sentence1 stringlengths 0 100k | sentence2 stringlengths 0 100k | score float64 0 5 |
|---|---|---|
W słonecznej Italii słońce wyszło wreszcie spoza chmur. Wybory regionalne w Emilii-Romanii, które odbyły się w niedzielę 26 stycznia 2020 r., wygrał kandydat centro-lewicy Stefano Bonaccini, dotychczasowy prezydent tego regionu, uzyskując 51,42 procent głosów. Jego głównym przeciwnikiem była Lucia Borgonzoni z Ligi, która zdobyła 43,63 procent poparcia. Najważniejszą niespodzianką tych wyborów, mających ogromne znaczenie polityczne, była frekwencja. Do urn poszło prawie 68 proc. osób uprawnionych do głosowania w porównaniu z 38 proc., w poprzednich wyborach w 2014 r.
Partia Demokratyczna znowu stała się pierwszą siłą polityczną w tym regionie, uzyskując 34,6 proc. poparcia, na drugim miejscu jest Liga – 31,9 proc., która wygrała w zeszłorocznych wyborach europejskich. Triumfujący do niedawna Ruch 5 Gwiazd spadł na trzecie miejsce z mizernym wynikiem 4,7 proc. Cała koalicja centroprawicowa osiągnęła 48,1 procent, a centroprawicowa 45,4 proc. Jest to więc niewielka różnica, ale świadczy o tym, iż we Włoszech odradza się bipolaryzm i że Włosi, którzy przez ostatnich 10 lat zachłystywali się antysystemowym populizmem Beppe Grillego, zaczynają rozumieć, że to nie była dobra droga.
Salvini przegrał po raz pierwszy
Dlaczego wybory w Emilii-Romanii były tak ważne? Dlatego, że lider Ligi Matteo Salvini przeobraził je w krajowe referendum polityczne, które miało doprowadzić do upadku rządu premiera Giuseppe Conte (koalicja Partia Demokratyczna, Ruch 5 Gwiazd i Żywe Włochy – nowy stwór polityczny Matteo Renziego). Postawił wszystko na tę kartę i przegrał, choć nie było to wcale tak oczywiste. Historycznie Emilia-Romagna zawsze była rządzona przez centrolewicę, ale w ostatnich latach konsensus wobec Partii Demokratycznej został znacznie osłabiony – jak to miało miejsce w innych tak zwanych „czerwonych regionach” – na korzyść centroprawicy i Ligi. Gdyby ten bastion poległ i dostał się w ręce Ligi Salviniego mogłoby już go nic nie zatrzymać w jego dążeniu do zdobycia „pełnej władzy”, której domagał się doprowadzając do ubiegłorocznego kryzysu rządu koalicyjnego Ligi i Ruchu 5 Gwiazd.
W odparciu Ligi decydującą rolę odegrał ruch obywatelski Sardynki, który narodził się ze spontanicznych protestów ulicznych przeciwko nacjonalistycznemu populizmowi Salviniego, określił się jako lewicowy i poparł Stefano Bonacciniego. Młodzi ludzie w ciągu trzech miesięcy stworzyli ogólnokrajową sieć zwołując się na Facebooku i wychodząc na ulicę w wielu miastach Włoch. W przemówieniu po zwycięstwie Bonaccini powiedział: „Ta wolna i wielka kraina ogłosiła pierwszą, prawdziwą porażkę Matteo Salviniego”.
Lider chyba przesadził
Lider Ligi praktycznie skoncentrował całą kampanię wyborczą na sobie i w Emilii-Romanii prowadził ją na miejscu swojej kandydatki Luci Borgonzoni. Był wszechobecny, i na placach podczas kampanii i na Facebooku. Jego propaganda była bardzo agresywna i nie brakowało w niej różnych chwytów, czasami również poniżej pasa, ale polityka to częściej ring, a nie salon.
W ostatnim tygodniu, Salvini zwołując dziennikarzy, udał się pod dom na peryferii Bolonii i zadzwonił przez domofon do mieszkania rodziny tunezyjskich imigrantów, zadając pytanie: „Dobry wieczór? Czy handlujecie narkotykami?”. Wszystko to odbywało się na żywo i było transmitowane przez internet. We Włoszech wybuchła polemika, przynosząc Salviniemu olbrzymią widoczność podczas ostatnich dni kampanii, gdyż wideo stało się wirialne w mediach społecznościowych. Niestety nie przełożyło się to na głosy, tak jak planował jego sztab.
Udanie się bez nakazu policyjnego do mieszkania prywatnych obywateli i wydanie ich na lincz medialny było dużą przesadą ze strony byłego ministra spraw wewnętrznych i okazało się wyborczym bumerangiem, gdyż zmobilizowało całą opozycję do pójścia do urn.
Rano, w dzień wyborów lider Ligi opublikował w mediach społecznościowych filmik nakręcony o wschodzie słońca na wzgórzach, gdzie miały miejsce pierwsze objawienia Madonny z Medjugorje. „Miłej niedzieli” – życzył polityk kontestujący często papieża Franciszka, którego emblematem stał się różaniec. Po przegranej w Emilia-Romania, we włoskim internecie pojawiły się memy i żarty. „Chyba Madonna czuwa nad Italią, skoro obroniła ją przed Salvinim” – głosił jeden z nich.
Co dalej?
Pierwsza porażka wyborcza Salviniego nie oznacza jego końca. Premier Conte na pewno odetchnął z ulgą i może mówić śmielej, że celem rządu jest przerwać do 2023 roku. Czy jednak to się uda przy ogromnej niestabilności politycznej jego koalicji. Partia Demokratyczna dopiero zaczęła się odbudowywać, a Ruch 5 Gwiazd – partia premiera – kruszy się w oczach.
Wynik wyborczy w Emilii-Romanii (4,7 proc.), odzwierciedla trudności Ruchu 5 Gwiazd, który utracił miliony głosów w całych Włoszech (ponad 25 proc. w wyborach parlamentarnych w 2018 r.) w ciągu ostatnich dwóch. Partia zdecydowała się startować w wyborach regionalnych samodzielnie, wbrew opinii przywódcy Luigiego Di Maio, który ustąpił z kierowniczej funkcji politycznej zaledwie trzy dni przed głosowaniem, nie chcąc brać na siebie odpowiedzialności za porażkę.
Salvini na pewno nie wycofa się i nie zawaha w swoim dążeniu do „pełnej władzy”. | Bonaccini uzyskał w wyborach 51,4 proc. poparcia, podczas gdy jego rywal, popierany przez Ligę, zdobył 43,7 proc. głosów.
Reklama
Wynik ten oznacza, że Salviniemu nie udało się "odbić" Emilii Romanii rządzonej przez centrolewicę.
Zwycięstwo centrolewicowego kandydata jest sukcesem współrządzącej krajem Partii Demokratycznej, której politykiem jest dotychczasowy gubernator.
Wielkim przegranym wyborów jest jednak nie Liga, a druga z partii rządzących Włochami, Ruch Pięciu Gwiazd, który zdobył w lokalnych wyborach zaledwie 3,5 proc. głosów. Tak słaby wynik Ruchu Pięciu Gwiazd może osłabić pozycję tej partii w rządzie Giuseppe Conte (to polityk bezpartyjny, powiązany jednak z Ruchem Pięciu Gwiazd).
Salvini mówiąc o wyniku wyborów w Emilii Romanii zwrócił uwagę, że kandydat centroprawicy i tak poradził sobie dobrze w regionie, który od dziesięcioleci był bastionem lewicy.
Reklama
Salvini osobiście zaangażował się w kampanię kandydata prawicy w tym regionie - zauważa AP. Agencja dodaje, że doszło do sytuacji, w której sam kandydat znalazł się w cieniu Salviniego.
Po wyborach z 2018 roku Salvini i jego Liga tworzyli rząd z Ruchem Pięciu Gwiazd. Rząd ten upadł jednak w połowie 2019 roku po tym jak Salvini - którego Liga znalazła się na czele sondaży - wyszedł z koalicji chcąc doprowadzić do przedterminowych wyborów. Wtedy w miejsce koalicji Ruchu Pięciu Gwiazd z Ligą pojawiła się koalicja centrolewicowej Partii Demokratycznej z Ruchem Pięciu Gwiazd. | 4 |
Jedna z włoskich agencji do spraw zatrudnienia wystąpiła z inicjatywą bezpłatnego szkolenia osób, które chcą wykonywać pracę "kontrolera do spraw Covid" lub "stewarda plażowego".
Ich zadaniem będzie czuwanie nad przestrzeganiem zasad dystansowania społecznego i bezpieczeństwa sanitarnego w obecnej, drugiej fazie epidemii, czyli zniesienia restrykcji i odmrożenia kraju.
Zatrudnienie kontrolerzy mogą znaleźć w fabrykach i innych zakładach pracy, supermarketach, galeriach handlowych, restauracjach, na plażach, w miejscach kultury i rozrywki, czyli potencjalnych skupiskach ludzi.
Reklama
Jak zdobyć ten zawód?
Oferta zdobycia zawodu kontrolera do spraw bezpieczeństwa sanitarnego i zasad walki z zakażeniem skierowana jest między innymi do osób bezrobotnych.
W ramach sześciu przewidzianych na razie kursów dla kandydatów prowadzone będą szkolenia wideo, przygotowano też specjalne broszury. "Kurs skoncentrowany będzie przede wszystkim na regulowaniu napływu ludzi i zapobieganiu tworzenia się zgromadzeń" - wyjaśnił jego organizator Francesco Gordiani.
Można też zdobyć zawód "menedżera do spraw Covid", który został już oficjalnie uznany przez władze regionów Lombardia i Wenecja Euganejska. Osoba pełniąca takie kierownicze stanowisko koordynuje podejmowane działania zapobiegające szerzeniu się wirusa i reprezentuje firmę w kontaktach z krajowym systemem służby zdrowia.
Wraz z otwarciem plaż w wielu częściach Włoch także tam potrzebni są stewardzi, którzy będą pilnować przestrzegania zasad higieny i dystansowania społecznego, będą też informować turystów o obowiązujących tam regułach i świadczonych usługach gastronomicznych. | W związku z epidemią koronawirusa we Włoszech, szczególnie na północy kraju, zaczyna brakować szpitalnych łóżek oraz personelu medycznego. Ministerstwo obrony oddało do dyspozycji służby zdrowia 6600 miejsc w 80 koszarach. Władze przyznają, że nie pamiętają takiego kryzysu.
Placówki medyczne w regionach, gdzie najbardziej szerzy się wirus, zwłaszcza w Lombardii, zmagają się z coraz większym problemami z powodu braku personelu i koniecznością znalezienia dodatkowych łóżek szpitalnych - informują lokalne media. Jednocześnie, jak się zauważa, szpitale stoją wobec wymogu przygotowania się na dalszy wzrost zachorowań. Potrzebne są również miejsca dla osób, przechodzących kwarantannę.
W związku z tym ministerstwo obrony Włoch oddało do dyspozycji służby zdrowia 6600 miejsc w 80 koszarach. Miejsca udostępniono w ośrodkach wojskowych w całym kraju. .
Dotychczasowy bilans koronawirusa we Włoszech to 52 osób, które zmarły, i ponad 2 tysiące potwierdzonych przypadków. Najgorsza sytuacja panuje na północy kraju, gdzie jedenastu tzw. czerwonych stref w miejscowościach-ogniskach koronawirusa pilnuje 225 patroli wojska i policji.
"Pacjenta numer jeden" na reanimacji
W szpitalach w Lombardii 150 osób zakażonych koronawirusem przebywa na oddziałach reanimacji.
Wśród nich jest między innymi 38-letni mężczyzna z okolic miasta Lodi, uważany za "pacjenta numer jeden". To przypadek jego zarażenia, pierwszego na terytorium Włoch, potwierdzony 20 lutego, zapoczątkował kryzys w kraju związany z wirusem. Mężczyzna zgłosił się w ciężkim stanie na pogotowie w miejscowości Codogno, obecnie uznanej za "czerwoną strefę" jako jedno z ognisk zachorowań. Jego stan pozostaje bardzo poważny.
W związku z obecną sytuacją epidemiologiczną liczbę miejsc na oddziałach reanimacji w publicznych placówkach służby zdrowia Lombardii zwiększono z 600 do 900. Jednocześnie o wsparcie poproszone zostały także prywatne szpitale. W niektórych państwowych placówkach, jak informują lekarze cytowani przez media, odwołano z powodu kryzysu wiele zaplanowanych zabiegów chirurgicznych i wizyt ambulatoryjnych.
W Lombardii stwierdzono dotąd ponad tysiąc przypadków wirusa. Zmarło tam 46 osób.
Autor:momo/adso | 2 |
Do spotkania z wiernymi doszło w Auli Pawła VI. Jedna z zakonnic entuzjastycznie witała papieża machając rękami i krzycząc „niech żyje papież”. W odpowiedzi Franciszek podszedł do niej. Jednak zanim uścisnął kobietę powiedział: „Dam ci całusa, ale bądź spokojna. Nie ugryź mnie”. Następnie uścisnął zakonnicę i ucałował ja w policzek.
twitter
Jak podkreśla „The Guardian”, to pierwsze publiczne spotkanie z wiernymi od czasu, kiedy Franciszek uderzył w dłoń kobietę, która ciągnęła go za rękę.
Incydent z wierną w Watykanie
W Nowy Rok media na całym świecie obiegło nagranie zachowania papieża Franciszka, które zarejestrowano 31 grudnia na placu św. Piotra w Watykanie. Papież w otoczeniu ochroniarzy wracał z modlitwy przy szopce, a po drodze witał się z wiernymi. Jedna z kobiet stojąca za barierkami mocno pociągnęła go za rękę, co wywołało grymas na twarzy biskupa Rzymu. Franciszek zareagował nerwowo, najpierw krzycząc coś do wiernej, później uderzając ją w dłoń, a na końcu odchodząc z niezadowoloną miną.
twitter
W trakcie środowej modlitwy Anioł Pański papież przeprosił za swoje zachowanie. – Wiele razy tracimy cierpliwość. Mówię – przepraszam – za zły przykład wczoraj – oświadczył.
Czytaj też:
Terlikowski broni papieża Franciszka. „Sytuacja jakich miliony” | 31 grudnia w Watykanie doszło do nieprzyjemnego incydentu. Kobieta stojąca na placu św. Piotra złapała za rękę papieża idącego wzdłuż barierek. Ojciec święty uderzył dłonią w jej dłoń. Na twarzy papieża było widać grymas bólu.
Ks. Wojciech Lemański powiedział Wirtualnej Polsce, że była to "nadmierna chęć zatrzymania papieża dla siebie". Stwierdził, że to nie pierwszy raz, gdy papieżowi puściły nerwy. Przypomniał, jak przed laty ktoś pociągnął Franciszka do siebie tak, że ten wpadł na osobę niepełnosprawną.
Zdaniem ks. Lemańskiego część winy za sylwestrowy incydent ponosi papieska ochrona, która nie powinna dopuszczać do takich zachowań. Duchowny uważa, że "papież jest człowiekiem, który ma swoje słabości", ale jednocześnie potrafi się przyznać do błędu.
W Nowy Rok podczas modlitwy Anioł Pański Franciszek przeprosił za wydarzenia z poprzedniego dnia. Według ks. Lemańskiego świadczy to o klasie papieża.
– Przeprosił, że nie dał dobrego przykładu, ale dzień później pięknie pokazuje, jak wychodzić z takich trudnych sytuacji. To dobry przykład dla biskupów, księży i osób reprezentujących Kościół – przekonuje ks. Lemański.
Czytaj też:
Franciszek mocno szarpnięty przez kobietę. Ostra reakcja papieża | 3 |
Opolska Lista Polskiej Piosenki to, oczywiście zgodnie z nazwą, zbiór polskich piosenek - przy czym warto zwrócić uwagę na to, że nie ma tu słowa 'przeboje'. To który utwór stanie się przebojem zależeć będzie od słuchaczy, czyli od Was! Wybór będzie reprezentatywny dla wszystkich dekad, a jedyny warunek to polski tekst i oryginalna, piękna melodia. Na pełne wydanie Opolskiej Listy Polskiej Piosenki zapraszamy w niedziele i święta od 14:05 do 17:00 na antenie… | 4 | |
Dobre wieści z rodzimego rynku biurowego. Najnowsze dane CBRE wyraźnie potwierdzają, że biurowce zlokalizowane w regionach wykazały się większą odpornością na COVID-19 niż ich europejskie odpowiedniki. W I kwartale br. popyt na powierzchnie biurowe w regionach sięgnął 220,2 tys. mkw., za co w 57% (127 tys. mkw.) odpowiadała wyłącznie branża IT.
Przeczytaj także: Biurowce w regionach oferują więcej niż Warszawa
- Za dobrą sytuację w Polsce odpowiedzialne były przede wszystkim firmy z branży IT. Należy przy tym pamiętać, że popyt na biurowce w regionach od lat napędzają przede wszystkim międzynarodowe centra usług wspólnych, czyli sektor BPO/SSC, który nadal będzie lokował biznes w Polsce. Mimo spowolnienia, które zapewne pojawi się w II kwartale 2020 roku, wiele firm z branży IT planuje dalszy rozwój. Nadmienić należy także, że w wyniku stabilizacji gospodarek już po pandemii Polska prawdopodobnie będzie beneficjentem przetasowań lokalizacyjnych biznesu SSC na świecie. Aktualny kryzys pokazał słabość zabezpieczeń i możliwości kontynuacji biznesu szczególnie w krajach Azji, która do tej pory wygrywała wyścig o inwestorów z krajami naszego regionu - mówi Kamil Tyszkiewicz, dyrektor regionalny w Dziale Wynajmu Powierzchni Biurowych w CBRE.
Kliknij, aby powiekszyć fot. Kurt Kleemann - Fotolia.com Biurowiec Regionalne rynki biurowe odporne na wirusa. Najwięcej powierzchni wynajęły firmy IT.
Kraków, Wrocław i Łódź na celowniku
Deweloperzy nie zwalniają kroku
O biuro najłatwiej w Poznaniu i Wrocławiu
- Obecna sytuacja, wymuszająca pracę zdalną, będzie szczególnie wymagająca dla niektórych sektorów, takich jak banki oraz niektóre centra BPO. Jednak z drugiej strony widać, że rynek szybko przystosował się do nowych realiów i firmy zapewniły ciągłość usług. Zdolność branż do wspierania długoterminowej pracy zdalnej będzie kluczowa dla przetrwania. Trzeba również pamiętać, że sytuacja jest dynamiczna i trudno jest obecnie przewidzieć jak rynek zachowa się w przyszłości. Wszystko zależy od czasu trwania pandemii. Ważnym elementem w najbliższym czasie będzie także sam powrót do biur i ich organizacja w nowych realiach sanitarnych. Stworzenie bezpiecznych warunków pracy będzie kolejnym i jakże kluczowym wyzwaniem dla firm – dodaje Kamil Tyszkiewicz.
Jak czytamy w komunikacie opublikowanym przez CBRE, 220,2 tys. mkw. powierzchni biurowych, które wynajęto przez pierwsze trzy miesiące br., to drugi kwartalny wynik w historii regionalnego rynku biurowego w naszym kraju. O takim ruchu wiele miast europejskich mogło wyłącznie pomarzyć.Na brak zainteresowania nie mogły narzekać przede wszystkim biurowce zlokalizowane w Krakowie, Wrocławiu oraz na terenie Łodzi. Prawdopodobnie jednak najbliższe miesiące przyniosą spadek dynamiki, co będzie związane z zaznaczającą się wśród globalnych graczy postawą oczekiwania - pisze CBRE.Zapotrzebowanie na biurowce w regionach w I kwartale 2020 roku okazało się niemal najwyższe w historii – wynajęto aż 220,2 tys. mkw. Tylko w IV kwartale 2018 mogliśmy obserwować wyższą aktywność najemców. Za ten rekordowy wynik odpowiadały przede wszystkim transakcje w Krakowie (27% ogółu wynajętej powierzchni), Wrocławiu (19%) oraz Łodzi (18%). To także miasta, w których najaktywniejszy sektor IT najczęściej szukał nowego lokum.Łącznie w regionach w I kwartale 2020 roku wynajęto więcej powierzchni biurowej niż w Warszawie, w której nowych najemców zyskało 138,9 tys. mkw.Nowe umowy, wraz z umowami przednajmu i w budynkach na użytek właściciela, odpowiadały za 70% popytu. Większość tej powierzchni wynajęta została w budynkach w budowie (30% popytu). Renegocjowano umowy odpowiadające za 18% popytu, a 12% powierzchni było związane z ekspansją firm.W I kwartale 2020 roku w miastach regionalnych oddano pięć projektów, oferujących łącznie 79,8 tys. mkw. powierzchni najmu. Największe z nich to kolejny etap kompleksu High 5ive w Krakowie (23,5 tys. mkw.) oraz pierwsza część kompleksu Face 2 Face w Katowicach (20 tys. mkw.).Ogólnie, cała powierzchnia biurowa w regionach wynosi obecnie 5,5 mln mkw. W planach deweloperów jest dostarczenie na rynek kolejnych 200 tys. mkw. do końca 2020 roku, należy jednak mieć na uwadze możliwe zmiany terminów uzyskania pozwoleń na użytkowanie i prawdopodobne opóźnienia na niektórych realizowanych projektach. W budowie pozostaje 800 tys. mkw. Najwięcej w Krakowie, Katowicach i Trójmieście.Poziom niewynajętych powierzchni biurowych w miastach regionalnych pozostał na poziomie bliskim do tego z końca 2019 roku (9,4% - spadek o 0,2 pp.). Najwyższy współczynnik powierzchni niewynajętej odnotowano w Poznaniu (12,9%) i Wrocławiu (11,9%). O biuro najtrudniej zaś w Trójmieście (4,1%) i Katowicach (6,2%). Czynsze w większości miast pozostały na stałym poziomie (średnio 13,75 euro/mc/mkw.), wzrosły nieznacznie w Krakowie, jednak w niektórych miastach już teraz właściciele budynków są skłonni nieco obniżać stawki efektywne.Jak jednak podkreśla Kamil Tyszkiewicz, najbliższe miesiące zaowocują raczej wzrostem pustostanów, co związane będzie z wyhamowaniem aktywności najemców. Ci ostatni przystąpią najprawdopodobniej do rewizji swoich planów rozwojowych. | "W I kwartale 2020 r. najwięcej lokali zostało wydanych w Warszawie (203), Łodzi (116), Krakowie (103), następnie w Trójmieście (39), Wrocławiu (11) i Katowicach (1)" - czytamy w komunikacie.
Spółka przygląda i przystosowuje się do nowych okoliczności związanych z wpływem zagrożenia epidemicznego.
"Obecnie jest za wcześnie na właściwą ocenę sytuacji oraz prognozowanie potencjalnych zagrożeń dla gospodarki. Trudno bowiem przewidzieć wszystkie możliwe skutki oraz czas, w jakim koronawirus będzie wpływał na znajdujący się dotychczas w wysokiej fazie aktywności rynek nieruchomości" - czytamy w osobnym komunikacie.
