraźnię zapala. Uczucie miłosne nie ogarnia nigdy Asnyka całkowicie; przyspiesza mu czasem bicie serca, lecz nie rozgrzewa fantazyi; krytyczna refleksya nie drzemie ani chwili, ztąd nieraz w jego erotyce sarkastyczny śmiech á la Heine, jakby krytyka samowiedzy szydziła z tej miłości, która nie może całej istoty jego ogarnąć. Właściwie Asnyk nie opisuje nigdy miłości bezpośrednio, jako pojedynczego konkretnego wypadku, ale raczej tylko refleks, odblask, który to uczucie rzuca na jego zwykłe uczuciowe życie. Kochanka, z jej indywidualnością i stosunkiem do poety, nie występuje prawie nigdy; zwykle mamy już do czynienia z wyodrębnioną i oczyszczoną miłością. Przez erotyki Mickiewicza lub Słowackiego widać zawsze kobietę z jej pieszczotami, obojętnością lub zdradą; ztąd doszukiwania biograficzne nie są bez wagi dla literatury; u Asnyka kobieta ginie bez śladu, a w poezyi zostaje po niej tylko odblask daleki, pogodny lub chmurny, ale zawsze lekki i nierealny, jak wspomnienie. Silnej, wstrząsającej namiętności, jej upojeń i rozpaczy Asnyk nie oddaje nigdy, bo opis taki byłby dla nas niezrozumiałym i nie wzbudzałby naszego współudziału, gdybyśmy zarazem nie widzieli przedmiotu, który je wywołał. A czyż muzyka może odtwarzać zdarzenia i osoby, gdy jej jedyny zakres jest w uczuciach?
Ztąd jednak erotyka Asnyka jest nieco mdłą i monotonną, jak jedna melodya, powtarzana na różnych instrumentach i w różnych tonacyach. Sam poeta kiedyś bardzo słusznie powiada:
Miłość jest piękną bezwątpienia rzeczą
I ma w poezyi stare jak świat prawa —
Lecz trzeba, żeby miała twarz człowieczą,
Żeby tryskała życiem jej postawa;
Śmieszną się staje, gdy ją okaleczą
I kiedy wyjdzie wybladla i krwawa. |
21 | CONTEXT (jules-gabriel-verne,pozytywizm,20-000-mil-podmorskiej-zeglugi)
— Tam nie ma nic, panie Aronnax, a gdyby i było jakieś zwierzę, jakże dostrzec je mamy? Czy nie płyniemy na los szczęścia? Widziano, jak słychać, tego potwora na morzach Oceanu Spokojnego; gotowym temu wierzyć, ale dwa miesiące upłynęło już od tego spotkania, a wnosząc z temperamentu waszego narwala, nie lubi on długo przebywać w jednych okolicach. Posiada niezmierną łatwość przenoszenia się z miejsca na miejsce. Pan to lepiej ode mnie wiesz, panie profesorze; natura nic nie robi na opak i z pewnością zwierzęciu powolnemu z natury nie dałaby łatwości prędkiego poruszania się, gdyby mu to nie było koniecznie potrzebne. Jeżeli więc zwierzę istnieje nawet, to jest już bardzo daleko!
Nie wiedziałem, co na to odpowiedzieć. W rzeczy samej pędziliśmy na oślep. Ale cóż było robić? Dlatego też bardzo niepewne mieliśmy widoki powodzenia — a jednak nikt nie wątpił o dobrym skutku i każdy z majtków w zakład by poszedł, że niezadługo spotka się z narwalem.
Dnia 20 lipca pod 105 stopniem długości przerznęliśmy Zwrotnik Koziorożca, a 27 tego miesiąca przebyliśmy równik na 110 południku. Zanotowawszy to położenie, fregata zwróciła się bardziej na zachód i wpłynęła na środek Oceanu Spokojnego. Kapitan Farragut myślał nie bez słuszności, że lepiej pilnować głębin, oddalając się od lądów i wysp, których i zwierzę unikało widocznie, „zapewne dlatego, że mało tam było wody”, jak mówił sternik. Fregata skręciła na pełny ocean i płynąc wzdłuż wysp Paumotu, Markizy i Sandwich (Hawajskich), przecięła Zwrotnik Raka pod 132 stopniem, po czym skierowała się ku Morzu Chińskiemu.
Byliśmy wreszcie w okolicy ostatnich igraszek potwora! Na pokładzie okrętu panował nadzwyczajny niepokój. Serca wszystkich biły ogromnie, gotując sobie nieunikniony anewryzm. Cała załoga uległa nerwowej gorączce, której opisać nie zdołam. Nikt nie jadł, nikt o spaniu nie chciał myśleć. Lada pomyłka, przywidzenie, optyczne złudzenie majtka pełniącego straż na maszcie, wprawiały osadę w ruch, w szaleństwo, w jakiś stan drżenia; powtarzało się to ze dwadzieścia razy na dzień i zbyt gwałtownie oddziaływało na wszystkich, aby nie miała nastąpić wkrótce reakcja.
I rzeczywiście reakcja nastąpiła. Przez trzy miesiące — trzy miesiące, których dzień każdy był wiekiem — „Abraham Lincoln” przebiegł wszystkie północne wody Oceanu Spokojnego, goniąc za wszystkimi wskazanymi mu wielorybami, zbaczając często z drogi, przeskakując od jednego wybrzeża do drugiego, natężając parę nieraz z narażeniem maszyny — i tak splądrował wszystkie punkty na całej przestrzeni pomiędzy wybrzeżami Japonii i Ameryki. I nic, nic! Wszędzie tylko nieskończoność fal opustoszałych! Ani śladu czegoś, co by mogło być podobne do narwala olbrzymiego, do wysepki podwodnej, do szczątków rozbitego okrętu, do skały podwodnej lub czegokolwiek bądź nadprzyrodzonego!
Reakcja musiała nastąpić. Naprzód odwaga opuściła wszystkich, ustępując miejsca zwątpieniu. Na pokładzie okrętu zrodziło się nowe uczucie złożone w trzech dziesiątych ze wstydu, a w siedmiu dziesiątych ze wściekłości. Wszystkich gniewało to, że pozwolili się złapać na jakąś mrzonkę. Cały arsenał argumentów przez rok zbieranych posypał się jak grad i każdy myślał tylko o tym, jak powetować sobie godziny snu i posiłku tak głupio dotąd marnowane.
Ze zwykłą umysłowi ludzkiemu ruchliwością, z jednej ostateczności przerzucono się w drugą. Najgorętsi przedsięwzięcia stronnicy stali się teraz najzapaleńszymi jego wrogami. Od najniższych warstw ludności okrętowej aż do sztabu, reakcja owładnęła wszystkich; i gdyby nie szczególniejszy upór kapitana Farraguta, fregata z pewnością zawróciłaby ostatecznie na południe.
Bądź co bądź, to bezowocne poszukiwanie długo trwać nie mogło. „Abraham Lincoln” nic sobie nie miał do wyrzucenia, zrobiwszy wszystko, co było w jego mocy. Nigdy jeszcze załoga statku marynarki amerykańskiej nie dała więcej dowodów cierpliwości i gorliwości; nie ona winna była niepowodzeniu! Trzeba było powracać.
Przedstawiono to dowódcy statku — ale dowódca nie chciał nawet słuchać. Majtkowie nie ukrywali swego niezadowolenia, na czym służba ucierpieć musiała. Nie powiem, żeby to był bunt; ale przyszło do tego, że po dość długim oporze kapitan Farragut, jak niegdyś Kolumb, zażądał trzech dni zwłoki. Jeżeli w ciągu tych trzech dni potwór się nie ukaże, „Abraham Lincoln” powróci na morza europejskie.
Przyrzeczenie to dane dnia 2 listopada, dobry wywarło skutek, bo ożywiło upadającą odwagę załogi. Ze świeżą bacznością obserwowano ocean. Lunety znajdowały się w ciągłym ruchu gorączkowym. Było to wyzwanie ostateczne rzucone olbrzymiemu narwalowi, który, biorąc rzeczy logicznie, powinien był to wezwanie „stawienia się” wziąć do serca.
Dwa dni upłynęły. Fregata krążyła pod małą parą. Tysiącznych używano sposobów dla zwrócenia uwagi zwierzęcia lub wydobycia go ze stanu apatii, jeśli się znajdowało w tych okolicach. Między innymi zakładano ogromne kawały słoniny na przynętę, chociaż to tylko rekinom na pożytek poszło. We wszystkich kierunkach wysyłano łodzie na poszukiwania jak najdrobiazgowsze, lecz i wieczór 4 listopada nadszedł, a nie wyjaśniła się tajemnica podmorska.
Nazajutrz, 5 listopada w południe, kończył się termin zwłoki żądanej. Po oznaczeniu pozycji, kapitan Farragut, wierny swemu przyrzeczeniu, miał zawrócić na południo-wschód i opuścić stanowczo północne okolice Oceanu Spokojnego.
Fregata znajdowała się naówczas pod 31° 15' szerokości północnej i 136° 42' długości wschodniej. Od wybrzeży japońskich byliśmy o dwieście mil oddaleni. Noc się zbliżała, gęste chmury zakrywały tarczę Księżyca wchodzącego w pierwszą swą kwadrę. Morze lekko bałwaniło się, rozbijając swe fale o przód fregaty.
W tej chwili stałem oparty o parapet z prawego boku okrętu, Conseil, spokojny i zimny, patrzył obojętnie przed siebie. Cała prawie załoga zawieszona na drabinkach sznurowych i linach, badała uważnie zaciemniający się coraz bardziej widnokrąg. Oficerowie, uzbroiwszy wzrok lunetami, chcieli dojrzeć coś wśród zmroku. Niekiedy ponury ocean rozjaśnił się promykiem światła księżycowego przedzierającego się spoza chmur, po czym ślad światła rychło ginął w ciemnościach.
Przekonywałem się coraz więcej, że Conseil uległ wrażeniu ogólnemu i może po raz pierwszy w życiu nerwy tego zucha poruszyły się pod wpływem uczucia ciekawości.
— No, Conseil — odezwałem się — oto jeszcze ostatnia sposobność zarobienia dwóch tysięcy dolarów.
— Niech mi pozwolą powiedzieć — odrzekł Conseil — że nigdy nie liczyłem na tę nagrodę; choćby rząd Stanów Zjednoczonych przyrzekł i sto tysięcy dolarów nagrody, to ani bym o niej pomyślał.
— Masz słuszność, Conseil. Jest to głupia sprawa, w którą wdaliśmy się zbyt lekkomyślnie. Straciliśmy wiele czasu i daremnie ulegaliśmy wzruszeniom. Od sześciu już miesięcy mogliśmy byli być we Francji…
— Do ślicznego ich mieszkanka, do ich muzeum. I byłbym już poklasyfikował ich szkielety! I babirusa byłaby już umieszczona w swojej klatce w Ogrodzie Botanicznym, ściągając tłumy ciekawych.
— Masz słuszność, Conseil, a jeszcze będą ludzie z nas żartowali, gdy powrócimy. |
26 | CONTEXT (jules-gabriel-verne,pozytywizm,20-000-mil-podmorskiej-zeglugi)
— Powiększyć jeszcze ognie!
Maszynista spełnił rozkaz. Manometr wskazywał dziesięć atmosfer. Lecz widać, że wieloryb „powiększył także swą parę”, bo bez najmniejszej trudności płynął też z szybkością dziewiętnastu i trzech dziesiątych mili.
Okropna pogoń! Nie mogę opisać wzruszenia, jakie przejmowało całą mą istotę. Ned Land stał na swym stanowisku z harpunem w ręku. Kilkakrotnie zwierz pozwalał zbliżyć się do siebie.
— Dopędzamy go, dopędzamy! — wołał Kanadyjczyk.
Lecz ile razy gotów już był ugodzić oszczepem, wieloryb odsuwał się z szybkością, którą by ocenić wypadało na trzydzieści mil na godzinę, a nawet podczas największej naszej szybkości, jakby żartując sobie z naszej fregaty, opłynął ją dokoła. Okropny krzyk przerażenia wydarł się ze wszystkich piersi.
W południe nie bliżej byliśmy od potwora jak o ósmej godzinie z rana.
Kapitan Farragut zdecydował się wtedy użyć środków bardziej stanowczych.
— Ach! — zawołał z gorączkową niecierpliwością — to zwierzę płynie prędzej niż „Abraham Lincoln”, ale zobaczymy, czy prześcignąć zdoła jego kule stożkowe!
Armata na przodzie okrętu została nabita i wycelowana. Wystrzelono — lecz kula przeszła o kilka stóp nad wielorybem oddalonym o pół mili.
— Niech strzela ktoś zręczniejszy! — krzyknął kapitan — pięćset dolarów nagrody temu, kto przeszyje to bydlę piekielne!
Stary, siwobrody kanonier — jakbym go widział dotąd — z okiem spokojnym, twarzą zimną, zbliżył się do armaty, nastawił ją i długo celował; w powietrzu rozległ się silny huk pomieszany z okrzykami radości całej załogi.
Kula nie chybiła celu: trafiła zwierzę, lecz nie przeszyła go na wskroś, zsunęła się tylko po jego powierzchni zaokrąglonej i w odległości dwóch mil wpadła do morza.
— Aha! — zawołał stary kanonier z gniewem — ten łotr opancerzony jest, jak widzę, blachą sześciocalową.
— Przekleństwo! — krzyczał kapitan Farragut.
Polowanie na nowo się rozpoczęło, a kapitan, nachylając się do mnie, rzekł:
— Będę go ścigał, choćby moja fregata miała rozbryznąć się na najdrobniejsze szczątki.
— Masz pan słuszność zupełną! — odpowiedziałem.
Można się było spodziewać, że zwierzęciu sił zabraknie prędzej niż maszynie parowej. Ale tak nie było. Godziny upływały, a na nim ani znać było zmęczenia.
Na pochwałę „Abrahama Lincolna” przyznać potrzeba, że walczył z niestrudzoną wytrwałością.
W tym niefortunnym dniu, 6 listopada, przebiegł on do pięciuset kilometrów. Lecz noc nadeszła i ciemnościami pokryła ocean wzburzony. Sądziłem, że wyprawa nasza skończona i że już więcej nigdy nie zobaczymy zwierzęcia fantastycznego. Omyliłem się. |
12 | CONTEXT (jules-gabriel-verne,pozytywizm,20-000-mil-podmorskiej-zeglugi)
Ocierając się o uczonych naszego wielkiego światka w Ogrodzie Botanicznym, Conseil nabył niejakich wiadomości. Miałem w nim bardzo biegłego specjalistę w klasyfikacjach przedmiotów należących do historii naturalnej, przebiegającego ze zręcznością akrobaty całą drabinę działów, grup, gromad, rzędów, rodzin, rodzajów, podrodzajów, gatunków i odmian. Lecz tu był kres jego wiadomości. Klasyfikowanie było jego życiem, jego namiętnością, ale też nic więcej nie umiał. Bardzo biegły w teorii klasyfikacji, mało obeznany z praktyką, nie umiałby, jak sądzę, odróżnić potfisza od wieloryba; mimo to był dzielnym i zacnym chłopcem.
Conseil od dziesięciu lat jeździł wciąż ze mną wszędzie, gdzie mnie ciągnęło pragnienie nauki. Nigdy najmniejszej nie pozwolił sobie poczynić uwagi nad długością albo trudami podróży; ochotnie pakował walizę do jakiego bądź kraju, do Chin czy Kongo, choćby najodleglej położonego. Jechał wszędzie z jednaką gotowością, a przy tym taki był zdrów, że mógł sobie żartować ze wszystkich chorób; muskuły miał tęgie, ani śladu nerwów — rozumie się w znaczeniu moralnym.
Miał lat trzydzieści — a wiek ten do wieku jego pana miał się jak piętnaście do dwudziestu. Proszę mi darować, że w taki sposób przyznaję się do mojej czterdziestki.
Jednakże Conseil miał jedną wadę. Formalista zaciekły, mówił do mnie zawsze w trzeciej osobie, co w końcu nawet drażniło.
— Conseil! — zawołałem powtórnie, zabierając się ręką drżącą z niecierpliwości do przygotowań podróżnych.
Byłem pewien gotowości mego chłopca i zazwyczaj nie pytałem go nigdy, czy chce lub nie chce jechać ze mną w podróż; teraz jednak chodziło o wyprawę, która mogła się przeciągnąć bardzo długo, o przedsięwzięcie zuchwałe, bo o ściganie zwierzęcia, które mogło zatopić fregatę jak łupinę orzecha! Było się nad czym zastanowić, nawet człowiekowi najobojętniejszemu w świecie. Co też powie Conseil?
— Conseil! — krzyknąłem po raz trzeci.
Conseil wszedł.
— Czy to mnie wołają? — zapytał.
— Tak, mój chłopcze. Przygotuj wszystko do podróży. Za dwie godziny pojedziemy.
— Jak im się podoba — spokojnie odpowiedział Conseil.
— Nie mamy ani chwili do stracenia. Zapakuj w moją walizę wszystkie moje przybory podróżne, suknie, koszule, obuwie itd., nie przebierając, byle jak najprędzej.
— A zbiory ich? — zauważył Conseil.
— Później się nimi zajmiemy.
— Jak to! A archioteria i hyracotheria, oreodonty, cheropotamy i inne ich szkielety i kadłuby?
— Pozostaną w hotelu.
— A babirusa żywa?
— Żywić ją tu będą przez czas naszej nieobecności. Zresztą wydam rozporządzenia, aby nam do Francji wysłano całą naszą menażerię.
— Więc nie powrócimy do Paryża? — zapytał Conseil.
— I owszem… Tak… Tak… — odpowiedziałem, wykręcając się — ale musimy trochę zboczyć z drogi. |
4 | CONTEXT (autor-nieznany,nieznany,a-coz-z-ta-dziecina)
A cóż z tą Dzieciną…
A cóż z tą Dzieciną będziem czynili,
Pastuszkowie mili, że się nam kwili?
Zaśpiewajmy Jej wesoło
I obróćmy się z Nią w koło,
Hoc, hoc, hoc, hoc.
Podobno Dzieciątko że głodne, płacze;
Dlatego tak z nami nierado skacze:
Więc ja Mu dam kukiełeczkę
I masełka osełeczkę,
Pa, pa, pa, pa.
Czy bez Matuleńki płacze Dziecina
Więc Ją do miłego zaprośmy Syna:
Mama, mama do Dziecięcia,
Utul tego płacz Panięcia,
Ma, ma, ma, ma.
Czy dlatego płacze ma Złota Duszka,
Że nie ma Józefa w domu staruszka:
Wiec Józefa zawołajmy,
I ciesząc Je, zaśpiewajmy:
Ta, ta, ta, ta.
Albo Pacholęciu w dudki zagrajmy,
I na piszczałeczkach rozweselajmy:
Li li li li moje dudki,
Skacz, Robaczku mój malutki.
Li, li, li, li.
Nie tak, nie tak cieszcie miłą Dziecinę,
Ja Mu wnet laleczkę piękną uwinę:
Lala, lala moje Dziecię,
Lala, lala moje życie.
La, la, la, la.
|
15 | CONTEXT (jan-sten,modernizm,adam-asnyk-sylwetka-literacka)
Miłość u Asnyka nie wygląda wprawdzie, jak widmo blade, ale raczej, jak te fotografie osób umarłych i drogich, które na grobowcach stawiają i dookoła kwiatami wieńczą. Trzeba przyznać, że kwiatów dokoła swej miłości Asnyk rozrzucił dużo i najładniejszych. Dość przeczytać np. Podróż Dunajcem, Barkarola, Zwiędły listek i inne.
Asnyk posiada w wysokim stopnia właściwe muzyce poczucie miary, taktu, harmonii. Utwór muzyczny w przeciwieństwie do dzieł sztuk plastycznych nie może być nietylko dobrym, ale nawet znośnym, jeżeli jedna jego część nie odpowiada i nie zestraja się z innemi. Wzgląd na całość musi górować nad wykonaniem poszczególnych części. W większych utworach Asnyka, wogóle zresztą nielicznych, nie widzimy też nigdy nierówności, wahań — miejsc doskonałych obok innych, wiele słabszych. W Pigmalionie i Galatei, w cyklu 30 sonetów Nad głębiami, to zharmonizowanie części, przez które myśl zasadnicza wśród ciągłych waryacyj, jak motyw naczelny się przewija, dosięga wyżyn skończonego mistrzostwa. Logiczny związek całości prosty i właśnie w prostocie swej trwały wzbudza w czytelniku zadowolenie estetyczne najwyższego rzędu. Mamy tu już do czynienia nie z jedną mile wpadającą w ucho melodyą, jak w lirykach i erotykach, ale z całym szeregiem tonów, które świadoma umiejętność harmonii zestroiła w dzieło potężne i jednolite. Ale i tu myśli Asnyka nie przetworzą się na obrazy, lecz grupować się będą w całości, jako abstrakcye, przybrane tylko w szatę wytwornej i dźwięcznej retoryki. Cytowaliśmy powyżej z cyklu Nad głębiami ustęp, gdzie Asnyk wita w śmierci zwiastuna nowych i doskonalszych żywotów; przypomnijmy sobie, jak wspaniałym jednym obrazem Słowacki tę samą myśl o twórczej wartości zniszczenia wyraża:
Gdy warstwy ziemi otwartej przeliczę,
I widzę kości, co jako sztandary
Wojsk zatraconych pod górskimi grzbiety
Leżą i świadczą o Bogu — szkielety.
Widzę, że nie jest On tylko robaków
Bogiem….
Ale genjusz wzrokowy gubi swą myśl w potoku obrazów, które jakby wbrew jego woli nasuwają mu się przed oczy; Asnyk myśli swe szereguje i pewną ręką doprowadza je do zamierzonego końca.
*Poczucie harmonji, antypatya do wszelkiego rozdźwięku* przebija się nie tylko w zewnętrznej stronie utworów Asnyka, lecz stanowi główny rdzeń jego poglądów filozoficznych i społecznych, przynajmniej o ile te ostatnie ujawniają się w jego poezyi. W tem poczuciu, które z sobą przyniósł w duchu, znalazł po strasznym zawodzie młodości ukojenie i spokojną rezygnacyą; co harmonją narusza i burzy, rani go więc nietylko w przekonaniach wyrozumowanych, ale i w samej istocie jego ducha. Ztąd protest bezwzględny, tylko na woli jednostki oparty jest dlań obcy i niezrozumiały; on nie zawoła.
Zemsta na wroga.
Z Bogiem — *lub choćby mimo Boga*,
ale powie nam:
Choć w praw niezmiennych poruszasz się kole,
Jeśli rozpoznasz twórcze ich zamysły,
I ten ich związek z dobrem świata ścisły,
I cel ich wieczny w swoją wcielisz wolę,
Wtedy swobodne masz do czynu pole.
Ale cóż będzie, jeśli „twórcze zamysły” sprzeczne są z tem, co nam najdroższe i najświętsze? Wszak tak znienawidzona przezeń „historyczna nowa szkoła” z tych samych „praw niezmiennych” wychodząc, do zgoła innych wyników doszła? Tu winna by się wszcząć przed czytelnikiem dyskusya nad „prawami niezmiennemi”, ale że dyskusye nie wchodzą w obręb poezyi, odchodzimy przekonani przez poetę mniej, niż przez jeden okrzyk Mickiewicza. Ztąd też społeczne znaczenie poezyj Asnyka jest prawie żadne. Na formowanie przekonań dorastającego pokolenia wcale nie wywarł wpływu. Do uczucia się nie odwoływał, a do refleksyi lepiej od sonetów przemawiają podręczniki historyi i socyologii.
Z poczucia wysubtelnionego harmonii, a nie z ciasnego partyjnego poglądu, wypływa również stanowisko, zajęte przez poetęw obec nowych prądów, które w naszem społeczeństwie coraz silniej się objawiają. Zgiełk uliczny zagłusza dlań potężny, ale cichszy hymn wyzwalającej się pracy; razi go brutalność porywów, przez którą nietylko dzikość prześwieca, lecz i siła; więc w pierwszym popędzie zdobywa się na ryczałtowe i niesłuszne potępienie (W Loży); ale już po chwili poczucie harmonii i ładu każe mu wyznać, że może w tej wrzawie jest echo młotów, rzeźbiących „przyszłości ołtarze”. Nigdy i nigdzie Asnyk nie był poetą partyi, poetą skrystalizowanego programu społecznego i narodowego. Wychowanie, tradycye nadawały pewien kierunek jego marzeniom, ale dusza jego, subtelna i dźwięczna, żądała przedewszystkiem i zawsze tak niezbędnej dla siebie harmonii, słodyczy tonów. W wirze gwarnego życia, wśród niesfornej wrzawy przypomina chwilami smutnego muzyka, któremu kazano żyć wśród łoskotu i stuku maszyn fabrycznych, gdy mu w uszach dzwonią mimowoli najczulsze i najpiękniejsze melodye. Sam Asnyk dał kiedyś wyraz temu swemu nastrojowi w słowach, które może najgłębiej streszczają jego indywidualność:
Mnie tylko daj,
Szumiący gaj
Nad moją głową senną, |
1 | CONTEXT (tristan-dereme,modernizm,ach-rzucic-sieci-zdarte)
Tristan Derème
(Ach! rzucić sieci zdarte…)
tłum. Stefan Napierski
Ach! rzucić sieci zdarte, wędki i robaki,
I te książki! Być prostym, jak wiejskie chłopaki,
Być nie-smutnym, podrwiwać z mieszczuchów kataru,
W chłodne wieczory brzdąkać, szczycić się gitarą,
Na miłostkach poprzestać, nie wzdychać: niestety,
Są szczęśliwi, gdy grube złożą triolety,
Kiedy rymują: sągi-ongi, żonki-dżonki.
Lecz czuć, że życie siecią jest gęstej koronki,
Pod którą drga twarz obca, jej się, blady, boję…
Wokół twej kiści nagiej wiją się powoje.
|
8 | CONTEXT (jules-gabriel-verne,pozytywizm,20-000-mil-podmorskiej-zeglugi)
Pozostawały więc dwa tylko możliwe rozwiązania tej kwestii i z nich też powstały dwa różne stronnictwa: jedno utrzymujące, że to był potwór siły kolosalnej — inne, że to była łódź podwodna o ogromnej sile poruszającej.
Ostatnie przypuszczenie, jakkolwiek prawdopodobne, nie zgadzało się z poszukiwaniami, jakie robiono na obu półkulach. Trudno przypuszczać, aby człowiek prywatny miał na swe rozkazy taki przyrząd mechaniczny. Gdzie i kiedy kazałby go zbudować i jakim sposobem budowę tę mógłby utrzymać w tajemnicy?
Tylko rząd jakiś mógłby posiadać podobną maszynę niszczącą, a w tych nieszczęśliwych czasach, kiedy geniusz człowieka wysila się na pomnożenie środków wojowania, bardzo było do prawdy podobne, że jedno z państw postarało się o taką ogromną machinę. Po chassepotach torpedy, po torpedach tarany podmorskie (monitory), po czym reakcja. Przynajmniej tak się spodziewam.
Lecz i to przypuszczenie maszyny wojennej upadło znowu wobec oświadczeń urzędowych. Ponieważ zaś cierpiały na tym komunikacje zaoceaniczne, nie można było wątpić o szczerości rządów. Zresztą jak przypuścić nawet, aby budowa takiego statku podmorskiego mogła ujść uwadze publicznej? W takich okolicznościach zachowanie tajemnicy jest bardzo trudne dla człowieka prywatnego; dla państwa zaś, którego wszystkie czynności śledzone są przez potęgi nieprzyjazne — niemożliwe.
Tak więc po poszukiwaniu w Anglii, Rosji, Prusach, Hiszpanii, Włoszech, Ameryce, a nawet i Turcji, przypuszczenie *monitora* podmorskiego całkiem upadło.
Wrócono więc do myśli o potworze, pomimo nieustannych żarcików, jakimi prześladowała tę myśl prasa brukowa i na tej drodze wyobraźnia zapuściła się w najniedorzeczniejsze marzenia ichtiologii fantastycznej.
Po moim przybyciu do Nowego Jorku wiele osób zaszczyciło mnie zapytywaniem o to zjawisko. Ogłosiłem we Francji drukiem dzieło in quarto w dwóch tomach pod tytułem: Tajemnice wielkich głębin podmorskich. Wobec tej książki, łaskawie przyjętej przez świat naukowy, uchodziłem za specjalistę w tej dość ciemnej części historii naturalnej. Zapytano mnie o zdanie. Dopóki mogłem, zaprzeczałem rzeczywistości faktu; lecz wkrótce przyparty, jak to mówią, do muru, musiałem wytłumaczyć się kategorycznie. Nawet „New York Herald” wezwał publicznie czcigodnego Piotra Aronnax'a, profesora Muzeum Paryskiego, do wydania jakiegokolwiek sądu w tej sprawie.
Ponieważ nie mogłem dłużej milczeć, rozważyłem przeto zagadnienie pod wszystkimi jego politycznymi i naukowymi względami i podaję tu zakończenie artykułu bardzo treściwego, jaki ogłosiłem w numerze z 30 kwietnia.
„Tak więc — pisałem — zbadawszy jeden po drugim wszystkie wnioski i odrzuciwszy wszelkie domniemania, wypada koniecznie przypuścić istnienie jakiegoś zwierzęcia morskiego z siłą nadzwyczajną.
Wielkie głębie Oceanu są nam całkowicie nieznane. Co się dzieje w tych przepaściach bezdennych? Jakie istoty mieszkają i mogą mieszkać na głębokości dwunastu czy piętnastu mil (angielskich) pod powierzchnią wód! Jaki jest organizm tych zwierząt? Zaledwie domyślać się tego można.
Jednakże zadanie przedstawione mi do rozwiązania może przybrać formę dylematu.
Albo znamy całą rozmaitość istot zamieszkujących naszą planetę, albo ich nie znamy.
Jeśli ich nie znamy, jeśli przyroda ma jeszcze dla nas tajemnice co do ichtiologii, nic łatwiejszego jak przypuścić istnienie ryb lub wielorybów, gatunków, albo nawet rodzajów nowych, z organizacją prawdziwie głębinową, zamieszkujących warstwy niedostępne ołowiance, sprowadzanych na wyższy poziom oceanu w pewnych długich przerwach, czy to przypadkiem, czy przez fantazję jakąś tych zwierząt.
Przeciwnie, jeśli znamy wszystkie gatunki żyjące, wypada koniecznie szukać zwierzęcia tego pomiędzy istotami morskimi już opisanymi, a w takim razie gotów jestem przypuścić istnienie *narwala olbrzymiego*. Narwal pospolity, czyli jednorożec morski, dochodzi często do sześćdziesięciu stóp długości.
Powiększcie pięć, dziesięć nawet razy rozmiary tego zwierzęcia, dajcie mu siłę odpowiednią i odpowiednią broń zaczepną, a będziecie mieli zwierzę żądane. Będzie ono miało rozmiary oznaczone przez oficerów statku „Shannon”, narzędzia odpowiednie zdolne do uszkodzeń takich jak przedziurawienie okrętu „Scotia” i siłę potrzebną do nadwyrężenia steamera.
W rzeczy samej narwal uzbrojony jest pewnym rodzajem miecza z kości, albo halabardą, według wyrażenia niektórych przyrodników. Jest to ząb główny, jak stal twardy. Znaleziono kilka takich zębów zagłębionych w ciałach wielorybów, z którymi narwal zwykle walczy. Niekiedy taki sam ząb narwala trudno bywało wyrwać ze spodniej części okrętu, którą wskroś takim zębem przeszył jak świdrem. Muzeum fakultetu medycznego w Paryżu posiada jeden taki ząb długości dwóch metrów i dwudziestu pięciu centymetrów, a szerokości czterdziestu ośmiu centymetrów w nasadzie.
Otóż wyobraźcie sobie broń dziesięćkroć silniejszą, zwierzę dziesięćkroć potężniejsze; wypuśćcie je z szybkością dwudziestu mil na godzinę, pomnóżcie jego masę przez jego szybkość, a otrzymacie wstrząśnienie zdolne wywołać katastrofę żądaną.
Dopóki zatem nie powezmę innego przekonania, obstawać będę przy jednorożcu morskim rozmiarów kolosalnych, uzbrojonym już nie halabardą, ale prawdziwą ostrogą jak fregaty opancerzone, których on i wielkość, i siłę poruszającą posiada.
Może być, że coś innego jeszcze się okaże, lecz póki to nie nastąpi, nie ma innego sposobu wytłumaczenia sobie tego niepojętego dotąd zjawiska”.
Przyznaję, że ostatnie słowa były tchórzostwem z mej strony, lecz chciałem, o ile się dało, osłonić swoją godność profesorską i nie dopuścić, aby Amerykanie śmiali się ze mnie — o co u nich nietrudno. Chciałem sobie zapewnić odwrót na wszelki wypadek, ale w gruncie rzeczy przypuszczałem istnienie „potwora”.
|
16 | CONTEXT (jules-gabriel-verne,pozytywizm,20-000-mil-podmorskiej-zeglugi)
W tej chwili kapitan Farragut kazał odwiązać ostatnie łańcuchy przytrzymujące okręt w przystani Brooklynu. Tak więc, gdybym się był spóźnił o kwadrans, mniej może nawet, byłbym stracił sposobność odbycia tej wyprawy nadzwyczajnej, nadprzyrodzonej, nieprawdopodobnej, której opis, jakkolwiek rzetelny, może obudzić niedowierzanie.
Kapitan nie chciał tracić ani jednego dnia, ani jednej godziny, aby jak najprędzej dostać się na morza, na których spodziewano się spotkać potwora. Kazał zawołać głównego mechanika.
— Czy mamy dosyć pary? — zapytał.
— Tak jest — odpowiedział mechanik.
— Go ahead! — zawołał kapitan.
Na ten rozkaz przesłany maszynie za pomocą ścieśnionego powietrza, maszyniści puścili parę, która ze świstem wpadła do szybrów wpół otwartych. Długie, poziome drągi tłoków jęknęły, ruszyły z miejsca tryby wału, a śmigi śruby poczęły uderzać o fale ze wzrastającą szybkością i „Abraham Lincoln” poważnie wypłynął, otoczony mnóstwem małych statków parowych zapchanych ciekawymi, którzy go odprowadzali.
Przystań Brooklynu i cała część Nowego Jorku leżąca nad brzegiem rzeki Wschodniej, roiły się od tłumów ludności. Pół miliona piersi wyrzuciło w powietrze trzykrotne „hurra!”. Tysiące chustek unoszących się ponad tym tłumem, powiewały ku fregacie aż do jej przybycia na wody Hudsonu, to jest do krańca tego przedłużonego półwyspu, który tworzy miasto Nowy Jork.
Wtedy fregata, płynąc od strony New Jersey wzdłuż prawego brzegu rzeki, cudnymi zasianego willami, przeszła pomiędzy fortami, które powitały ją wystrzałem swych dział największego kalibru. „Abraham Lincoln” odpowiedział trzykrotnym podniesieniem i opuszczeniem flagi amerykańskiej, której trzydzieści dziewięć gwiazd błyszczało na wierzchołku tylnego masztu. Potem, zwalniając bieg dla wypłynięcia na kanał zachodzący w zatokę utworzoną przez cypel Sandy Hook, przesunął się raz jeszcze około tej ławy piaszczystej, z której biegło pożegnanie tysiąca widzów.
Godzina trzecia wybiła. Pilot wskoczył do swego czółna i podpłynął do goeletki oczekującej nań pod wiatrem. Wówczas ogień podsycono, śruba uderzyła o fale jeszcze gwałtowniej; fregata popłynęła wzdłuż niskiego i żółtego brzegu Long Island, a o godzinie ósmej wieczorem całą siłą pary pędziła już po szarych wodach Atlantyku.
Ned Land
Kapitan Farragut dzielnym był marynarzem, godnym fregaty, którą dowodził; on i jego okręt — była to jedna całość, jedna dusza. O potworze nie wątpił ani na chwilę i na pokładzie swego statku najmniejszego nie dozwalał zaprzeczenia jego istnieniu. Pojmował potwora jak Żydzi Lewiatana, wiarą, a nie rozumem. Potwór istniał według niego, on więc przysiągł, że uwolni morza od potwora. Był to pewien rodzaj kawalera rodyjskiego, jakiś Dieudonné de Gozon idący na spotkanie węża niszczącego jego wyspę. Albo kapitan Farragut zabije narwala, albo narwal zabije kapitana Farraguta. Inaczej być nie mogło według jego rozumienia.
Oficerowie załogi podzielali zdanie swego zwierzchnika. Trzeba ich było słyszeć jak rozmawiali, sprzeczali się, obliczali różne szanse spotkania z potworem; jak rozważali niezmierną oceanu rozległość. Niejeden z nich wchodził na maszt strażniczy, by pełnić tam z dobrej woli służbę, którą by przeklinał w każdym innym razie. Przez cały dzień majtkowie wdrapywali się na maszty, jakby im pomost okrętowy piekł nogi; nie mogli wytrzymać na miejscu. A jednak „Abraham Lincoln” nie pruł jeszcze dotąd podejrzanych wód Oceanu Spokojnego.
Co do załogi, ta z upragnieniem czekała na spotkanie jednorożca, aby go ułowić, wciągnąć na pokład, obedrzeć ze skóry i poćwiartować. Z natężoną uwagą obserwowała morze. Zresztą kapitan Farragut przyrzekał 2 000 dolarów temu z chłopców okrętowych, majtków, podoficerów lub oficerów, który pierwszy dostrzeże i wskaże potwora. Łatwo zgadnąć jak się oczy wytężały na pokładzie „Abrahama Lincolna”.
Co do mnie, przyznam się, że nie ustępowałem innym i jak wszyscy codziennie czuwałem. Fregatę najwłaściwiej byłoby teraz nazwać „Argusem”. Sam tylko Conseil obojętnością swoją stanowił rażącą sprzeczność z zapałem ożywiającym wszystkich.
Powiedziałem już, że kapitan Farragut starannie zaopatrzył swój okręt we wszystko, co było potrzebne do złowienia olbrzymiego wieloryba. Statek płynący umyślnie na połów wielorybów nie mógłby lepiej być uzbrojony. Posiadaliśmy wszystkie przyrządy znane, od harpuna rzucanego ręką, aż do działek wyrzucających strzały haczykowate i kule wybuchające. Na przednim pokładzie stało wielkie odtylcowe działo udoskonalone, o bardzo grubych ścianach a bardzo wąskim wylocie, którego model miał być wystawiony na Wystawie Powszechnej w 1867 r. Szacowne to narzędzie pochodzenia amerykańskiego wyrzucało pocisk stożkowy ważący cztery kilogramy na odległość szesnastu kilometrów.
A zatem „Abraham Lincoln” dobrze był zaopatrzony we wszystkie narzędzia niszczące: ale, co najważniejsza, na pokładzie jego znajdował się Ned Land, król oszczepników.
Ned Land miał lat około czterdziestu. Był to mężczyzna ogromnego wzrostu (przeszło sześć stóp angielskich), silnie zbudowany, o twarzy poważnej; mało mówił, bywał niekiedy gwałtowny, a wpadał w szalony gniew, gdy mu się sprzeciwiano. Cała postać jego zwracała na siebie uwagę, a wejrzenie jego dziwnie było przenikliwe.
Sądzę, że kapitan Farragut rozumnie postąpił, przyjmując tego człowieka na pokład swej fregaty. W obecnej wyprawie ręka jego i oko starczyły za całą załogę. Nie mógłbym go z niczym lepiej porównać jak z potężnym teleskopem będącym zarazem armatą, w każdej chwili gotową do strzału.
Kanadyjczyk znaczy toż samo prawie co Francuz i widać, że narodowość nęciła go ku mnie, bo pomimo swej małomówności Ned Land okazywał mi wyraźną sympatię. Rozmawiał ze mną często i wtedy słuchałem bacznie owego języka, którym mówił jeszcze Rabelais, a który dotąd jest w użyciu w niektórych prowincjach Kanady. Rodzina oszczepnika pochodziła z Quebecu i stanowiła pokolenie śmiałych rybaków w owej już epoce, gdy to miasto należało jeszcze do Francji. |
29 | CONTEXT (jules-gabriel-verne,pozytywizm,20-000-mil-podmorskiej-zeglugi)
Wątła to wprawdzie szansa, ale nadzieja tak głęboko zakorzeniona jest w sercu człowieka! Zresztą było nas dwóch; a nadto, jakkolwiek to zdawać się może nieprawdopodobnym, nie mogłem stracić wszelkich iluzji, nie mogłem „rozpaczać”.