Spółka przypomniała, że w I kwartale 2020 roku zakontraktowała 762 lokale wobec 707 lokali przed rokiem.
"Najwięcej umów deweloperskich podpisano w Krakowie (186), Poznaniu (155) i Warszawie (134). ATAL w 2019 roku zakontraktował rekordową liczbę 3196 lokali. To 32% więcej niż przed rokiem (2420) i blisko 15% więcej niż w 2017 roku (2787). Założenia spółki na 2020 rok przewidują, że sprzedaż pozostanie na wysokim poziomie - zbliżonym do wyniku z 2019 roku. Spółka nie zmienia celu sprzedażowego na ten rok do zakończenia epidemii, wówczas nastąpi jego weryfikacja" - czytamy także.
Atal to firma deweloperska specjalizująca się w budownictwie kompleksów mieszkaniowych, zlokalizowanych w obrębie największych miast w Polsce. Jej akcje notowane są na GPW od 2015 r. | 3 |
Rząd PiS utrzymał władzę w Polsce w oparciu o dwa filary – intensywną, bezkompromisową i finansowaną z podatków propagandę i niespotykane dotąd w polskiej rzeczywistości politycznej transfery socjalne.
Wyniki wyborów w najbiedniejszych regionach kraju nie pozostawiają wątpliwości, Polacy, którzy żyli na skraju ubóstwa są wdzięczni rządowi za finansową pomoc. Były szef biura prasowego Lecha Kaczyńskiego ujawnił, że pomysł pomocy finansowej dla rodzin pojawił się długo przed przejęciem władzy przez PiS.
Byłem inicjatorem projektu 400 zł na dziecko – powiedział w programie Super Expressu “Politycy od kuchni” Paweł Kowal. Prawicowy polityk wywodzi się z środowiska Lecha Kaczyńskiego.
Kiedy PiS radykalizował się po katastrofie smoleńskiej i przegrywał kolejne wybory, razem z grupą umiarkowanych posłów założył partię “Polska Jest Najważniejsza”. Właśnie w PJN powstał pomysł programu transferów socjalnych dla rodzin z dziećmi. Czy PiS ukradł go partii Kowala?
Polityka nie ma praw autorskich. Proponowałem to i znajomym z PiS (…) i rządowi Platformy – tak na to pytanie odpowiada były szef biura prasowego Prezydenta Kaczyńskiego. – Kosiniak-Kamysz też tego nie chciał, był wtedy ministrem. Poszedłem do niego, przekonywałem go – wylicza założyciel PJN. Wygląda na to, że Paweł Kowal nie ma więc pretensji do rządu Beaty Szydło o realizację jego pomysłu. Co więcej, prawicowy poseł podkreślił, że chciał by program został zrealizowany, nieważne przez jaką opcję polityczną.
Obecnie Paweł Kowal zasiada w ławach sejmowych w klubie Koalicji Obywatelskiej. To paradoksalne, ale jego projekt “400 złotych na dziecko” był krytykowany przez… Prawo i Sprawiedliwość. Jak relacjonuje założyciel PJN, zachował się nawet dokument krytykujący jego projekt. – A później dołożyli stówkę i zrobili to samo – podsumowuje.
źródło: Super Express
Polub nas na Facebooku
Czytasz nas? Podobają Ci się zamieszczane przez nas treści?
Wesprzyj nas swoją wpłatą.
Wpłacając pomagasz budować Crowd Media – wolne media, które patrzą władzy na ręce. WPŁAĆ
POLUB NAS NA FACEBOOKU
[wpdevart_like_box profile_id=”539688926228188″ connections=”show” width=”600″ height=”220″ header=”big” cover_photo=”show” locale=”pl_PL”] | Jarosław Kaczyński w rozmowie z tygodnikiem „Gazeta Polska”, której fragmenty opublikował portal niezalezna.pl, mówił m.in. o kondycji demokracji w Polsce. Przy okazji prezes PiS nie szczędził słów krytyki pod adresem opozycji. Jak stwierdził, „opozycja nie dorosła do demokracji”.
Kaczyński ocenił, że dzisiejsza opozycja „nie akceptuje demokracji”. Jak wyjaśnił, że o akceptowaniu jej możemy mówić wtedy, gdy poszczególni uczestnicy życia publicznego przyjmują do świadomości, że mogą zarówno rządzić, jak i być w opozycji, i wszyscy działający legalnie mogą ubiegać się o zdobycie większości i tym samym możliwości realizacji własnych programów.
„Tymczasem opozycja w Polsce nie przyjmuje tego do wiadomości i nie jest w stanie zaakceptować konsekwencji rozstrzygnięć wyborczych.” – kontynuował Kaczyński. „Mówi o tym, że nie mamy demokratycznego mandatu, że chcemy zniszczyć demokrację. Choć nie ma do tego najmniejszych przesłanek.” – zauważył.
Czytaj także: Przedstawiciel rządu broni Kaczyńskiego: Nie było regulacji zmuszających do zamknięcia cmentarzy
„Jesteśmy konsekwentni, nasza obecna polityka jest nakierowana na zmianę postkomunistycznego porządku w Polsce, a profitenci tego systemu walczą, by utrzymać swoje wpływy i nie uznają nas. Nie uznawali od samego początku.” – kontynuował Kaczyński.
„Biorąc to wszystko pod uwagę, mogę powiedzieć o ułomności polskiej demokracji, bo brakuje nam opozycji o normalnym charakterze.” – stwierdził Kaczyński. Jak ocenił, obecna opozycja nie dorosła do demokracji.
Źr. niezalezna.pl | 2 |
Wyłącz AdBlocka/uBlocka
Aby czytać nasze artykuły wyłącz AdBlocka/uBlocka lub dodaj wyjątek dla naszej domeny.
Spokojnie, dodanie wyjątku nie wyłączy blokowania reklam. | Trzy izby Sądu Najwyższego - na wniosek pierwszej prezes tej instytucji - mają rozstrzygnąć spór w sprawie sędziów wyłonionych na wniosek nowej Krajowej Rady Sądownictwa. Małgorzata Gersdorf przedstawiła pytanie w związku z rozbieżnościami w orzeczeniach sądów.
Rzecznik SN sędzia Michał Laskowski poinformował, że w związku z rozbieżnościami w wykładni przepisów prezes Gersdorf przedstawiła pytanie prawne trzem izbom SN: Cywilnej, Karnej i Pracy. Dotyczy ono udziału w składach sędziowskich osób wyłonionych przez nowy skład Krajowej Rady Sądownictwa. Rzecznik SN wskazał, że "pytanie wprost dotyczy statusu sędziów z pozostałych dwóch izb SN" - Dyscyplinarnej i Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Posiedzenie trzech izb wyznaczono na 23 stycznia.
Wniosek o usunięcie rozbieżności w orzecznictwie nie dotyczy kwestii samego powoływania na stanowisko sędziego przez Prezydenta RP, lecz ma na celu zabezpieczenie prawidłowego biegu procesu sądowego i ważności orzeczeń wydawanych przez sądy powszechne, wojskowe oraz przez Sąd Najwyższy - głosi oświadczenie prezes Gersdorf. Jak wskazała, "wątpliwości (...) znajdują również swoje odzwierciedlenie w orzecznictwie sądów powszechnych, które kierują do SN we właściwym trybie zagadnienia prawne sprowadzające się do konieczności udzielania odpowiedzi na pytania tożsame z pytaniami zawartymi we wniosku złożonym przez I prezesa SN o usunięcie rozbieżności w orzecznictwie". | 2 |
Pięć miesięcy spędzili Chińczycy na "czarnej liście" Amerykanów, oskarżeni o "manipulacje walutowe". W przeddzień podpisania umowy handlowej "pierwszej fazy" przez prezydenta Trumpa i wicepremiera Liu Departament Skarbu oficjalnie zdjął z Chin łatkę manipulatora.
fot. / / Kyodo
O ile sierpniowe, formalne określenie Państwa Środka mianem "manipulatora walutowego" było sporym zaskoczeniem - Chiny nie spełniły kryteriów, którymi do tamtej pory kierował się Departament Skarbu, oraz nie była to pora publikacji okresowego raportu dot. głównych partnerów handlowych USA - to poniedziałkowa decyzja była oczekiwana.
Kryteria kwalifikacji kraju jako "manipulatora walutowego" Na mocy regulacji z 2015 r. (później w niewielkim stopniu zmodyfikowanych) Departament Skarbu ocenia głównych partnerów handlowych USA. Aby zostać określonym mianem "manipulatora walutowego", kraj musi spełnić trzy kryteria: mieć nadwyżkę w handlu towarowym z USA przekraczającą 20 mld dol. w 12 miesięcy;
mieć nadwyżkę salda obrotów bieżących przekraczającą 2 proc. PKB; oraz
interweniować na rynku walutowym w skali przekraczającej 2 proc. PKB. Dlaczego zatem Chiny, spełniające tyko pierwszy z powyższych warunków, zostały określone mianem "manipulatora"? Amerykanie skorzystali z bardziej ogólnych i uznaniowych regulacji z 1988 r.
Biały Dom i Zhongnanhai wynegocjowały wstępną umowę handlową, która ma zostać podpisana 15 stycznia. Ze wstępnych informacji publikowanych przez Amerykanów wynika, że porozumienie będzie również obejmowało kwestię kursu chińskiej waluty. Konikiem Donalda Trumpa i jego najbliższych współpracowników jest deficyt dwustronny w handlu z Państwem Środka. Prezydent USA wielokrotnie powtarzał, że wynika on ze sztucznego zaniżania wartości juana przez Pekin.
Nie jest to jednak prawda - główne źródła przewagi konkurencyjnej przedsiębiorstw działających za Murem leżą gdzie indziej, m.in. w rozbudowanych łańcuchach produkcji oraz licznej i taniej (nie z powodu kursu walutowego) sile roboczej. W ostatnich latach chińskie władze częściej starały się zahamować osłabienie "czerwonego" (napędzane przez czynniki rynkowe), niż powstrzymywały jego umocnienie. Na tym polega bowiem paradoks - Amerykanie nadają łatkę "manipulatora walutowego" nie władzom tych krajów, które intensywnie wpływają na wycenę swojej waluty, ale tych, które celowo ją osłabiają. Samo miano nie wiąże się bezpośrednio z żadnymi sankcjami, np. dodatkowymi cłami.
Od kwietnia 2018 r. juan faktycznie istotnie osłabił się wobec dolara, ale wynikało to z kilku czynników, w większości niezależnych od Pekinu: zaostrzenia relacji na linii Waszyngton-Pekin i umocnienia dolara. "Czerwony" zachowywał się całkiem "rynkowo" - chińskie władze spokojnie podeszły do dewaluacji i nie podejmowały gwałtownych kroków, by ją zahamować. Amerykańska łatka tylko juanowi zaszkodziła - CFETS RMB Index ilustrujący siłę chińskiej waluty wobec koszyka ponad 20 walut w końcu przełamał długo utrzymywany poziom 92 punktów.
fot. / / Bankier.pl na podstawie danych Ludowego Banku Chin
W ostatnich dniach na fali poprawy nastrojów związanej ze zbliżającym się porozumieniem handlowym renminbi znów się umocniło (także wobec dolara, wracają poniżej "psychologicznej siódemki"). W ogłoszonym w poniedziałek raporcie Departament Skarbu, zdejmując z Chin łatkę "manipulatora", poinformował, że Pekin zobowiązał się do "powstrzymać od konkurencyjnej dewaluacji" oraz publikować dodatkowe "informacje dotyczące kursów walutowych i sald zewnętrznych".
Warte odnotowania jest zwrócenie uwagi na kwestię interwencji walutowych ukrytych i pośrednich. Ludowy Bank Chin od 2 lat raportuje minimalne zmiany wartości rezerw walutowych (ale nie informuje o zmianie pozycji na rynku terminowym, gdzie interwencje byłyby widoczne), a państwowe banki również mogą wpływać na wycenę juana, wymieniając aktywa denominowane w walutach obcych na denominowane w walucie ojczystej.
Waluta z "chińską charakterystyką" Waluta Chin, podobnie jak wiele innych kwestii związanych z Państwem Środka, ma swoją, nietypową specyfikę. Formalnie nazywa się renminbi, ale jednostka to juan i tym mianem najczęściej określa się "czerwonego" (dla odróżnienia od "zielonego", czyli dolara amerykańskiego). Jednak na tym nie koniec konfuzji, istnieją bowiem dwa rynki juana - onshore i offshore. Pierwszym (CNY) handluje się w Chinach kontynentalnych, a jego kurs ściśle kontroluje chiński bank centralny (Ludowy Bank Chin, PBoC), ustalając codziennie fixing (kurs referencyjny) wobec dolara, od którego kurs waluty może się wahać o 2 proc. w górę i w dół dziennie. Na rynku poza Chinami kontynentalnymi handluje się juanem offshore'owym - główny rynek offshore znajduje się w Hongkongu, gdzie notowany jest CNH. W założeniu ma być on niezależny od woli Pekinu, ale faktycznie działania władz ChRL mają na niego duży wpływ. Po pierwsze, Pekin poprzez kontrolę przepływów kapitału ma wpływ na to, ile płynności (czytaj: pieniędzy) trafia na rynek offshore. Po drugie, ważnymi graczami na rynku są ogromne chińskie banki kontrolowane przez komunistyczne władze.
Maciej Kalwasiński | Na tzw. czarnej liście departamentu handlu USA znalazły się 33 chińskie firmy i instytucje, którym zarzuca się współpracuję z chińską armią lub wspomaganie Pekinu w budowie systemu elektronicznej inwigilacji Ujgurów.
W piątek amerykański departament handlu ogłosił dopisanie 33 chińskich firm i instytucji do tzw. czarnej listy. Nie mogą one wchodzić w żadne relacje handlowe z firmami z USA. Siedem z tych firm to spółki, które wspomagające władze Chin w w przeprowadzaniu masowych aresztowań Ujgurów, lud pochodzenia tureckiego, posługujący się językiem turskim i wyznający islam, stanowiący względną mniejszość w zachodnio-chińskiej prowincji Xingjiang (Sinciang). Wśród Ujgurów żywe są nastroje separatystyczne na które chińskie władze odpowiadają wzmożoną kontrolą i represjami.
Wspomniane firmy, według Amerykanów, pomagają władzom chińskim w kierowaniu części Ujgurów do obozów, gdzie podlegają wynarodowieniu. Ponadto, podmioty te mają również pomagać w doskonaleniu narzędzi elektronicznej inwigilacji, jakiej poddawana jest ta mniejszość.
Pozostałe 26 podmiotów to firmy, instytucje i agencje rządowe biorące udział w realizacji zamówień dla chińskiej armii. Według informacji amerykańskiego wywiadu, część z nich uczestniczy w badaniach rozwojowych nad bronią masowej zagłady. Kwestię tę poruszono w oddzielnym oświadczeniu departamentu handlu:
„Większość tych firm prowadzi badania nad sztuczną inteligencja i zaawansowanymi systemami rozpoznawania twarzy”.
Przypomnijmy , że w ubiegłym tygodniu Senat USA zatwierdził ustawodawstwo wzywające administrację prezydenta Donalda Trumpa do zaostrzenia reakcji na chińskie represje wobec muzułmańskiej mniejszości ujgurskiej.
W swoim komentarzu agencja Reuters podkreśliła, że dwie amerykańskie korporacje, Nvidoa oraz Intel, bardzo zainwestowały w rozwój tego sektora. Działające na tym samym obszarze branżowym firmy chińskie są więc dla nich bardzo niepożądaną konkurencją. Z kolei wpisana na czarną listę chińska firma Quihoo 360 twierdzi, że posiada dowody na to, że Amerykanie przeprowadzali cyber-ataki na firmy lotnicze w Chinach.
Wśród firm na które nałożono sankcje jest też NetPosa. Media zaznaczają, że rozwijane przez nią systemy inwigilacji elektronicznej są szeroko wykorzystywane przez chiński aparat przymusu do inwigilowania muzułmanów w Chinach.
Cała grupa chińskich firm jest kolejną, na którą USA nałożyły sankcje w związku z prześladowaniem mniejszości i łamaniem praw człowieka. W ubiegłym roku na listę departamentu handlu trafiło 8 chińskich przedsiębiorstw, które objęto zakazem importowania produktów z USA, by nie mogły wejść w posiadanie amerykańskich technologii.
Xingjiang to największa prowincja Chin położona w ich północno-zachodniej części. 45,2% jej mieszkańców stanowią Ujgurzy – grupa etniczna pochodzenia tureckiego wyznająca islam . Xingijang jest obok Tybetu tym regionem ChRL, w którym występują największe napięcia etniczne. Względna większość, czyli Chińczycy Han, są w tej prowincji ludnością napływową. Pekin twierdzi, że islamscy bojownicy w prowincji Sinciang to terroryści, stanowiący poważne zagrożenie. Duża cześć zagranicznych ekspertów uważa z kolei, że główna organizacja działająca w tym rejonie, Islamski Ruch Wschodniego Turkiestanu, nie działa na dużą skalę. W regionie ujgurscy terroryści przeprowadzają zamachy, co spotyka się z ostrymi reakcjami sił chińskich. Część Ujgurów walczyła w szeregach ISIS na Bliskim Wschodzie.
Przeczytaj więcej:
Organizacja Narodów Zjednoczonych szacuje, że w ostatnich latach w obozach w Sinkiang zatrzymano ponad milion muzułmańskich Ujgurów. Chiny zaprzeczają złemu traktowaniu mniejszości i twierdzą, że obozy zapewniają szkolenie zawodowe.
Nacisk na silniejsze działania USA wobec Ujgurów następuje wraz ze stopniowym pogarszaniem się relacji między administracją Trumpa a Pekinem w związku z globalną pandemią COVID-19. Waszyngton obwinił Chiny o brak przejrzystości w początkowym stadium wybuchu pandemii koronawirusa. Uważa, że z tego powodu wpływ niszczycielskiego kryzysu zdrowotnego i gospodarczego będzie znacznie większy.
W mediach zwraca się też uwagę, że w ciągu ostatnich dwóch lat lojalne wobec Pekinu władze Sinciangu znacznie nasiliły środki bezpieczeństwa i nadzoru w ramach stanowczej kampanii przeciwko ekstremizmowi, separatyzmowi i terroryzmowi. Zarówno osoby, które zbiegły za granicę, jak i organizacje obrony praw człowieka podają, że rośnie kontrolowanie religii i kultury, a także ogranicza się swobody poruszania się. Ponadto, Chińczycy mają prowadzić zatrzymania na szeroką skalę. Zdaniem chińskich władz za niepokoje w prowincji odpowiadają elementy ekstremistyczne i separatystyczne podżegane do działań z zewnątrz.
Komunistyczne władze Chin tłumaczą swoje działania obawami o to, że religia może być wykorzystywana przez „obce siły” do wtrącania się w wewnętrzne sprawy kraju lub do propagowania wśród mieszkańców zagranicznych systemów wartości. Przed rokiem chińscy urzędnicy zaczęli ostrzej postępować także z katolikami. Dotyczy to szczególnie prowincji Henan, gdzie mieszka ich około miliona.
PAP / RIRM / Kresy.pl
FAKT.PL | 2 |
Wyłącz AdBlocka/uBlocka
Aby czytać nasze artykuły wyłącz AdBlocka/uBlocka lub dodaj wyjątek dla naszej domeny.
Spokojnie, dodanie wyjątku nie wyłączy blokowania reklam. | Samorządowiec zaapelował do obywateli, by z tego, co się w Sejmie wydarzyło, wyciągnęli wnioski. - A jak nie to już do końca będziemy tylko i wyłącznie frajerami, którzy się dają w nocy oszukiwać. Ja się nie będę dawał oszukiwać, mało tego, nie będę siedział w tej sprawie cicho. Za długo siedzę cicho. Mam być tylko i wyłącznie potulny i przyjmować to co się robi? Nie będę siedział cicho i nie będę w tej sytuacji potulny. Bez względu na wszystko, po prostu bez względu na wszystko. Bo na samym końcu to chcę wiedzieć, kto weźmie za tych ludzi odpowiedzialność. Kto weźmie odpowiedzialność za tych, którzy zachorują? - mówił Sutryk. | 4 |
Politycy Porozumienia Jan Strzeżek i Jakub Drożdż postanowili złożyć do prokuratury zawiadomienie w sprawie możliwości popełnienia wykroczenia przez organizatorów akcji dezinformacyjnej zniesławiającej Polskę.
Aktywiści LGBT wpuścili do sieci zdjęcia prezentujące tablice informacyjne z nazwami polskich miejscowości, do których przykręcone zostały (przez tychże aktywistów) tabliczki imitujące znaki ostrzegawcze umieszczane przy drogach, Napis umieczony na tabliczkach głosił: "Strefa wolna od LGBT". Prowokację uznał za prawdę m.in. Guy Verhofstadt, kolportując fake newsa i wyrażając swój sprzeciw wobec "homofobicznych" zachowań Polaków.
To tworzenie fałszywych znaków, tak jak zrobił ten aktywista LGBT, sprawia, że pojawiają się kolejne kłamstwa za granicą nt. Polski. To już się wczoraj stało – Guy Verhofstadt, jeden z liderów jednej z frakcji w PE, udostępnił te zdjęcia i zaczął dyskusję nt. traktowania osób LGBT w Polsce
- powiedział na antenie telewizji wPolsce.pl Jan Strzeżek.
W tym przypadku mamy do czynienia ze zorganizowaną akcją dezinformacyjna środowisk LGBT
- uznał Jakub Drożdż.
Jak podaje portal wpolityce.pl, obaj politycy zdecydowali się złożyć zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia wykroczenia przez działacza LGBT Barta Staszewskiego.
Wypełnia to znamiona wykroczenia opisanego w art. 85 kodeksu wykroczeń, mówiącym o stawianiu nielegalnych znaków | Kuleta nagrał film w lesie, na którym do jednego z drzew przymocował flagę Polski oraz Unii Europejskiej. "Jedna z nich spłonie, pewnie domyślacie się która" – mówi działacz na nagraniu.
Mężczyzna stwierdził, że jego gest jest wyrazem protestu przeciwko niesprawiedliwości jaka się dzieje w Polsce. "Nie mam innego pomysłu żeby zaprotestować przeciwko wielkiej hańbie jaką się okryła Polska" – mówi Kuleta. Działacz LGBT twierdzi, że był przez 10 lat oszukiwany przez państwo polskie.
Happening działacza LGBT nie powiódł się jednak, gdyż po chwili ogień zgasł. Mężczyzna był niepocieszony, że flaga cała nie spłonęła. Kuleta zapewnił, że prześle ją prezydentowi Dudzie.
Jan Strzeżek z Porozumienia zapewnił, że złoży zawiadomienie do prokuratury w tej sprawie.
"Administrator strony „FLGBT- Forum LGBT” Sławomir Kuleta w dniu święta Flagi spalił ją i pochwalił się tym na Facebooku. W poniedziałek złoże doniesienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa z Art. 137 par. 1 Kodeksu Karnego. Liczę na szybką reakcje prokuratury" – napisał Strzeżek na Twitterze.