Spotkanie fregaty z wielorybem zdarzyło się około jedenastej wieczorem. Do dnia brakowało jeszcze osiem godzin, ale, zmieniając się kolejno, mogliśmy płynąć przez ten czas — tym więcej, że morze było bardzo spokojne. Niekiedy usiłowałem przeniknąć wzrokiem te ponure ciemności, wśród których błyszczała tylko fosforescencja wywołana poruszeniami naszymi. Patrzyłem na falę świetlną rozbijającą się o moją rękę. Wyglądało to, jakbyśmy byli zanurzeni w kąpieli z merkuriuszu.
Około pierwszej po północy czułem się mocno strudzony. Napadały mnie odrętwienia i kurcze we wszystkich częściach ciała. Conseil musiał mnie podtrzymywać; na nim więc jednym polegało teraz ocalenie nas obu. Niezadługo usłyszałem mocno przyśpieszony i krótki oddech biednego chłopca wyczerpującego ostatnie swe siły.
— Puść mnie, puść mnie! — zawołałem.
— Opuścić ich? Nigdy! Chyba ja sam wprzód utonę!
W tej chwili wśród rozstępującej się chmury, jaką wiatr pędził na wschód, ukazał się księżyc i blaskiem swych promieni rozjaśnił powierzchnię morza. Dobroczynne to światło orzeźwiło nasze siły. Podniosłem głowę, rzuciłem ciekawym wzrokiem na wszystkie strony. Spostrzegłem fregatę w odległości pięciu mil od nas; wyglądała jak wielka czarna masa, trudna do rozeznania. Lecz nie mogłem dojrzeć nigdzie łodzi.
Chciałem krzyczeć, lecz na cóż by się to przydało z takiej odległości? Wargi moje napuchnięte żadnego nie mogły wydać głosu. Conseil, silniejszy ode mnie, usiłował wołać i słyszałem go powtarzającego kilkakrotnie:
— Ratunku! Ratunku!
Odpoczywaliśmy przez chwilę, słuchając bacznie i może to było złudzenie wskutek napływu krwi do ucha — ale zdawało mi się, że głos jakiś odpowiedział na wołanie Conseil'a.
— Czy słyszałeś? — wyszeptałem z cicha.
— Słyszałem!
Conseil zrozpaczonym głosem jeszcze raz zawołał o ratunek.
Tym razem już się nie omyliliśmy. Głos ludzki odpowiedział na nasze wołanie. Byłże to zapewne głos nieszczęśliwego, równie jak my opuszczonego wśród oceanu, jeszcze jednej ofiary wstrząśnienia okrętu? A może to łódź z fregaty wysłana nie mogła znaleźć nas w ciemności?
Conseil zrobił ostatni wysiłek, oparł się na moim osłabionym ramieniu, podniósł się na pół z wody i nagle opadł z sił wyczerpany.
— Cóż widziałeś?
— Widziałem… — szeptał — Widziałem… Ale nie mówmy o tym… Zbierzmy siły!
Co widział? Nie wiem. Lecz nie pojmuję, dlaczego w tej chwili przyszedł mi na myśl potwór! Ależ ten głos? Minęły już czasy, w których Jonasze szukali schronienia w brzuchu wielorybów!
Conseil tymczasem ciągnął mnie ze sobą; podnosił biedak niekiedy głowę, patrzył przed siebie i wydawał krzyk, na który z coraz bliższej odległości odpowiadał głos jakiś. Zaledwie wszystko to słyszeć mogłem. Siły moje wyczerpywały się zupełnie; palce mi posztywniały, ręka obezwładniała; usta moje konwulsyjnie otwarte napełniły się wodą słoną; zimno dreszczem na wskroś mnie przejmowało. Podniosłem głowę po raz ostatni, po czym zanurzyłem się…
W tej chwili uderzyłem o jakieś twarde ciało, za które się uchwyciłem. Dalej czułem, że mnie wyciągano z wody, że pierś moja swobodniej oddycha i zemdlałem…
Lecz wkrótce wróciłem do przytomności, dzięki silnemu tarciu mego ciała. Otworzyłem oczy. |
24 | CONTEXT (jules-gabriel-verne,pozytywizm,20-000-mil-podmorskiej-zeglugi)
— A to byłoby narażać życie moich ludzi…
— I moje! — krótko dodał oszczepnik.
Około drugiej godziny z rana znowu ukazał się silny blask w odległości pięciu mil pod wiatr od fregaty. Pomimo szmeru wiatru i morza, słychać było wyraźnie ogromne uderzenia ogona i silny oddech zwierzęcia. Zdawało się, gdy narwal wychylał się na powierzchnię dla odetchnięcia, że powietrze wpadało do jego płuc jak para w przestronnych maszynach o sile dwóch tysięcy koni.
„Hm! — pomyślałem sobie — piękny mi wieloryb, co posiada siłę pułku kawalerii”.
Czuwano bezustannie, aż do dnia i sposobiono się do walki. Wszystkie narzędzia i przyrządy do łowów wydobyto i rozłożono. Porucznik kazał nabić działka wyrzucające harpun na odległość mili i długie strzelby z kulami pękającymi, które zadają rany śmiertelne. Ned Land przysposobił tylko swój harpun, broń straszną w jego ręku.
O szóstej poczęło świtać i wraz z pierwszym brzaskiem zorzy zniknęło światło elektryczne narwala. O siódmej było już całkiem widno, lecz mgła poranna bardzo gęsta zaciemniała widnokrąg i najlepsze lunety nic nie pomogły. Stąd ogólny gniew i niezadowolenie.
Ja przysiadłem się do steru; kilku oficerów wdrapało się na wierzchołki masztów.
O ósmej mgła opadła na fale. Widnokrąg oczyścił się i rozwidnił. I znowu, jak dnia poprzedzającego, nagle rozległ się głos Neda Landa:
— Jest, oto tam… Z lewego boku od rufy! — wołał oszczepnik.
Wszystkie oczy zwróciły się na punkt wskazany.
W odległości półtorej mili od fregaty, długie ciało czarniawe wystawało na wysokość jednego metra ponad fale. Ogon jego poruszał się z ogromną gwałtownością. Nigdy jeszcze nie widziano wody morskiej tak silnie rozbijanej. Ogromna bruzda świetnej białości znaczyła pochód zwierzęcia i zakreślała linę krzywą, przedłużoną.
Fregata zbliżyła się do wieloryba. Mogłem mu się doskonale przypatrzeć. Raporty okrętów „Shannon” i Helvetia przesadziły nieco jego rozmiary; liczyłem, że długość jego nie mogła wynosić więcej nad dwieście pięćdziesiąt stóp. Co do jego objętości, trudno było ją oznaczyć, lecz w ogóle zwierzę wydało mi się bardzo proporcjonalnie zbudowane.
Gdym się przypatrywał temu dziwnemu stworzeniu, wyrzuciło ono ze swych nozdrzy dwa wielkie strumienie pary i wody na wysokość czterdziestu metrów, co mnie już stanowczo upewniło o sposobie jego oddychania. Wniosłem już z tego, że zwierzę to należało do działów kręgowych, do klasy ssących, do gromady rybokształtnych, do rzędu wielorybów, do rodziny… Tu nie mogłem jeszcze nic wyrzec. Rząd wielorybów obejmuje trzy rodziny: wieloryby, potfisze i delfiny — w tej ostatniej właśnie pomieszczone są narwale. Każda z tych rodzin dzieli się na kilka rodzajów, każdy rodzaj na odmiany. Nie wątpiłem, że zdołam uzupełnić mą klasyfikację przy pomocy nieba i kapitana Farraguta.
Załoga z niecierpliwością oczekiwała na rozkazy swego dowódcy. Ten, przypatrzywszy się uważnie zwierzęciu, kazał wezwać maszynistę i zapytał go, czy ma dość pary.
— Mamy, kapitanie — odpowiedział maszynista.
— Dobrze. Każ pan podniecić jeszcze ognie i ruszamy całą siłą pary!
Przeciągłe „hurra” powitało ten rozkaz. Wybiła godzina walki. W kilka chwil potem dwa kominy fregaty buchały gęstymi kłębami czarnego dymu, a pomost drżał pod wstrząśnieniami kotłów parowych.
„Abraham Lincoln” popychany siłą potężnej swej śruby, pędził prosto na zwierza; ten czekał obojętnie i pozwolił okrętowi zbliżyć się na 60 sążni, po czym, nie zanurzając się bynajmniej, usuwał się z wolna, utrzymując się w tej samej odległości.
Taka pogoń trwała około trzech kwadransów, a fregata w tym czasie nie zdołała przysunąć się do potwora ani o jeden sążeń. W taki sposób można go było nigdy nie doścignąć.
Kapitan Farragut niecierpliwie szarpał swą gęstą brodę. Nareszcie przywołał do siebie Neda Landa; Kanadyjczyk stawił się na wezwanie. |
27 | CONTEXT (jules-gabriel-verne,pozytywizm,20-000-mil-podmorskiej-zeglugi)
Dziesięć minut przed jedenastą wieczorem światło elektryczne znowu się ukazało w odległości trzech mil od fregaty, a tak samo było czyste i mocne jak nocy poprzedniej.
Narwal zdawał się być nieruchomym. Może spał strudzony, dozwalając się kołysać falom. Kapitan Farragut postanowił skorzystać z tej sposobności.
Wydał rozkazy. Fregata zwolniła biegu, posuwając się ostrożnie, aby nie zbudzić czujności swego przeciwnika. Często się zdarza spotkać na pełnym oceanie wieloryby uśpione głęboko i wtedy łatwo napaść można na nie; Ned Land niejednego ubił w taki sposób. Kanadyjczyk stał jak posąg niewzruszony na swym stanowisku, gotów do działania w każdej chwili.
W tej chwili, oparty na poręczy przedniego pomostu, zobaczyłem przed sobą Neda Landa groźnie wstrząsającego swym niebezpiecznym oszczepem. Dwadzieścia stóp zaledwie dzieliło go od zwierzęcia nieruchomego.
Jednym szybkim ruchem wyciągnął on nagle rękę i wyrzucił oszczep. Słyszałem uderzenie oręża trafiającego, jak się zdawało, na jakieś ciało twarde.
Światłość elektryczna przygasła naraz; dwa potężne słupy wody spadły na pomost fregaty, a lejąc się jak potok wzburzony, z przodu na tył okrętu, przewracały ludzi i porywały wszystko, co napotkały na drodze.
Dało się czuć gwałtowne wstrząśnienie — a ja przerzucony przez barierę, nie mając czasu uczepić się czegokolwiek, wtrącony zostałem do morza.
Wieloryb gatunku nieznanego
Jakkolwiek niespodzianie całkiem upadłem w morze, nie straciłem jednak przytomności.
Zapadłem zrazu na przeszło dwadzieścia stóp głębokości. Jestem dobrym pływakiem — a choć nie mam pretensji równać się z Byronem i Edgarem Poe, którzy byli mistrzami w tej sztuce, jednak dwoma silnymi ruchami wydobyłem się na powierzchnię.
Naprzód oczyma szukałem fregaty. Czy spostrzeżono, że mnie brakuje? Czy kapitan kazał spuścić łódkę na morze? Czy mogłem spodziewać się ocalenia?
Ciemność głęboka pokrywała wszystko dokoła. Widziałem, jak przez mgłę, ogromną czarną masę uciekającą na wschód, a ognie jej niknęły w oddali. Była to fregata. Czułem, że jestem zgubiony.
— Ratunku! — wołałem, płynąc z rozpaczliwym wysiłkiem za okrętem.
Suknie mi przeszkadzały w pływaniu; przemokły i przylgnęły mocno do mego ciała, paraliżując wszystkie moje ruchy. Tonąłem, krztusiłem się…
— Ratunku!
Był to ostatni mój krzyk; usta napełniła mi woda; ciężar bezwładnego ciała ciągnął mnie w przepaść…
Nagle silna dłoń pochwyciła mnie za suknie i szybko wyciągnęła na wierzch; usłyszałem, tak, usłyszałem następujące wyrazy:
— Niech wesprą się na moim ramieniu to będzie im daleko wygodniej płynąć.
Uchwyciłem za rękę mego wiernego Conseil'a. |
930 | CONTEXT (ignacy-krasicki,oswiecenie,alegoria-bajki-nowe)
Ignacy Krasicki
Bajki nowe
Alegoria
Wszędzie się znajdzie rozum, byle tylko szukać,
A nawet i jegomość, kiedy zacznie fukać,
I jejmość, gdy rozprawia,
I nasz ksiądz, gdy przymawia,
Mają go podostatkiem i pięknie, i wiele.
Jakoż się to wydało w Przewodnią Niedzielę. Gadał ksiądz o Adamie,
I o bramie,
I o wężu, i o Ewie,
I o jabłku, i o drzewie…
Po kazaniu do karczmy rzecz się wytoczyła.
Pan wójt, co to ma rozum i nauki siła:
«A wiecie, co ksiądz prawił? — rzekł całej gromadzie —
Oto u nas są sady, a drzewa są w sadzie,
A na drzewach są jabłka w wielkiej obfitości:
Adam — pan, Ewa — jejmość, a wąż — podstarości».
|
7 | CONTEXT (autor-nieznany,nieznany,a-coz-z-ta-dziecina)
Jeszcze i kąpiołkę Mu nagotujmy,
Na kąpiel serdecznych łez nie żałujmy;
O, Dziecino, hul hul hul hul,
Ja już płaczę, Ty się utul.
Hul, hul, hul, hul.
Jużci nie chce płakać Dziecina dłużej,
Ale ukojone oczęta mruży:
Wiec Ją włóżmy w kolebeczkę,
Zaśpiewajmy Jej piosneczkę.
Lu, lu, lu, lu.
Ale drżysz od zimna, mój Aniołeczku,
Leżąc w tym kamiennym, zimnym żłóbeczku:
Więc z osiołkiem oraz z wołem,
Chuchać bedziem na Cię społem.
Chu, chu, chu, chu.
Pókiż tego będzie? Dość tego dzieci;
A czemuż nie idzie spać drugi, trzeci?
Dosyć osieł i wół beczy,
Budzą Dziecię, nie do rzeczy.
Spać, spać, spać, spać.
|
14 | CONTEXT (jules-gabriel-verne,pozytywizm,20-000-mil-podmorskiej-zeglugi)
— Jak im się podoba.
— Oh! To będzie drobnostka! Trochę zboczymy z drogi, nic więcej! Pojedziemy na fregacie „Abraham Lincoln”.
— Jak im będzie najwygodniej — spokojnie odpowiedział Conseil.
— Ty wiesz, mój przyjacielu, tu chodzi o potwora… O sławnego narwala… Pojedziemy, aby oczyścić z niego morza! Autor dzieła in quarto w dwóch tomach: O tajemnicach wielkich głębin podmorskich nie może odmówić uczestniczenia w tej wyprawie zaszczytnej… Lecz niebezpiecznej zarazem! Nie wiadomo, dokąd jedziemy! Te bestie mogą być bardzo kapryśne! Lecz pomimo to pojedziemy, tym bardziej z tak dzielnym jak Farragut dowódcą.
— Co zrobią, to i ja uczynię — odpowiedział Conseil.
— Ale pomyśl dobrze, bo nie chcę nic ukryć przed tobą. Jest to jedna z tych podróży, z których się nie zawsze powraca.
— Jak im się podoba.
W kwadrans potem nasze pakunki były gotowe. Conseil tęgo się uwinął i pewien byłem, że nic nie brakowało, bo on koszule i suknie klasyfikował równie dobrze jak ptaki i zwierzęta ssące.
Windą hotelową zjechaliśmy do wielkiego przedsionka w antresoli, skąd kilka już na dół prowadziło tylko schodków. Zapłaciłem rachunek w kantorze zawsze napełnionym interesantami. Dałem zlecenie, aby wysłano do Paryża moje paki ze zwierzętami wypchanymi i zasuszonymi roślinami; zapewniłem otwarty kredyt dość znaczny dla babirusy i wraz z Conseil'em wskoczyłem do powozu.
Za dwadzieścia franków powieziono nas z Broadway drogą na Union Square, Czwartą Avenue do rogu Bovery Street, skąd przez Katrine Street do 34 przystani. Tam powóz nasz wjechał na prom i dotarliśmy w ten sposób do Brooklynu, wielkiego przedmieścia Nowego Jorku rozłożonego na lewym brzegu rzeki Wschodniej, a w kilka minut potem byliśmy w przystani, gdzie „Abraham Lincoln” otworami dwóch swoich kominów wyrzucał gęste kłęby czarnego dymu.
Bagaże nasze bezzwłocznie przeniesione zostały na pomost fregaty. Wskoczyłem na pokład i zapytałem o dowódcę Farraguta. Jeden z majtków zaprowadził mnie do dziarskiego oficera, który, wyciągając rękę, rzekł:
— Pan Piotr Aronnax?
— Ja sam — odpowiedziałem. — Dowódca Farragut?
— W swojej własnej osobie. Witam pożądanego gościa w osobie szanownego profesora. Kajuta pańska jest na pańskie usługi.
Nie chcąc kapitanowi przerywać zatrudnień jego przed odjazdem, poprosiłem, aby mnie zaprowadzono do przeznaczonej mi kajuty.
„Abraham Lincoln” i wybrany był doskonale, i bardzo dobrze zaopatrzony, odpowiednio do swego przeznaczenia. Była to fregata wielkich rozmiarów, z przyrządami przegrzewającymi parę, które dozwalały doprowadzić jej ciśnienie do siedmiu atmosfer. Pod takim ciśnieniem średnia szybkość fregaty wynosiła osiemnaście i trzy dziesiąte mili na godzinę; prędkość to bardzo znaczna, ale jeszcze niedostateczna do walki z olbrzymim potworem.
Urządzenie wewnętrzne fregaty odpowiadało jej przymiotom żeglugowym. Byłem bardzo zadowolony z mojej kajuty, położonej na rufie w obrębie obwodu oficerskiego.
— Wygodnie nam tu będzie — rzekłem do Conseil'a.
— Tak wygodnie, z przeproszeniem pana — odpowiedział Conseil — jak rakowi pustelnikowi w ślimaczej skorupie.
Pozostawiłem Conseil'a zajętego naszymi tłumokami, a sam wyszedłem na pomost, aby się przypatrzyć przygotowaniom do podróży. |
6 | CONTEXT (maria-konopnicka,pozytywizm,a-co-wam-spiewac)
Tyle, co kropel w strumyku,
Tyle, co liści na drzewie,
A skąd się biorą, nikt nie wie.
Tak już w powietrzu ot płyną,
Nad naszą wioską jedyną.
Więc co wam śpiewać, laleczki?
Bo umiem różne piosneczki —
Takie piosneczki i pieśni,
O jakich lalkom się nie śni!
|
5 | CONTEXT (jules-gabriel-verne,pozytywizm,20-000-mil-podmorskiej-zeglugi)
Wypadek ten zdarzył się około piątej godziny z rana, właśnie gdy dnieć poczynało. Oficerowie służbowi rzucili się ku rufie i z największą uwagą badali powierzchnię oceanu, lecz nic nie dojrzeli, prócz silnego wiru jakby gwałtownie poruszonej wody, w odległości około 400 sążni. Zapisano jak najdokładniej położenie tego miejsca i „Moravian” popłynął spokojnie w dalszą drogę. Czy uderzył o skałę podmorską, czy też o ogromny szczątek rozbitego statku — nie wiadomo. Gdy jednak zbadano spód parowca, okazało się, że kil jest częściowo strzaskany.
Zdarzenie to, jakkolwiek bardzo ważne, byłoby zapomniane jak tyle innych, gdyby się nie powtórzyło w trzy tygodnie później i nabrało ogromnego rozgłosu z powodu wziętości towarzystwa, którego statek był własnością.
Komuż jest nieznane nazwisko sławnego armatora angielskiego, Cunarda? Ten rozumny i zręczny przemysłowiec zaprowadził w 1840 roku komunikację pocztową pomiędzy Liverpoolem a Halifaxem obsługiwaną przez trzy drewniane okręty, których koła miały po 400 koni siły, a pojemność wynosiła po 1162 tony. W osiem lat potem tabor kompanii powiększył się o cztery okręty, każdy o sile 650 koni i 1820 tonach pojemności, a jeszcze w dwa lata potem przybyły znowu dwa statki, jeszcze większej siły i większej pojemności. W roku 1853 kompania Cunard, której odnowiono przywilej przywożenia depesz, powiększała kolejno swój tabor okrętami: „Arabia”, „Persia”, „China”, „Scotia”, „Java”, „Russia” — wszystkie największego kalibru, tak że oprócz słynnego „Great Eastern”, żaden większy od nich statek nie pruł fal oceanu. Tak więc w 1867 roku kompania posiadała już dwanaście okrętów, to jest osiem kołowych i cztery śrubowce.
Podaję te krótkie i pobieżne szczegóły dlatego, aby każdy wiedział, jak ważne jest znaczenie tej kompanii transportów morskich znanej światu całemu ze swej rozumnej i pożytecznej działalności. Nigdy przedsiębiorstwo żeglugi zaoceanicznej nie było jeszcze z większą poprowadzone zręcznością, nigdy interes lepszym nie był uwieńczony powodzeniem. Od dwudziestu sześciu lat okręty kompanii Cunard dwa tysiące razy przepłynęły Atlantyk, a jednak ani jedna z tych podróży nie chybiła; opóźnienia nawet nigdy nie było. Nie tylko człowiek lub statek, ale nawet list żaden nigdy nie został zatracony. Dlatego też, pomimo potężnego współzawodnictwa Francji, podróżni przekładają linię kompanii Cunard nad inne, jak to się okazuje z urzędowych dokumentów lat ostatnich. Po tym wszystkim nikt nie zadziwi się, że takiego rozgłosu nabrał wypadek jednego z najpiękniejszych parowców do tej kompanii należących.
Dnia 13 kwietnia 1867 roku, przy spokojnym stanie morza i wietrze sprzyjającym, okręt „Scotia” znajdował się pod 15° 12' długości i 45° 27' szerokości. Płynął on z szybkością trzynastu węzłów, popychany siłą swych tysiąca koni parowych. Koła jego rozbijały wodę morską z nadzwyczajną regularnością; zanurzał się na 6 metrów 70 centymetrów, a wypychał wody 6624 metry sześcienne.
O godzinie 4 minut 18 wieczorem, gdy podróżni zebrani byli w wielkim salonie, lekkie wstrząśnienie dało się uczuć od spodu, przy kole, z lewej strony okrętu.
Okręt nie uderzył, ale był uderzony przez coś ostrego i dziurawiącego. Potrącenie tak zdawało się lekkie, że nikt by na nie uwagi nawet nie zwrócił, gdyby nie krzyk palaczów okrętowych, którzy wpadli na pomost wołając: „Toniemy! Toniemy!”.
W pierwszej chwili podróżni bardzo się przejęli, ale uspokoił ich zaraz kapitan Anderson. I w rzeczy samej niebezpieczeństwo nie mogło być groźne, okręt bowiem podzielony był na siedem przedziałów szczelnymi przegrodami; w żadnym przeto wypadku woda nie mogła się wszędzie przedostać.
Kapitan Anderson udał się natychmiast na spód okrętu i stwierdził, że piąty przedział zalany był wodą, a gwałtowność jej przypływu dowodziła, że przedziurawienie musiało być dość znaczne. Na szczęście w tym przedziale nie było kotłów maszyny parowej, bo ogień byłby zalany bezzwłocznie.
Kapitan Anderson kazał jednemu z majtków nurkować dla rozpoznania uszkodzenia; po chwili dowiedziano się, że w zewnętrznym spodzie okrętu jest otwór szerokości dwóch metrów. Takiego otworu nie można było zatkać naprędce; parowiec przeto, z kołami do połowy zanurzonymi, musiał dalszą odbywać drogę.
Znajdował się on wtedy o trzysta mil od przylądka Clear, a po trzech dniach opóźnienia żywo niepokojącego Liverpool, wpłynął nareszcie do portu kompanii.
Wtedy inżynierowie przystąpili do obejrzenia okrętu wprowadzonego do doku i własnym nie wierzyli oczom. Na półtrzecia metra głęboko pod linią wodną ujrzeli rozdarcie foremne w kształcie trójkąta równoramiennego, blacha żelazna była przekrajana tak czysto jak nożycami. Narzędzie więc, którego dziełem był ten otwór, musiało posiadać hart niezwykły, a przy tym musiało uderzyć z siłą ogromną, aby przedziurawić w ten sposób blachę grubości czterech centymetrów i cofnąć się gładko ruchem wstecznym — wprost niezrozumiałym.
Taki był ten ostatni fakt, pod którego wpływem zainteresowanie ogółu wzrosło znów do najwyższego stopnia. Od tej też chwili wszystkie wypadki na morzu niemające wyraźnie oznaczonej przyczyny szły na karb potwora. Fantastyczne to zwierzę musiało dźwigać odpowiedzialność za te wszystkie rozbicia, których liczba niestety jest bardzo znaczna, bo na trzy tysiące okrętów, o których zaginięciu corocznie donosi *Bureau Veritas*, liczba parowców i żaglowców uważanych za stracone z powodu zupełnego braku wiadomości o nich dochodzi do dwustu.
Odtąd tedy, słusznie czy niesłusznie, „potwora” obwiniano o ich zgubę; a ponieważ z tego powodu drogi pomiędzy różnymi lądami stawały się coraz mniej bezpieczne, głos przeto powszechny zaczął się stanowczo i kategorycznie domagać, aby nareszcie pomyślano o uwolnieniu mórz od tego strasznego wieloryba.
Za i przeciw
W czasie, gdy zaszły te wypadki, powracałem z wycieczki naukowej do niezdrowych okolic Nebraski w Stanach Zjednoczonych, dokąd mnie rząd francuski wysłał razem z wyprawą jako nadetatowego profesora paryskiego Muzeum Historii Naturalnej. Po sześciu miesiącach spędzonych w Nebrasce, obładowany szacownymi zbiorami, przybyłem do Nowego Jorku pod koniec marca. A że odjazd mój do Francji oznaczony był dopiero na pierwsze dni maja, zająłem się więc uporządkowaniem moich bogactw mineralogicznych, botanicznych i zoologicznych, gdy oto zdarzył się wypadek z okrętem „Scotia”.
Znałem doskonale całą tę sprawę będącą na porządku dziennym i czy mogło być inaczej? Choć wertowałem wszystkie dzienniki europejskie i amerykańskie, to jednak nic mi one nie wyjaśniły. Tajemnica ta mocno mnie intrygowała. Nie mogąc sobie wyrobić żadnego zdania, bujałem myślą pomiędzy ostatecznościami. Że było coś, to najmniejszej nie ulegało wątpliwości, a niewierni mogli palcem dotknąć rany okrętu.
Gdym przybył do Nowego Jorku, kwestia ta była w fazie największego rozgorączkowania. Przypuszczenia o wyspie pływającej, o nieuchwytnej skale podmorskiej, przez nieudolne umysły podtrzymywane, stanowczo odrzucono. W rzeczy samej, jeśli ta skała we wnętrznościach swoich nie miała maszyny, to jakże mogła przenosić się z miejsca na miejsce i to z taką jeszcze szybkością nadzwyczajną?
Z tej samej przyczyny odrzucono myśl o jakimś pływającym szkielecie okrętu.
|
22 | CONTEXT (jules-gabriel-verne,pozytywizm,20-000-mil-podmorskiej-zeglugi)
— W rzeczy samej — spokojnie odrzekł Conseil — sądzę, że będą żartowali z nich i wyznać muszę…
— Co wyznać musisz?
— Że będą mieli tylko to, na co zasłużyli.
— To prawda!
— Kiedy się ma zaszczyt być uczonym, jak my, nie wystawia się na…
Conseil nie mógł dokończyć swego komplementu: ogólną ciszę przerwał w tej chwili głos gromki. Był to głos Neda Landa, który wołał:
— Oho! Potwór, tam, pod wiatr… przerzyna nam drogę w poprzek!
Całą siłą pary
Na ten okrzyk cała załoga rzuciła się w stronę oszczepnika: dowódca, oficerowie, sternicy, majtkowie, chłopcy okrętowi, nawet maszyniści i palacze opuścili swe obowiązki; wydano rozkaz zatrzymania statku i fregata posuwała się już tylko siłą rozpędu.
Ciemność głęboka otaczała wszystko, a jakkolwiek Kanadyjczyk dobre miał oczy, pytałem sam siebie, jak i co mógł widzieć. Serce mi biło jak młotem.
Lecz Ned Land nie omylił się i wkrótce wszyscyśmy zobaczyli przedmiot, który on ręką wskazywał.
W odległości 240 sążni od fregaty, z prawego boku morze zdawało się jakby oświetlone po wierzchu. Nie było to proste zjawisko fosforescencji. Potwór, zanurzony na kilka sążni pod powierzchnią wód, rzucał ten silny a niepojęty blask, o którym jednak wspominały raporty wielu dowódców okrętowych. Wspaniałe te promienie musiał wytwarzać czynnik wielkiej siły oświetlającej. Plama świetlna opisywała na morzu ogromny owal mocno wydłużony, w którego środku zbierało się ognisko rzucające blask olśniewający, zmniejszający się jednak stopniowo.
— Jest to nagromadzenie molekuł fosforycznych — zawołał jeden z oficerów.
— Nie, panie — odpowiedziałem z przekonaniem. — Nigdy folady ani salpy nie wydają tak potężnego blasku. To światło jest wyraźnie natury elektrycznej… Zresztą patrz pan, patrz! Ono się porusza! Posuwa się naprzód, w tył! Rzuca się na nas!
Na fregacie dał się słyszeć jeden okrzyk ogólny.
— Milczenie! — zawołał kapitan Farragut. — Zwrócić okręt do wiatru! Ruch w tył!
Majtkowie rzucili się do steru, maszyniści do maszyn. Parę odwrócono natychmiast i „Abraham Lincoln”, zawracając od lewego boku, zakreślił sobą półkole.
— Ster na prawo! Maszyna naprzód! — krzyknął kapitan Farragut.
Rozkazy spełniono z szybkością; fregata nagle odsunęła się od świetlnego ogniska. |
10 | CONTEXT (jules-gabriel-verne,pozytywizm,20-000-mil-podmorskiej-zeglugi)
Artykuł mój gorące wywołał dyskusje, co zjednało mu wielki rozgłos; znalazła się pewna liczba stronników mego zdania, które zresztą, podając rozwiązanie zagadnienia, zostawiało obszerne i swobodne dla wyobraźni pole. Umysł ludzki lubi te imponujące wielkością pomysły o istotach nadprzyrodzonych, dla których w morzu najwłaściwsze zdaje się być miejsce — jedyne, w którym mogą rodzić się i wzrastać te olbrzymy, w porównaniu z którymi ziemskie słonie, nosorożce itd. są karłami. Wszak ogromna masa wód morskich unosi największe gatunki znanych zwierząt ssących i może ukrywa mięczaki niezrównanej wielkości, skorupiaki przerażające powierzchownością, np. homary stu metrów długości lub kraby (raki morskie) ważące po dwieście ton! Dlaczegóż by nie? Niegdyś zwierzęta ziemskie współczesne epokom geologicznym, czworonożne i czwororęczne, gady, ptaki, miewały olbrzymie rozmiary. Nadaną im przez Stwórcę formę kolosalną czas zmniejszył powoli; ale czemuż by morze w swych głębiach nieznanych nie miało przechować tych okazów życia innego okresu, skoro samo nie ulega zmianom takim, jakim ulega jądro ziemi, ciągle się prawie zmieniające? Czemuż by morze nie miało przechować w swym łonie ostatnich odmian tych rodzajów tytanicznych, dla których wiek jest rokiem, tysiąc lat — wiekiem?
Otóż dałem się porwać marzeniom, których podtrzymywać nie powinienem. Precz z urojeniami, przez rozważanie czasów ubiegłych zmieniającymi się dla mnie w straszną rzeczywistość. Powtarzam raz jeszcze, ustaliła się była opinia co do natury owego zjawiska: przyjęto bez sporu naukę o istnieniu ogromnego stworzenia, niemającego nic wspólnego z bajecznymi wężami morskimi.
Lecz gdy jedni widzieli w tym tylko zagadnienie czysto naukowe, inni, pozytywniejsi, mianowicie Amerykanie i Anglicy, byli zdania, że trzeba ocean oczyścić z tego niebezpiecznego potwora i tym sposobem zapewnić swobodną żeglugę. Dzienniki przemysłowe i handlowe z tego głównie punktu kwestię traktowały. „Shipping and Mercantile Gazette”, „Lloyd”, „Paquebot”, „Revue Maritime et Coloniale” jako przychylne towarzystwom ubezpieczeń, które groziły podwyższeniem opłat — jednomyślnie oświadczyły się za tym.
Wobec takiego zdania opinii publicznej, Stany Zjednoczone pierwsze się oświadczyły z chęcią uczynienia jej zadość. W Nowym Jorku gotowano się do ścigania narwala. „Abraham Lincoln”, fregata szybka i opatrzona ostrogą, sposobiła się do rychłego wypłynięcia na morze, a dowódca jej, Farragut, zbroił się na gwałt, biorąc wszystko, co mu było potrzebne z arsenałów stojących dla niego otworem.
Od chwili właśnie, w której decydowano się ścigać potwora, potwór nie pokazał się więcej! Tak to bywa zwykle. Przez dwa miesiące nikt o nim ani słyszał, żaden go okręt nie spotkał. Zdawało się, że jednorożec wiedział o spisku, jaki się knuje przeciw niemu. Bo też tyle o nim gadano, nawet za pomocą kabla telegrafu transatlantyckiego! Żartownisie utrzymywali, że ten mądry szpaczek pochwycił w drodze telegram i skorzystał z niego.
Fregatę uzbrojono jak na daleką wyprawę, zaopatrzono w ogromne do połowu przyrządy, lecz nie wiedziano, w którą skierować ją stronę. Niecierpliwość wzrastała z dniem każdym — gdy wtem dnia 2 lipca dowiedziano się, że „Tampico”, parowiec krążący na linii z San Francisco w Kalifornii do Szanghaju, spostrzegł przed trzema tygodniami znowu potwora na północnych morzach Oceanu Spokojnego.
Wiadomość ta sprawiła nadzwyczajne wrażenie. Nie pozwolono Farragutowi na dwadzieścia cztery godziny zwłoki. Okręt jego zaopatrzony już był w żywność i węgiel. Z załogi nie brakowało ani jednego człowieka; pozostało tylko rozniecić ognie pod kotłami, wydobyć z nich parę i odpłynąć — czego też sam dowódca pragnął najgoręcej.
Na trzy godziny przed wyjściem „Abrahama Lincolna” z Brooklynu, otrzymałem list treści następującej:
Do pana Aronnax'a
Profesora Muzeum Paryskiego
*Fifth Avenue Hotel*
*w Nowym Jorku*.
Panie!
Jeśli pan chcesz uczestniczyć w wyprawie, którą przedsiębierze „Abraham Lincoln”, rząd Stanów Zjednoczonych z przyjemnością będzie widział Francję reprezentowaną przez pana w tym przedsięwzięciu. Kapitan Farragut zatrzymał kajutę do pańskiego rozporządzenia.Z głębokim szacunkiemSekretarz marynarki *J. B. Hobson*.
„Jak im się podoba”
Na trzy sekundy przed nadejściem listu pana J. B. Hobsona tylem myślał o ściganiu jednorożca, co o poszukiwaniu północno-zachodniego przejścia podbiegunowego. W trzy sekundy po odczytaniu listu czcigodnego sekretarza marynarki byłem dostatecznie przekonany, że prawdziwym celem mojego życia było ściganie tego potwora i uwolnienie świata od niego.
A jednak powracałem z przykrej podróży, strudzony i spragniony wypoczynku. Tęskniłem za moim krajem, za moimi przyjaciółmi, za moim mieszkaniem w Ogrodzie Botanicznym, za moimi kasztanami i kochanymi zbiorami. Lecz nic nie mogło mnie zatrzymać. Zapomniałem o wszystkim: o trudach, przyjaciołach, zbiorach — i anim się zawahał przyjąć ofiarę rządu amerykańskiego.
Zresztą, myślałem sobie, wszystkie drogi prowadzą do Europy, jednorożec będzie zapewne tak grzeczny, że mnie doprowadzi do wybrzeży francuskich. Szlachetne to zwierzę da się złapać na morzach Europy dla mojej jedynie przyjemności — wskutek czego będę mógł złożyć w paryskim Muzeum Historii Naturalnej przynajmniej pół metra jego halabardy kościanej.
Tymczasem jednak wypadało szukać narwala w północnej stronie Oceanu Spokojnego, co równało się powrotowi do Francji drogą na antypody.
— Conseil! — zawołałem głosem niecierpliwym.
Conseil był to mój służący. Przywiązany ten chłopiec towarzyszył mi we wszystkich podróżach. Był to dzielny Flamandczyk, którego lubiłem i który mi się takim samym wywzajemniał uczuciem. Flegmatyk z natury, akuratny z zasady, gorliwy z nawyknienia, nie dziwił się nadzwyczajnościom życia; bardzo był biegły w robocie ręcznej, sposobny do wszystkiego i na przekór swemu imieniu nigdy nie radził, nawet gdy tego żądano od niego. |
11 | CONTEXT (jan-sten,modernizm,adam-asnyk-sylwetka-literacka)
Duch ludzki *wszak* nie na wieki
W krwiożerczych zatonął w snach,
I szydząc z jutrzni dalekiej
Uwielbił przemoc i strach.
Ta niepewność ściga poetę wszędzie, ona nie pozwala mu rozstrzygać, ale przy zetknięciu z każdem nowem zjawiskiem każe mu smutnie pytać dalekiej przyszłości:
Czy to pożarów łuna, czy też słońce.
Rezygnacya jego jest zaś tak wielka, że zdobywa się w prześlicznym wierszu na apoteozę śmierci:
Śmierć — to ciągłego postępu chorąży!
Który na nowe świat prowadzi tory,
Wschodzącym kiełkom usuwa zapory
I z rzeszą istot w nieskończoność dąży.
Z jego opatrznej, choć surowej łaski
Świat nie zastyga pod próchnem i pleśnią,
Ale młodości wciąż przebrzmiewa pieśnią.
Z temi zwrotkami warto porównać może, co mówi jeden z najlepszych naśladowców romantyzmu (W. Gomulicki):
Ja złe nazywam złem, ja śmierć nazywam *gwałtem*,
I tytanowy protest w niebo ślę.
Ma Asnyk uśmiech współczucia i wyrozumiałości dla tego, co minęło, i z tym samym uśmiechem wita nadchodzące pokolenia, chociaż one, jak sądzi nieco jednostronnie, depcą bezlitośnie upadły ideał:
Lecz chociaż droga nasza się rozchodzi
A chłód wasz lodem spada nam na serce —
My błogosławim wam, rycerze młodzi,
Narodowego długu spadkobierce,
I na trud przyszłych mozolnych wyzwoleń
Niesiem życzenie gasnących pokoleń.
|
931 | CONTEXT (louisa-may-alcott,pozytywizm,alcott-male-kobietki)
Louisa May Alcott
Małe kobietki
tłum. Zofia Grabowska
ISBN 978-83-288-6176-3
Rozdział I. Pielgrzymki
— Co mi za Boże Narodzenie bez podarków! — mruknęła Ludka, leżąc na dywanie przed kominkiem.
— To straszne być ubogą! — westchnęła Małgosia, spoglądając na swą starą suknię.
— Bardzo jest nieładnie, że niektóre dziewczęta mają mnóstwo pięknych rzeczy, a inne nie mają nic — dodała Amelka z gniewną minką.
— Mamy przecież ojca, mamę i siebie nawzajem — z zadowoleniem odezwała się Eliza ze swego kącika.
Ich cztery młode twarzyczki, oświecone ogniem z kominka, rozjaśniły się na te wesołe słowa, lecz sposępniały znowu, gdy Ludka rzekła:
— Nie mamy teraz ojca i długi czas nie będziemy go miały. — Wprawdzie nie powiedziała „może nigdy”, ale wszystkie dodały to w duchu, ponieważ był daleko na wojnie.
Milczały przez chwilę, po czym Małgosia odezwała się innym tonem.
— Wiecie, że mama dlatego radzi, byśmy sobie tym razem nie dawały podarków, że zima będzie sroga; więc jej zdaniem nie powinnyśmy wydawać pieniędzy na przyjemności, kiedy nasze wojsko tak cierpi. Prawda, że nie zdołamy wiele uczynić, ale małe poświęcenia są w naszej możności i wypada nam ich dokonać z dobrej woli. Obawiam się jednak, że się na to nie zdobędę — mówiła, potrząsając główką, jak gdyby z żalem myślała o wszystkich ładnych rzeczach, które jej były potrzebne.
— Nie przypuszczam, żeby nasze małe oszczędności przydały się na coś; dałybyśmy po dolarze, więc jakaż stąd ulga dla wojska? Zgadzam się na to, by nic nie dostać od mamy i od was, ale chciałabym sobie kupić Ondynę, bo już tak dawno mam na nią ochotę — rzekła Ludka zamiłowana w książkach.