Czytaj też:
Święto biało-czerwonejCzytaj też:
Francuski region kończy współpracę z Małopolską. Poszło o "strefy wolne od LGBT" | 2 |
Jeśli w przypadku dalszego rozprzestrzeniania się epidemii koronawirusa okaże się, że zabraknie respiratorów lub łóżek na oddziałach intensywnej terapii, brytyjscy lekarze dostaną wytyczne, kogo ratować, a kogo nie - podał w niedzielę dziennik "The Independent".
Jak pisze gazeta, wytyczne - które, jak się oczekuje, zostaną wydane w sobotę - są przyznaniem, że w najbliższych tygodniach szpitale będą na tyle przepełnione, iż będą musiały stawać wobec takich dramatycznych wyborów.
Wytyczne mają dotyczyć pacjentów cierpiących na choroby układu oddechowego, nowotwory, choroby serca i cukrzycę, choć nie jest jasne, czy ustalona zostanie również granica wieku, powyżej której leczenie może zostać wstrzymane - pisze "The Independent". Potencjalnie pacjent może również zostać odłączony od respiratora, aby zwolnić miejsce dla kogoś z większymi szansami na przeżycie.
W publicznej służbie zdrowia 4 tys. respiratorów
- Nigdy wcześniej nie byliśmy w takiej sytuacji, będzie ogromne zapotrzebowanie na łóżka i opiekę na intensywnej terapii, więc zajmujemy się tą kwestią. Musieliśmy podjąć działania bardzo szybko - mówi cytowane przez gazetę źródło.
ZOBACZ: 100 milionów Amerykanów musi zostać w domach. Restrykcyjne nakazy w 7 stanach
"The Independent" zwraca uwagę, że w Wielkiej Brytanii tego typu wybory mogą być nawet bardziej dramatyczne - brytyjska publiczna służba zdrowia ma do dyspozycji tylko 4 tys. respiratorów, choć rząd stara się zwiększyć ich produkcję, zaś średnia liczba łóżek na oddziałach intensywnej terapii wynosi zaledwie 6,6 na 100 tys. mieszkańców, czyli połowę tego, co we Włoszech, i jedną piątą tego, co w Niemczech.
W piątek podlegający ministerstwu zdrowia Narodowy Instytut na rzecz Zdrowia i Doskonałości Opieki Zdrowotnej (NICE) zapowiedział, że opublikuje wytyczne, które obejmą "postępowanie z pacjentami w stanie krytycznym" oraz tymi, którzy są poddawani dializom nerek i leczeniu raka. W dalszej kolejności wytyczne mają dotyczyć pacjentów poddawanych radioterapii tych z artretyzmem reumatoidalnym.
Będzie wyznaczona granica wieku?
Jednak według "The Independent" NICE pójdzie dalej i wyraźnie określi kryteria, przy jakich współistniejących chorobach i być może powyżej jakiego wieku będzie podejmowana decyzja o rezygnacji z intensywnej terapii i respiratorów na rzecz innych pacjentów, z większymi szansami przeżycia.
Gazeta przypomina, że premier Boris Johnson zaledwie kilka dni wcześniej mówił, że jeśli będzie trzeba podejmować takie wybory, pozostanie to w gestii poszczególnych szpitali.
W krajach, w których epidemia zbiera największe żniwo, jak Włochy czy Hiszpania, lekarze już stają w obliczu wyborów, kogo ratować, a kogo nie.
WIDEO: Wystawa "Dom zbrodni rosyjskich" w Davos Twoja przeglądarka nie wspiera odtwarzacza wideo...
bia/ PAP | Według brytyjskiego „The Independent”, brytyjscy lekarze dostają wytyczne dotyczące ratowania zarażonych koronawirusem. Jeśli zabraknie respiratorów lub łóżek na oddziałach intensywnej terapii, wówczas na pomoc nie mogą liczyć pacjenci z nowotworami czy cukrzycą.
Dziennik sugeruje, że wytyczne dotyczące ratowania chorych z koronawirusem to przyznanie się do przewidywanego w ciągu najbliższych tygodni przepełnienia szpitali. To postawi placówki przed koniecznością podejmowania decyzji, których pacjentów ratować.
Z doniesień „The Independent” wynika, że w takich przypadkach na pomoc nie będą mogli liczyć pacjenci z chorobami układu oddechowego lub chorobami serca. W tej grupie znalazły się również osoby zmagające się z nowotworami i cukrzycą. Nie wiadomo jednak, czy zostanie także wyznaczona granica wieku, powyżej której lekarze będą mogli zaniechać pomocy medycznej. Doniesienia mówią jednak o tym, że pacjent będzie mógł zostać odłączony od respiratora, aby sprzęt posłużył do ratowania osoby z większymi szansami na przeżycie.
Jak podkreśla brytyjska gazeta, sytuacja w Wielkiej Brytanii może być znacznie gorsza. Publiczna służba zdrowia dysponuje bowiem tylko 4 tysiącami respiratorów. Statystycznie daje to 6,6 sztuk w przeliczeniu na 100 tys. obywateli. Jest to o połowę mniej niż we Włoszech i tylko 20 proc. tego, co posiadają Niemcy.
W piątek Narodowy Instytut na rzecz Zdrowia i Doskonałości Opieki Zdrowotnej (NICE) zapowiedział wytyczne dotyczące postępowania z pacjentami w stanie krytycznym oraz poddawanymi dializom nerek oraz leczeniu raka. Instytucja ta podlega brytyjskiemu Ministerstwu Zdrowia. Powstać mają także podobne zalecenia dotyczące pacjentów z artretyzmem poddawanych radioterapii.
Jednak zdaniem „The Independent” instytucja może pójść jeszcze dalej. Może bowiem powstać lista chorób współistniejących. Może być także wyznaczona granica wieku, powyżej której zapadnie decyzja o zaprzestaniu terapii. Jeszcze kilka dni temu brytyjski premier Boris Johnson twierdził jednak coś innego. Mówił, że jeśli dojdzie do konieczności podejmowania takich decyzji, pozostaną one w gestii szpitali.
Z dramatyczną sytuacją w przepełnionych szpitalach zmagają się już lekarze we Włoszech i Hiszpanii.
Źródła: The Independent/niedziela.pl | 4 |
"Ekologizm formuje postawy dzieci, które mają kształtować sumienia dorosłych. Chciałoby się zatrzymać chwilę w klimacie swoistej ekologii głębokiej, ale oznacza to tkwienie w bagnie. Może więc lepiej wyjść z bagna absurdu i spojrzeć na nieprzemijające sylwetki ludzi mądrych, pięknych, w których osobę i myśli warto się wsłuchać" - powiedział ks. prof. Paweł Bortkiewicz TChr na antenie Telewizji Trwam.
"Prymas Wyszyński był człowiekiem niezwykle wrażliwym na przyrodę. Kiedy czytamy jego więzienne zapiski, odkrywamy wielką, autentyczną miłość przyrody, środowiska. Ale przede wszystkim był wielkim miłośnikiem człowieka i był autentycznie zakochany w Bogu. Wszystko miał ułożone w stosownej hierarchii, która jest znakiem mądrości, roztropności, a nie zaburzeniem myślenia" - wskazał kapłan.
Następnie wymieniał ks. profesor wielkie dzieła Prymasa Tysiąclecia.
"Wielkim dziełem prymasa Wyszyńskiego był sukces reformy soborowej w Polsce. To jemu zawdzięczamy ocalenie Kościoła w czasach zamętu posoborowego. Prymas przyczynił się do pokojowego upadku komunizmu. Był on wielkim twórcą mariologii osadzonej we wspólnocie narodowej. Wreszcie był gorącym rzecznikiem dobrej kultury materialnej" - mówił.
Jak dodawał, to jemu - w sensie dziedzictwa - zawdzięczamy św. Jana Pawła II.
bsw/radiomaryja.pl
bsw/radiomaryja.pl | „Byli to na pewno mędrcy. Nie jest istotne, czy było ich trzech i jakie mieli imiona, czy może było ich o wiele więcej. Nie jest kluczowe, czy to rzeczywiście ich relikwie spoczywają w katedrze kolońskiej. Istotne jest przesłanie, które ci mędrcy od wieków niosą przez wieki i niosą je także w naszej współczesności” - mówi ks. prof. Paweł Bortkiewicz.
W programie „Myśląc Ojczyzna” na antenie Telewizji Trwam ks. Bortkiewicz mówi o przypadającej dziś uroczystości Objawienia Pańskiego, nazywanej w Polsce potocznie świętem „Trzech Króli”. Etyk podkreśla, że nie jest ważne to, czy owi mędrcy byli królami ani to, czy rzeczywiście było ich trzech. To, co jest istotne, to przesłanie, które niosą oni od wieków.
„Człowiek jest „Homo Dei”, czyli jest istotą spragnioną Boga, jest istotą spragnioną przylgnięcia do Niego, życia z Nim i w Nim. „Niespokojne jest serce człowieka, dopóki nie spocznie w Bogu”. Wszyscy znamy te słowa św. Augustyna. Ale zauważmy, że owi mędrcy ze Wschodu musieli te słowa odkryć grubo przed św. Augustynem – uczynić je swoim własnym wyznaniem wiary, wyznaniem siły życiowej”
- podkreśla ks. Bortkiewicz.
Dodaje, że owo wyznanie prowokowało ich do podjęcia drogi z domu ojczystego do Betlejem. Dalej zaznacza:
„To, co imponuje, to ich mądrość i dociekliwość badawcza. To byli ludzie, którzy zaryzykowali swoje status quo, poszli w nieznane, pragnąc zweryfikować hipotezę, którą w pewnym momencie przyjęli pod rozwagę. To właśnie z tej odwagi poszukiwania, z tej pasji dążenia do prawdy, z tego zawiązania wspólnoty ludzi o tych samych wartościach, tak samo szukających prawdy – rodzi się pewien etos mądrości, ale i etos nauki”.
Etyk zauważa, że etos mądrości dotyczy nas wszystkich, bo wszyscy uważamy się za ludzi, którzy chcą być mądrzy i żyć oraz postępować mądrze. „To jest zupełnie naturalne” - podkreśla ks. Bortkiewicz.
Dalej jednak zaznacza:
„Kwestią natomiast otwartą i problematyczną jest to, czy rzeczywiście podejmujemy wysiłek poszukiwania prawdy. Czy też niekiedy dzisiaj zadowalamy się przyjęciem gotowej opinii – opinii publicznej, opinii większości – która próbuje nam narzucić własną koncepcję zastępującą smak odszukanej prawdy”.
bg/yt/radiomaryja.pl | 2 |
Pierwsza pomoc dla psa - jak jej udzielić i co powinno się znaleźć w psiej apteczce
Większość z nas wie, jak udzielić pierwszej pomocy innemu człowiekowi, a co w sytuacji gdy w wyniku nagłego wypadku lub choroby lub urazu ucierpi pies? Znajomość podstawowych zasad pomocy i szybka reakcja może okazać się kluczowa. Na czym zatem polega pierwsza pomoc dla psa, który ucierpiał w wyniku wypadku, doznał urazu (złamania), krwawi lub wymiotuje? Dowiedz się więcej na ten temat! | Pierwsza pomoc dla psa - jak jej udzielić i co powinno się znaleźć w psiej apteczce
Większość z nas wie, jak udzielić pierwszej pomocy innemu człowiekowi, a co w sytuacji gdy w wyniku nagłego wypadku lub choroby lub urazu ucierpi pies? Znajomość podstawowych zasad pomocy i szybka reakcja może okazać się kluczowa. Na czym zatem polega pierwsza pomoc dla psa, który ucierpiał w wyniku wypadku, doznał urazu (złamania), krwawi lub wymiotuje? Dowiedz się więcej na ten temat! | 1 |
Na niepokoje wywołane przez demonstrujących postanowił zareagować Donald Trump. Prezydent Stanów Zjednoczonych zapowiedział w mediach społecznościowych, że organizacja Antifa zostanie wpisana na listę organizacji terrorystycznych. Trump nie podał żadnych szczegółów dotyczących tej decyzji. Na Twitterze pisał o tym wcześniej już w 2019 roku, ale wtedy jego zapowiedzi nie zostały przekute w czyny. | USA. Protesty w Los Angeles po śmierci George'a Floyda
Po śmierci George'a Floyda tysiące Amerykanów protestuje przeciwko zachowaniom policji. Floyd zmarł w areszcie w Minneapolis po tym, jak został brutalnie potraktowany przez policjanta, którego wyrzucono ze służby i postawiono mu zarzut morderstwa. Policjant przez kilka minut klęczał kolanem na szyi Floyda. Ten nie mógł oddychać. | 3 |
W I kwartale 2020 r. firmy należące do Związku Firm Pośrednictwa Finansowego (ZFPF) zanotowały drugi najwyższy w historii wynik sprzedaży kredytów hipotecznych, który wyniósł 8,2 mld zł - o 28 proc. więcej niż rok temu. Oznacza to, że aż 55 proc. (wartościowo) wszystkich kredytów hipotecznych było udzielonych przy wsparciu pośredników ZFPF. Eksperci Związku pomogli również w udzieleniu kredytów gotówkowych za ponad 660 mln zł oraz kredytów firmowych o wartości blisko 614 mln zł. Ponieważ wybuch pandemii przypadł na koniec I kwartału, nie zdążyła ona mieć negatywnego wpływu na wyniki w tym okresie, chociaż w marcu dało się już zaobserwować zmiany i pierwsze tendencje spadkowe. Banki obawiając się kryzysu, zaostrzyły politykę kredytową i zwiększyły wymagania względem klientów. Mniejsza dostępność kredytów gotówkowych i firmowych stała się faktem i można przewidzieć, że w kolejnych tygodniach problem ten przybierze na sile. Branża będzie musiała również liczyć się z zauważalnym spadkiem sprzedaży kredytów mieszkaniowych.
Reklama
– Pierwszy kwartał 2020 r. to w większości jeszcze okres, który miał miejsce przed pandemią. Dzięki temu wartość kredytów hipotecznych udzielonych z pomocą ekspertów finansowych ZFPF, była bardzo wysoka. W II kwartale ta wartość będzie z pewnością niższa, za sprawą pandemii i zaostrzenia polityki kredytowej przez banki. Paradoksalnie, te zmiany mogą jeszcze bardziej zwiększyć udział pośredników w rynku, ponieważ coraz trudniej jest znaleźć bank, który jest gotów udzielić kredytu. Eksperci finansowi wiedzą natomiast, w których bankach wciąż można uzyskać kredyt hipoteczny z 10-proc. wkładem własnym. Są też w stanie podpowiedzieć, który bank udzieli finansowania osobie pracującej w określonej branży. Obecnie sektor pośrednictwa finansowego ma bardzo duży wpływ na to, czy ktoś otrzyma kredyt, czy też nie - podkreśla Adrian Jarosz, prezes Związku Firm Pośrednictwa Finansowego i prezes Expander Advisors.
Malejące pożyczanie
Pod koniec I kwartału, w związku z wybuchem pandemii COVID-19, pośrednicy finansowi musieli dostosować się do nowej rzeczywistości. Jednak z powodu wprowadzonych obostrzeń (np. przymusowej izolacji), część klientów, która była zainteresowana staraniem się o kredyt, zrezygnowała ze spotkania z ekspertem finansowym. Ten fakt oraz obserwowane od marca coraz bardziej znaczące zaostrzenie przez banki polityki kredytowej będą mieć negatywny wpływ na wyniki sprzedażowe branży w II kwartał. Według kwietniowego Newslettera BIK, który stanowi pierwsze podsumowanie wyników sprzedaży kredytów, obejmujące pełen miesiąc pandemiczny, w tym miesiącu banki i SKOK-i udzieliły mniej kredytów mieszkaniowych zarówno w ujęciu wartościowym, jak i liczbowym niż rok wcześniej. Jeżeli chodzi o liczbę kredytów, spadek ten wynosi 23 proc., a wartość udzielonych kredytów hipotecznych zmalała o 14,6 proc. Spadek jest również widoczny w przypadku bankowych kredytów konsumpcyjnych (kredyty ratalne i pożyczki gotówkowe) – w kwietniu wyniósł on aż o 62 proc. wartościowo i o 48 proc. liczbowo.
Trudno o kredyty firmowe
Łączna wartość kredytów firmowych udzielonych w I kwartale 2020 r. przez ekspertów ZFPF wyniosła blisko 614 mln zł. W porównaniu do ostatniego okresu 2019 r., to wzrost o 4 proc., ale też i spadek o 14 proc., biorąc pod uwagę analogiczny okres zeszłego roku. Wpływ na tę sytuację miało zaostrzenie przez banki warunków przydzielania kredytów dla firm, spowodowane ryzykiem pogorszenia się sytuacji gospodarczej. Część banków zaczęła z większą uwagą monitorować przedsiębiorstwa, których działalność uzależniona jest od importu z Chin. Pojedyncze banki wstrzymały udzielanie kredytów dla przedsiębiorstw, których wyniki finansowe za końcowy okres 2019 r. nie były wystarczająco zadowalające. Dotyczyło to szczególnie tych podmiotów, których działalność jest wysoce narażona w związku z pandemią lub uzyskały z tego powodu publiczne wsparcie finansowe. Jednocześnie, banki wyszły z inicjatywą czasowego zawieszenia spłat dla obecnych kredytobiorców.
– Banki już na początku roku zaostrzały kryteria przyznawania kredytów dla przedsiębiorstw. Firmy obawiały się rozpoczynać nowe projekty inwestycyjne. Oczywiście, nikt się nie spodziewał aż tak nagłego załamania gospodarczego, z jakim mieliśmy do czynienia od momentu rozpoczęcia pandemii. Jednak zaostrzenie kryteriów i obawy przedsiębiorców ograniczały akcję kredytową w tym segmencie, w całym I kwartale. Niestety, w II kwartale te tendencje jeszcze bardziej przybiorą na sile, co przełoży się na znaczący spadek sprzedaży kredytów dla przedsiębiorców - przewiduje Adrian Jarosz. | W kwietniu sprzedaż obligacji detalicznych wyniosła 5,4 mld zł, ponaddwukrotnie więcej niż w rekordowym dotąd pod tym względem w styczniu. Inwestorzy rzucili się na papiery skarbowe po tym, jak Ministerstwo Finansów poinformowało o obniżce ich oprocentowania począwszy od maja.
Reklama
MF zareagowało na cięcie stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej. W marcu i kwietniu stopa referencyjna NBP została obniżona o 1 pkt proc., do 0,5 proc. W maju doszło do kolejnej jej obniżki, tym razem o 0,4 pkt proc., do 0,1 proc.
Majowa obniżka stóp procentowych – o ile MF nie zmieni ponownie oferty papierów oszczędnościowych – może sprawić, że popyt na obligacje oszczędnościowe wkrótce się odbuduje. Ich oprocentowanie może stać się relatywnie atrakcyjne szczególnie jeśli – jak przewiduje większość ekonomistów – w najbliższych miesiącach wyraźnie wyhamuje inflacja (w maju wyniosła 2,9 proc. rocznie). Ze słabego majowego wyniku sprzedaży obligacji trudno wyciągać jednoznaczne wnioski także dlatego, że część inwestorów mogła przesunąć planowane na koniec kwietnia zakupy planowane na kolejne miesiące.
Struktura sprzedaży obligacji oszczędnościowych w maju sugeruje też, że część inwestorów spodziewa się szybkiego wzrostu ich oprocentowania. Największą popularnością cieszyły się bowiem papiery trzymiesięczne, oprocentowane na zaledwie 0,5 proc. w skali roku. Ich udział w całkowitej sprzedaży wyniósł 37,4 proc., najwięcej od marca ub.r. Zauważalnie, do 18,1 proc. z 15 proc. średnio w pierwszych czterech miesiącach roku, wzrósł udział dwulatek.
W poprzednich miesiącach, od lipca ub.r., największe wzięcie miały obligacje czteroletnie, które mają zmienne oprocentowanie powiązane z inflacją. W maju ich udział w strukturze sprzedaży zmalał do 33,7 proc., z 48,8 proc. średnio w pierwszych czterech miesiącach br.
Reklama
W całym 2019 r. inwestorzy indywidualni kupili obligacje oszczędnościowe za 17,3 mld zł (łącznie z transakcjami zamiany), po 12,7 mld zł w 2018 r. To wynik bez precedensu. W pierwszych pięciu miesiącach br. sprzedaż obligacji detalicznych wyniosła 13,5 mld zł. To oznacza, że nawet jeśli w kolejnych miesiącach sprzedaż utrzyma się na majowym poziomie, w całym 2020 r. będzie rekordowa. | 3 |
W czwartek byliśmy świadkami rzadkiego wydarzenia. Sejm przyjął uchwałę ws. działań polityków rosyjskich przez aklamację. Niemal wszyscy posłowie wstali z miejsc, oklaskując decyzję. „Niemal”, ponieważ wyłamał się Janusz Korwin-Mikke. Poseł Konfederacji nie wstał i nie oklaskiwał uchwały. W odpowiedzi na medialną burzę, polityk zamieścił w sieci wpis, w którym wyjaśnił swoje zachowanie.
Polscy parlamentarzyści przyjęli przez aklamację uchwałę przeciw manipulacji i zakłamywaniu historii przez polityków Federacji Rosyjskiej. To odpowiedź na skandaliczne wypowiedzi Władimira Putina i innych polityków rosyjskich, którzy wybielali działania Związku Radzieckiego w II wojnie światowej, a z drugiej strony obarczali winą za jej wybuch m.in. Polskę.
W momencie przyjmowania uchwały prawie wszyscy posłowie wstali z miejsc, symbolicznie wyrażając poparcie dla aktu. Wyłamała się jedna osoba – Janusz Korwin-Mikke. Wkrótce sieć obiegło zdjęcie Krzysztofa Gawkowskiego, na którym widać siedzącego posła Konfederacji otoczonego stojącymi parlamentarzystami.
Czytaj także: Korwin-Mikke o pomyśle PiS: \"To mnie przeraża\
Sejm przyjął uchwałę ws. manipulacji Rosji przez aklamację. Zachowanie posła Konfederacji podzieliło internautów
„Prawie cały Sejm przez aklamację przyjął uchwałę sprzeciwiającą się manipulowaniem historii przez Federację Rosyjską! Prawie, bo jeden poseł @korwin_mikke, miał to gdzieś!” – napisał polityk Lewicy. Komentarzy krytykujących polityka było jednak więcej. Część przeciwników Korwin-Mikkego zarzuca mu, że swoją postawą potwierdził prorosyjskość. „Wszyscy stanęli na wysokości zadania. Tylko Korwin usiadł” – napisał Marcin Makowski z „Do Rzeczy”.
Czytaj także: Dziennikarka \"Wyborczej\" zapytała Korwin-Mikkego o równouprawnienie. Rozbrajająca odpowiedź [WIDEO]
Z drugiej strony wielu internautów stanęło w obronie polityka. Ich zdaniem uchwała nie ma realnego wpływu na działania Rosji, a cały zabieg jest daremną „pokazówką”. Poza tym Sejm przyjął uchwałę, a zachowanie posła Konfederacji było jedynie symboliczne.