— Ja swoje pieniądze przeznaczałam na nuty — rzekła Eliza z cichym westchnieniem, usłyszanym tylko przez miotełkę i rączkę od tygielka.
— A mnie są potrzebne ołówki Fabera i muszę ich sobie kupić ładne pudełko — odezwała się Amelka stanowczo.
— Mama nie miała na myśli naszych pieniędzy i nie chciałaby, żebyśmy się wszystkiego wyrzekły. Niech każda kupi, co jej potrzebne, żeby sobie zrobić przyjemność. Spodziewam się, że zasługujemy na to, pracując tak ciężko! — zawołała Ludka, oglądając sobie obcasy u bucików z miną chłopaka.
— Ja z pewnością zasługuję, ucząc te nieznośne dzieci prawie cały dzień, kiedy sama chciałabym się bawić w domu — odezwała się znowu żałosnym tonem Małgosia.
— Moja praca dwa razy uciążliwsza od twojej; jakby ci było, gdybyś siedziała godzinami zamknięta z nerwową, kapryśną, starą jejmością, która się tobą posługuje, ze wszystkiego jest niezadowolona i tak cię męczy, że wyskoczyłabyś chętnie oknem albo dałabyś jej policzek.
|
929 | CONTEXT (autor-nieznany,nieznany,agady-talmudyczne)
— Przyprowadźcie go do mnie!
Przyprowadzili go. Rabi Akiwa kazał go obrzezać, po czym posadził go obok siebie przy stole i zaczął go uczyć.
Uczył go, aż ten przyswoił sobie błogosławieństwa odmawiane w sobotę. Następnie polecił wezwać go na bimę do odczytania sobotniego rozdziału Tory. Chłopak głośno odmówił stosowne błogosławieństwo. Wtedy ojca jego przeniesiono z piekła do raju. W nocy, kiedy rabi Akiwa spał, przyszedł do niego we śnie zmarły ojciec chłopaka i powiedział:
— Niech ci będzie policzone za zasługę to, co dla mnie zrobiłeś. Wyzwoliłeś mnie z piekła.
Ty jesteś sprawiedliwy i Twój wyrok jest sprawiedliwy Tak jak w raju rozlega się pochwalna pieśń na cześć Boga, tak też w piekle rozbrzmiewa pochwalna pieśń na Jego cześć. Jak napisane jest w Psalmach: „Idący przez wyschłą dolinę płaczu zamieniają ją w obfitujące źródło”. Oblewają się łzami, aż piekło zostaje wychłodzone.
I właśnie stamtąd rozlega pochwalna pieśń na cześć Boga, jak brzmi zakończenie zacytowanego wyżej wersetu z Psalmów: „I błogosławieństwem owiany zostaje nauczyciel”. Co oni śpiewają? „Słuszny wydałeś wyrok. Sprawiedliwie nas osądziłeś. Słusznie nas oskarżyłeś — Ty jesteś sprawiedliwy i Twój wyrok jest sprawiedliwy”.
|
928 | CONTEXT (autor-nieznany,nieznany,agady-talmudyczne)
Po dwunastu miesiącach ciało zmarłego ulega rozkładowi zaś dusza jego odfruwa i już nie wraca do ciała.
Wyzwolenie z piekła
Pewnego razu rabi Akiwa spotkał na drodze utrudzonego i zmizerowanego człowieka, który dźwigał na plecach ciężką wiązkę drewna. Człowiek ten nie szedł zwykłym krokiem, ale biegł truchtem niby koń. Rabi Akiwa zatrzymał go i zapytał:
— Powiedz mi, ale z ręką na sercu, czy wywodzisz się z rodu ludzkiego, czy z diabelskiego?
— Rabi — odpowiedział zapytany — byłem człowiekiem, ale dawno już temu opuściłem tamten świat. Codziennie rąbię drzewo, ładuję je na plecy i noszę do piekła. Rozpadają tam ogień i trzy razy w ciągu dnia palą mnie na tym ogniu.
— Co takiego nabroiłeś w swoim życiu?
— Nie było takiego nakazu, którego bym nie obszedł.
— Czy zostawiłeś po sobie syna?
— Jeśli ci Bóg miły — krzyknął nagle przejęty strachem zapytany — nie zatrzymuj mnie. Boję się aniołów zagłady. Oni gotowi mnie wychłostać ognistymi rózgami za to, że się spóźnię.
— Odpowiedz mi tylko na pytanie. To leży w twoim interesie.
— Zostawiłem żonę w ciąży.
I powiedziawszy to, puścił się biegiem w dalszą drogę.
Rabi Akiwa udał się wtedy do miasta, które ów człowiek wymienił. Notable miasta na wieść o tym, że przybył do nich rabi Akiwa, wyszli mu na spotkanie. On zaś pytał ich o dom, w którym mieszka spotkany przez niego człowiek.
W odpowiedzi usłyszał:
— Niechaj imię tego bezbożnika szczeźnie.
— Gdzie jest jego żona?
— Niechaj jej imię zostanie wymazane z pamięci ludzkiej.
— Czy ma syna? Jeśli tak, to kim jest?
— To prawdziwy goj. Nawet nie jest obrzezany. |
0 | CONTEXT (ignacy-krasicki,oswiecenie,abuzei-i-tair)
Ignacy Krasicki
Bajki i przypowieści
Abuzei i Tair
«Winszuj, ojcze — rzekł Tair — w dobrym jestem stanie.
Jutrom szwagier sułtana i na polowanie
Z nim wyjeżdżam». Rzekł ojciec: «Wszystko to odmienne.
Łaska pańska, gust kobiet, pogody jesienne».
Jakoż zgadł, piękny projekt wcale się nie nadał:
Sułtan siostrę odmówił, cały dzień deszcz padał.
|
921 | CONTEXT (autor-nieznany,nieznany,agady-talmudyczne)
I
„Jest Bogiem wiernym, bez fałszu, sprawiedliwy On i prawy — powiada Tora. Tak jak rozlicza się z występnymi za każdy choćby najmniejszy grzech na tym świecie i tak jak nagradza cadyków na tamtym świecie za najmniejszy dobry uczynek, tak nagradza na tym świecie występnych za dobry uczynek.
II
Rabi Elazar bar Cadok powiada:
— Cadycy na tym świecie podobni są do drzewa rosnącego na czystym miejscu. Jedna tylko jego gałąź zwisa nad miejscem nieczystym. Ścina się wtedy tę gałąź i całe już drzewo stoi na czystym miejscu. Tak samo Bóg na tym świecie zsyła na cadyków cierpienia, jako pokutę za ich małe grzeszki, żeby całkowicie czyści mogli przyjść na tamten świat. Jako rzecze Hiob: „Twój początek jest mały, twój koniec będzie wielki”. Ludzie występni podobni są do drzewa, które rośnie w nieczystym miejscu. I jedna tylko jego gałąź zwisa nad czystym miejscem, jeśli zetnie się tę gałąź, to całe drzewo stoi już na nieczystym miejscu. Tak samo dzieje się z występnymi. Bóg oddaje im wszelkie dobra na tym świecie, żeby potem zapędzić ich do najniższego kręgu piekła na tamtym świecie.
Jako rzecze Salomon w Przypowieściach: „Niejedna droga zda się człowiekowi prosta, lecz w końcu prowadzi do śmierci”.
III
Temu, którego zasługi przeważają nad grzechami, wyświadczają na tym świecie tylko zło. Tak jakby spalił całą Torę, nie zostawiwszy z niej ani jednej litery. Natomiast temu, który ma więcej grzechów niż zasług, wyświadczają na tym świecie tylko dobro. Tak jakby wypełnił wszystkie nakazy i zakazy Tory. Jakby nie opuścił z niej ani jednej litery.
Cierpiący cadyk i szcęśliwy złoczyńca
Powiada rabi Jochanan w imieniu rabiego Joseja:
— Kiedy Mojżesz prosił Boga: „Daj mi poznać zamysły Twoje”, jednocześnie zapytał: „Dlaczego bywa cadyk, któremu jest dobrze oraz cadyk, któremu jest źle?”
I Bóg mu odpowiedział:
— Mojżeszu, cadyk, któremu jest dobrze, jest synem cadyka. Cadyk, któremu jest źle, jest synem złoczyńcy. Złoczyńca, któremu jest dobrze, jest synem cadyka. Złoczyńca, któremu jest źle, jest synem złoczyńcy.
Są tacy, którzy twierdzą, iż Bóg tak odpowiedział Mojżeszowi:
— Cadyk, któremu jest dobrze, jest prawdziwym, autentycznym cadykiem. Cadyk, któremu jest źle, nie jest prawdziwym cadykiem. Złoczyńca, któremu jest dobrze, nie jest prawdziwym złoczyńcą. Złoczyńca, któremu jest źle, jest autentycznym stuprocentowym złoczyńcą.
|
3 | CONTEXT (maria-konopnicka,pozytywizm,a-co-wam-spiewac)
Maria Konopnicka
A co wam śpiewać
A co wam śpiewać, laleczki?
Bo umiem różne piosneczki:
Takie piosneczki i pieśni,
O jakich lalkom się nie śni!
Umiem piosenki z nad łąki,
Tak jak je nucą skowronki,
Kiedy piórkami szaremi
Pod niebo lecą od ziemi,
Nad ziemią lecą i dzwonią,
Nad polem naszem, nad błonią.
Umiem piosenkę jaskółki,
Gdy lata koło rzeczułki,
I wdzięcznym głoskiem coś nuci,
Czy się weseli, czy smuci,
Albo na gniazdko gdy leci,
I śpiewa do snu dla dzieci.
Umiem piosenkę żniwiarzy,
Gdy pot im ścieka po twarzy,
A oni, brzęcząc w swe kosy,
Tną żyto srebrne od rosy,
I głos roznoszą daleki,
Aż echo wtórzy od rzeki.
A chcecie piosnek wieczoru,
Gdy idą owce z ugoru,
I krówka z rżyska łaciata…
Gdy trzaska stary Jan z bata.
A ponad wszystkiem fujarka
Dźwięczy małego owczarka?
O! u nas piosnek bez liku! |
925 | CONTEXT (autor-nieznany,nieznany,agady-talmudyczne)
I zaraz do tego dodaje:
— Każdego poszczególnego cadyka „parzy” chupa drugiego. Oj, co za wstyd! Co za hańba!
IV
„Każdy człowiek — powiada Kaznodzieja — zbliża się do swojego wiecznego domu”.
Na to powiada rabi Icchak:
— Każdemu cadykowi przydzielane jest mieszkanie podług jego rangi. Król wkracza do miasta razem ze swoimi ministrami. Wszyscy wchodzą przez jedną i tę sama bramę, ale potem każdemu przydzielone zostaje mieszkanie według jego rangi.
V
Rabi Josef, syn rabiego Jehoszui ben Lewi, zachorował kiedyś tak ciężko, że wyglądał jak trup bez ducha. Kiedy wyzdrowiał, zapytał go ojciec:
— Synu, co tam widziałeś?
— Widziałem przewrócony do góry nogami świat. Najwyżsi są tam na dole, a najniżsi na górze.
— Nie, mój synu, widziałeś tam jasny, klarownie jasny świat. A jak nas tam widziałeś?
— My jesteśmy tam, tak samo ważni jak tu. Usłyszałem nawet, jak tam zawołano: „Błogo temu, który przyszedł tu, ze swoją wiedzą”. Ponadto usłyszałeiti drugie zawołanie: „Błogo tym, którzy zginęli śmiercią męczeńską za wiarę”. Do ich miejsc nikt inny nie ma dostępu.
Raj
W raju są dwie diamentowe bramy i nad nimi sześćset tysięcy aniołów. Twarz każdego anioła świeci jasnością klarownego nieba. Kiedy cadyk wstępuje do raju, zdejmuje z niego szaty, w których został pochowany w grobie, i nakładają na niego osiem nowych szat utkanych ze wspaniałości obłoków. Na głowę wkładają mu dwie korony. Jedną ze szlachetnych kamieni i pereł, drugą ze szczerego złota. Podają mu osiem wiązek mirtu i odśpiewują na jego cześć pochwalną pieśń:
„Z radością jedz swój chleb
W błogości wypij wino,
Bo Bóg już uznał twoje czyny”.
Potem prowadzą go na miejsce obficie zroszone wodą, w którym rosną setki gatunków róż i drzewa mirtu. Dla każdego cadyka przygotowany jest osobny i stosowny dla jego rangi pawilon. Z tego pawilonu wypływają cztery rzeki. Jedna płynie mlekiem, druga winem, trzecia balsamem, a czwarta miodem. Nad każdym pawilonem zwisają gałęzie winorośli ze złota przeplatane perłami. I każda perła lśni niczym blask brzasku dnia. W każdym pawilonie stoi stół inkrustowany szlachetnymi kamieniami i perłami. I nad każdą głową każdego cadyka stoi sześćdziesięciu aniołów, którzy do niego mówią:
— Idź i śmiało korzystaj z miodu, ponieważ studiowałeś Torę, a ona porównywania jest z miodem. I napij się wina wytłoczonego z winogron sześciu dni Stworzenia Świata, boś studiował Torę, a ona porównana jest z winem. I twarz najbrzydszego z nich jaśnieje pięknem i urodą Józefa i rabiego Jochanana. I nigdy nie ma tam nocy. I czas dzieli się u nich na trzy części. W pierwszej części cadyk jest jak dziecko. Wchodzi do dziecięcego sektora i napawa się radością dzieci. |
924 | CONTEXT (autor-nieznany,nieznany,agady-talmudyczne)
— Dla kogo jest przeznaczony ten skarb?
— Dla tych, którzy studiują Torę.
— A tamten, dla kogo jest przewidziany?
— Dla tych, którzy czynią dobro i nie skąpią jałmużny.
I tak Mojżesz pytał Boga o każdy skarb, aż zobaczył bardzo duży, większy od innych skarb. Zapytał:
— Dla kogo jest przeznaczony ten skarb?
— Dla tego, który posiada własne zasługi. Jemu wydzielam nagrodę z jego własnego skarbca. Temu zaś, który własnych zasług nie posiada, daję nagrodę w myśl słów: „I zmiłuję się, nad nim się zmiłuję”.
Tamten świat
I
Raw zwykł otwarcie głosić:
— Tamten świat nie jest taki jak ten świat. Na tamtym świecie nie wiedzą, co to jedzenie i picie. Płodzenie dzieci i handlowanie. Nie ma zazdrości i nienawiści wynikających z chęci prześcigania drugiego. A jak jest na tamtym świecie? Tam zasiadają cadycy z koronami na głowach i delektują się blaskiem Szechiny.
II
Rabi Jehoszua ben Lewi powiada:
— Bóg gotów jest podarować cadykom na tamtym świecie trzysta dziesięć światów, jak powiada Salomon w Przypowieściach: „Darząc bogactwem tych, którzy mnie miłują”.
III
Każdy cadyk dostanie na tamtym świecie chupę według należnej mu czci.
Rabi Chanina powiada:
— Temu, który zazdrości uczonym na tym świecie, dym wyżre oczy na tamtym świecie. |
922 | CONTEXT (autor-nieznany,nieznany,agady-talmudyczne)
W imieniu rabiego Jonatana powiedziano:
— Kara spada na świat tylko z powodu złoczyńców, ale jej początek powodują cadycy.
Rabi Josef powiedział:
— Kiedy szatan otrzymuje zezwolenie na ukaranie świata, nie dokonuje wyboru między cadykami i złoczyńcami. Co więcej, zaczyna od cadyków.
I powiedziawszy to, rabi Josef rozpłakał się.
— Jak to — zawołał — to cadycy nic już nie znaczą?
Rabi Ababej pocieszył go:
— Lepiej dla cadyków, że pierwsi giną, jak rzecze prorok: „przez zło sprawiedliwy schodzi ze świata”. Lepiej, żeby nie widzieli nieszczęścia.
„Pan wypróbowuje cadyka” — powiada poeta w Psalmach.
Na to rabi Jonatan powiada:
— Garncarz, kiedy wypróbowuje swoje naczynia, nie stuka w pęknięte garnki i dzbany. Wie, że od stuknięcia mogą się rozpaść. A które naczynia poddaje próbie? Mocne i całe. Te naczynia, które zdobię są wytrzymać każde uderzenie. Tak samo Bóg poddaje próbie cadyków, a nie złoczyńców.
Rabi Eliezer powiada:
— Pewien człowiek miał dwa woły. Jeden był mocny, a drugi słaby. Na którego z wołów, myślicie, nałożył jarzmo? Oczywiście że na mocnego wołu. Tak samo Bóg postępuje z cadykami. Na nich nakłada jarzmo.
Rabi Janaj powiada:
— Do spokojnego życia złoczyńców nie doszliśmy. Cierpienia cadyków nas nie dotknęły. Nie mamy ani jednego, ani drugiego.
|
927 | CONTEXT (autor-nieznany,nieznany,agady-talmudyczne)
— Każdy anioł ma za zadanie raz tylko ukarać złoczyńcę za jeden popełniony przezeń grzech. Odrobiwszy swoje, anioł odchodzi i na jego miejsce przychodzi drugi anioł zagłady. Po nim trzeci i tak dalej. Trwa to aż do całkowitego rozliczenia złoczyńcy ze wszystkich jego grzechów. Tak się dzieje z człowiekiem, który zaciągnął dużo długów i każdy wierzyciel przychodzi do niego po odbiór tego, co mu pożyczył.
Tych, którzy wpadli do piekła i stracili możność opuszczenia go, prowadzą w każdą sobotę w góry pokryte śniegiem. Tam spędzają sobotni dzień, po czym przychodzi po nich anioł, który prowadzi ich z powrotem do piekła. Są wśród nich tacy, którzy po kryjomu zabierają z sobą trochę śniegu, żeby chłodzić się nim w gorącym piekle. Spostrzegłszy to, anioł podnosi krzyk: „Złoczyńcy, biada wam! Nawet w piekle nie przestajecie kraść!”.
Płoną przez dwanaście miesięcy. Zostaje po nich popiół, który wiatr zwiewa pod nogi cadyków. Po upływie dwunastu miesięcy ich dusze wracają do ciał. Wychodzą z piekła z twarzami czarnymi jak węgiel. Przyjmują wyrok Boga ze zrozumieniem. Uznają go za sprawiedliwy i powiadają:
— Sprawiedliwy jest Twój wyrok. Zasłużyliśmy na niego. Ty, Boże, jesteś sprawiedliwy, a nam wstyd.
Złoczyńcy zaś innych narodów karani są w siedmiu kręgach ognia piekielnego. W każdym kręgu przez dwanaście miesięcy. I po tym wszystkim Bóg okazuje miłosierdzie swoim stworzeniom, jak jest powiedziane w Księdze Izajasza: „Bo nie na wieki wiodą spór i nie na zawsze się gniewam”.
II
Na tamtym świecie Bóg, oby był błogosławiony, będzie zasiadał w raju i siedzącym przed nim cadykom będzie objaśniał Torę. Niebiańska Jego świta będzie stała. Słońce i planety po Jego prawicy, a księżyc i gwiazdy po Jego lewicy. Bóg wprowadzi cadyków w najgłębsze tajniki nowej Tory, którą nada przez Mesjasza. I zaraz, po tym jak skończy, Zerubawel ben Szealtiel wstanie i donośnym, słyszalnym na krańcach świata głosem odmówi słowa kadiszu — „Niech będzie wywyższone i uświęcone Imię Boga” — i wszyscy powiedzą „amen”.
I nawet ci, co pozostali w piekle, powtórzą za nimi gromkim głosem „amen”. Tak gromkim głosem, że usłyszy je Bóg. Wtedy On zapyta: „Co to za gromki głos?” Na to pytanie aniołowie odpowiedzą: „To krzyczą z piekła żydowscy złoczyńcy i nieżydowscy cadycy. Oni wymawiając słowo «amen», uznają Twój wyrok za sprawiedliwy”. Wtedy obudzi się w Bogu uczucie litości nad nimi. Powie: „Jak długo będę ich karał? Już wystarczająco odpokutowali”.
I na oczach cadyków wręczy Michaelowi i Gabrielowi klucze do piekła i powie:
— Idźcie i otwórzcie bramy piekła i wypuście ich.
I zaraz obaj aniołowie otwierają kluczami osiem tysięcy bram piekła. A każdy krąg piekła ma trzysta pars* długości i trzysta pars szerokości oraz sto pars głębokości. I żaden złoczyńca, który tam wpadł, nie może stamtąd wyjść. Co więc robią obaj aniołowie? Chwytają za ręce każdego złoczyńcę z osobna i wyciągają go. Wyciągają go tak jak wyciąga się kogoś z głębokiego dołu. Potem myją złoczyńców, namaszczają olejkami i leczą z ran odniesionych w piekle. Potem ubierają ich w piękne szaty i przyprowadzają do Boga.
Kiedy dochodzą do bramy raju, pierwsi wchodzą Michael i Gabriel, żeby się naradzić z Bogiem. Ten po wysłuchaniu ich powiada:
— Wpuście ich do raju. Niech zobaczą moje wspaniałości.
I kiedy złoczyńcy wchodzą do raju, natychmiast padają twarzą ku ziemi, po czym kłaniają się Bogu, dziękując Mu, i chwaląc Go.
Rabi Akiwa zwykł mawiać:
— Wyrok skazujący na pobyt w piekle opiewa tylko na dwanaście miesięcy.
|
932 | CONTEXT (louisa-may-alcott,pozytywizm,alcott-male-kobietki)
— Przykro, kiedy nas ktoś drażni, ale zdaje mi się, że zmywanie talerzy i pilnowanie porządku jest najgorszą pracą na świecie. Dlatego jestem kwaśna i tak mi sztywnieją palce, że nie mogę grać — rzekła Elżbietka, spoglądając na szorstkie rączki z westchnieniem, które tym razem mogło być usłyszane przez wszystkich.
— Nie wierzę, by któraś z was cierpiała tyle co ja! — zawołała Amelka. — Nie jesteście zmuszone chodzić do szkoły z niegrzecznymi dziewczętami, które was prześladują, gdy nie umiecie lekcji, wyśmiewają wasze ubranie, pogardzają waszym ojcem, jeżeli nie jest bogaty, i znieważają was za brzydki nos.
— Czy nie chciałabyś mieć tych pieniędzy Ludko, co papa stracił, gdyśmy były małe? Ach, mój Boże! Jakżebyśmy były szczęśliwe i dobre, gdyby nie te troski! — powiedziała Małgosia, pamiętająca lepsze czasy.
— Mówiłaś parę dni temu, żeśmy daleko szczęśliwsze od dzieci państwa King, bo one ciągle się biją i kłócą, chociaż mają pieniądze.
— Prawda Elżbietko, mówiłam to i sądzę, że tak jest, bo choć musimy pracować, obmyślamy sobie też rozrywki i stanowimy wesołą kupkę, jakby się wyraziła Ludka.
— Ona używa takich gminnych słów — zauważyła Amelka, rzucając gromiące spojrzenie na długą postać rozciągniętą na dywanie.
Ludka w tej chwili usiadła, włożyła ręce w kieszenie od fartuszka i zaczęła gwizdać.
— Daj spokój, Ludko, to przystoi chłopcu.
— Dlatego też gwiżdżę.
— Nic cierpię ordynarnych, nieeleganckich dziewcząt.
— A ja nienawidzę przesadnych i wymuszonych dzieciaków.
— Ptaszki w swoich gniazdkach żyją w zgodzie — zaśpiewała pojednawczo Elżbietka z taką zabawną minką, że oba szorstkie głosy wybuchnęły śmiechem i zaraz ustało „dziobanie się ptasząt”.
— Doprawdy, moje dziewczęta, obie zasługujecie na połajanie — rzekła Małgosia, zaczynając gromić tonem starszej siostry. — Ty, Ludko, jesteś już w tym wieku, że nie powinnaś dokazywać jak chłopiec i wypada ci już inaczej się zachowywać. Póki byłaś małą dziewczynką, to uchodziło, ale teraz kiedy tak wyrosłaś i upinasz już włosy, powinnaś pamiętać, że jesteś młodą panną.
— Nie jestem! I jeżeli upinanie włosów czyni mnie doroślejszą, to będę nosiła warkocze do dwudziestu lat! — zawołała, zrzucając siatkę i rozwieszając ciemnoblond grzywę. — Nie cierpię tej myśli, że dorosnę, zostanę panną March, będę nosić długie suknie i wyglądać tak sztywno jak aster chiński. Wystarczy, że jestem dziewczyną, kiedy lubię męskie zabawy, zajęcia i sposób życia. Nie mogę się uspokoić z żalu, żem nie chłopiec, a teraz gorzej mi niż kiedykolwiek, bo umieram z chęci walczenia przy boku papy, a muszę siedzieć w domu z robotą na drutach, jak zniedołężniała baba. — Mówiąc to, pociągnęła tak mocno niebieską skarpetkę, że druty zadzwoniły jakby kastaniety, a kłębek upadł na ziemię.
— Biednaś ty, Ludko! Co za szkoda! Lecz nie ma na to rady; staraj się więc poprzestać na odgrywaniu roli naszego brata — rzekła Eliza, głaszcząc szorstkie włosy na głowie wspartej o jej kolana, rączką przyjemną w dotknięciu, pomimo zmywania talerzy i okurzania sprzętów.
— Ty zaś, Amelko — mówiła dalej Małgosia — jesteś zbyt wykwintna i wymuszona. Te pretensjonalne miny są teraz zabawne, ale jak się ich nie będziesz wystrzegać, to wyrośniesz na przesadzoną gąskę! Lubię twoje dobre maniery i wykwintne wysławianie się, gdy nie próbujesz być elegancka, ale twoje niedorzeczne wyrazy stawiam na równi z gminnymi słowami Ludki.
— Kiedy Ludka jest chłopakiem, Amelka gąską, czymże ja jestem, jeśli łaska? — rzekła Eliza, chcąc przyjąć swoją część połajania.
— Ty jesteś pieszczotką i niczym więcej — odpowiedziała Małgosia z zapałem i żadna z sióstr nie zaprzeczyła, bo „myszka” była ukochaną całej rodziny.
Ponieważ młode czytelniczki lubią wiedzieć, „jak kto wygląda”, skorzystamy z tej chwili, żeby dać lekki szkic tych czterech dziewczynek, siedzących o szarej godzinie z robotą na drutach, podczas gdy śnieg grudniowy pada cicho na dworze, a ogień trzeszczy wesoło na kominku. Był to miły pokój, pomimo spłowiałego dywanu i bardzo prostych mebli; wisiało bowiem na ścianach parę dobrych obrazów, na półkach było dużo książek, w oknach kwitły hiacynty i cierniki i napełniała go przyjemna atmosfera domowego spokoju.
Małgorzata, najstarsza z dziewcząt, miała lat szesnaście; była bardzo ładna, pulchna i biała. Oczy miała duże, włosy gęste, ciemnoblond, usta kształtne i rączki białe, którymi się trochę pyszniła. Piętnastoletnia Ludka była bardzo wysoka, szczupła i smagła; zawsze jej zawadzały długie kończyny i nie wiedziała, co z nimi robić. Miała stanowcze usta, komiczny nos, bystre, szare oczy, które zdawały się wszystko widzieć i bywały to gwałtowne, to śmiejące się, to zamyślone. Gęste, długie włosy stanowiły jej główną ozdobę, ale zazwyczaj zwijała je w siatkę, żeby nie przeszkadzały. Ramiona miała szerokie, ręce i nogi duże, ubranie wisiało na niej bez wdzięku i we wszystkim miała niezgrabną minę dziewczynki, która prędko wyrasta na kobietę i jest z tego niezadowolona. Elżbietka była to trzynastoletnia dziewczynka, różowa, z główką zawsze ładnie uczesaną i z jasnymi oczkami. Miała nieśmiałe obejście, lękliwy głos i spokojną fizjonomię, którą rzadko co wzburzało. Ojciec nazywał ją „cichą” i to miano pasowało do niej wybornie, bo zdawała się żyć we własnym, szczęśliwym świecie, odważając się obcować tylko z tą małą garstką osób, które posiadły jej ufność i przywiązanie. Amelka, chociaż najmłodsza, była najważniejszą osobą, przynajmniej we własnym przekonaniu. Była to dzieweczka kształtna, biała jak śnieg, z niebieskimi oczami i z główką w złocistych loczkach. Blada, szczupła, zawsze zachowywała się jak dorosła panna, dbała o swe maniery. Co się tyczy charakterów tych czterech sióstr, to każdy sam je pozna.
|
920 | CONTEXT (autor-nieznany,nieznany,agady-talmudyczne)
Jedno gasi drugie
„Bóg obciąża dzieci winą ojców” — głosi Tora, ale w innym miejscu jest w niej napisane: „Dzieci nie mogą być karane śmiercią za winy ojców”.
To można wytłumaczyć za pomocą takiej przypowieści:
Na górnym piętrze czteropiętrowego domu składowane było wino, na trzecim oliwa, na drugim miód, na dole zaś woda. Jedno piętro zapaliło się. Zgasili ogień płynami, które tam się znajdowały. Gdyby na wszystkich piętrach była tylko oliwa, dom poszedłby z dymem.
To samo dzieje się z pokoleniami. Kiedy pokolenie składa się z różnych rodzajów ludzi, z cadyków i występnych, to jedni gaszą drugich i dzieci nie cierpią za winy ojców.
Mojżesz powiedział:
— „Bóg obciąża dzieci winą ojców”. I oto przyszedł prorok Ezechiel, który obalił to twierdzenie, mówiąc: „Każdy, kto grzeszy, umrze”.
Bóg nie stawia człowiekowi takich wymagań, których ten nie jest w stanie wypełnić.
Ten, który powiada: „Bóg jest ustępliwy i nie przywiązuje wagi do tego, czy się popełnia mniej, czy więcej grzechów”, sam nie przywiązuje wagi do swego życia, albowiem — jak powiada Tora — dzieło Stwórcy jest pełne i wszystkie Jego drogi są sprawiedliwe.
Raw Chizda powiada:
— Bóg upomina się o swoją należność według stanu posiadania człowieka. Od bogatego oczekuje wołu, od biednego — owieczki, od wdowy — kury, od sieroty — jajka.
Na tym i na tamtym świecie |
926 | CONTEXT (autor-nieznany,nieznany,agady-talmudyczne)
W drugiej części czasu cadyk staje się młodzieńcem. Wchodzi do młodzieńczego sektora i napawa się radością młodości. W trzeciej części staje się starcem. Wchodzi do sektora starców i napawa się radością starców.
A wszystkie zakątki raju wypełnione są niezliczoną ilością drzew. I najmniejsze tam drzewo przewyższa najpiękniejsze i najlepsze drzewa wonności. I w każdym kącie stoją chóry niezliczonych aniołów i słodkim głosem śpiewają. W środku rośnie Drzewo Życia, które swoimi zwisającymi z góry gałęziami przykrywa cały raj. I zawiera w sobie to drzewo pięćset tysięcy smaków i zapachów. Nad drzewem płyną wspaniałe obłoki. Ze wszystkich czterech stron muskają je wietrzyki. I zapachy drzewa rozchodzą się od jednego krańca świata na drugi. W cieniu jego gałęzi siedzą uczeni w Piśmie i komentują Torę. I każdy z nich ma dwa baldachimy. Jeden z gwiazd i drugi ze słońca i księżyca. I między jednym baldachimem i drugim wisi utkana ze wspaniałości obłoków zasłona. I dalej w głębi rozpościera się plac Edenu, na którym znajduje się trzysta dziesięć światów. I wewnątrz zasiada siedem grup cadyków! Pierwsi to ci, którzy zginęli męczeńską śmiercią za wiarę, jak rabi Akiwa ze swoimi towarzyszami. Drudzy to ci, co utonęli w morzu. Trzecią grupę tworzy rabi Jochanan ze swoimi uczniami. Czwartą grupę tworzą ci, których zakrywa obłok. Piątą grupę cadyków tworzą ci, którzy się pokajali i odbyli pokutę. Szóstą — nieżonaci — cadycy, którzy nigdy nie zakosztowali smaku grzechu. Siódmą grupę tworzą biedacy, którzy znali się trochę na Torze i wykazali się ludzkimi odruchami. Wśród nich wszystkich siedzi Bóg, który objaśnia im tajemnice Tory. Oprócz tego wszystkiego cadyków czeka jeszcze wiele innych wspaniałości, o których przeciętny człowiek nie ma nawet wyobrażenia. O tym mówi prorok Izajasz:
„I oko nie widziało, oprócz ciebie, Boga działającego dla tego, który Go oczekuje”.
Jedno przeciw drugiemu stworzył Bóg. Między rajem i piekłem jeden tylko krok.
Piekło
I
„Kto ostoi się przed Jego srogością? Kto wytrwa wobec zapalczywości jego gniewu?”
Powiada prorok Nachum: — Ciężka jest kara w piekle.
Dwie grupy aniołów zagłady stoją przy drzwiach piekła i wołają: „Dawaj jeszcze! Dawaj jeszcze!” I głosy z piekła rozchodzą się od jednego do drugiego krańca świata. I trzy bramy są w piekle. Jedna do morza, druga do pustyni, a trzecia do ludzkiego osiedla. I kilka rodzajów ognia bucha w piekle. Jeden ogień żre i pije. Drugi żre, ale nie pije. Trzeci ani żre, ani pije. Jest jeszcze ogień, który pożera. I wysokie jak góry hałdy żarzącego się węgla. Są tak duże jak skały. Jak Morze Martwe. I płyną w piekle rzeki kipiącej siarki.
A kara, która spotyka złoczyńcę, jest taka: jedni aniołowie zagłady pchają go silnym uderzeniem do drugich aniołów zagłady, którzy chwytają złoczyńcę i popychają do buchającego ognia. Ogień otwiera paszczę i połyka go.
Rabi Jehoszua ben Lewi powiada:
— Kiedyś spotkałem na drodze proroka Eliasza, który tak do mnie powiedział:
— Czy chcesz, żebym cię doprowadził do bramy piekła? Będziesz mógł je obejrzeć.
— Tak! Chcę!
Pokazał mu wtedy Eliasz piekło. Rabi Jehoszua zobaczył tam ludzi, którzy zostali powieszeni. Jedni za nosy, drudzy za ręce, inni za nogi lub języki. Kobiety za piersi lub powieki czy uszy. Pokazał mu również takich, których karmiono ich własnym ciałem. Takich, których robaki zjadały żywcem i takich, których zmuszono do jedzenia drobnego piasku, od którego łamali sobie zęby. Na dodatek wyzywano ich od złoczyńców i występnych. Wołali do nich: „Złoczyńcy, żarliście na ziemi to, co nagrabiliście i smakowało wam, a tu wam nie w smak?”.
Rabi Jochanan powiada:
|
923 | CONTEXT (autor-nieznany,nieznany,agady-talmudyczne)
Wysokie góry i głęboka przepaść
Kiedy rabi Jehoszua ben Lewi przybył do Rzymu, zobaczył wspaniałe, marmurowe pomniki przykryte pięknymi tapetami mającymi je chronić przed działaniem upałów i chłodów. Dotarłszy do rynku, ujrzał biednego człowieka owiniętego szatami. Na widok wspaniałych pomników zawołał słowami poety z Psalmów: „Sprawiedliwość Twoja jak góry Boże”. Na widok zaś biedaka dokończył ten werset psalmisty tymi słowy: „Prawo twoje jak przepaść głęboka”.
Mało lat i dużo zasług
I
Rabi Tanchuma bar Aba powiada:
— Kiedy król Salomon powiedział w Księdze Kaznodziei, że „Robotnik ma słodki sen, niezależnie od tego, czy zjadł mało, czy dużo, lecz bogaczowi obfitość nie daje spać spokojnie”, zwrócono mu uwagę: „Gdyby ktoś inny wyraził taką myśl, toby go wyśmiano. Ty, najmądrzejszy ze wszystkich i takie rzeczy mówisz! Czy tak w istocie bywa? Kto nie wie o tym, że głodny śpi niespokojnie, a syty spokojnie?.
— Mowa tu — odpowiedział rabi Tanchuma — o ludziach pobożnych i uczonych, którzy trudzą się dla Boga. Kto spędza całe swoje życie, długie czy krótkie, na studiowaniu Tory i czynieniu dobra, otrzymuje taką samą nagrodę.
Rabi Lewi posłużył się tu przypowieścią:
— Pewien król wynajął robotników do pracy. Podczas pracy król wziął sobie na towarzysza spaceru jednego z robotników. Wieczorem, kiedy robotnicy zgłosili się po odbiór zapłaty za przepracowaną dniówkę, robotnik, który spędził dzień na spacerze z królem, także upomniał się o zapłatę. Czy w danym wypadku król może mu powiedzieć: „Tobie się nie należy zapłata, bo przepracowałeś tylko kilka godzin, a resztę spędziłeś na spacerze? Powinieneś dostać zapłatę według pracy”. Ale robotnik może przecież powiedzieć królowi: „Gdybyś mnie nie oderwał od pracy, tobym pracował tyle, ile pozostali robotnicy”.
Tak samo rzecz się ma z tym, który trudził się studiowaniem Tory i umarł w młodym wieku. On może powiedzieć Bogu: „Gdybyś mnie nie zabrał z tego świata za młodu, tobym więcej studiował i więcej dobrych uczynków spełnił”.
II
Kiedy rabi Bun bar Chija w kwiecie wieku zszedł z tego świata, rabi Zeira w pośmiertnej mowie opłakiwał go słowami:
„Robotnik ma słodki sen niezależnie od tego, czy zjadł mało, czy dużo”. Co się tyczyło zmarłego, posłużył się przypowieścią:
— Pewien król wynajął robotników do pracy w swojej winnicy. Przyjrzawszy się ich pracy, wziął za rękę najzdolniejszego robotnika i zaczął z nim spacerować wzdłuż i wszerz winnicy. Wieczorem, kiedy robotnicy odbierali zapłatę za pracę, „spacerowicz” także zgłosił się po nią i otrzymał ją na równi z pozostałymi. Wywołało to wzburzenie wśród robotników. „Jak to — zawołali zgodnym chórem — my ciężko pracowaliśmy przez cały dzień, a on tylko kilka godzin”. Król rzekł do nich: „Nie macie powodu się gniewać. On w ciągu kilku godzin więcej zrobił niż ktokolwiek z was przez cały dzień”.
Tak samo rzecz się ma z rabim Bunem bar Chija. On w ciągu dwudziestu ośmiu lat życia więcej i głębiej przestudiował Torę niż inni w ciągu stu lat.
Z wielkiego skarbca
„I zmiłuję się, nad nim się zmiłuję” — powiedział Bóg do Mojżesza, kiedy ten prosił Go, żeby mu ukazał swoje drogi. Potem Bóg pokazał mu wszystkie skarby stanowiące nagrody dla cadyków. Dla każdego cadyka nagroda współmierna była do jego dobrych uczynków. Na widok tych cennych skarbów Mojżesz zaczął dopytywać się o szczegółowe wyjaśnienie ich przeznaczenia:
|
2 | CONTEXT (jules-gabriel-verne,pozytywizm,20-000-mil-podmorskiej-zeglugi)
Jules Verne
20 000 mil podmorskiej żeglugi
tłum. tłumacz nieznany
ISBN 978-83-288-2922-0
Skała uciekająca
Nie zapomniano zapewne dotąd wypadku dziwnego, niepojętego i trudnego do objaśnienia zjawiska, jakim się odznaczył rok 1866. Nie mówiąc już o pogłoskach niepokojących ludność portów i zajmujących ogół na wszystkich lądach, dodać wypada, że marynarze byli najmocniej zaniepokojeni. Kupcy, armatorzy, dowódcy okrętów, szyprowie i sternicy statków europejskich i amerykańskich, oficerowie marynarki wojennej wszystkich krajów, a nawet rządy różnych państw obu lądów do najwyższego stopnia zajęci byli tym wydarzeniem.
Od niejakiego czasu okręty napotykały na morzu „jakąś rzecz ogromną”, przedmiot długi, kształtu wrzecionowatego, niekiedy świecący, nieskończenie większy i szybszy od wieloryba.
Fakty tyczące się tego zjawiska, notowane w dziennikach okrętowych, zgadzały się zupełnie w szczegółach o budowie przedmiotu, czy też jestestwa, o którym mowa, również jak o szybkości niesłychanej jego ruchów, zadziwiającej sile posuwania się, o żywotności nareszcie szczególnej, jaką zdawał się być obdarzony. Jeśli to był wieloryb, to wielkością przewyższał wszystkie gatunki, jakie nauka dotąd określiła. Ani Cuvier, ani Lacépède, ani Dumeril, ani de Quatrefages nigdzie dotąd nie wspomnieli o istnieniu takiego potwora — a więc zapewne i nie widzieli go na własne oczy, oczy uczonych.