Korwin-Mikke komentuje swoje zachowanie w Sejmie: Nie biorę udziału w hucpach
W związku z zamieszaniem w mediach społecznościowych głos zabrał Janusz Korwin-Mikke. Polityk zamieścił w sieci wpis, w którym wyjaśnia, dlaczego nie wstał podczas przyjmowania uchwały. – Dziś Sejm demokratycznie podjął uchwałę w sprawie tego, co jest, a co nie jest prawdą.
W tym kontekście polityk przypomina wypowiedź bł. ks. Jerzego Popiełuszki: „Prawda jest niezmienna. Prawdy nie da się zniszczyć taką czy inną decyzją, taką czy inną ustawą”. Zdaniem posła Konfederacji podobnie wygląda to, w zestawieniu z uchwałą – akt prawny nie ma możliwości potwierdzania prawdy.
– Ponadto nie biorę udziału w hucpach, niepoważnym jest, by polski parlament zajmował się głupotami, a taką są wypowiedzi rosyjskich polityków z JE Włodzimierzem Putinem na czele – podkreślił Korwin-Mikke. W opinii polityka, Polacy mają obsesję na punkcie nieistotnych wydarzeń z dyplomatycznego punktu widzenia. – Jeśli głupotę traktuje się poważnie, to ona rośnie w siłę – zauważył.
Właśnie w kategoriach „głupoty” Korwin-Mikke odbiera słowa prezydenta Rosji. – Putin sam się ośmieszył. (…) To niepoważne, żeby prezydent czy Sejm się tym zajmował, to była wypowiedź nieoficjalna, Putin nie mówił tego jako prezydent, tymi słowami powinni zajmować się publicyści – dodał.
Źródło: sejm.gov.pl, Facebook, Twitter | W czwartek Sejm przyjął uchwałę będącą odpowiedzią Sejmu na prowokacyjne wypowiedzi prezydenta Rosji Władimira Putina. Jeden tylko poseł wyłamał się, nie wstał i nie oklaskiwał uchwały - to Janusz Korwin-Mikke z Konfederacji.
O zachowaniu Janusza Korwin-Mikkego poinformował na Twitterze szef klubu Lewicy Krzysztof Gawkowski.
Poseł Konfederacji tłumaczył swoje zachowanie we wpisie na Facebooku.
"Nigdy nie ukrywałem, że pogardzam d***kracją i mam w nosie stadne zachowanie. D***kracja to rządy głupoty - a, niestety, Polacy starają się być bardzo d***kratyczni" - napisał Janusz Korwin-Mikke.
Reklama
Polityk przyznaje, że "w tym przypadku JE Włodzimierz Putin powiedział o Polsce kupę głupstw".
"Wydrwiłem to oczywiście - jako publicysta. Ba: nawet odgadłem chyba, co powodowało, że prezydent Federacji Rosyjskiej popełnił te głupoty (i napisałem to: III RP zrobiła Mu drobne świństwo - ale zabolało; uuuch, jak zabolało!). Były to jednak wypowiedzi z konferencyj prasowych p.Putina, a nie jakieś oficjalne oświadczenia - więc polskiemu prezydentowi i premierowi NIE WOLNO było w tej sprawie zabierac oficjalnie głosu. To jest do wyśmiania - a nie do poważnego potraktowana. Poważne potraktowanie bzdury powoduje, że zaczyna ona być traktowana powaznie. Poważna polemika z głupstwem dodaje głupstwu powagi. Proszę zauważyć: JE Włodzimierz Putin nie jest w Europie i USA lubiany. Zatem to, co On mówi, jest traktowane z nieufnością: nikt Mu nie wierzy. Jednak rząd polski też nie jest lubiany - więc jego protesty szkodzą sprawie. I nasi durni politycy wpadli w tę pułapkę" napisał Janusz Korwin-Mikke.
Jego zdaniem Sejm "nie powinien zajmować się głupotami prezydenta Rosji". | 4 |
Ponad 100 osób z branży turystycznej protestowało na granicy polsko-niemieckiej w Świnoujściu. Domagali się jak najszybszego otwarcia granic. - Potrzebujemy turystów, żeby mieć pracę i móc zarabiać pieniądze. Jesteśmy już na skraju przepaści - mówią protestujący.
"Szlabany w górę, chcemy pracować", "Ratujmy turystykę”, "Chcemy pracy" - między innymi z takimi hasłami wyszli na ulicę przedstawiciele branży turystycznej. Manifestacja zaczęła się około godziny 11 na dawnym przejściu granicznym Świnoujście-Ahlbeck. Wzięło w niej udział ponad 100 osób.
- Chcemy, żeby jak najszybciej otworzono granice, ponieważ potrzebujemy turystów, żeby mieć pracę i móc zarabiać pieniądze. Jesteśmy już na skraju przepaści - mówił jeden z protestujących.
Branża turystyczna żąda otwarcia granic TVN24
Od poniedziałku możliwe jest wznowienie działalności hotelarskiej. Jednak właściciele, którzy prowadzą pensjonaty i hotele przy granicy, mówią, że 90 procent ich klientów to obcokrajowcy m.in. z Niemiec czy Skandynawii.
Dlatego apelują do premiera Mateusza Morawieckiego o zmianę przepisów oraz otwarcie granic dla międzynarodowego ruchu turystycznego. Jak przekonują organizatorzy protestu, otwarcie granic jest kluczowe, aby mogli wrócić do prowadzenia swojej działalności.
Hotele otwarte, ale trzeba przestrzegać procedur
Zgodnie z decyzją rządu od 4 maja Polska weszła w drugi etap luzowania obostrzeń związanych z epidemią COVID-19. Zmiany dotyczą właśnie m.in. hoteli i innych obiektów turystycznych.
Żeby uruchomić obiekt, trzeba spełnić szereg wytycznych związanych z bezpieczeństwem obsługi i pracowników hotelu, a także obostrzeń związanych z bezpieczeństwem gości. Należy np. pamiętać o umieszczeniu środków ochrony indywidualnej (rękawiczek czy płynów dezynfekcyjnych) oraz o zakazie użytkowania pomieszczeń wspólnych.
Powstały też szczegółowe wytyczne związane z częstotliwością sprzątania pokoi oraz procedury, których należy przestrzegać w przypadku stwierdzenia zakażenia u gościa.
Autor:MAK/ks
Źródło: TVN24/PAP | Janusz Żmurkiewicz, prezydent Świnoujścia, skierował do ministra spraw wewnętrznych i administracji pismo z prośbą o pilne podjęcie decyzji w sprawie Polaków pracujących w Niemczech. Ci nie przechodzą bowiem kwarantanny, jak wszyscy inni i mogą stać się źródłem nowych zakażeń koronawirusem.
- W takiej właśnie sytuacji jest Świnoujście i kilkuset naszych mieszkańców. Pracują w hotelach, restauracjach, ośrodkach pomocy dla ludzi starszych w Ahlbecku, Heringsdorfie oraz innych miejscowościach sąsiadujących ze Świnoujściem. Wszyscy oni codziennie rano wyjeżdżają ze Świnoujścia do pracy w Niemczech, a po południu lub wieczorem wracają do swoich domów, rodzin. Aktualnie nie mają żadnych ograniczeń w przekraczaniu granicy, nie przechodzą kwarantanny po powrocie do Świnoujścia - podaje J. Żmurkiewicz.
Gospodarz kurortu przekonuje, że ludzie, którzy jeżdżą do Niemiec, są przerażeni. Jak sami mówili, obawiają się że mogą być źródłem przeniesienia koronawirusa do Świnoujścia. Są gotowi do pozostania w domach. Jednak pracodawcy wymagają od nich obecności w pracy.
- Jedynie decyzja premiera o zakazie przekraczania przez nich granicy umożliwi rozwiązanie tej groźnej sytuacji. Bez niej kilkaset osób będzie nadal zmuszanych do codziennego przekraczania polsko-niemieckiej granicy. Narażania siebie, swoich najbliższych, świnoujścian, Polaków - czytamy w piśmie.
Dodajmy, że w Niemczech nie wprowadzono takich zakazów jak w Polsce. Otwarte są restauracje, kawiarnie, a promenady pełne spacerujących turystów…
Tekst i fot. BaT | 2 |
Chodzi o jedną z uczestniczek spotkania z przedstawicielami Lasów Państwowych, które miało miejsce kilka dni temu w Kancelarii Prezydenta. W spotkaniu uczestniczyło 9 pracowników Kancelarii.
twitter
Pracownicy KPRP zostali przebadani. U jednej z osób test wyszedł pozytywnie, u pozostałych negatywnie, a dyrektor generalny Lasów Państwowych Andrzej Konieczny i jego współpracownik zostali objęci kwarantanną.
Test u pracownicy z wynikiem pozytywnym powtórzono. Wyniki mamy poznać w środę. – W przypadku jednego z urzędników test ma być powtórzony. Pracownicy, którzy uczestniczyli w tamtym spotkaniu, a u których wyszedł wynik negatywny, zadeklarowali chęć powrotu do pracy. Poza jedną osobą, której wynik musi być powtórzony, a która nie miała kontaktu z nikim z Pałacu. Nie ma żadnego zagrożenia dla prezydenta Polski, ani prezydenckich ministrów. Zapewniam, że wszystko jest w porządku, tylko jeden test trzeba powtórzyć – mówi WP szef biura prasowego Kancelarii Marcin Kędryna.
Według informacji WP, prezydent Andrzej Duda przechodził również badania na obecność koronawirusa. Test wypadł negatywnie, prezydent jest zdrowy. Badanie miało również przeprowadzić kilku prezydenckich ministrów. Żaden z nich nie jest zakażony.
Czytaj też:
Biedronka wprowadza duże zmiany. Nowe godziny otwarciaCzytaj też:
Pacjent "zero" wyleczony z koronawirusa | Urzędniczka nie pojawiła się w poniedziałek i wtorek w pracy. Chodzi o jedną z uczestniczek spotkania z przedstawicielami Lasów Państwowych, które miało miejsce kilka dni temu w Kancelarii Prezydenta. Ze strony Kancelarii w spotkaniu uczestniczyło 9 osób - dyrektorzy i pracownicy. Po spotkaniu okazało się, że dyrektor generalny Lasów Państwowych Andrzej Konieczny musi udać się na kwarantannę, a jego współpracownik jest zakażony koronawirusem. | 4 |
Opolska Lista Polskiej Piosenki to, oczywiście zgodnie z nazwą, zbiór polskich piosenek - przy czym warto zwrócić uwagę na to, że nie ma tu słowa 'przeboje'. To który utwór stanie się przebojem zależeć będzie od słuchaczy, czyli od Was! Wybór będzie reprezentatywny dla wszystkich dekad, a jedyny warunek to polski tekst i oryginalna, piękna melodia. Na pełne wydanie Opolskiej Listy Polskiej Piosenki zapraszamy w niedziele i święta od 14:05 do 17:00 na antenie… | Opolska Lista Polskiej Piosenki to, oczywiście zgodnie z nazwą, zbiór polskich piosenek - przy czym warto zwrócić uwagę na to, że nie ma tu słowa 'przeboje'. To który utwór stanie się przebojem zależeć będzie od słuchaczy, czyli od Was! Wybór będzie reprezentatywny dla wszystkich dekad, a jedyny warunek to polski tekst i oryginalna, piękna melodia. Na pełne wydanie Opolskiej Listy Polskiej Piosenki zapraszamy w niedziele i święta od 14:05 do 17:00 na antenie… | 2 |
Mimo trwającej pandemii, agendy ONZ nie ustają w propagowaniu aborcji. Ochrona „praw reprodukcyjnych i seksualnych” ma być, zdaniem WHO i Funduszu Ludnościowego Narodów Zjednoczonych, kluczowa dla walki ze skutkami rozprzestrzeniania się koronawirusa. Podobne stwierdzenia znalazły się w planie przeciwdziałania kryzysowi humanitarnemu podpisanym przez Sekretarza Generalnego ONZ. Międzynarodowe gremia wykorzystują obecną sytuację głównie do promowania aborcji farmakologicznej. Wpisuje się to w narrację obecną we wcześniejszych aktach ONZ, w których m.in. uznano niektóre substancje poronne za „leki podstawowe”. Instytut Ordo Iuris przygotował analizę na ten temat.
W ramach walki ze skutkami pandemii koronawirusa, Organizacja Narodów Zjednoczonych zajmuje się w ostatnich tygodniach również realizowaniem ideologicznych postulatów. Jest to widoczne w licznych dokumentach WHO i UNFPA – agend ONZ do spraw zdrowia i kwestii ludnościowych. Oprócz niebudzących wątpliwości zaleceń dotyczących m.in. wzmocnienia służby zdrowia, znajdują się w nich liczne odniesienia do „praw reprodukcyjnych i seksualnych”, do których zaliczana jest aborcja. Zdaniem ich autorów, umożliwianie aborcji w jak najszerszym zakresie podczas pandemii, ma taką samą wagę jak np. ochrona kobiet w ciąży.
Co więcej, agendy i działające w ich ramach jednostki wyspecjalizowane (np. HRP – Human Reproduction Programme) postulują, by w czasie pandemii jak najszerzej promować aborcję farmakologiczną. Jak przekonuje przedstawicielka WHO dr Antonella Lavalanet, aborcja farmakologiczna, nawet bez kontroli lekarskiej, powinna być przedstawiana kobietom jako najlepsze rozwiązanie, szczególnie tam, gdzie dostęp do aborcji jest z różnych przyczyn ograniczany. Pomysł propagowania aborcji farmakologicznej – nawet do 24 tygodnia ciąży – nie jest niczym nowym dla WHO. Latem zeszłego roku, agenda ta wydała dokument, który wprost wskazuję tę metodę jako najbardziej pożądaną jej formę. Ponadto, uznaje ona aborcję farmakologiczną za formę samoopieki. W niemal tym samym czasie, WHO wpisała na listę „leków podstawowych” dwie substancje poronne.
Podobne tezy znajdują się w Global Humanitarian Response Plan COVID 19 – strategii podpisanej przez Sekretarza Generalnego ONZ Antonio Guterresa. Wskazuje on, m. in., na konieczność zapewnienia wszystkim osobom dotkniętym przez kryzys humanitarny Minimalnego Początkowego Pakietu Usług z zakresu „zdrowia reprodukcyjnego i seksualnego. Według stworzonego w 2018 r. technicznym dokumentu wydanego pod auspicjami ONZ, pt. The Inter-Agency Field Manual on Reproductive Health in Humanitarian Settings, do którego nawiązuje strategia, do pakietu tych usług wchodzić ma również aborcja.
„Mając na uwadze wydawane przez WHO i UNFPA dokumenty i zalecenia, trudno oprzeć się wrażeniu, że kryzys wywołany pandemią COVID-19 stanowi pretekst do jeszcze większego zintensyfikowania działań tych gremiów mających na celu narzucenie państwom rozwiązań godzących w fundamentalne prawa człowieka. Propagowanie aborcji farmakologicznej skutkuje podważeniem obowiązującego prawa w państwach, które jej co do zasady zakazują, takich jak Polska. Proceder ten jest bowiem o wiele trudniej ścigać, co wykorzystują intensywnie proaborcyjne organizacje” – podkreśla Karolina Pawłowska, Dyrektor Centrum Prawa Międzynarodowego Ordo Iuris.
Ordo Iuris | Mimo trwającej pandemii agendy ONZ agresywnie propagują aborcję i dają instrukcje, jak obejść obowiązujące w wielu krajach przepisy antyaborcyjne. Za kluczowe uznane zostało przez nie wpisanie aborcji do humanitarnego pakietu walki z koronawirusem. Postawiono ją w czasie kryzysu na tym samym poziomie co zapewnienie bezpieczeństwa żywnościowego, podstawowej opieki medycznej, schronienia i odpowiednich warunków sanitarnych – zwraca uwagę Karolina Pawłowska, Dyrektor Centrum Prawa Międzynarodowego Ordo Iuris.
Ochrona „praw reprodukcyjnych i seksualnych”, bo takie sformułowanie występuje w dokumentach Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) i Funduszu Ludnościowego Narodów Zjednoczonych (UNFPA), jest według tych agend kluczowa dla walki ze skutkami rozprzestrzeniania się koronawirusa.
Wesprzyj nas już teraz! 50 zł 70 zł 100 zł Wspieram
Podobne stwierdzenia znalazły się w planie przeciwdziałania kryzysowi humanitarnemu podpisanym przez sekretarza generalnego ONZ. Za słowami idą też ogromne środki finansowe. Globalny oenzetowski plan pomocy humanitarnej w walce z pandemią, którego budżet to ponad 2 mld dolarów, przekazał UNFPA 120 mln dolarów na to, by utrzymać w krajowych systemach opieki zdrowotnej ciągły dostęp do usług zdrowia seksualnego i reprodukcyjnego.
W obecnym czasie zagrożenia wirusem oenzetowskie agendy stawiają przede wszystkim na promowanie aborcji farmakologicznej, a niektóre środki poronne uznają za podstawowe leki.
Podkreśla się przy tym, że umożliwianie aborcji w jak najszerszym zakresie podczas pandemii, ma taką samą wagę jak np. ochrona kobiet w ciąży czy po porodzie. Idąc tym trybem myślenia ograniczenia dotyczące tabletek poronnych znacząco złagodziły w czasie pandemii m.in. Wielka Brytania i Francja. Pozwolono na dokonywanie aborcji we własnym domu za pomocą silnych środków farmakologicznych, bez konieczności wizyty w szpitalu czy klinice aborcyjnej. W swych dokumentach WHO wręcz zaleca aborcję w domu bez nadzoru medycznego jako najlepsze rozwiązanie, szczególnie tam, gdzie dostęp do niej jest z różnych przyczyn ograniczony. Uznaje zarazem aborcję farmakologiczną ta formę samoopieki.
Ujawniono zarazem, że Fundusz Ludnościowy Narodów Zjednoczonych sponsoruje „minimalny pakiet usług początkowych”, który jest stworzony przez ONZ, jako instrument w odpowiedzi na „potrzeby zdrowia reprodukcyjnego na początku każdego kryzysu”. Specjalny zestaw pudełkowy ma być wysyłany do wszystkich krajów dotkniętych jakimkolwiek kryzysem humanitarnym. Zawiera on cały zestaw narzędzi potrzebnych do przeprowadzenia aborcji oraz zakłada wysłanie przeszkolonych w tej dziedzinie specjalistów.
„Mając na uwadze wydawane przez WHO i UNFPA dokumenty i zalecenia, trudno oprzeć się wrażeniu, że kryzys wywołany pandemią COVID-19 stanowi pretekst do jeszcze większego zintensyfikowania działań tych gremiów mających na celu narzucenie państwom rozwiązań godzących w fundamentalne prawa człowieka” – podkreśla Karolina Pawłowska, Dyrektor Centrum Prawa Międzynarodowego Ordo Iuris. Przypomina, że „propagowanie aborcji farmakologicznej skutkuje podważeniem obowiązującego prawa w państwach, które jej co do zasady zakazują, takich jak Polska. Proceder ten jest bowiem o wiele trudniej ścigać, co wykorzystują intensywnie proaborcyjne organizacje”.
Źródło: KAI
Pach | 4 |
Na chwilę obecną w kraju jest 1135 osób zarażonych koronawirusem, który powoduje chorobę Covid-19. Od wczoraj liczba zarażonych wzrosła o 49 osób.
Z powodu wirusa w szpitalu przebywa obecnie 35 osób, a 11 jest na oddziale intensywnej terapii. Kwarantannie jest poddanych 8879 osób, a 6214 przebywa w izolatkach. W Islandii wykonano łącznie 17 904 testy na obecność wirusa SARS-CoV-2.
Jak co dzień o godzinie 14:00 odbyła się konferencja prasowa poświęcona koronawirusowi i obecnej sytuacji na Islandii. Najświeższe informacje podczas tych spotkań przekazali szef policji z wydziału obrony cywilnej, Víðir Reynisson, dyrektor służby zdrowia, Alma D. Möller, oraz główny epidemiolog, Þórólfur Guðnason. W spotkaniu brał udział ordynator szpitala Landspitalin, Páll Matthíasson, a gościem specjalnym była Hulda Hjartardóttir, ordynator oddziału ginekologiczno-położniczego.
Główny epidemiolog wraz z Dyrektor Służby Zdrowia ostrzegają, że podjęte zostaną dodatkowe kroki, aby w najbliższych tygodniach powstrzymać rozprzestrzenianie się epidemii w kraju.
Obowiązywanie obecnych zakazów prawdopodobnie zostanie przedłużone, ale oczekuje się, że więcej informacji na ten temat zostanie podanych w ten weekend.
Zakaz organizowania spotkań powyżej 20 osób obowiązuje do 13 kwietnia, ale epidemiolog Þórólfur Guðnason powiedział, że istnieje duże prawdopodobieństwo przedłużenia obowiązywania zakazu, aby ograniczyć ewentualne dalsze rozprzestrzenianie się wirusa. Udało się doprowadzić do spowolnienia epidemii, ale niewiele trzeba, aby ponownie wywołać wzrost liczby zarażeń, co może doprowadzić do jeszcze większego napięcia w szpitalach i służbie zdrowia, niż obserwujemy to obecnie.
„To jest test wytrwałości i wytrzymałości dla wszystkich. Chcę, aby ludzie pamiętali, że to może potrwać dłużej” – powiedział Þórólfur podczas dzisiejszego spotkania. Zaznaczył także, że epidemia w kraju może obecnie znajdować się w „połowie drogi do szczytu zachorowań”, choć trudno jest określić termin, kiedy ten szczyt przypadnie.
„Musimy być cierpliwi i wytrwali, aby móc sobie z tym poradzić” – dodał, nie kryjąc zmartwienia tym, że ludzie mogą czuć się zmęczeni sytuacją, co z kolei może doprowadzić do wzrostu liczby zakażeń.
Słowa epidemiologa poparła Alma D. Möller, dodając, że pracownicy służby zdrowia pracują obecnie pod bardzo dużą presją. Dlatego też zwróciła się do wszystkich, aby dbali o siebie nawzajem, nie powodując dodatkowych stresów, ponieważ czekają ich trudne tygodnie.
Ordynator szpitala Landspítali, Páll Matthíasson, ostrzegł ludzi, aby pozostawali w domach i nie wyjeżdżali nigdzie na Wielkanoc, gdyż mogłoby to spowodować dodatkowe obciążenie systemu opieki zdrowotnej.
Dodał także, że szczególnie w tym okresie ludzie muszą być odpowiedzialni, cierpliwi i wytrwali, powinni pozostawać w bezpiecznym miejscu, bez narażania siebie oraz innych. | Liczba potwierdzonych zakażeń koronawirusem w Islandii, wynosi na dzień dzisiejszy 1616. W ciągu doby liczba zachorowań wzrosła o 30 osób.