Wziąwszy pod uwagę średni wynik spostrzeżeń wielokrotnych, odrzucając wątpliwe oznaczanie długości tego przedmiotu na dwieście stóp, równie jak i przesadzone opisy dające mu milę szerokości, a trzy mile długości, można jednakże utrzymywać, że ta istota fenomenalna (jeśli tylko istniała rzeczywiście) przewyższała o wiele rozmiary dotąd przez ichtiologów stwierdzone.
Istnieniu jej jednak zaprzeczyć było niepodobna, bo fakt sam w sobie był niezaprzeczalny; wziąwszy zaś pod uwagę skłonność mózgu ludzkiego do cudowności, zrozumiemy, jakie wrażenie na całym świecie sprawiło to nadzwyczajne zjawisko. Stanowczo trzeba się wyrzec zaliczenia go do rzędu bajek.
I w rzeczy samej, dnia 20 lipca 1866 roku parowiec „Governor Higginson” należący do towarzystwa Calcutta and Burmah Steam Navigation Company, spotkał tę masę poruszającą się w odległości pięciu mil na wschód od wybrzeży Australii. Kapitan Beker sądził zrazu, że trafił na skałę nieznaną; już nawet zabierał się do oznaczenia dokładnego jej położenia, gdy nagle dwa słupy wody ze świstem tryskać zaczęły z tego niepojętego przedmiotu na wysokość stu pięćdziesięciu stóp. Jeśli zatem we wnętrzu tej skały nie istniało ukryte źródło gorące wybuchające periodycznie, to okręt widocznie miał do czynienia z jakimś ssącym wodnym zwierzęciem, nieznanym dotąd, wyrzucającym przez swe nozdrza słupy wody zmieszanej z powietrzem i parą.
Takiż sam fakt zauważył dnia 23 lipca tego samego roku na morzach Oceanu Spokojnego „Cristobal Colon”, statek należący do West India and Pacific Steam Navigation Company. Tak więc ten nadzwyczajny wieloryb mógł się przenosić z miejsca na miejsce z szybkością zadziwiającą, bo w przerwie trzech dni tylko „Governor Higginson” i „Cristobal Colon” widziały go na dwóch punktach, o siedemset mil morskich od siebie oddalonych.
W piętnaście dni później, a o dwa tysiące mil stamtąd, „Helvetia”, okręt należący do Compagnie Nationale, i „Shannon” należący do Royal Mail, płynące z różnych stron po Oceanie Atlantyckim pomiędzy Europą a Stanami Zjednoczonymi, przy spotkaniu się zakomunikowały sobie nawzajem wiadomość o dostrzeżeniu potwora pod 42° 15' szerokości północnej, a 60° 35' długości na zachód od południka Greenwich. Z tych relacji obustronnych można było oznaczyć długość zwierzęcia co najmniej na trzysta pięćdziesiąt stóp angielskich, gdyż „Shannon” i „Helvetia” były mniejsze od niego, jakkolwiek każdy z tych statków miał sto metrów długości. Największe wieloryby napotykane w okolicach Wysp Aleuckich, Kulammok i Umgullil nigdy nie miały więcej niż pięćdziesiąt sześć metrów długości, a i tej rzadko kiedy dochodziły.
Takie wieści nadchodzące jedne po drugich, nowe spostrzeżenia czynione na pokładzie zaatlantyckiego statku „Pereire”, protokół sporządzony przez oficerów francuskiej fregaty „La Normandie”, bardzo gruntowne spostrzeżenia zebrane przez sztab komandora Fitz-James na statku „Lord Clyde” poruszyły i zaniepokoiły opinię publiczną. W krajach lekkiego humoru żartowano ze zjawiska, ale kraje poważne i praktyczne jak Anglia, Ameryka, Niemcy, żywo się tym zajęły.
Potwór stał się modnym przedmiotem rozmowy we wszystkich wielkich miastach. Śpiewano o nim w kawiarniach, szydzono zeń w dziennikach, grano o nim sztuki w teatrze. Plotek różnorodnych było co niemiara. Gazety jedne za drugimi powtarzały baśnie o istotach urojonych i olbrzymich, począwszy od białego wieloryba, strasznego „Moby Dicka” z krańcowych stref północy, aż do bezmiernego krakena, którego macki mogły w głębiach oceanu zanurzyć statek o pięciuset tonach pojemności. Twierdzenie swe popierano powagą czasów starożytnych, zdaniem Arystotelesa i Pliniusza, którzy przypuszczali istnienie takich potworów; potem przytaczano norweskie powieści o biskupie Pontoppidan, relacje Pawła Heggede i nareszcie raporty pana Rarington, którego dobra wiara nie może być podejrzana, gdy twierdzi, że w 1857 roku, będąc na pokładzie okrętu „Castillan”, własnymi oczyma widział tego ogromnego węża, który do owego czasu przebywał tylko w morzach gazeciarskich dawnego „Constitutionnela”.
Wybuchła nieskończona polemika pomiędzy wierzącymi i niedowiarkami, w zgromadzeniach uczonych i dziennikach naukowych. „Kwestia potwora” zapalała umysły; dziennikarze bawiący się w naukę w walce ze swymi kolegami bawiącymi się w dowcip wylali morze atramentu podczas tej pamiętnej kampanii, a niektórzy nawet i kilka kropli krwi, bo od węża morskiego doszli do napaści osobistych, najbardziej znieważających.
Przez sześć miesięcy walka trwała zawzięcie. Na poważne artykuły Brazylijskiego Instytutu Geograficznego, berlińskiej Królewskiej Akademii Nauk, Brytyjskiego Towarzystwa Naukowego, Instytutu im. Smitha w Waszyngtonie, na dyskusje pism: „The Indian Archipelago”, „Cosmos” księdza Moignona, „Mitteilungen” Petermanna, na kroniki naukowe wielkich dzienników francuskich i zagranicznych drobna prasa odpowiadała z werwą niewyczerpaną. Dowcipni jej pisarze, parodiując zdanie Linneusza przytoczone przez przeciwników potwora, utrzymywali, że istotnie „przyroda nie tworzyła głupców” i zaklinali swych współczesnych, aby jej nie krzywdzili, przypuszczając istnienie jakichś krakenów, węży morskich, Moby Dicków i innych mozolnie spłodzonych niedorzeczności morskich. Nareszcie w artykule pewnego z najniebezpieczniejszych dzienników satyrycznych, jeden z jego redaktorów rzucił się na potwora jak Hipolit, zadał mu cios ostatni i dobił wśród głośnych wybuchów śmiechu ogólnego. Dowcip pokonał naukę!
W pierwszych miesiącach 1867 roku kwestia zdawała się stanowczo pogrzebana raz na zawsze, gdy oto nowe fakty podane zostały do wiadomości publicznej. Nie chodziło już o rozwiązanie zagadnienia naukowego, ale o uniknienie rzeczywistego i bardzo groźnego niebezpieczeństwa. Potwór stał się teraz wysepką czy skałą podwodną, ale skałą uciekającą, nieuchwytną, nieokreśloną.
Dnia 5 marca 1867 roku okręt „Moravian” należący do Montreal Ocean Company, znajdując się nocną porą pod 27° 30' szerokości i 72° 15' długości, uderzył prawym bokiem swej rufy o skałę, której w tym miejscu żadna karta nie oznaczała. Party siłą wiatru i swoich czterechset koni parowych, pędził z szybkością trzynastu węzłów na godzinę. Doskonałej więc tylko budowy spód „Moraviana”, jakkolwiek przedziurawiony przy tym wypadku, ocalił okręt od zatonięcia, wraz z 237 podróżnymi, których wiózł do Kanady.
|
979 | CONTEXT (louisa-may-alcott,pozytywizm,alcott-male-kobietki)
Wszyscy nieraz chwilkę miłą
Tu spędzamy wśród zabawy,
Udeptując wspólną siłą
Kamienistą ścieżkę sławy.
Jeśli zawód nas spotyka,
Lżej go znosić z przyjacioły,
Niech więc żyje Klub Pickwicka
Pożyteczny i wesoły!
|
919 | CONTEXT (autor-nieznany,nieznany,agady-talmudyczne)
III
Rabi Szymon ben Lakisz powiedział w kazaniu:
— Dwie osoby popełniły morderstwo. Jedna w sposób zamierzony, druga zaś spontanicznie.
Za niezmierzoną zbrodnię należy się kara wypędzenia sprawcy do miasta azylu. Za zbrodnię zamierzoną należy się kara śmierci. Świadków jednak obu tych zbrodni nie było. Mimo to czyny te nie mogą sprawcom ujść bezkarnie. Bóg sprowadza ich obu w jedno miejsce i ustawia na drabinie. Sprawcę nie zamierzonej zbrodni stawia wyżej. Ten, który stał wyżej, spadając z góry, zabija tego, który stoi pod drabiną. Wychodzi na to, że obaj zostali ukarani na miarę swoich zbrodni.
Jeden zostaje zabity, a drugi wypędzony.
IV
Mimo iż sanhedryn po zburzeniu Świątyni przestał działać, kara śmierci nie została zniesiona. Kto zasłużył na karę ukamienowania, ten spada z dachu albo zostaje rozszarpany przez zwierzęta. Kto zasługuje na karę spalenia, ten ginie w płomieniach. Albo zostaje ugryziony przez jadowitego węża. Kto ma być zabity, ten ponosi śmierć z rąk władz do tego powołanych lub zostaje zabity przez zbójców. Kto ma ponieść śmierć przez uduszenie, ten tonie w wodzie albo umiera wskutek wrzodu w gardle.
Rabi Icchak powiada:
— Człowiek osądzany jest na podstawie swoich obecnych uczynków. Przypomina o tym werset Tory o Iszmaelu:
„I usłyszał Bóg głos chłopca, tam gdzie jest”.
Na to rzekł rabi Simon:
— Aniołowie zaczęli go oskarżać przed Bogiem:
„Panie świata, przecież to ten sam Iszmael, który w przyszłości wytraci Twoje dzieci głodem i pragnieniem, a Ty jemu podstawiasz teraz studnię?”.
— Bo teraz jest niewinny. Tak czy nie?
— Tak, teraz jest niewinny — odpowiedzieli aniołowie.
— To przyjmijcie do wiadomości, że Ja sądzę ludzi tylko na podstawie czynów, których dokonują teraz.
Raw Hamnuna powiada:
— Bóg karze człowieka tylko wtedy, kiedy ten przebiera miarę (w grzechu). |
918 | CONTEXT (autor-nieznany,nieznany,agady-talmudyczne)
— „Raduj się, młodzieńcze, w swojej młodości — powiada Kaznodzieja. — Lecz wiedz, że za to wszystko pozwie cię Bóg na sąd”.
Rabi Chija wyjaśnił te słowa za pomocą przypowieści:
— Pewien przestępca w drodze na miejsce kaźni wyrwał się straży i uciekł. Pobiegł za nim kat, wołając: „Młodzieńcze, nie uciekaj zbyt daleko, żeby łatwiej ci było wrócić”.
Wyrok Boga jest sprawiedliwy
On jest skałą! Doskonałe jest Jego dzieło. On jest sprawiedliwy i prawy” — powiedział Mojżesz w Torze. Mówi się, że kiedy człowiek przychodzi na tamten świat, rozliczają go ze wszystkich jego uczynków. Pytają go:
— Czy uczyniłeś to w tamtym miejscu?
— Tak — potwierdza pytany.
— Więc podpisz.
I podpisuje własną ręką. Wtedy wydają na niego wyrok. On przyjmuje wyrok z miłością i powiada: „Sprawiedliwy jest wyrok Boga”.
Miara według miary
I
Hitel zobaczył kiedyś płynącą w rzece głowę. Powiedział:
— Za to, że ty kiedyś utopiłeś, ciebie utopiono, ci zaś, którzy ciebie utopili, w końcu sami zostaną utopieni.
II
Rabi Meir zwykł mawiać:
— Człowiek będzie mierzony taką samą miarą, jaką on mierzy innych. Ziarnko do ziarnka, a zbierze się miarka. Siłacz Samson poddawał się swoim oczom. Za to Filistyni wykłuli mu oczy. Absalom pysznił się swoimi długimi, pięknymi włosami. Za to został na nich powieszony.
|
916 | CONTEXT (autor-nieznany,nieznany,agady-talmudyczne)
z góry zapłacone
„Na wysoką górę wstąp
Mocno podnieś głos
Nagroda jest już z nim
I z góry jego zapłata”.
Na te słowa proroka Izajasza, Jeremiasz bar Eliezer powiedział w swoim kazaniu:
— Głos z nieba rozlegnie się na szczytach gór: — Kto zasłużył się Bogu, niech przyjdzie po odbiór nagrody.
Na to odezwie się Duch Święty słowami Hioba:
— „Kto tak troskliwie mi służył, żebym miał mu odpłacić?”. Czy nie nagrodziłem człowieka, zanim coś dla mnie zrobił? Kto śpiewa mi hymny pochwalne, zanim dałem mu duszę? Kto spełnia nakaz obrzezania, zanim obdarzyłem go męskim potomkiem? Kto robi mezuzę, nim mu dałem dom? Szałas, zanim dostał plac? Cicit, nim dostał ubranie? Peę zanim dostał pole? Terumę przed spichlerzem? Chałę przed ciastem?
Razem zgrzeszyli i razem zostali ukarani
Wysokiej rangi dygnitarz rzymski Antoninos powiedział kiedyś do swego przyjaciela rabiego:
— Zarówno ciało, jak i dusza potrafią uwolnić się od Sądu na tamtym świecie. Ciało może powiedzieć, że dusza zgrzeszyła, czego dowodem, że od chwili rozstania leży, nieme jak kamień, w grobie. Dusza zaś może powiedzieć, że ciało jest grzeszne, czego dowodem jest to, że po rozstaniu z nim szybuje w powietrzu jak ptak.
Na to rabi odpowiedział mu przypowieścią:
— Pewien król miał piękny sad. Kiedy zaczęły dojrzewać owoce na drzewach; powołał dwóch strażników do pilnowania sadu. Jeden z nich był kulawy na obie nogi, a drugi kompletnie ślepy. Powiada kulawy do ślepego:
— Widzę dojrzałe owoce na drzewach. Posadź mnie na plecy, to narwę owoców dla nas obu.
Jak rzekł, tak i zrobili.
Po jakimś czasie przyszedł do sadu jego właściciel. Na widok drzew ogołoconych z owoców zapytał strażników:
— Gdzie się podziały piękne owoce? Przyznajcie się, który z was je zerwał?
— Czy ja mam oczy? — zapytał ślepiec.
— Cży moje nogi nadają się do chodzenia? — zapytał kulas. |
917 | CONTEXT (autor-nieznany,nieznany,agady-talmudyczne)
Król, właściciel sadu, zaczął się zastanawiać jak do tego doszło. Po chwili namysłu chwycił kulawego i posadził go na plecach ślepca, po czym obu wychłostał.
Tak samo Bóg postąpi z ciałem i duszą. Wpuści na nowo duszę do ciała i razem je ukarze.
Czy widzisz także moją klatkę?
Rabi Lewi, mówiąc o nagrodzie i karze, posłużył się taką przypowieścią:
— W klatce przy oknie
Siedział sobie ptaszek
I podjadał z miseczki,
Jadłem zapełniając dzióbek.
Puk! Puk! Ziarenka nikną w dzióbku.
Obok na drzewie
Drugi siedział ptaszek,
Na oko widać zgłodniały.
Okiem zazdrosnym patrzy
I ciężko z żalu wzdycha.
Jednemu sprzyja szczęście,
Ma co jeść i pić,
Więc tylko je i pije,
Drugiemu zaś bida i bida.
Stale głodny lata,
Szuka wciąż ziarenek
I z trudem je znajduje.
Pyta ptaszek z klatki:
— Zazdrościsz mi mej doli?
I podniósłszy łebek w górę,
Powiada: — Oby moje wrogi
Mieli taką dolę.
Głupcze, lepiej byś zamilknął.
Ty widzisz me jedzenie
Czy widzisz także klatkę?
|
915 | CONTEXT (autor-nieznany,nieznany,agady-talmudyczne)
Rabi Jaków powiada:
— Nie ma w Torze takiego przykazania, za które nie wymieniona byłaby nagroda wskazująca na zmartwychwstanie. Przy przykazaniu: „Czcij ojca swego i matkę swoją” jest napisane: „aby długo trwały twoje dni w ziemi, którą Pan, Bóg twój, da tobie”. Przy przykazaniu o nieodrywaniu matki od piskląt w gnieździe jest taka sama nagroda.
Ale wyobraźcie sobie taką sytuację: oto ojciec powiada do syna: „Wejdź na dach i przynieś mi stamtąd gołąbki”. Syn słucha ojca, wchodzi na dach, przepędza matkę od gniazda i zabiera pisklęta. W powrotnej drodze spada z dachu i zabija się. Gdzie tu mowa o błogim stanie i długich latach życia? Chodzi tu o długie lata na tamtym świecie. Tam życie trwa nieskończenie. I błogość trwa tam nieskończenie.
Dwie drogi
„Błogosławieństwo, jeżeli będziecie słuchać
przykazań Boga waszego, które Ja wam dziś
daję. A przekleństwo, jeżeli nie będziecie
słuchać przykazań Boga”.
To, przed czym ostrzegał Żydów Mojżesz, można przyrównać do doświadczonego człowieka, który stał na rozstaju dróg. Jedna droga obrośnięta była na początku ciernistymi krzakami, na końcu zaś była równa i gładka. Druga droga — wręcz przeciwnie. Jej pierwszy odcinek był równy i gładki, natomiast ostatni był pełen cierni. Doświadczony człowiek na rozstaju dróg ostrzegał przechodzących i radził im, którą drogą mają iść. „Widzicie — powiedział — tę pierwszą drogę? Nie zważajcie na to, że z początku jest ciernista. Posłuchajcie mnie i wybierzcie właśnie ją, bo ciernie wnet się skończą i dalej droga będzie równa i gładka”.
Mądry wędrowiec posłucha go i wstąpi na wskazaną mu drogę. Z początku będzie mu trudno, ale potem bez przeszkód dotrze do celu. Wędrowiec, natomiast, który nie posłucha jego rady i skieruje się na drogę, która na początku jest równa i gładka, poniesie klęskę.
W tym duchu Mojżesz ostrzegał także Żydów: „Macie — powiedział — dwie drogi. Drogę życia i drogę śmierci. Drogę błogosławieństwa i drogę przekleństwa. Powinniście wybrać drogę życia”.
Trzy rodzaje ludzi
Rabi Ajwu powiedział:
— Są trzy rodzaje ludzi:
Jedni twierdzą: „Warto się urodzić, już choćby po to, żeby zobaczyć piękny świat Boga. Podziwiać błękit nieba, jasne słońce, uroczy księżyc i gwiazdy. Już to wszystko wystarczy człowiekowi. Stanowi najwyższą dla niego nagrodę”.
Drudzy zaś powiadają:
„Boże, to, co masz nam do dania na tym świecie, lepiej żebyś nam dał na tamtym świecie”.
Trzeci natomiast, leniwi robotnicy, powiadają:
„Oddaj nam już teraz wszystko, co nam i naszym rodzicom się należy”.
|
912 | CONTEXT (autor-nieznany,nieznany,agady-talmudyczne)
— Wystarczy, że zapłaci właścicielowi za belkę. Takiemu, który wyraża skruchę, należy to ułatwić.
II
Pewien człowiek zamierzał odbyć pokutę. Sprzeciwiła się temu żona, mówiąc do niego:
— Ośle, jeśli masz zamiar odbyć pokutę, to będziesz musiał pozbyć się nawet swego gartla.
Słowa żony powstrzymały go od odbycia pokuty.
Z tego powodu nasi mędrcy wnieśli poprawkę:
— Rozbójnikom i lichwiarzom, którzy chcą odbyć pokutę, nie należy odbierać zagrabionego mienia. Z człowieka, który odbiera zagrabione, mędrcy nie są zadowoleni.
Grzesznego człowieka zawsze trzeba odtrącić lewą i przygarnąć prawą ręką.
Nagroda i kara
Nie dla nagrody
Antygenos z Socho zwykł mawiać:
— Nie bądźcie jako słudzy, którzy pracują dla pana za zapłatę, jeno jako słudzy, którzy pracują na rzecz pana, nie oglądając się na zapłatę.
Antygenos miał dwóch uczniów, którzy jego naukę przekazywali swoim uczniom, a ci swoim uczniom. Ci ostatni, gdy głębiej zaczęli rozważać słowa nauczyciela, zadali sobie pytanie: „Jak to jest, że nasz nauczyciel mógł głosić takie rzeczy? Czy jest słuszne i sprawiedliwe, żeby robotnik przepracował cały dzień i wieczorem nie otrzymał zapłaty? Gdyby nasi nauczyciele zdali sobie sprawę z tego, że istnieje tamten świat, toby tak nie twierdzili”. Doszedłszy do takiego wniosku, postanowili odstąpić od Tory. Z nich powstały dwie sekty. Saduceusze i Bajtusi nazwani tak od imienia dwóch ojców kapłańskich rodzin. Oni pierwsi poróżnili się z faryzeuszami. Starali się jak najwięcej korzystać z przyjemności życia na tym świecie. Twierdzili, że faryzeusze kroczą wybraną przez siebie drogą. Umartwiają się. Nie mają niczego ani na tym, ani na tamtym świecie.
Za wszystko jest zapłata
Rabi Akiwa zwykł mawiać:
— Wszystko jest z góry przewidziane, ale człowiek ma wolny wybór. Bóg sądzi świat w sposób łagodny. Bierze pod uwagę wszystkie dobre jego cechy. On często też powtarzał:
|
909 | CONTEXT (autor-nieznany,nieznany,agady-talmudyczne)
— Bóg zasłonięty przed aniołami, którzy stoją wokół Jego tronu, wysuwa spod ich skrzydeł rękę, żeby przyjąć skruszonych, wbrew prawu, które nakazuje ich sądzić.
W imieniu rabiego Szymona ben Jochaja mówi się:
— Nawet dla wielkiego grzesznika Menaszego, Bóg wykuł pod swoim tronem otwór, żeby jego modlitwa wyrażająca skruchę przedarta się do Niego mimo przepisów prawa.
II
Rabi Chama bar Chanina powiada:
— Pokuta jest bardzo ważna. Przynosi choremu i grzesznemu światu lekarstwo.
Rabi Jochanan powiada:
— Ważna jest pokuta, bo przynosi światu zbawienie.
Reisz-Lakisz powiada:
— Ważna jest pokuta. Anuluje wyrok wydany na człowieka w niebie. Nawet wyrok, który został już podpisany. Wstrzymuje karę.
Rabi Jonatan powiada:
— Ważna jest pokuta, albowiem zamienia grzechy popełnione świadomie w błędy niezamierzone, w błędy popełnione nieświadomie.
Kogo uznaje się za pokutnika
Kto jest pokutnikiem? Według rabiego Jehudy, pokutnikiem, skruszonym człowiekiem, jest ten, którego kusił grzech, a on się powstrzymał i go nie popełnił.
Cztery sposoby na odpuszczenie grzechów
Rabi Matja ben Cheresz zapytał w Rzymie rabiego Elazara ben Azaria:
— Czy możesz mi przypomnieć cztery sposoby na odpuszczenie grzechów, które wymienił w swoim kazaniu rabi Szmuel?
— Mogę — odpowiedział rabi Elazar. — Przy zastosowaniu trzech sposobów pokuta odnosi skutek. Przy czwartym — nie. Jeśli ktoś naruszył prawo i natychmiast wyznał skruchę, uzyskał od razu odpuszczenie. Jeśli ktoś naruszył prawo i w jakiś czas po tym wyraził skruchę, uzyskuje odpuszczenie w Jom Kipur. Jeśli człowiek popełnił ciężkie przestępstwo, za które należy się kara śmierci, i wyraził skruchę; zarówno grzech popełniony, jak i odpuszczenie zostaje w Jom Kipur zawieszone aż do czasu, kiedy w cierpieniach odpokutuje popełniony czyn. Kto jednak popełnił grzech profanacji Boga, temu nic nie pomoże. W Jom Kipur nie uzyska odpuszczenia i cierpienia go nie oczyszczą z grzechu. Z tego grzechu tylko śmierć może go oczyścić. |
913 | CONTEXT (autor-nieznany,nieznany,agady-talmudyczne)
— Wszystko zostało dane w zastaw. Nad wszystkimi stworzeniami rozciągnięta jest sieć. Sklep jest otwarty, kupiec daje nam kredyt, ale i księga jest otwarta, a ręka kupca zapisuje. Kto chce pożyczyć, niech przychodzi i pożycza, ale poborcy, nieustannie, dzień w dzień, przychodzą do człowieka i ściągają należności za to, co zrobił świadomie lub nieświadomie. I mają na czym się oprzeć, a sąd jest sądem prawdy i wszystko jest przygotowane do uczty.
II
Rabi Elazar powiada:
— Wiedz dla kogo się trudzisz i kto u ciebie zamówił robotę, gdyż on ci zapłaci za poniesiony trud.
Rabi Tarfon powiada:
— Dzień jest krótki, a pracy dużo. Robotnicy są leniwi, mimo iż zapłata jest niemała, a gospodarz nalega.
On też często mawiał:
— Sam nie musisz do końca wykonać całej roboty, ale też nie wolno ci jej porzucić. Jeśli pilnie studiowałeś Torę, czeka cię nagroda, albowiem twój pracodawca jest godny zaufania. On ci zapłaci za poniesiony trud. I wiedz, że na sprawiedliwych czeka nagroda na tamtym świecie.
Trzy rzeczy
Akawia ben Mahalela powiada:
— Miej na uwadze trzy rzeczy, a unikniesz grzechu. Pamiętaj, z czego powstałeś, dokąd podążasz i przed kim zdasz w przyszłości rachunek. Z czego powstałeś? Z cuchnącej kropli. Dokąd podążasz? Do piachu, robactwa i zgnilizny. I przed kim zdasz w przyszłości rachunek? Przed Królem wszystkich Królów. Niech będzie błogosławiony.
Ben Azaj powiada:
— Zapłatą za micwę jest sama micwa. Karą za grzech jest sam grzech.
Zapłata za lekkie i ważkie micwy
I
Rabi Jehuda ha-Nasi powiada:
— Traktuj tak samo uważnie lżejszy nakaz jak i bardziej ważki, albowiem nie wiesz, jaka będzie za nie nagroda. Zestawiaj szkodę, która może wyniknąć ze spełnienia dobrego uczynku (micwy) z nagrodą za niego. Porównaj korzyść z grzechu ze szkodą, którą powoduje.
|
911 | CONTEXT (autor-nieznany,nieznany,agady-talmudyczne)
— Miast za ciebie, modlić się będziemy raczej za siebie, jako że jest powiedziane: „Niebiosa zwiną się i wszystkie ich zastępy spadną”.
Zrozpaczony opuścił głowę. Zrozumiał, że wszystko zależy od niego samego. Wsunął głowę między kolana i tak długo jęczał, aż dusza opuściła jego ciało.
Wtedy rozległ się głos z nieba:
— Rabi Eliezer ben Durdeja gotów jest do wiecznego życia.
Kiedy usłyszał te słowa, rozpłakał się ze wzruszenia i rzekł:
— Jeden zarabia na wieczny żywot trudem i pracą długich lat, drugi zaś zarabia nań w ciągu jednej chwili.
I po krótkim namyśle dodał:
— Nie dość, że skruchę moją przyjęto w niebie, to jeszcze na dodatek obdarzono mnie mianem rabiego.
Kąpiel z płazem w ręku
Raw Ada bar Ahawa powiada:
— Ten, który popełnił grzech i okazawszy skruchę, nie uwolnił się od dalszych grzechów, podobny jest do człowieka, który, trzymając w ręku jakiegoś wstrętnego płaza, usiłuje obmyć się z tej nieczystości. Nie pomoże mu nawet kąpiel we wszystkich morzach świata. Jeśli jednak się go pozbędzie, wystarczy mu kąpiel w mykwie, żeby od razu się oczyścić. Jako rzecze Salomon w Przypowieściach: „Kto ukrywa występki, nie ma powodzenia, lecz kto wyznaje (skruchę) i porzuca (grzech), dostępuje miłosierdzia”.
Ktoś może powiedzieć: „Zgrzeszę i wyznam skruchę, popełnię grzech i okażę skruchę” — ale takiemu człowiekowi nie pozwala się odbyć pokuty.
Ułatwienia dla pokutnika
I
O takim człowieku, który zrabował komuś belkę i wmurował ją w swój pałac, szkoła Szamaja powiada:
— Ten człowiek musi zburzyć pałac i zwrócić belkę właścicielowi.
Natomiast szkoła Hilela powiada:
|
908 | CONTEXT (autor-nieznany,nieznany,agady-talmudyczne)
— Idź i powiedz im: „Czyż przychodzicie do obcego? Czyż nie przychodzicie do waszego Ojca w niebie?”
„Otwórzcie mi”
„Otwórz mi, moja siostro” — prosi przyjaciel swoją umiłowaną w Pieśni nad Pieśniami. Otwórzcie przede mną, dzieci moje małą furtkę pokuty — prosi Żydów Bóg. Tak małą jak główka szpilki. Wtedy ja otworzę przed wami szerokie drzwi, przez które można będzie wjechać wozem.
Nafta i balsam
Rabi Szymon ben Lakisz zwykł mawiać:
— Jeśli ktoś przychodzi, żeby się zanieczyścić, należy otworzyć mu drzwi i pozwolić to uczynić samemu. Jeśli zaś ktoś przychodzi, żeby się oczyścić, należy mu w tym pomóc.
W tej sprawie ktoś ze szkoły Iszmaela przytoczył taki przykład:
— Kupiec ma do sprzedania naftę i balsam. Przychodzi klient, który chce kupić naftę. Kupiec powiada do niego: „Nalej sobie sam”. Kiedy zaś przychodzi klient, który chce kupić balsam, sprzedawca powiada do niego: „zaczekaj, pomogę ci nalać”. Obaj wtedy przesiąkniemy miłym zapachem”.
Moc skruchy
I
Nasz Raba przytoczył w kazaniu słowa proroka Ozeasza:
„Weźcie ze sobą słowa skruchy i nawróćcie się do Pana”.
Wielka jest moc skruchy. Wystarczy, żeby człowiek tylko pomyślał o wyrażeniu skruchy i ta natychmiast unosi się w górę, przecina wszystkie siedem niebios i staje przed tronem Boga.
W imieniu rabiego Jehudy ha-Nasi powiadają:
|
910 | CONTEXT (autor-nieznany,nieznany,agady-talmudyczne)
Pokutnicy
Powołując się na rabiego Jochana, mówią:
— Szczęśliwość, jaką prorocy przewidywali w przyszłości, ma dotyczyć tylko tych, którzy okazali skruchę i odpokutowali grzechy. Szczęścia natomiast przygotowanego dla cadyków, dla prawdziwie sprawiedliwych ludzi, niczyje oko, oprócz samego Boga, nie widziało.
W jednej chwili zasłużył na życie wieczne
O Eliezerze ben Durdeju opowiadają, że nie przepuścił ani jednej rozpustnej kobiecie. Doszła go wieść, że w pewnym mieście mieszka bardzo piękna kobieta, która za „wizytę” bierze wypełniony po brzegi trzos pieniędzy. Nie namyślając się długo, wziął pieniądze i ruszył w drogę. Wkrótce znalazł się w domu owej kobiety. Przebył wiele rzek, zanim dotarł na miejsce. I kiedy w najlepsze zabawiał się z nią w łóżku, ta nagle dmuchnęła mu w twarz, roześmiała się i powiedziała:
— Eliezerze, jesteś już zgubiony. Tak jak powietrze, którym dmuchnęłam ci w twarz rozwiało się i nie wróci do moich ust, tak i dla ciebie nie ma już drogi powrotu.
Słowa ladacznicy boleśnie go zraniły. Prawie nieprzytomny wybiegł z jej domu. Drżący i rozdygotany błąkał się po ulicach miasta. W końcu usiadł na kamieniu i zawołał:
— Góry i pagórki, módlcie się za mnie!
— Już prędzej będziemy się modliły za siebie — odpowiedziały mu góry. — Jako że jest powiedziane: „Góry się poruszą i pa górki się zachwieją”.
Zwrócił się wtedy do nieba i ziemi:
— Niebo i ziemia! Proście o łaskę dla mnie!
— Zamiast prosić o łaskę dla ciebie, pomodlimy się o łaskę dla j nas samych. Jest bowiem powiedziane: „Gdyż niebo rozwieje się jak dym, ziemia rozpadnie się jak szata”.
Zwrócił się do słońca i księżyca:
— Słońce i księżycu, proście o miłosierdzie dla mnie.
— Dla siebie raczej prosić będziemy, jako że jest powiedziane: „I zarumieni się księżyc, a słońce się zawstydzi”.
Zwrócił się wtedy do gwiazd i planet:
— Gwiazdy i planety, módlcie się za mnie!
W odpowiedzi usłyszał: |
914 | CONTEXT (autor-nieznany,nieznany,agady-talmudyczne)
Rabi Chija nauczał:
— Dlaczego Bóg nie ujawnił w Torze nagrody za każdą micwę? Można to wyjaśnić przypowieścią: „Pewien król polecił zasadzić dla siebie ogród. Sprowadził robotników, ale nie uzgodnił z nimi wysokości wynagrodzenia za pracę przy sadzeniu roślin. Nie ustalił też, za które rośliny mieli robotnicy otrzymać większą, a za które mniejszą zapłatę. Robotnicy bowiem mogliby zasadzić przede wszystkim rośliny, za które otrzymaliby większe wynagrodzenie. Taki ogród wyglądałby niezbyt pięknie, gdyż byłby monotonny. Nie taki, jak sobie król wyobrażał. Tak samo rzecz się ma z Torą. Gdyby Bóg ujawnił wcześniej zapłatę za każdą oddzielną micwę, toby Żydzi spełniali tylko te, za które otrzymaliby większe wynagrodzenie. Zaniedbaliby zaś pozostałe micwy. Wskutek takiego stanu rzeczy Tora nie byłaby spełniona zgodnie z wolą Boga”.
II
Rabi Szymon bar Jochaj nauczał:
— Dla dwóch nakazów Bóg ujawnił nagrodę w Torze. Jeden z nich, łatwiejszy do spełnienia, to: „Nie wolno oderwać matki od piskląt w gnieździe”.
Drugi, surowszy nakaz brzmi: „czcij ojca swego i matkę swoją”.
Za spełnienie obu nakazów należy się równa nagroda: długie życie.
Ben He-He powiada:
— Jaka praca, taka płaca.
Dziś i jutro
I
Tora powiada:
— „Przestrzegaj więc przykazań, ustaw i praw, które Ja ci dzisiaj nakazuję spełnić”.
Na to rzecze rabi Jehoszua ben Lewi:
— „Dzisiaj” — masz je spełnić, a nie „jutro”, na tamtym świecie. Masz je spełniać dzisiaj, ale nagrodę masz otrzymać jutro.
II |
978 | CONTEXT (louisa-may-alcott,pozytywizm,alcott-male-kobietki)
Dziś swobodnie i wesoło
Czas upływa w naszym gronie,
Przyjacieli widzim koło
I ściskamy bratnie dłonie.
Pickwick na swym posterunku,
Żyjąc latek szereg długi,
Zyskał prawo do szacunku
Przez przymioty i zasługi.
Dziś, gdy z pismem wszedł do sali,
Wycierając okulary,
Wszyscy chórem zawołali:
„Niechaj żyje Pickwick stary!”
Bo choć kaszle i katary
Utrudzają mu wymowę,
Pickwick stary — ale jary,
Nie dla kształtu nosi głowę.
Snodgrass na sześć stóp wysoki,
Piękny, miły i powabny,
Złotowłosy, modrooki,
Jak żółw chybki, jak słoń zgrabny.
Ulubiony w naszym kole,
Wesół mimo walki z losem,
Klamrę myśli ma na czole,
I… olbrzymi kleks pod nosem.
Dalej idzie Tupman, który
Do powagi ma pretensje,
A powtarza kalambury
I ze śmiechu wciąż się trzęsie.
Za to Winkle niewzruszenie
Siedzi, patrząc wciąż do góry,
Nie chce bowiem przez wstrząśnienie
Zepsuć pięknej koafiury.
|
905 | CONTEXT (autor-nieznany,nieznany,agady-talmudyczne)
— Grzesznika niechaj dosięga nieszczęście.
O to samo zapytano Proroctwo.
Odpowiedź Proroctwa brzmiała:
— Grzeszna istota powinna umrzeć.
Zapytano więc o to Boga. Jego odpowiedź brzmiała:
— Niechaj odbędzie pokutę.
II
W sąsiedztwie rabiego Meira mieszkali hultaje, którzy przysparzali mu wiele zmartwień, a nawet cierpień.
Tak mu dopiekli, że zaczął modlić się o śmierć dla nich.
Modlitwy te usłyszała jego żona Beruria. Zapytała go:
— Skąd ci przyszło do głowy modlić się o śmierć dla nich? Widać posłuchałeś słów Psalmów: „Niech znikną grzesznicy z ziemi i niech już nie będzie bezbożnych”.
— Głębszy sens tych słów — powiedziała — polega na tym, że chodzi nie o zniknięcie grzeszników, ale o to, żeby same grzechy zniknęły. Jeśli nie będzie grzechów, nie będzie też grzeszników. Posłuchał jej rabi Meir i pomodlił się za hultajów. Ci, w rezultacie, wyznali skruchę i odbyli pokutę.
III
W sąsiedztwie rabiego Zeiry mieszkali hultaje. Rabi Zeira nawiązał z nimi kontakt, żeby wywrzeć na nich dobry wpływ i żeby zeszli ze złej drogi. Mędrcy mieli mu to jednak za złe. Po śmierci rabiego Zeiry hultaje zaczęli poważnie się zastanawiać nad tym, kim był dla nich rabi. Głośno i jednym głosem powiedzieli: „Do dzisiaj ten malutki był jedynym człowiekiem, który nas nie odtrącał. Kto się teraz za nami ujmie?”.
I to powiedziawszy, wzięli sobie wszystko do serca i odtąd stali się porządnymi, uczciwymi ludźmi.
Na dzień przed śmiercią
Rabi Eliezer powiada:
— Na dzień przed śmiercią odbądź pokutę.
|
906 | CONTEXT (autor-nieznany,nieznany,agady-talmudyczne)
Zapytali go uczniowie:
— Czy człowiek może znać dzień swojej śmierci?
— Właśnie dlatego, że nie zna dnia swojej śmierci, powinien codziennie odbywać pokutę. A nuż jutro umrze
To samo powiedział król Salomon w Księdze Kaznodziei:
„Noś zawsze białe szaty, a na twojej głowie niech nigdy nie braknie olejku”.
Rabi Jochanan ben Zakaj posłużył się w tej sprawie przypowieścią:
— Pewien król zaprosił kiedyś swoje sługi na ucztę, ale dokładnego terminu im nie podał. Mądrzejsi słudzy ubrali się w odświętne szaty i usiedli przed wejściem do pałacu, gotowi na każde zawołanie. Głupsi uznali, że przygotowanie uczty wymaga czasu, więc udali się do swoich zajęć. I nagle król rozkazał swoim poddanym natychmiast przyjść na ucztę. Mądrzejsi słudzy, odświętnie ubrani i wypomadowani, od razu stanęli przed obliczem króla. Głupsi nie zdążyli się przebrać i w brudnych szatach, nie umyci, prosto z pracy weszli do pałacu królewskiego. Na widok odświętnie ubranych sług król uśmiechem wyraził swoje zadowolenie. Na widok zaś brudnych, źle ubranych sług wybuchnął gniewem. Rozkazał, żeby ci, którzy byli odświętnie ubrani, to znaczy dobrze przygotowani do uczty, zasiedli do stołu, jedli i pili. Natomiast ci, którzy nie byli przygotowani do uczty, mieli siedzieć i patrzeć na jedzących i pijących.
Ci, którzy powoływali się na rabiego Meira, twierdzili, że to by ich tak nie bolało. Mogli bowiem wyglądać jak obsługujący przy stole. Zarówno jedni, jak i drudzy będą siedzieli Jedni pili, a drudzy będą spragnieni. Jako brzmi werset:
Tako rzecze Bóg:
Moje sługi będą jedli,
A wy będziecie głodowali.
Moje sługi będą pili,
A wy będziecie spragnieni
Moje sługi będą śpiewali zadowoleni,
A wy z bólu krzyczeli.
Z korytarza do salonu
I
Rabi Jaków powiada:
— Ten świat jest korytarzem do tamtego świata. Przygotujcie się w korytarzu, żebyście mogli należycie wejść do salonu.
Często też powtarzał:
— Lepsza jest jedna chwila pokuty i dobre uczynki na tym świecie od całego tamtego świata. I lepsza też jedna chwila zadowolenia na tamtym świecie od całego przyjemnego życia na tym świecie.
|
End of preview. Expand
in Data Studio
No dataset card yet
- Downloads last month
- 3