Ponadto, z powodu Covid-19, w szpitalu przebywa obecnie 39 osób, a trzynaście leży na intensywnej terapii. W sumie, 633 osoby wyzdrowiały. 4 195 osób nadal przebywa na kwarantannie, a 977 w izolacji. 13 898 ukończyło kwarantannę. Na chwilę obecną pobrano łącznie 30 947 próbek. Z powodu zakażenia koronawirusem, w kraju zmarło sześć osób.
Każdego dnia, o godzinie 14:00, prowadzona jest konferencja prasowa poświęcona Covid-19 na Islandii. Udział w niej biorą m.in. szef policji z wydziału obrony cywilnej Víðir Reynisson, główny epidemiolog Þórólfur Guðnason i lekarz krajowy Alma D. Möller, którzy dokonują przeglądu sytuacji w kraju.
Podczas dzisiejszego spotkania obecne były Sigríður Gunnarsdóttir dyrektorka ds. pielęgniarstwa w Landspitalin i Þórunn Sveinbjörnsdóttir, przewodnicząca Krajowego Stowarzyszenia Seniorów.
Mieszkańcy proszeni o pozostanie w domach
W czasie zbliżających się świąt wielkanocnych, wszystkim mieszkańcom kraju zaleca się pozostanie w domach. Głównym powodem jest oczywiście rozprzestrzeniający się wirus, ale chodzi też o zachowanie ogólnego bezpieczeństwa, mówił Víðir Reynisson.
Víðir Reynisson Vísir/Vilhelm
Szpitale i ośrodki zdrowia są poważnie obciążone z powodu walki z Covid-19, dlatego wszyscy są proszeni o ograniczenie podróżowania i pozostanie w domach. W czasie podróży istnieje większe prawdopodobieństwo wystąpienia wypadków.
Mieszkańcy powinni przygotować się do świąt z wyprzedzeniem i rozważyć wcześniejsze zrobienie zakupów. Pamiętajmy o zachowaniu podstawowych środków bezpieczeństwa i utrzymujmy 2 metrową odległość pomiędzy osobami. | 4 |
Dane obejmują okres 24 godzin od 2:30 czasu polskiego w nocy z czwartku na piątek. W poprzednim dobowym bilansie odnotowano w Stanach Zjednoczonych 1783 zgony. Łącznie w Stanach Zjednoczonych na koronawirusa zmarło 18586 osób. To o niecałe trzysta zgonów mniej niż we Włoszech.
Wykryto też łącznie ponad pół miliona przypadków zakażenia wirusem SARS-CoV-2. Jest to największa liczba wykrytych przypadków na świecie, co – zdaniem ekspertów – wynika m.in. z dużej liczby przeprowadzonych testów na koronawirusa.
Gdzie epidemia uderzyła najmocniej?
W siedmiu amerykańskich stanach liczba zmarłych przekroczyła już 500 osób. To Nowy Jork (7884), New Jersey (1932), Michigan (1276), Luizjana (755), Massachusetts (599), Illinois (597) oraz Kalifornia (583).
Długo obawiano się, że Kalifornia będzie jednym ze stanów najbardziej dotkniętych epidemią. Dane z ostatnich dni pokazują jednak, że w tym stanie na Zachodnim Wybrzeżu z dużą liczbą ludności udało się ograniczyć rozprzestrzenianie się wirusa. Władze nie zamierzają jednak znosić restrykcji – hrabstwo Los Angeles ogłosiło w piątek, że nakaz pozostania w domach będzie obowiązywać co najmniej do 15 maja.
Gorzej przedstawia się sytuacja na Wschodnim Wybrzeżu. Oprócz mocno dotkniętych pandemią Nowego Jorku i New Jersey, znaczny wzrost zgonów zanotowano w ostatnich dniach w Massachusetts oraz w Pensylwanii.
Tragiczna sytuacja w stanie Nowy Jork
W Nowym Jorku wiele zgonów z powodu Covid-19 nie jest prawdopodobnie ujętych w oficjalnych statystykach - napisał w piątek dziennik "The New York Times". Według epidemiologów i personelu medycznego rzeczywista liczba ofiar śmiertelnych w tym mieście jest znacznie wyższa.
Dziennik powołuje się na dane straży pożarnej wskazujące, że w pierwszych pięciu dniach kwietnia w domach i na ulicach zmarło 1125 osób. W tym samym okresie minionego roku zgonów było ponad ośmiokrotnie mniej. Gazeta wyprowadza z tego wniosek, że nie wszystkie ofiary Covid-19 trafiają do statystyk.
Koronawirus jest szczególnie niebezpieczny dla osób mieszkających w domach spokojnej starości. Dziennik "Wall Street Journal" poinformował w piątek, że Covid-19 wykryto w ponad 2100 placówkach tego typu w USA. Łącznie zmarło w nich ponad 2,3 tys. osób.
Czytaj też:
USA: 777 zgonów z powodu koronawirusa w stanie Nowy Jork w ciągu ostatniej doby | 2108 osób zmarło w USA na Covid-19 w ciągu ostatnich 24 godzin – wynika z danych Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa w Baltimore. To pierwszy przypadek, gdy dobowa liczba ofiar śmiertelnych koronawirusa w jednym kraju przekroczyła 2 tys. Liczba zakażonych wzrosła do ponad pół miliona.
CZYTAJ WIĘCEJ W RAPORCIE
Dane obejmują okres 24 godzin od 2:30 czasu polskiego w nocy z czwartku na piątek. W poprzednim dobowym bilansie odnotowano w Stanach Zjednoczonych 1783 zgony.
Łącznie w Stanach Zjednoczonych na koronawirusa zmarło 18586 osób. To o niecałe trzysta zgonów mniej niż we Włoszech.
Wykryto też łącznie ponad pół miliona przypadków zakażenia wirusem SARS-CoV-2. Jest to największa liczba wykrytych przypadków na świecie, co – zdaniem ekspertów – wynika m. in. z dużej liczby przeprowadzonych testów na koronawirusa.
W siedmiu amerykańskich stanach liczba zmarłych przekroczyła już 500 osób. To Nowy Jork (7884), New Jersey (1932), Michigan (1276), Luizjana (755), Massachusetts (599), Illinois (597) oraz Kalifornia (583).
Długo obawiano się, że Kalifornia będzie jednym ze stanów najbardziej dotkniętych epidemią. Dane z ostatnich dni pokazują jednak, że w tym stanie na Zachodnim Wybrzeżu z dużą liczbą ludności udało się ograniczyć rozprzestrzenianie się wirusa. Władze nie zamierzają jednak znosić restrykcji – hrabstwo Los Angeles ogłosiło w piątek, że nakaz pozostania w domach będzie obowiązywać co najmniej do 15 maja.
Gorzej przedstawia się sytuacja na Wschodnim Wybrzeżu. Oprócz mocno dotkniętych pandemią Nowego Jorku i New Jersey, znaczny wzrost zgonów zanotowano w ostatnich dniach w Massachusetts oraz w Pensylwanii.
W Nowym Jorku wiele zgonów z powodu Covid-19 nie jest prawdopodobnie ujętych w oficjalnych statystykach – napisał w piątek dziennik "The New York Times". Według epidemiologów i personelu medycznego rzeczywista liczba ofiar śmiertelnych w tym mieście jest znacznie wyższa.
Dziennik powołuje się na dane straży pożarnej wskazujące, że w pierwszych pięciu dniach kwietnia w domach i na ulicach zmarło 1125 osób. W tym samym okresie minionego roku zgonów było ponad ośmiokrotnie mniej. Gazeta wyprowadza z tego wniosek, że nie wszystkie ofiary Covid–19 trafiają do statystyk.
Koronawirus jest szczególnie niebezpieczny dla osób mieszkających w domach spokojnej starości. Dziennik „Wall Street Journal” poinformował w piątek, że Covid-19 wykryto w ponad 2100 placówkach tego typu w USA. Łącznie zmarło w nich ponad 2,3 tys. osób.
Amerykanie w większości są świadomi zagrożenia. Sondaż dla telewizji ABC podaje, że 55 proc. mieszkańców USA wychodząc z domu nosi maseczki ochronne, lub w inny sposób zakrywa twarz.
Przedstawiciele administracji twierdzą, że w ciągu miesiąca dojdzie do stopniowego uruchamiania gospodarki. Chcę uruchomić gospodarkę tak szybko jak to możliwe – powiedział w piątek prezydent USA Donald Trump. Zgodnie z jego zapowiedzią działania administracji w tym zakresie mają być koordynowane ze specjalnym zespołem złożonym m.in. z przedsiębiorców i lekarzy.
Część ekspertów medycznych ostrzega, że zbyt szybkie otwarcie gospodarki może doprowadzić do nagłego wzrostu infekcji i zgonów. Wskazują przy tym na konieczność stworzenia powszechnego systemu testowania, co pozwoli na sprawniejszą identyfikację i izolację zarażonych.
Naczelny lekarz USA Jerome Adams stwierdził, że większa część amerykańskiej gospodarki nie będzie gotowa do otwarcia się na początku maja, ale w niektórych miejscach będzie to możliwe. – Będziemy otwierać kraj miejsce po miejscu, krok po kroku, bazując na danych – tłumaczył w piątek.
Z kolei dyrektor amerykańskiego Narodowego Instytutu Alergii i Chorób Zakaźnych Anthony Fauci przewiduje, że listopadowe wybory prezydenckie odbędą się w warunkach „znacznego poziomu normalności”.. Demokraci wzywają władze stanowe, by przeprowadzały lub ułatwiały głosowania korespondencyjne. Trump jest przeciwny temu, by głosowanie korespondencyjne stosować w skali ogólnokrajowej | 4 |
W związku z kryzysem gospodarczym wywołanym pandemią koronawirusa do ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych (dalej: ustawa o PDOP) oraz ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych (dalej: ustawa o PDOF) wprowadzono możliwość wstecznego rozliczenia straty za rok 2020. Przyjrzyjmy się warunkom oraz praktycznej możliwości stosowania tych przepisów.
Przeczytaj także: Rezygnacja z zaliczek uproszczonych w podatku dochodowym
ponieść stratę
osiągnąć przychody niższe o co najmniej 50% od przychodów uzyskanych w poprzednim roku podatkowym. W przypadku ustawy o PDOF jest dodatkowe zastrzeżenie, że porównaniu podlegają tylko przychody z pozarolniczej działalności gospodarczej.
Z powodu COVID-19
Kliknij, aby powiekszyć fot. apops - Fotolia.com COVID-19: czy szybciej rozliczysz stratę podatkową za 2020 r.? Tarcza antykryzysowa wprowadziła zmiany w prawie, które w PIT/CIT za 2019 r. pozwalają odliczyć stratę poniesioną w roku 2020 (a więc przyszłą). Rozwiązanie, jak najbardziej słuszne, nie jest niestety doprecyzowane. Ustawodawca spiesząc się w procesie legislacyjnym popełnił bowiem kardynalne błędy które mogą niekorzystnie odbić się na przedsiębiorcach.
Biorąc pod uwagę, że ustalanie związku przyczynowo- skutkowego jest częstym polem sporu z fiskusem istnieje ryzyko, że przepis ten będzie rozumiany wąsko, tzn. jako odnoszący się tylko do strat, które powstały bezpośrednio z powodu choroby.
Limit 5 mln
Nowe przepisy zostały zamieszczone w art. 38f ustawy o PDOP i art. 52k ustawy o PDOF. Istota rozwiązania sprowadza się do tego, że stratę poniesioną w 2020 roku, podatnik będzie mógł odliczyć od dochodu uzyskanego w 2019 roku, poprzez złożenie korekty zeznania . Oczywiście, pod pewnymi warunkami. Otóż podatnicy muszą w roku 2020:W przypadku podatników PDOP, przepis odnosi się do również przesuniętego roku podatkowego, który rozpoczął się przed dniem 1 stycznia 2020 r., a zakończy się po dniu 31 grudnia 2019 r., lub rozpoczął się po dniu 31 grudnia 2019 r., a przed dniem 1 stycznia 2021 r.Przepis stanowi, że obydwa warunki, tj. i poniesienie straty i spadek przychodów,(Dz. U. poz. 374 i 567), zwanej dalej "ustawą o COVID-19". Ustawa ta, przez pojęcie „COVID-19” rozumie chorobę zakaźną wywołaną wirusem SARS-CoV-2 (art. 2 ust. 1 ustawy o COVID-19)Nie ma mowy o zagrożeniu chorobą, o stanie zagrożenia epidemicznego lub o stanie epidemii. Oczywiście, wiemy, że wszystkie te sytuacje są związane z przeciwdziałaniem COVID-19, lecz wówczas jest ona tylko przyczyną pośrednią.Zwłaszcza, że art. 2 ust. 2 ustawy o COVID-19 definiuje pojęcie „przeciwdziałania COVID-19”, przez które rozumie wszelkie czynności związane ze zwalczaniem zakażenia, zapobieganiem rozprzestrzenianiu się, profilaktyką oraz zwalczaniem skutków, w tym społeczno-gospodarczych, choroby COVID-19. Więc czym innym będzie strata „z powodu COVID-19”, a czym innym strata z powodu „przeciwdziałania COVID-19” i gdyby ustawodawca miał na myśli również ten drugi rodzaj strat, to uwzględniłby to w przepisie.Zatem, jeżeli przedsiębiorca prowadzący hotel i restauracje nie zachorował na COVID-19, a jego straty są związane z tym, że musiał zaprzestać świadczenia usług z powodu epidemii, to jego strata nie jest związana z COVID-19, tylko z przeciwdziałaniem COVID-19, więc nie spełnia podstawowego warunku wymienionego w przepisie. Tymczasem większość strat ma taki właśnie charakter – ich przyczyną nie jest sam COVID-19, tylko ograniczenia związane z przeciwdziałaniem się jego rozpowszechnianiu. Oczywiście z pomocą przychodzi wykładnia funkcjonalna, bo wszyscy wiemy, że nie o to chodziło ustawodawcy. Ale czy fiskus też będzie to wiedział? Zwłaszcza, że wsteczne rozliczenie straty oznacza powstanie nadpłaty i konieczność zwrotu podatku Zgodnie z przepisami, obniżenie dochodu za rok 2019 nie może być wyższe niż o kwotę 5 000 000 zł. Taki sam limit jednorazowego rozliczenia straty obowiązuje przy standardowym sposobie jej rozliczenia, o którym mówi art. 7 ust. 5 ustawy o PDOP i art. 9 ust. 3 ustawy o PDOF. Wątpliwość może pojawić się odnośnie relacji między tymi przepisami, a wprowadzonymi nowymi zasadami.Wyobraźmy sobie, że podatnik w 2018 roku poniósł stratę w wysokości 10 mln zł. W roku 2019 osiągnął dochód w wysokości 15 mln zł, który obniżył o stratę za rok 2018, ale tylko do ustawowego limitu 5 mln. Zatem dochód do opodatkowania za 2019 wyniósł 10mln, a pozostała strata do rozliczenia to 5 mln. W 2020 roku, z powodu COVID-19, podatnik poniósł stratę w wysokości 5 mln. Czy może odjąć ją od dochodu za 2019, skoro tam już raz był zastosowany limit 5 mln?Poprawnym podejściem do nowych przepisów (art. 38f ustawy o PDOP i art. 52k ustawy o PDOF), będzie potraktowanie ich jako lex specialis wobec zasad ogólnych i nadanie im pierwszeństwa stosowania. Zasady ogólne odnoszą się do wszystkich strat w ogóle i wprowadzają możliwość ich odliczenia jedynie w przyszłości. Nowe przepisy są w tym względzie szczególne, bo po pierwsze odnoszą się tylko do określonego rodzaju strat, mianowicie spowodowanych COVID-19 (przy całej trudności z ich zidentyfikowaniem, o czym mowa powyżej), a po drugie wprowadzają możliwość jej rozliczenia w latach poprzedzających. W związku z tym, jako przepisy szczególne mają pierwszeństwo stosowania przed zasadami ogólnymi, co oznacza, że strata może być rozliczona, nawet jeśli wcześniej został wykorzystany limit określony zasadami ogólnymi. Zatem podatnik będzie mógł po raz drugi obniżyć swój dochód za 2019 o 5 mln zł. | "Dość pesymistycznie wypowiadaliśmy się na temat działania tego programu jeszcze do końca roku 2019, natomiast w roku 2020 ten program nabrał rumieńców w związku ze wzrostem ceny rynkowej akcji" - powiedział Kruszewski podczas wideokonferencji.
Program opcyjny zakładał uzyskanie w 2018 roku 429,5 mln zł przychodów, 38 mln zł wyniku EBITDA oraz 10,5 mln zł zysku netto. Celem na rok 2019 było 511 mln zł sprzedaży, 56 mln zł EBITDA i 30,5 mln zł wyniku netto. W roku 2020 jest to odpowiednio: 567,5 mln zł, 67 mln zł i 39 mln zł.
Dodał, że jeżeli chodzi o przychody, to rok 2018 i 2019 spółka zamknęła w okolicach realizacji celu. W jego ocenie, rok 2020 pod tym względem zapowiada się bardzo dobrze, bo już w I kwartale Mercator Medical zrealizował więcej niż 1/3 sprzedaży całorocznej.
"EBITDA - tu realizacja w latach 2018 i 2019 była niższa, bo odpowiednio 80% i 40% celu, przy czym cele były bardzo ambitne. Rok 2020 - w pierwszym kwartale zrealizowaliśmy ponad połowę celu z całego roku i pytanie o to, czy uda się zrealizować całoroczny cel to pytanie o to, jak długo będzie działała pandemia i w jaki sposób to się będzie przekładało na nasze wyniki. Ten cel, podobnie jak przychody, również wydaje nam się bezpieczny i możliwy do zrealizowania" - powiedział Kruszewski.
Wskazał, że jeśli chodzi o zysk netto, to realizacja celu była jeszcze niższa niż wyniku EBITDA w latach 2018-2019, natomiast w I kwartale 2020 roku spółka osiągnęła ponad połowę zysku, który został zaplanowany na cały ten rok.
"Tutaj też wydaje nam się, że jest to bezpieczny cel i chcielibyśmy go zrealizować" - zaznaczył członek zarządu.
Mercator Medical odnotował 21,27 mln zł skonsolidowanego zysku netto przypisanego akcjonariuszom jednostki dominującej w I kw. 2020 r. wobec 3,68 mln zł straty rok wcześniej. Zysk operacyjny wyniósł 30,77 mln zł wobec 2,24 mln zł straty rok wcześniej. Wynik EBITDA wyniósł 35,29 mln zł wobec 1,7 mln zł rok wcześniej.
"Wynik EBITDA pierwszego kwartału 2020 jest imponujący - wynik 35,3 mln zł jest 20-krotnie większy, niż w I kw. roku poprzedniego. Głównym beneficjentem sytuacji pandemicznej w pierwszym kwartale był segment dystrybucji. Utrzymujący się wysoki popyt na rękawice i to, że producenci podnoszą ceny, dobrze wróży wynikom zarówno produkcji jak i dystrybucji w kolejnych kwartałach" - zaznaczył Kruszewski.
Wskazał, że ceny w drugim kwartale wzrosły i mają tendencje bardzo pozytywne, ale podkreślił, że jest też efekt w postaci wzrostu cen nabycia u dostawców spółki, którzy ceny kwotowane w dolarze również podnoszą.
"Można spodziewać się w drugim kwartale utrzymania wysokich marż na początku, potem ich spadku w wyniku tego, że będzie więcej sprzedawanych produktów z nabyć realizowanych po wyższych cenach w drugiej połowie kwartału" - wyjaśnił.
Dodał, że wyniki I kwartału nie są wynikami jednorazowymi i przez jakiś czas utrzymają się w związku z dużo wyższym popytem na rękawice w czasie pandemii. Dlatego też spółka zdecydowała, aby rekomendować akcjonariuszom wypłatę dywidendy z zysku za 2019 r.
"My jesteśmy i producentem, i dystrybutorem. Te dwa elementy będą zachowywały się inaczej, ale ogólny wydźwięk będzie pozytywny. Osłabienie się presji koronawirusowej niekoniecznie negatywnie wpływa na sprzedaż, bo zużycie rękawic jest wysokie w tych sektorach, które wracają do działania, stąd propozycja wpłaty dywidendy i przeprowadzenia ograniczonego skupu akcji własnych" - wyjaśnił Kruszewski.
Jak wskazał prezes Wiesław Żyznowski, ceny rękawic - zarówno kupowanych od dystrybutorów, jak i na rynkach europejskim, zwłaszcza detalicznym - nadal mają tendencję do wzrostu, ale te wzrosty nie są tak gwałtowne, jak miało to miejsce na początku epidemii.
"To wypłaszczenie wzrostu jeszcze przez jakiś czas będzie miało miejsce. Jak długo? Nie wiemy" - powiedział prezes.
"Jest powszechne przeświadczenie nie tylko w naszej branży, ale i w tej szerzej rozumianej branży środków ochrony osobistej, jak i pośród tych, którzy interesują się tymi branżami, że popyt na materiały tego typu wzrośnie w sposób trwały po ustaniu epidemii. Natomiast nie jestem w stanie podjąć ryzyka i szacować na ile ten popyt będzie większy. Znam naszą branżę dość dobrze, znam i konkurentów azjatyckich, część osobiście, znam ich firmy, dynamikę i potencjał i nie ulega kwestii, że popyt po jakimś czasie zostanie wyrównany przez podaż, ponieważ producenci - zaliczamy sami siebie do tych dynamicznych producentów i graczy na rynku rękawic - zwiększą moce produkcyjne" - powiedział Żyznowski.
W dłuższej perspektywie podaż zostanie wyrównana i nawet jeśli popyt będzie dużo większy niż przed pandemią, to tylko przedłuży równoważenie tego popytu przez podaż, dodał.
Prezes poinformował, że w związku z dużym popytem na artykuły z branży, w której działa Mercator Medical, zarząd rozważa kilka wariantów odnośnie przyszłości zakładu w Pikutkowie, który obecnie nie pracuje.
"Jak tylko zaciągniemy jakieś zobowiązania i postanowimy coś na pewno, to będziemy o tym informować" - powiedział Żyznowski.
Grupa Mercator Medical podaje, że jest liderem w Polsce oraz jednym z kluczowych graczy w Europie Środkowo-Wschodniej na rynku jednorazowych rękawic medycznych. Należy do niej zakład produkcyjny w Tajlandii. Grupa działa globalnie w ponad 50 krajach. W 2013 r. spółka zadebiutowała na GPW. Jej skonsolidowane przychody ze sprzedaży sięgnęły 540 mln zł w 2019 r. | 3 |
Duże zainteresowanie filmem ze strony członków Akademii i dziennikarzy, promocja w branżowych mediach, pozytywne recenzje oraz zdobyte w ostatnich miesiącach nagrody - to wszystko może przyczynić się do nominacji "Bożego Ciała" Jana Komasy do Oscarów. O kampanii promocyjnej filmu w USA opowiedzieli producenci Aneta Hickinbotham i Leszek Bodzak.
Wideo youtube
W poniedziałek ogłoszone zostaną tytuły filmów nominowanych do tegorocznych 92. Oscarów. O nominacje w kategorii najlepszy pełnometrażowy film międzynarodowy obok "Bożego Ciała" walczy dziewięć innych produkcji, m.in. "Malowany ptak" Vaclava Marhoula (Czechy), "Prawda i sprawiedliwość" Tanela Tooma (Estonia), "Wysoka dziewczyna" Kantemira Bałagowa (Rosja), "Ci, którzy zostali" Barnabása Tótha (Węgry), "Kraina miodu" (Macedonia) Ljubomira Stefanowa i Tamary Kotewskiej oraz uhonorowany w Cannes Grand Prix "Atlantyk" Mati Diop (Senegal). Na shortliście obok filmu Komasy figurują także inne produkcje z konkursu głównego ubiegłorocznego festiwalu w Cannes: zdobywca Złotej Palmy "Parasite" Bonga Joon-ho (Korea), docenieni Nagrodą Jury "Nędznicy" Ladja Ly (Francja), a także "Ból i blask" Pedro Almodovara (Hiszpania), który przyniósł grającemu główną rolę Antonio Banderasowi nagrodę dla najlepszego aktora.
Od światowej premiery "Bożego Ciała", która odbyła się w sierpniu ub.r. w sekcji Giornate degli Autori festiwalu w Wenecji, film nie schodzi z ekranów i z ust recenzentów. Pojawił się w wielu zestawieniach najlepszych filmów minionego roku przygotowanych przez polskich krytyków. Prócz tego - zarówno w kraju, jak i za granicą - wielokrotnie honorowano go nagrodami, m.in. Europa Cinemas Label i Inclusive Award Edipo w Wenecji, a także Silver Star dla najlepszego filmu 3. edycji El Gouna Film Festival w Egipcie. Ponadto twórcy filmu zdobyli dziesięć statuetek podczas ubiegłorocznego 44. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni - m.in. za najlepszą reżyserię i scenariusz (Mateusz Pacewicz). Nagrody zbiera również grający główną rolę Bartosz Bielenia. Kilka dni temu otrzymał tytuł europejskiej wschodzącej gwiazdy Shooting Star 2020. Wcześniej doceniono go m.in. podczas El Gouna Film Festival w Egipcie. Aktor ma na swoim koncie także Nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego za 2019 r., przyznawaną "młodym aktorom odznaczającym się wybitną indywidualnością".
"Boże Ciało" - film poruszający, niepokojący, zabawny
Opowieść o dwudziestoletnim Danielu, który po wyjściu z zakładu poprawczego zostaje omyłkowo wzięty za księdza, została entuzjastycznie przyjęta przez zagranicznych recenzentów. "Dramat ten - poruszający, w niektórych momentach niepokojący, a w innych zabawny - jest duchową przypowieścią typowo polską, ale jednocześnie bliską nam wszystkim" - zwróciła uwagę Leslie Felperin ("The Guardian"). Krytycy podkreślają również znakomitą rolę Bartosza Bieleni. "Oddaje żywe emocje, których doświadcza Daniel - od czujności uwięzionego zwierzęcia w poprawczaku po euforię, która emanuje z niego po wygłoszeniu porywającego kazania. Zaangażowanie Bieleni i pewność Komasy przekonują nas, że Bóg może działać w bardzo tajemniczy sposób" - pisał Allan Hunter ("Screen Daily").
NIE PRZEGAP: "1917" Sama Mendesa. Czy to jeden z oscarowych faworytów?
"Niezwykła gra aktorska Bartosza Bieleni jest w centrum wszystkiego. Daniel to człowiek z zewnątrz, który staje się pocieszeniem, a może nawet uzdrowieniem pogrążonych w smutku mieszkańców miasteczka. Jednocześnie jego wiara jest stale poddawana próbom, podobnie jak dla członków wspólnoty przestrzeganie doktryny chrześcijańskiej. Wydaje się, jakby Daniel próbował odgadnąć, czy religia jest dla niego zwykłą ucieczką czy prawdziwą duchową transformacją w świecie, w którym przebaczenie nie przychodzi łatwo" - dodał David Rooney ("The Hollywood Reporter").
Będzie remake?
Zainteresowanie filmem Komasy wykazują również amerykańscy producenci. Na początku października twórcy obrazu poinformowali, że rozpoczęły się rozmowy w sprawie zakupu praw do amerykańskiego remake'u "Bożego Ciała", które miałoby zostać przełożone na ośmioodcinkowy serial dla jednej z platform streamingowych w Stanach Zjednoczonych. W Teksasie znajduje się miasteczko o nazwie Corpus Christi. Okazało się, że też są księża i pastorzy, którzy wiele lat udawali w kongregacjach duchownych. Jeden z nich omal nie został biskupem. W Hiszpanii znany był przypadek duszpasterza, który przez dwie dekady nielegalnie odprawiał msze. Sprawa jest więc uniwersalna - zwracał uwagę Jan Komasa w wywiadzie udzielonym Januszowi Wróblewskiemu w "Polityce".
Także w ocenie producentów obrazu Anety Hickinbotham i Leszka Bodzaka z firmy Aurum Film zainteresowanie Amerykanów "Bożym Ciałem" stanowi dowód na to, że "opowiedziana w nim historia porusza widzów na całym świecie".
Pokazy, newslettery, reklamy
W rozmowie z PAP Hickinbotham i Bodzak przypomnieli, że kampania oscarowa "Bożego Ciała" za oceanem rozpoczęła się w październiku ub.r., a za jej koordynację odpowiada specjalizująca się w tego typu wydarzeniach agencja PR Accolade Publicity Consulting, prowadzona przez Emily Lu Aldrich i Hildę Somarriba. Wszystkie działania były możliwe dzięki finansowemu wsparciu Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, który w ramach programu operacyjnego "Promocja polskiego filmu za granicą" przekazał nam dotacje na każdy etap kampanii - zaznaczył Bodzak.
Jak dodał, regulamin Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej jest "bardzo rygorystyczny" i twórcy muszą skrupulatnie go przestrzegać, bo "złamanie któregokolwiek z punktów może oznaczać dyskwalifikację". Kiedy ubiegaliśmy się o shortlistę, było więcej czasu na działania promocyjne, bo aż dwa miesiące. To był bardzo intensywny czas. Organizowaliśmy pokazy filmu dla członków Akademii oraz dziennikarzy, połączone z Q&A i koktajlami. Brali w nich udział reżyser filmu Jan Komasa, odtwórca głównej roli Bartosz Bielenia i operator Piotr Sobociński jr. Raz w tygodniu wysyłaliśmy newslettery do wszystkich członków Akademii oraz do innych stowarzyszeń, np. American Society of Cinematographers czy ACES: The Society for Editing - wspominał producent.
Hickinbotham zwróciła uwagę, że istotną część kampanii stanowią również reklamy w branżowych magazynach typu "The Hollywood Reporter", "Screen", "Variety" i "LA Times", który w sezonie oscarowym ma specjalny dodatek "Envelope", skierowany do wszystkich członków Akademii. Agencja zorganizowała też kilkanaście wywiadów, które ukazywały się w amerykańskiej prasie. Ponadto dzięki wsparciu dyrektora PISF Radosława Śmigulskiego Jan i Bartosz wzięli udział w prestiżowym spotkaniu Deadline The Contenders, podczas którego mieli dziesięć minut na zaprezentowanie 'Bożego Ciało'. Uważam, że to wydarzenie bardzo pomogło nam w pierwszej fazie kampanii - stwierdziła.
Producentka wspomniała, że po dostaniu się "Bożego Ciała" na shortlistę twórcy mieli tylko dwa tygodnie na aktywność promocyjną, bo 10 filmów, które przeszły do drugiej fazy, ogłoszono 16 grudnia, a głosowanie Akademików rozpoczęło się 2 stycznia. Zaraz po świętach do USA polecieli Jan Komasa i Bartosz Bielenia, a po Nowym Roku dołączyli do nich Piotr Sobociński jr oraz scenarzysta Mateusz Pacewicz. W tym czasie zorganizowaliśmy kilkanaście pokazów w Los Angeles, Nowym Jorku, a także w Londynie i Paryżu. Po pokazach w USA odbywały się Q&A. Musieliśmy rozdzielić twórców, ponieważ często pokazy odbywały się tego samego dnia. Ponownie skupiliśmy się na wysyłce cotygodniowych newsletterów, reklamach oraz networkingu podczas wielu imprez odbywających się w Los Angeles w związku z awards season. Rozesłaliśmy także 10 tys. DVD do wszystkich członków Akademii - powiedziała Hickinbotham.
Kaczmarek: Wydaje mi się, że Komasa ma nawet szanse na Oscara
Według producentów, zainteresowanie filmem Jana Komasy jest bardzo duże. Na pokazy organizowane specjalnie dla członków Akademii przychodzi bardzo wiele osób. Są pełne sale, widzowie zostają na spotkaniach z twórcami i dyskutują o filmie, chcą dowiedzieć się jeszcze więcej. Dzięki dobrym recenzjom "Boże Ciało" jest też jednym z głównych kandydatów do nominacji w dziennikarskich przewidywaniach. Jesteśmy bardzo szczęśliwi, że od filmu, o którym mało kto za oceanem wiedział, doszliśmy do etapu, gdzie szansa na nominacje jest w zasięgu ręki - podkreśliła Hickinbotham.
Podsumowując efekty kampanii promocyjnej "Bożego Ciała", Bodzak wymienił m.in. obecność obrazu na shortliście oraz 95 proc. pozytywnych recenzji w serwisie Rotten Tomatoes. Poinformował również, że film ma już swojego amerykańskiego dystrybutora i wiosną wejdzie do kin w USA.
Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, żeby znaleźć się na shortliście. Od 16 grudnia do 7 stycznia bardzo ciężko pracowaliśmy nad tym, aby o "Bożym Ciele" dowiedziało się jeszcze więcej członków Akademii. To praca po kilkanaście godzin na dobę, w grę wchodzi jeszcze różnica czasu między Europą a Stanami. Przez ostatnie miesiące Jan, Bartek i Piotr większość czasu spędzili w Los Angeles, gdzie promowali nasz film. Musieliśmy poświęcić bardzo dużo czasu oraz całą naszą energię skupić na kampanii. Tak naprawdę wszyscy są pewni, jakie trzy filmy znajdą się na liście. My walczymy o jedno z dwóch pozostałych miejsc. Uważam, że mamy szanse - powiedział producent.
Bardzo wysoko notowania "Bożego Ciała" ocenia kompozytor Jan A.P. Kaczmarek, zdobywca Oscara za muzykę do filmu "Marzyciel" i członek Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej. Jak powiedział dziennikarzom w pod koniec grudnia w Katowicach, po obejrzeniu filmów z shortlisty towarzyszą mu "bardzo dobre emocje". Wydaje mi się, że Jan Komasa ma nawet szansę na Oscara - ocenił . Dodał, że znając emocje kolegów z Akademii wie, że film Komasy "bardzo mocno dotyka w tym samym stopniu głowy, co serca, a jeżeli tak jest, to jest szansa na najwyższy sukces".
Mógłbym się zakładać, że będzie nominowany, mimo że w rankingach jest w drugiej piątce. Ja ufam, że będzie w pierwszej piątce po obejrzeniu wszystkich filmów - wyjaśnił Jan A.P. Kaczmarek. Jego zdaniem wszystkie filmy z shortlisty w tej kategorii są dobre, ale "największy ogień największych pali się w 'Corpus Christi'.
O tym, czy "Boże Ciało" znajdzie się wśród produkcji nominowanych do 92. Oscarów, dowiemy się już 13 stycznia. Laureaci najbardziej prestiżowych nagród świata filmu zostaną ogłoszeni 9 lutego w Los Angeles. W tym roku po raz pierwszy dotychczasową kategorię "najlepszy film nieanglojęzyczny" zastąpi "najlepszy pełnometrażowy film międzynarodowy". | O nominacje w kategorii najlepszy pełnometrażowy film międzynarodowy obok "Bożego Ciała" walczyło dziewięć innych produkcji, m.in. "Malowany ptak" Vaclava Marhoula (Czechy), "Prawda i sprawiedliwość" Tanela Tooma (Estonia), "Wysoka dziewczyna" Kantemira Bałagowa (Rosja), "Ci, którzy zostali" Barnabása Tótha (Węgry), "Kraina miodu" Ljubomira Stefanowa i Tamary Kotewskiej oraz uhonorowany w Cannes Grand Prix "Atlantyk" Mati Diop (Senegal). Na shortliście obok filmu Komasy figurowały także inne produkcje z konkursu głównego ubiegłorocznego festiwalu w Cannes: zdobywca Złotej Palmy "Parasite" Bonga Joon-ho (Korea), docenieni Nagrodą Jury "Nędznicy" Ladja Ly (Francja), a także "Ból i blask" Pedro Almodovara (Hiszpania), który przyniósł grającemu główną rolę Antonio Banderasowi nagrodę dla najlepszego aktora.
"Boże Ciało". Liczne nagrody i zachwyty krytyków
Od światowej premiery "Bożego Ciała", która odbyła się w sierpniu ub.r. w sekcji Giornate degli Autori festiwalu w Wenecji, film nie schodzi z ekranów i z ust recenzentów. Pojawił się w wielu zestawieniach najlepszych filmów minionego roku przygotowanych przez polskich krytyków. Prócz tego - zarówno w kraju, jak i za granicą - wielokrotnie honorowano go nagrodami, m.in. Europa Cinemas Label i Inclusive Award Edipo w Wenecji, a także Silver Star dla najlepszego filmu 3. edycji El Gouna Film Festival w Egipcie. Ponadto twórcy filmu zdobyli dziesięć statuetek podczas ubiegłorocznego 44. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni – m.in. za najlepszą reżyserię i scenariusz (Mateusz Pacewicz). Nagrody zbiera również grający główną rolę Bartosz Bielenia. Kilka dni temu otrzymał tytuł europejskiej wschodzącej gwiazdy Shooting Star 2020. Wcześniej doceniono go m.in. podczas El Gouna Film Festival w Egipcie. Aktor ma na swoim koncie także Nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego za 2019 r., przyznawaną "młodym aktorom odznaczającym się wybitną indywidualnością".
"Boże ciało"
Ten film to historia 20-letniego Daniela, który w trakcie pobytu w poprawczaku przechodzi duchową przemianę i skrycie marzy, żeby zostać księdzem. Po kilku latach odsiadki chłopak zostaje warunkowo zwolniony, a następnie skierowany do pracy w zakładzie stolarskim. Zamiast się tam udać, Daniel kieruje się do miejscowego kościoła, gdzie zaprzyjaźnia się z proboszczem. Pod nieobecność duchownego niespodziewanie nadarza się okazja, by udawać księdza - Daniel zaczyna pełnić posługę kapłańską w miasteczku. Od początku jego metody ewangelizacji budzą kontrowersje wśród mieszkańców, szczególnie w oczach surowej kościelnej Lidii. | 4 |
- Wybory powinny się odbyć. Administracja rządowa i samorządowa mają konstytucyjny obowiązek podjąć działania, bo zbliżają się już pierwsze terminy ku temu, żeby te wybory się odbyły. Jeśliby tego nie robiły, to łamałyby konstytucję - powiedział w rozmowie z RMF FM prezes PiS Jarosław Kaczyński.
Reklama
– Jestem przekonany, że w tej chwili nie ma żadnych przesłanek do tego, żeby wprowadzić stan klęski żywiołowej czyli ten – można powiedzieć najsłabszy ze stanów nadzwyczajnych - ocenił.
- Muszą być przesłanki konstytucyjne. Tych przesłanek w tym momencie w moim najgłębszym przekonaniu nie ma i mam naprawdę nadzieję bardzo mocną na to, że nie będzie ich także w ostatnim okresie przed 10 maja - kontynuował Kaczyński.
Według prezesa PiS obecna sytuacja w Polsce najbardziej uderza w kampanię Andrzeja Dudy. - Nikt tak nie gromadzi ludzi na spotkaniach i nikt nie ma tak znakomitego kontaktu z ludźmi, nikt nie jest tak świetnym mówcą, jak obecny prezydent - ocenił.
Reklama
- Jeśli chodzi o prezydenta, to oczywiście może od czasu do czasu wygłosić orędzie, ale to jest jednak możliwość ograniczona i na pewno nie można jej nadużywać, bo wtedy ci, którzy tych wystąpień słuchają, będą uważali, że to rzeczywiście jest nadużycie - dodał.
Kaczyński mówił również o swoim udziale w mszach. - Sądzę, że do kościoła, jeżeli to nie stwarza niebezpieczeństwa, jeżeli się przestrzega tych wszystkich zasad, to można chodzić. Nie ma zakazu - powiedział. | Jarosław Kaczyński po raz pierwszy zabrał głos publicznie od kiedy koronawirus dotarł do Polski. Prezes PiS w rozmowie z Krzysztofem Ziemcem na antenie RMF FM przyznał, że nie przechodził żadnych badań, ale zapewnił, że czuje się dobrze. Stwierdził również, że na chwilę obecną nie ma powodu, aby przekładać majowe wybory prezydenckie.
Prezes PiS usłyszał pytanie, czy w najbliższą niedzielę wybiera się do kościoła. Przyznał, że się waha, choć w ubiegłym tygodniu uczestniczył we Mszy Św. Kaczyński zaznaczył jednak, że był to mały kościół i w nabożeństwie uczestniczyło ok 10 osób. „Także naprawdę nie było żadnego niebezpieczeństwa, ale później Super Express poświęcił mi uwagę aż dwukrotnie i w związku z tym teraz się zastanawiam, bo nie chcę być przedmiotem akurat tego rodzaju uwagi.” – przyznał.
Czytaj także: Koronawirus w Polsce. Są nowe przypadki zakażeń!
„Ale sądzę, że do kościoła, jeżeli to nie stwarza niebezpieczeństwa, jeżeli się przestrzega tych wszystkich zasad, to można chodzić. Nie ma zakazu.” – podkreślił Kaczyński. „Biskupi nie mówią: „nie chodźcie do kościoła”. Biskupi mówią, że „dajemy wam dyspensę”, to przecież nie jest wezwanie do niechodzenia, tylko stwierdzenie, że można nie chodzić.” – powiedział.
Kaczyński przeciwny przekładaniu wyborów
Prezes PiS usłyszał też pytanie o wybory prezydenckie. „Jestem przekonany, że w tej chwili nie ma żadnych przesłanek do tego, żeby wprowadzić stan klęski żywiołowej czyli ten – można powiedzieć najsłabszy ze stanów nadzwyczajnych. A tylko wtedy wybory mogą być odłożone, więc pamiętajmy o tym ograniczeniu konstytucji.” – mówił Kaczyński.
„To nie jest tak, że my możemy powiedzieć, że odkładamy wybory, bo z jakichś względów uważamy, że tak należy zrobić. Muszą być przesłanki konstytucyjne. Tych przesłanek w tym momencie w moim najgłębszym przekonaniu nie ma i mam naprawdę nadzieję bardzo mocną na to, że nie będzie ich także w ostatnim okresie przed 10 maja.” – mówił Kaczyński.
Czytaj także: Rząd chce wprowadzić regulację cen
Co więcej prezes PiS stwierdził, że z powodu ograniczeń kampanii wyborczej, najbardziej poszkodowany jest… Andrzej Duda. „Bo nikt tak nie gromadzi ludzi na spotkaniach i nikt nie ma tak znakomitego kontaktu z ludźmi, nikt nie jest tak świetnym mówcą, jak obecny prezydent…” – twierdzi prezes PiS.
Pełny zapis rozmowy dostępny TUTAJ.
Źr. rmf24.pl | 2 |
Poznaliśmy najnowsze statystyki dotyczące zakażeń koronawirusem.
Godzina 10:02:
W Wielkopolsce potwierdzono 37 nowych przypadków:
- 35-latek z powiatu poznańskiego, szpital przy Swajcarskiej
- 36-latka z powiatu poznańskiego, szpital przy Szwajcrskiej
- 30-latka z powiatu poznańskiego, szpital przy Szwajcrskiej
- 45-latek z powiatu wrzesińskiego, izolacja domowa
- 54-latka z powiatu gnieźnieńskiego, izolacja domowa
- 57-latka z powiatu gnieźnieńskiego, izolacja domowa
- 49-latka z powiatu gnieźnieńskiego, izolacja domowa
- 54-latka z powiatu gnieźnieńskiego, izolacja domowa
- 53-latka z powiatu gnieźnieńskiego, izolacja domowa
- 52-latka z powiatu gnieźnieńskiego, izolacja domowa
- 55-latka z powiatu gnieźnieńskiego, izolacja domowa
- 56-latka z powiatu gnieźnieńskiego, izolacja domowa
- 45-latka z powiatu gnieźnieńskiego, izolacja domowa
- 60-latek z powiatu gnieźnieńskiego, izolacja domowa
- 40-latka z powiatu krotoszyńskiego, izolacja domowa
- 35-latka z powiatu średzkiego, izolacja domowa
- chłopiec z powiatu krotoszyńskiego, izolacja domowa
- 72-latek z powiatu kaliskiego, szpital w Kaliszu
- 28-latek z powiatu krotoszyńskiego, izolacja domowa
- 48-latka z powiatu pleszewskiego, szpital w Kaliszu
- 63-latka z powiatu ostrzeszowskiego, szpital w Kaliszu
- 42-latka z powiatu krotoszyńskiego, izolacja domowa
- 46-latek z powiatu gnieźnieńskiego, izolacja domowa
- 40-latka z powiatu poznańskiego, izolacja domowa
- 37-latka z powiatu kaliskiego, szpital przy Szwajcarskiej
- 68-latka z powiatu pleszewskiego, izolacja domowa
- 28-latek z powiatu krotoszyńskiego, izolacja domowa
- dziewczynka z powiatu krotoszyńskiego, izolacja domowa
- 35-latka z powiatu krotoszyńskiego, izolacja domowa
- 73-latka z powiatu krotoszyńskiego, izolacja domowa
- 47-latek z powiatu krotoszyńskiego, izolacja domowa
- 46-latek z powiatu krotoszyńskiego, izolacja domowa
- 47-latka z powiatu pleszewskiego, izolacja domowa
- 45-latka z powiatu pleszewskiego, izolacja domowa
- dziewczynka z powiatu krotoszyńskiego, izolacja domowa
Godzina 17.30
14 nowych przypadków w Wielkopolsce. To:
- 48-latka z powiatu gnieźnieńskiego, izolacja domowa
- 48-latka z powiatu gnieźnieńskiego, izolacja domowa
- 53-latka z powiatu gnieźnieńskiego, izolacja domowa
- 49-latka z powiatu gnieźnieńskiego, izolacja domowa
- 49-latka z powiatu gnieźnieńskiego, izolacja domowa
- 51-latka z powiatu gnieźnieńskiego, izolacja domowa
- 52-latka z powiatu gnieźnieńskiego, izolacja domowa
- 58-latek z powiatu gnieźnieńskiego, izolacja domowa
- 53-latka z powiatu gnieźnieńskiego, izolacja domowa
- 54-latek z powiatu gnieźnieńskiego, izolacja domowa
- 44-latek z powiatu gnieźnieńskiego, izolacja domowa
- 56-latka z powiatu gnieźnieńskiego, izolacja domowa
- 56-latek z powiatu kaliskiego, SP ZOZ Turek
- 86-latek z powiatu kaliskiego, SP ZOZ Turek.
Ponadto służby poinformowały, że w szpitalu przy ul. Szwajcarskiej zmarły dziś trzy osoby.
W całej Polsce potwierdzono w piątek 461 nowych przypadków zakażeń. Poinformowano również o 18 ofiarach. To: 91-latka ze szpitala w Krakowie, 65-latek, 71-latka i 87-latka w szpitalu w Poznaniu, 68-latek w szpitalu w Legnicy, 88-latka w szpitalu w Bolesławcu, 98-latka ze szpitala w Ozimku, 86-latek i 84-latka ze szpitala w Kędzierzynie Koźlu, 92-latka, 87-latek i 92-latka w szpitalu w Częstochowie, 83-latka w szpitalu w Kozienicach, 86-latka i 82-latka w szpitalu w Warszawie, 69-latek ze szpitala w Nowym Mieście nad Pilicą, 64-latka ze szpitala w Tychach oraz 81-latek ze szpitala w Starachowicach.
Do tej pory w Polsce potwierdzono 8379 przypadków. Zmarły 332 osoby. W Wielkopolsce do tej pory odnotowano 880 przypadków zakażeń koronawirusem, w tym 48 osób zmarło. 56 osoby wyzdrowiały. | Znamy najnowsze statystyki dotyczące zakażeń koronawirusem.
Godzina 10.00
W Wielkopolsce zdiagnozowano 23 nowe przypadki:
- dziecko z powiatu gnieźnieńskiego (izolacja domowa)
- 64-latek z powiatu kościańskiego (szpital przy Szwajcarskiej)
- 59-latka z powiatu gnieźnieńskiego (izolacja domowa)
- 64-latka z powiatu gnieźnieńskiego (izolacja domowa)
- 50-latka z powiatu gnieźnieńskiego (izolacja domowa)
- 70-latka z powiatu obornickiego (szpital przy Szwajcarskiej)
- 65-latka z powiatu pilskiego (izolacja domowa)
- 56-latka z powiatu pleszewskiego (izolacja domowa)
- dziecko z powiatu wrzesińskiego (szpital przy Szpitalnej)
- 35-latek z powiatu poznańskiego (izolacja domowa)
- 58-latek z powiatu pleszewskiego (szpital w Kaliszu)
- 77-latka z powiatu kaliskiego (szpital w Kaliszu)
- 49-latka z powiatu krotoszyńskiego (izolacja domowa)
- 23-latka z powiatu krotoszyńskiego (izolacja domowa)
- 25-latek z powiatu krotoszyńskiego (izolacja domowa)
- 20-latek z powiatu poznańskiego (izolacja domowa)
- 47-latek z powiatu poznańskiego (izolacja domowa)
- dziecko z powiatu wągrowieckiego (izolacja domowa)
- 31-latek z powiatu kaliskiego (izolatorium Hotel IKAR)
- 63-latek z powiatu pleszewskiego (szpital przy Szwajcarskiej)
- 50-latka z powiatu poznańskiego (izolatorium Hotel IKAR)
- 63-latka z powiatu poznańskiego (izolacja domowa)
- 56-latek z powiatu poznańskiego (szpital przy Szwajcarskiej)
Poinformowano ponadto o śmierci 80-letniej mieszkanki Kalisza, przebywającej w szpitalu przy ul. Szwajcarskiej. Z kolei w Koninie zmarła 84-latka z powiatu krotoszyńskiego.
Godzina 17.35
W Wielkopolsce potwierdzono 2 kolejne przypadki. To:
- 46-latek z powiatu kaliskiego, izolacja domowa
- 37-latka z powiatu tureckiego, izolacja domowa.
Równocześnie poinformowano o usunięciu z listy zarażonych jednej osoby, która została zdublowana w komunikacie z 4 maja.
W całej Polsce potwierdzono 324 nowe przypadki. Zmarły 22 kolejne osoby: oprócz pacjentki z Poznania i kobiety z Konina to 96-latek z Gdyni, 84-latka z Łańcuta, 71-latek, 71-latek i 43-latek z Raciborza, 87-latek z Kędzierzyna-Koźla, 78-latek, 86-latka, 88-latka ze Zgierza, 66-latka i 69-latek z Wrocławia, 92-latka z Kędzierzyna-Koźla, 86-latka z Łomży, 70-latka ze Szczecina, 71-latka z Łańcuta, 30-latek z Grudziądza, 86-latek z Radomia, 75-latek z Warszawy, 80-latka z Poznania, 97-latka z Krakowa. Większość osób miała choroby współistniejące.
W Wielkopolsce do tej pory odnotowano 1640 przypadków zakażeń koronawirusem, w tym 105 osób zmarło, a 457 wyzdrowiało. W całym kraju potwierdzono 15 047 przypadków zakażeń. Zmarło 755 osób. | 3 |
Mam wrażenie, że wśród części lewicowych komentatorów widmo nadchodzącego kryzysu witane jest z nadzieją. Bo przecież jak odpowiednio mocno walnie, to może nawet wywróci się cały kapitalizm. Nie jest to najmądrzejsza postawa.
O ironio – będzie to tekst o kryzysie gospodarczym. Co w tym ironicznego? To, że w poprzednim tekście dla magazynu „Pismo” argumentowałem, że żadnego kryzysu prawdopodobnie nie będzie (a co najwyżej spowolnienie gospodarcze). Co spowodowało, że zmieniłem zdanie? Oczywiście koronawirus, który okazał się znacznie większym szokiem, niż się początkowo zapowiadało. W swoim tekście przywoływałem wprowadzoną przez inwestora i matematyka Nassima Taleba kategorię „czarnych łabędzi”. Pod tym pojęciem Taleb widział wszystkie niedające się przewidzieć zdarzenia i procesy. Jednym z nich okazał się właśnie koronawirus.
Mam wrażenie, że wśród części lewicowych komentatorów widmo nadchodzącego kryzysu witane jest z nadzieją. Bo przecież jak odpowiednio mocno walnie, to może nawet wywróci się cały kapitalizm. Nie jest to najmądrzejsza postawa, bo sam kryzys, jak zwykle zresztą, najmocniej uderzy najbiedniejszych. Ale po kolei.
Śmiertelność koronawirusa (SARS-CoV-2) wciąż pozostaje kwestią dyskusyjną. Światowa Organizacja Zdrowia na podstawie danych z początku marca szacowała ją na około 3,4 proc. Oznacza to, że na każde 1000 zakażonych osób umierają 34. Z tą liczbą jest jednak pewien problem. Była ona po prostu wyliczeniem procenta osób, które zmarły w wyniku choroby wywołanej koronawirusem, z liczby osób, o których było wiadomo, że są zarażeni. Tylko że od początku było jasne, że osoby, u których stwierdzono SARS-CoV-2, to nie wszystkie osoby naprawdę tym wirusem zakażone. Część ludzi mogła przechodzić zakażenie w sposób niemal bezobjawowy. A więc takie osoby nie zgłaszały się do szpitali. Realna śmiertelność może być więc znacznie niższa.
Na przykład jeżeli weźmiemy pod uwagę Niemcy, to śmiertelność wynosi tam obecnie między 0,2 a 0,14 proc. (zależnie od tego, jaki model obliczeń przyjmiemy). To tylko pozornie bardzo dobra wiadomość. Bo ważne są jeszcze przynajmniej dwie zmienne: długi okres inkubacji oraz to, że pewne grupy przechodzą chorobę wywołaną koronawirusem znacznie ciężej niż inne.
To pierwsze, przy jednoczesnym braku objawów albo przy objawach zwykłego przeziębienia, oznacza, że osoba będąca nosicielem może zarażać innych jeszcze przez około dwa tygodnie. Drugie natomiast to bardzo złe wiadomości dla naszych rodziców, dziadków i ludzi, którzy już mają jakieś problemy zdrowotne. Według danych WHO śmiertelność wśród osób w wieku 70-79 wynosi już 8 proc., a wśród osób powyżej 80. roku życia niemal 15 proc. Nawet jeżeli są to dane zawyżone, to nie możemy ich bagatelizować.
To właśnie niepewność i atmosfera nadzwyczajnego publicznego pogotowia zdrowotnego, a do tego wysoka zakaźność przy (niemal) braku objawów u jednej grupy, zestawiona z ciężkim przechodzeniem choroby u innej, może być splotem okoliczności, który w pewnym momencie po prostu zatka infrastrukturę zdrowotną. Taki scenariusz zdecydowanie nie jest dziś nieprawdopodobny.
Służba zdrowia ma swoją wydolność. Może przyjąć jedynie określoną liczbę pacjentów. Po przekroczeniu tej masy krytycznej pacjenci nie dostają odpowiedniej opieki, a więc ich szansa na wyzdrowienie się pogarsza. Mało tego, taka sytuacja powoduje, że pacjenci, którzy zapadają na inne choroby, na przykład mają zawał serca, mają utrudniony dostęp do natychmiastowej pomocy i usług medycznych.
Co w obliczu tych faktów można zrobić? Najlepiej jest odcinać potencjalne ogniska szerzenia się wirusa. A więc: zamykać obszary, w których wirus szerzy się najbardziej, odwoływać imprezy masowe, podczas których zwiększa się ryzyko zarażenia. Tak zrobiły Chiny, odcinając od świata 11–milionowe miasto Wuhan, w którym rozpoczęła się epidemia. Podobne kroki wprowadzają obecnie Włochy, w których przez dwa tygodnie z powodu koronawirusa zmarło niemal 700 osób. Dla porównania: na Polskich drogach rocznie ginie około 2300 osób. Podkreślmy jeszcze raz: roczna śmiertelność na drogach i dwutygodniowe żniwo koronawirusa. Nie można tego bagatelizować. Na przykładzie Włoch widać, że połączenie kilku czynników: jakiejś słabości instytucji, niezdyscyplinowania społeczeństwa i błędów, o których zapewne się dowiemy za kilka miesięcy albo i lat, może prowadzić do poważnej sytuacji.
Temu wszystkiemu przyglądają się nie tylko władze różnych państw, ale i zwykli ludzie. Rządy ograniczają mobilność obywateli, a ci, bojąc się o zdrowie swoje i swoich najbliższych, ograniczają wyjścia i aktywności. Odcięte od świata Chiny oznaczają również przecięte łańcuchy dostaw handlowych. Na chińskiej produkcji wisi nie tylko spora część naszej elektroniki, ale w ogólnym rozrachunku również pensji i pracy naszych ojców i sióstr, poddostawców czy sprzedawców. Jeżeli wyczerpią się zapasy (a jest to prawdopodobne), to cała branża będzie miała kłopoty. A z kłopotami w branży idą zwolnienia.
Idźmy dalej: ostrożność (w tym momencie wydająca się po prostu odpowiedzialną postawą; konsekwencje nieostrożności i nonszalancji widzimy na przykładzie Włoch i dobrze byłoby, gdybyśmy ich nie naśladowali), wyrażająca się w rzadszym chodzeniu do knajp czy na lokalne bazarki, oznacza spadek popytu i mniej pieniędzy zostawionych w sklepach, a mniej pieniędzy zostawionych w sklepach to mniej pracy i pieniędzy na wypłaty.
Do tego dochodzi turystyka, o której już wiadomo, że będzie przechodziła przez potężny kryzys. Koronawirus atakuje więc gospodarkę z dwóch stron: i od strony podaży (chińska produkcja), i od strony popytu (ograniczenie zakupów).
Każde kolejny zdestabilizowany element konstrukcji społeczno-gospodarczej zwiększa ryzyko efektu domina. Jeżeli problem byłby z jedną, dwiema branżami, to pewnie nic wielkiego by się nie stało. Ale koronawirus infekuje ich naprawdę dużo. Nie ma pewności, czy z któregoś z sektorów nie zacznie kaskadować na kolejne, pozornie zupełnie niezwiązane z epidemią.
Oczywiście nie znaczy to, że kryzys gospodarczy mamy – nomen omen – jak w banku. Oznacza to, że system przechodzi w fazę niestabilności i z każdym dniem zmniejsza się prawdopodobieństwo, że „jakoś to będzie”.
Wszystko to dzieje się w bardzo niefortunnym momencie. Od miesięcy mówiło się o spowolnieniu gospodarczym. Na przykład polskie PKB dwa lata temu rosło z prędkością ponad 5 proc. Jeszcze pod koniec ubiegłego roku Komisja Europejska prognozowała dla nas wzrost na poziomie 3,3 proc. w 2020 roku. Teraz kolejne instytucje korygują prognozy (nie tylko naszego) wzrostu.
I tak: analitycy mBanku obniżyli prognozę wzrostu PKB Polski na 2020 rok z 2,8 proc. do 1,6 proc. PKB, a OECD koryguje prognozy wzrostu światowego PKB z 2,9 do 2,4 proc. w związku z koronawirusem. Jeżeli epidemia rozprzestrzeniłaby się naprawdę szeroko w Azji, Europie i USA, globalny wzrost PKB mógłby spaść jeszcze wyraźniej.
Czy to od razu źle? Czy PKB to idealny wskaźnik ludzkiego dobrobytu? Oczywiście, że nie, a zarzuty wobec niego są znane. Problem w tym, że jego gwałtowne załamanie powoduje, że światowe gospodarki przy dzisiejszej konstrukcji nie są w stanie pochłonąć energii szoku. Rozwinięte państwa mają instrumenty, żeby widząc nadchodzące spowolnienie gospodarcze (a z takim procesem mieliśmy do czynienia), reagować odpowiednią polityką antycykliczną. Ale kiedy nadchodzi nagły kryzys – który widoczny jest na przykład w recesji (czyli spadku PKB przez dwa kwartały) – to najbardziej po głowie dostają tak zwani zwykli ludzie.
W trakcie kryzysu to oni pierwsi tracą pracę, oszczędności i dachy nad głową. Mniej pracy to wzrost odsetka ludzi uzależnionych. Kryzysy gospodarcze to więcej samobójstw, zwłaszcza wśród mężczyzn. Również więcej problemów psychicznych oraz przemocy.
Oczywiście, aktywnym prowadzeniem polityki można przynajmniej części z tych zjawisk zapobiegać. Ale to wszystko musi się dziać w ramach polityk publicznych. Polityk publicznych będących symbiotycznie związanych z jakąś formą kapitalizmu, a już najlepiej takiego pozostającego pod silną kontrolą sprawnych instytucji.
W przypadku koronawirusa widać to choćby w porównaniu tego, jak radzą sobie biedniejsze Niemcy (biorąc pod uwagę PKB per capita; tu ujawnia się zresztą słabość samego miernika) i zamożniejsze Stany Zjednoczone. W tym pierwszym kraju z silnymi instytucjami koronawirus ma śmiertelność na poziomie ledwie ułamka procenta, w drugim – państwie z mocno sprywatyzowaną służbą zdrowia i niedostępnymi usługami publicznymi – śmiertelność wynosi ponad 3 procent. Niemal tyle, co w Chinach.
Załamanie się systemu kapitalistycznego dziś oznaczałoby totalną katastrofę i niewydolność nawet zamożnych państw, a schadenfreude wobec biedniejących multimilionerów to naprawdę kiepska rekompensata za nędzę setek milionów ludzi. Zresztą, miliarderzy i tak uciekliby do swoich bunkrów wydrążonych w górach, na które pieniądze zakumulowali już dawno temu. Stać was na takie bunkry? No właśnie. Mnie też nie. | Koronawirus na całym świecie zbiera żniwa, a chorych wciąż przybywa. Na specjalnie opracowanej mapie, możemy śledzić, jak epidemia rozwija się w naszym kraju. Niestety potwierdzono kolejne przypadki zakażenia SARS-CoV-2.
Koronawirus rozprzestrzenia się bardzo szybko na całym świecie, a Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) wzywa wszystkie państwa, by poważnie potraktowały zagrożenie. Od wczoraj w Polsce potwierdzonych zostało kilka nowych przypadków zakażenia SARS-CoV-2.
W chwili pisania tego artykułu, potwierdzonych było 177 przypadków koronawirusa z Wuhan w Polsce. Od początku epidemii w naszym kraju zmarły 4 osoby, a 13 udało się pokonać chorobę. Przebieg epidemii możecie śledzić na tej mapie. Dane są aktualizowane każdego dnia.
Poza liczbą ofiar koronawiusa, możemy również dowiedzieć się, ile osób poddanych jest kwarantannie - 17 marca jest to ponad 10 tys. osób. Hospitalizowanych jest 734.
Zobacz też: Koronawirus. Jak się przed nim uchronić? Nie wystarczy mycie rąk
Mapa koronawirusa na świecie
Jak wygląda rozwój pandemii COVID-19 w pozostałych krajach? WHO zwróciło uwagę na to, że ilość zarażonych rośnie w szybkim tempie. Do dnia dzisiejszego odnotowano ponad 182 tys. zachorowań, z czego prawie 28 tys. we Włoszech, prawie 15 tys. w Iranie oraz niemal 10 tys. w Hiszpanii. Aktualny stan można śledzić na mapie opracowanej przez Johns Hopkins University. | 2 |
W ostatnich godzinach zanotowano śmierć lekarza rodzinnego i laryngologa.
Lekarze, jak poinformowała ich federacja, stanowią jedną piątą wszystkich zakażonych pracowników służby zdrowia. Wiele ciężko chorych osób z personelu lekarskiego przebywa na oddziałach reanimacji.
W środę przekazano, że w Italii liczba zmarłych zakażonych koronawirusem wzrosła do 13 155. Łączna liczba osób zakażonych w tym kraju wynosi obecnie ponad 80 tysięcy. Od wtorku wzrosła o około 2,9 tys. osób.
Wyleczonych zostało już 16,8 tys. chorych, tj. o 1118 więcej niż poprzedniego dnia.
Reklama
Koronawirus w Afryce 1 / 7 Według danych Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa w USA, na kontynencie zostały już tylko trzy kraje oficjalnie wolne od wirusa: Sudan Południowy, Sierra Leone i Lesotho. Na zdjęciu mieszkańcy Nairobi. Źródło: Agencja FORUM Autor: Donwilson Odhiambo udostępnij | Jak powiedział AFP zarządzający akceleratorem prof. Andrew Peele, australijski synchrotron w Melbourne wykorzystuje intensywne promieniowanie rentgenowskie, emitowane przez przyspieszane przez akcelerator elektrony, w celu zbadania kluczowych białek wirusa.
Działając jako swego rodzaju mikroskop, akcelerator pozwala naukowcom konstruować trójwymiarowe mapy białek na poziomie atomowym, co ułatwia opracowanie leków wiążących się z wirusem, potencjalnie zapobiegających chorobie lub leczących ją.
"Świecimy na białka, a sposób, w jaki rozpraszają promieniowanie, mówi nam, gdzie jest każdy atom w cząsteczce białka SARS-CoV-2" - powiedział Peele. "Musisz wiedzieć, jak to białko wygląda, by móc zaprojektować lek, który się z nim połączy"- dodał.
Reklama
Naukowcy z całego świata wysłali zespołowi z Melbourne dziesiątki próbek białek, które ich zdaniem mogą wiązać się z wirusem SARS-CoV-2 w sposób, który mógłby zminimalizować skutki infekcji lub chronić przed zachorowaniem.
"Korzystając z naszej technologii, w ciągu pięciu minut możesz zrozumieć, dlaczego lek działa lub nie działa po przyłączeniu się do białka" - wyjaśnił Peele, porównując ten proces do ukończenia układanki.
Naukowcy z całego świata ścigają się, aby opracować szczepionki i metody leczenia COVID-19, którego pandemia zabiła już dziesiątki tysięcy osób i zainfekowała ponad 750 tys. ludzi na całym świecie.
Paweł Wernicki | 2 |
Pasażerowie odlatujący z Katowic do Grecji po przylocie zostaną poddani obowiązkowej kwarantannie. Port lotniczy w Pyrzowicach, jako jedyny z Polski, znalazł się na europejskiej liście lotnisk o wysokim ryzyku epidemiologicznym.
W piątek greckie ministerstwo turystyki poinformowało, że obywatele 29 państw będą od 15 czerwca zwolnieni po przyjeździe do Grecji z odbywania obowiązkowej kwarantanny w związku z zagrożeniem koronawirusem. Do tego grona dołączyła również Polska, której początkowo na liście nie było. Losowo wybierane osoby będą jednak poddawane badaniom na obecność koronawirusa.
ZOBACZ: Przełom. Wpuszczą Polaków do Grecji na wakacje
Wyjątek stanowi katowickie lotnisko w Pyrzowicach. Turyści przylatujący do Grecji z tego portu zostaną poddani 7-dniowej kwarantannie.
Lotniska o wysokim ryzyku zarażenia się koronawirusem
Międzynarodowy Port Lotniczy Katowice w Pyrzowicach znalazł się bowiem na europejskiej liście lotnisk o wysokim ryzyku zarażenia się koronawirusem. Wytyczne Agencji Unii Europejskiej ds. Bezpieczeństwa Lotniczego (European Union Aviation Safety Agency - EASA) sporządzono na podstawie danych Światowej Organizacji Zdrowia oraz Europejskiego Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób.
Również w Polsce śląskie lotnisko zostało potraktowane bardziej restrykcyjnie. LOT, który przywrócił ruch krajowy do ośmiu krajowych portów lotniczych, w rozkładzie na pierwsze dwa tygodnie czerwca nie uwzględnił lotniska w Pyrzowicach. Loty krajowe miały na nie powrócić 15 czerwca. W poniedziałek jednak poinformowano, że ta sytuacja potrwa do 19 czerwca.
Powodem jest wciąż duża liczba stwierdzanych nowych przypadków zakażenia koronawirusem w woj. śląskim.
Rzecznik prasowy lotniska: spełniamy wszystkie wymogi
- Nasze lotnisko już od 1 czerwca jest pod każdym względem przygotowane do odprawy samolotów. Spełniamy wszystkie wymogi reżimu sanitarnego wprowadzone przez Urząd Lotnictwa Cywilnego oraz Główny Inspektorat Sanitarny - przekonywał w rozmowie z polsatnews.pl rzecznik prasowy Katowice Airport Cezary Orzech.
ZOBACZ: Bon zamiast pieniędzy za odwołany lot? KE grozi procedurami
Zgodnie z wytycznymi na lotniskach prowadzone są pomiary temperatury przy wejściu do terminali. Do terminala mogą wejść tylko pasażerowie z biletami - o ile to możliwe należy odprawić się on-line.
Na lotniskach obowiązuje również dystans społeczny rozumiany jako zachowanie 1,5 m odstępu między ludźmi. Trzeba także nosić maseczkę. Ograniczone jest też korzystanie z usług i obiektów lotniskowych np. placów zabaw, czy palarni.
Oświadczenie o stanie zdrowia
ULC zaznaczył, że nowością jest obowiązek wypełnienia oświadczenia o stanie zdrowia, zgodnie z instrukcją przewoźnika, jeszcze przed odlotem samolotu.
Urząd dodał, że lotniska mają zapewnić dostęp do środków dezynfekcyjnych oraz płatnych dyspenserów z maseczkami ochronnymi. W celu ograniczenia bezpośredniego kontaktu między pasażerami a pracownikami lotnisk, np. w punktach informacji, kontroli paszportowej czy odprawy, zainstalowano ekrany ochronne. Pracownicy lotnisk zaopatrzeni są w sprzęt ochronny, a terminale regularnie czyszczone i dezynfekowane.
ZOBACZ: Maski, wietrzenie i odstępy. Część studentów wraca na uczenie
Na pokładach samolotów personel nosi maseczki oraz rękawiczki. Pasażerowie zobowiązani są do zakrywania maseczką ust i nosa przez cały lot; maseczki powinno zmieniać się co cztery godziny.
Ograniczono serwis pokładowy, tak by maksymalnie zmniejszyć bezpośredni kontakt pasażerów z załogą. Napoje i przekąski serwowane są w indywidualnych opakowaniach. Pasażerowie muszą wypełniać Karty Lokalizacji Podróżnego przed lądowaniem.
ULC planuje kontrole na lotniskach
Urząd Lotnictwa Cywilnego zachęca ponadto do ograniczenia bagażu podręcznego, a po przylocie bezzwłoczne opuszczenie terminala.
Szef ULC zwrócił uwagę, że tylko konsekwentne stosowanie się do zaleceń sprawi, że latanie będzie bezpieczne.
- W najbliższym czasie planujemy kontrole na lotniskach, aby sprawdzić egzekwowanie nowych wymagań. Apeluję również do pasażerów o wykonywanie poleceń personelu lotniczego i pracowników lotnisk. Jestem przekonany, że dzięki współpracy i wzajemnemu zrozumieniu podróż lotnicza przebiegnie szybko i sprawnie - podsumował Samson.
WIDEO: "Interwencja". "Auto będzie gotowe do końca tygodnia". Mechanik mówi tak od roku Twoja przeglądarka nie wspiera odtwarzacza wideo...
emi/grz/ PAP, polsatnews.pl | / Artweb-media
Lotnisko Katowice deklaruje gotowość do wznowienia ruchu pasażerskiego – zgodnie z wytycznymi sanitarnymi. Loty krajowe powinny tam rozpocząć się od 15 czerwca; loty międzynarodowe na razie pozostają w Polsce wstrzymane do 6 czerwca.
Jak poinformował PAP Piotr Adamczyk z biura prasowego portu, który cały czas prowadzi ruch cargo i obsługuje loty związane z serwisowaniem samolotów, już w ub. tygodniu tamtejsze służby były przygotowane do wznowienia obsługi ruchu pasażerskiego na bazie wytycznych Agencji Unii Europejskiej ds. Bezpieczeństwa Lotniczego (European Union Aviation Safety Agency – EASA).
Po piątkowym ogłoszeniu wytycznych Urzędu Lotnictwa Cywilnego - przygotowanych na podstawie wytycznych EASA, Europejskiego Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (ECDC) oraz Głównego Inspektora Sanitarnego (GIS) – katowickie lotnisko potwierdziło gotowość do wznowienia obsługi pasażerów.
Z systemu sprzedażowego LOT wynika, że przewoźnik ten zamierza uruchomić połączenia krajowe między Katowicami i Warszawą 15 czerwca. Nie ma dotąd decyzji ws. przywrócenia połączeń międzynarodowych. Lotnisko Katowice jest w całości przygotowane do wznowienia ruchu pasażerskiego w nowym reżimie sanitarnym od 1 czerwca.
Oznacza to m.in. zminimalizowanie liczby osób w terminalach pasażerskich (będą mogli do nich wejść tylko odlatujący pasażerowie, pracownicy lotniska i załogi linii lotniczych) i mierzenie temperatury ciała osób odlatujących z Katowic kamerami termowizyjnymi (granica to 38 stopni).
W terminalu umieszczono już szereg piktogramów i grafik dotyczących utrzymywania dystansu. Odpowiednio kierują też one pasażerów do stanowisk odprawy biletowo-bagażowej, kontroli bezpieczeństwa i dalej - do boardingu. Pasażerowie będą poruszali się jednokierunkowo, bez możliwości mijania się. Obsłudze zapewniono przesłony.
Odloty z Katowic będą odbywały się tylko z najstarszego terminalu A; nowszy i większy terminal B jest rozbudowywany. Przygotowany zapasowo został terminal D, w obiektach po terminalu cargo, jednak na razie nie będzie on najprawdopodobniej uruchamiany.
Boarding będzie odbywał się strefowo – bez kolejek i tłoczenia się pasażerów przed bramką. Jeżeli do samolotu pasażerowie będą dowożeni autobusami, zachowane zostaną związane z tym ograniczenia. Do jednego samolotu zamiast dwóch czy trzech autobusów, jak dotąd, może więc podjeżdżać pięć lub sześć.
W trakcie podróży lotniczej, czyli od wejścia na lotnisko, w samolocie, do wyjścia z lotniska, utrzymany zostanie obowiązek używania maseczek lub przyłbic. Przed wejściem do terminalu będzie można kupić maseczkę w automacie. Dostępne będą automatyczne dystrybutory ze środkiem odkażającym.
W samolotach należy spodziewać się m.in. zamkniętych toalet oraz obowiązku wypełnienia karty lokalizacyjnej. Karty będzie zbierała obsługa samolotu przed lądowaniem, a następnie będą one przekazywane lotnisku, skąd trafią do sanepidu.
Po wylądowaniu w hali przylotów również trzeba będzie utrzymywać dystans. Obowiązywać ma zasada, że bezpośrednio po odbiorze bagażu rejestrowanego pasażerowie powinni opuścić terminal.
Jak sygnalizował w ostatnich dniach wiceminister infrastruktury Marcin Horała, po uruchomieniu krajowego ruchu lotniczego 1 czerwca br., na razie nie ma daty wznowienia ruchu międzynarodowego. Obecnie międzynarodowe pasażerskie połączenia lotnicze z/do Polski są wstrzymane do 6 czerwca br.
Katowice Airport należy do grona największych lotnisk regionalnych w Polsce. W 2019 r. z siatki jego połączeń skorzystało rekordowe 4,84 mln podróżnych. Lotnisko jest krajowym liderem w segmencie przewozów czarterowych i regionalnym w cargo. Zarządca lotniska przed pandemią koronawirusa prognozował, że w 2020 r. skorzysta z niego 5,5 mln podróżnych.
Kryzys branży lotniczej, wywołany pandemią, wymusił konieczność weryfikacji prognoz. Obecnie władze Katowice Airport, gdzie codziennie w czasie epidemii odbywa się po kilkanaście operacji lotniczych (cargo i obsługa serwisowa samolotów) spodziewają się, że w 2020 r. z tamtejszej siatki połączeń skorzysta o ponad połowę mniej podróżnych niż w 2019 r.(PAP)
autor: Mateusz Babak
mtb/ skr/ | 3 |
Prezydent zaapelował do Polaków mieszkających w USA, aby „zawsze pamiętali o swojej ojczyźnie” i wspierali Polskę „wszędzie tam, gdzie mogą”. – Zresztą nie zawiedliśmy się na nich nigdy. Wspierali nas wtedy, kiedy aspirowaliśmy do Sojuszu Północnoatlantyckiego. To wsparcie – zwłaszcza Polonii amerykańskiej – było bardzo widoczne i doskonale je pamiętamy – powiedział prezydent.
Podziękował również za wsparcie w staraniach o obecność wojsk NATO na terenie Polski. – Prosimy o wsparcie w Ameryce w tych wszystkich ważnych dla Polski politycznych sprawach po to, żebyśmy tę współpracę ze Stanami Zjednoczonymi mogli pogłębiać – powiedział Duda. | Prezydent Andrzej Duda jest już w Waszyngtonie. Tam ma spotkać się z Donaldem Trumpem. Politycy mają rozmawiać na tematy m.in. bezpieczeństwa militarnego, energetycznego i współpracy gospodarczej.
– Zostałem zaproszony przez prezydenta Donalda Trumpa, co jest dobrą wiadomością dla Polski i dla nas wszystkich, że sojusz z Polską jest traktowany bardzo poważnie. Jestem pierwszym prezydentem zaproszonym na bezpośrednie spotkanie przez prezydenta Trumpa po tej przerwie w polityce międzynarodowej spowodowanej koronawirusem. Cieszę się, że to spotkanie będzie okazją do wzmocnienia więzi sojuszniczych i budowania dalej relacji z USA, przede wszystkim relacji gospodarczych – mówił Andrzej Duda dziennikarzom po przylocie do USA.
Duda rozwiał w wywiadzie nadzieje swoich wyborców i przyznał, że nie będzie rozmawiał z Trumpem o przenoszeniu broni jądrowej do Polski.
W delegacji prezydent uczestniczą: szef gabinetu prezydenta Krzysztof Szczerski, minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak, szef BBN Paweł Soloch oraz kpt. Jacek Siewiera oraz ambasador Polski w USA Piotr Wilczek.
Rozmowa Dudy i Trumpa będzie miała miejsce w środę o godzinie 14:00 czasu miejscowego i 20:00 czasu polskiego.
Źródło: Polsat News | 4 |
Tymczasem, w Dzienniku Ustaw opublikowano we wtorek wieczorem zmienione rozporządzenie ministra zdrowia dotyczące stanu epidemii; wprowadza ono kolejne rozwiązania zapowiedziane przez rząd.
W rozporządzeniu wskazano, że w okresie od 25 marca do 11 kwietnia 2020 r. zakazuje się przemieszczania się z wyjątkiem m.in. wykonywania czynności zawodowych lub zadań służbowych, prowadzenia działalności rolniczej lub prac w gospodarstwie rolnym; zaspokajania niezbędnych potrzeb związanych z bieżącymi sprawami życia codziennego, w tym uzyskania opieki zdrowotnej lub psychologicznej oraz zakupu towarów i usług.
Ograniczenie nie dotyczy też wykonywania ochotniczo i bez wynagrodzenia świadczeń na rzecz przeciwdziałania skutkom COVID-19, w tym w ramach wolontariatu oraz sprawowania lub uczestniczenia w sprawowaniu kultu religijnego, w tym czynności lub obrzędów religijnych.
W rozporządzeniu wskazano, że w przypadku gdy przemieszczanie się następuje pieszo – jednocześnie mogą się poruszać dwie osoby w odległości nie mniejszej niż 1,5 m od siebie.
Jeśli chodzi o środki publicznego transportu zbiorowego – środkiem tym można przewozić, w tym samym czasie, nie więcej osób, niż wynosi połowa miejsc siedzących
Świętokrzyskie. Zamknięty oddział neurologiczny skarżyskiego szpitala, pielęgniarka zarażona koronawirusem
We wtorek zamknięty został oddział neurologiczny w Szpitalu Powiatowym w Skarżysku-Kamiennej. Pielęgniarka pracująca w placówce i w szpitalu w Grójcu (Mazowieckie) została zarażona koronawirusem. Pielęgniarka, która została zarażona koronawirusem, ostatni raz pełniła dyżur w skarżyskim szpitalu na oddziale neurologicznym w dniach 16-17 marca.
- Jest naszą pracownicą, a dodatkowo pracuje w szpitalu w Grójcu. Po tym ostatnim dyżurze, który skończyła 18 marca rano, poszła na zwolnienie lekarskie. Dopiero dzisiaj w południe otrzymaliśmy informację o tym z sanepidu, choć podobno wynik tej naszej pracownicy był już znany w niedzielę – powiedział dyrektor szpitala Leszek Lepiarz, który podjął decyzję o zamknięciu oddziału neurologicznego.
- Wszyscy pacjenci łącznie z personelem, który we wtorek rano rozpoczął pracę, zostali zamknięci na oddziale i nie mogą go opuszczać. Pobraliśmy od nich próbki do badań, które zostały przewiezione do laboratorium w Kielcach. Do czasu otrzymania wyników wszyscy muszą pozostać w szpitalu – podkreślił Lepiarz.
- Powiadomiliśmy już pogotowie, że nie przyjmujemy na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym pacjentów ze schorzeniami neurologicznymi i udarowymi – dodał dyrektor skarżyskiego szpitala. Próbki pobrano także od personelu oddziału neurologicznego, który pełnił dyżur wraz z pielęgniarką zarażoną koronawirusem, podczas jej ostatniego dyżuru.
- Zostało pobranych w sumie 65 wymazów, w tym od 48 pracowników szpitala i 18 pacjentów – poinformował dyr. szpitala, który z niepokojem czeka na wyniki badań. - Oby te wyniki były ujemne i ważne, żeby były jak najszybciej. Życie pokazuje, że te badania nie robi się tak szybko, jak co niektórzy usiłują nam przekazać. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie sytuacji, gdyby jednak wyniki tych badań nie były pomyślne. Przecież ta pielęgniarka była nie tylko na oddziale, była też u nas w administracji. To może być lawina, który sprawiłaby problemy całemu szpitalowi – nie ukrywał dyrektor skarżyskiej placówki.
(Źródło: Ministerstwo Zdrowia, PAP. ks) | Chodzi o pielęgniarkę z pobliskiego powiatu szydłowieckiego. Kobieta pracowała na oddziale neurologicznym w Szpitalu Powiatowym w Skarżysku – Kamiennej 16 i 17 marca Później miała się poczuć źle i poszła na zwolnienie lekarskie. Władze lecznicy wczoraj od sanepidu dowiedziały się, że pielęgniarka jest zakażona koronawirusem.
Koronawirus. Skarżysko: u pielęgniarki w szpitalu wykryto koronawirusa
- Cały oddział został natychmiast zamknięty – mówi Onetowi Leszek Lepiarz, dyrektor skarżyskiej lecznicy. – Mamy tam 48 osób z personelu i 17 pacjentów. Od wszystkich pobraliśmy wymazy do badań i cały czas czekamy na wyniki – dodaje.
Okazuje się, że kobieta jest także zatrudniona w szpitalu w Grójcu koło Warszawy i właśnie tam została zakażona koronawirusem. – Wiadomo, że wiele osób pracuje w więcej niż w jednym szpitalu. Nie ma zakazów, które mogłyby to zmienić, tym bardziej, że wiemy, jaka jest sytuacja personalna w wielu placówkach – podkreśla Leszek Lepiarz.
Na razie pozostałe oddziały w Szpitalu Powiatowym w Skarżysku – Kamiennej pracują bez zmian. Wyniki badań dotyczące personelu i pacjentów z neurologii mają być znane jeszcze dzisiaj. Wtedy też zapadanie decyzja, co do dalszej działalności tego oddziału.
Koronawirus w Polsce stał się faktem. Bądź na bieżąco! Nie panikujemy, każdą informację weryfikujemy u źródła, nie publikujemy plotek ani informacji niesprawdzonych. Nie ścigamy się. Dołącz do listy czytelników Informacyjnego Newslettera Onetu.
(sp) | 2 |
(adsbygoogle = window.adsbygoogle || []).push({});
Brexit i Polexit. „Polska po Wielkiej Brytanii opuści UE”: Nigel Farage na pożegnalnej konferencji prasowej w parlamencie europejskim stwierdził, że kolejnym krajem, który odpuści struktury unijne będzie Polska. Taka wiadomość została przekazana przez korespondenta Polsatu na Twitterze. Czeka nas Polexit?
Czytaj też: Oficjalnie! To z nim Wieniawa zatańczy w show „Taniec z gwiazdami” – wygrana w kieszeni
(adsbygoogle = window.adsbygoogle || []).push({});
Kiedy myślę o krajach, które, jako kolejne opuszcza UE, do głowy przychodzą mi Dania, Polska i Włochy
— odparł.
(adsbygoogle = window.adsbygoogle || []).push({});
Polska opuści UE? Czy czeka nas Polexit?
Myślę, że w sposób, w jaki Polacy są upominani, są wielokrotnie obrażani przez takie osoby, jak Timmermans, to dla nich trochę za dużo, niż są w stanie znieść, mając na uwadze ich trudną i skomplikowaną historię
— tłumaczył.
TO JEST CZYTANE NAJCZĘŚCIEJ:
(adsbygoogle = window.adsbygoogle || []).push({});
Według Farage dla wielu Polaków system rządowy z Brukseli wygląda niemal identycznie jak system komunistyczny.
Chodzi to o proces w jaki i przez kogo podejmowane są decyzje
— dodał.
Zobacz również: Andrzej Duda nie wytrzymał. Jego słowa usłyszał cały świat
Słowa brytyjskiego polityka wykorzystał między innymi Radosław Sikorski.
Już nie tylko opozycja, nie ‘lewactwo,’ nie Rada Europy, nie Komisja Europejska i nie Parlament Europejski, lecz Ojciec Brexitu, sam Nigel Farage uważa, że Polska jest na ścieżce wyjścia z Unii. Od dzisiaj nikt, także na prawicy, nie ma prawa udawać, że o tym nie wie
— napisał Radosław Sikorski.
Polexit
Brexit i Polexit: Nigel Farage stwierdził, że Polska będzie kolejny krajem, który opuści UE. Wiadomość została przekazana przez korespondenta Polsatu
Źródło: Polsat
POLECAMY TAKŻE:
Przerażający widok! Agnieszka Chylińska pokazała swoje zdjęcie. Jest skrajnie wychudzona (foto)
Awantura w Sejmie: Kaczyńskiego poniosło: „Zamknij się!” (wideo)
POLECAMY RÓWNIEŻ:
Szokujące słowa! Prezydent Izraela obraził Polaków?
Świat w szoku: Andrzej Duda ostro do prezydenta Izraela
Fani we łzach. Reżyser „Ranczo” potwierdził tragiczne wieści o Królikowskim.
window._taboola=window._taboola||[],_taboola.push({article:"auto"}),function(o,a,t,e){document.getElementById(e)||(o.async=1,o.src="//cdn.taboola.com/libtrc/magdad-wlocie/loader.js",o.id=e,a.parentNode.insertBefore(o,a))}(document.createElement("script"),document.getElementsByTagName("script")[0],0,"tb_loader_script"),window.performance&&"function"==typeof window.performance.mark&&window.performance.mark("tbl_ic"),window._taboola=window._taboola||[],_taboola.push({mode:"alternating-thumbnails-a",container:"taboola-below-article-thumbnails",placement:"Below Article Thumbnails",target_type:"mix"}),window._taboola=window._taboola||[],_taboola.push({flush:!0}),console.log("wykonało się"); | (adsbygoogle = window.adsbygoogle || []).push({});
Doda i jej mąż Emil Stępień bez wątpienia cieszą się dużym zainteresowaniem na profilu na portalu Instagram należącym do byłej gwiazdy zespołu Virgin. Trzeba jednak zaznaczyć, że widok Doroty w towarzystwie męża jest niezwykle rzadki. Piosenkarka bardzo sobie cenię prywatność w sprawach dotyczących jej najbliższej rodziny. Już kilka lat temu granicę w tej kwestii naruszyła stacją TVN. Doda bez wahania podjęła wówczas decyzję o skierowaniu sprawy na drogę prawną, którą ostatecznie wygrała. Z tego właśnie powodu na Insta Dody możemy spotkać się jedynie z postami, które odnoszą się do popularnej piosenkarki. Mimo wszystko Doda szanuję również i swój wizerunek w mediach społecznościowych. Dlatego próżno jest szukać u niej na profilu reklam konkretnych produktów i marek.
TO JEST CZYTANE NAJCZĘŚCIEJ:
(adsbygoogle = window.adsbygoogle || []).push({});
Doda nie chcę reklam u siebie na Insta
Doda i jej mąż, Emil Stępień bez wątpienia cieszą się bardzo dużym zainteresowaniem na profilu Instagram gwiazdy zespołu Virgin. Jednym z czynników, który pozytywnie na to wpływa jest przede wszystkim fakt, iż Doda bardzo sporadycznie zamieszcza zdjęcia i filmy związane z jej rodziną. Celebrytka w tych sferach ceni sobie prywatność. Na Instagramie publikuję w przeważającej większości zdjęcia i nagrania związane bezpośrednio z nią oraz jej pracą. Często odrzuca także propozycję reklam, ponieważ:
„Instagram i moje social media w ogóle nie są żadnym polem do reklam”. (adsbygoogle = window.adsbygoogle || []).push({});
Zobacz również: Andrzej Duda nie wytrzymał. Jego słowa usłyszał cały świat
„Odnajduję, ale nie jestem uzależniona. Nie chodzę z telefonem przyklejonym do ręki. Nie upubliczniam każdej chwili. Poza tym wszystko założyłam za późno. Profil na Facebooku i na Instagramie. Nigdy w życiu nie użyłam żadnego hashtagu, który ponoć zwiększa możliwość dostrzeżenia ciebie przez cały świat. To trąci desperacją. Poprawka – jednego użyłam: #artyściprzeciwnienawiści, kiedy organizowałam wielki koncert. Jak ktoś chce mnie znaleźć w sieci, to mnie znajdzie. Mój Instagram i moje social media w ogóle nie są żadnym polem do reklam i nigdy nie były. Jak oglądam profile innych osób publicznych, to co drugi post jest jakąś otagowaną reklamą”
– powiedziała w rozmowie dla magazynu „Forbes”.
(adsbygoogle = window.adsbygoogle || []).push({});
Czytaj też: Oficjalnie! To z nim Wieniawa zatańczy w show „Taniec z gwiazdami” – wygrana w kieszeni
„Nie mogę co drugi dzień robić postów za hajs w koszulkach, bo jestem piosenkarką. To wbrew moim zasadom. To jest drobnica, ja po nią nie sięgam z szacunku choćby do samej siebie. Ostatnio miałam ofertę reklamową od bardzo znanej, wielkiej firmy. Chodziło o zareklamowanie w spocie internetowym w sposób dość kontrowersyjny produktu, o którym nie mogę nic powiedzieć poza tym, że pomysł był tak zabawny i rozbrajający, że podałam najniższą z możliwych kwot, żeby się nie przerazili. Okazała się dwa razy większa od tego, co zaproponowała inna bardzo znana twarz show-biznesu. Tak się psuje rynek”
– zaznaczyłą artystka.
Doda i jej mąż Emil Stępień
Doda wyznała także, że dziś dba o swoją prywatność.
„Nawet nauczyłam się w końcu o tę prywatność dbać i ją chronić. O tym, że wyszłam za mąż, media dowiedziały się dopiero po fakcie, i to ode mnie. Nie dziwię się młodym, że w amoku sławy sprzedają wszystko, ale jestem w szoku, że ludzie w moim wieku potrafią z taką łatwością monetyzować swoje małżeństwo, dzieci… niejednokrotnie jeszcze te nienarodzone”
– powiedziała piosenkarka.
Doda/ screen YouTube
POLECAMY TAKŻE:
Przerażający widok! Agnieszka Chylińska pokazała swoje zdjęcie. Jest skrajnie wychudzona (foto)
Awantura w Sejmie: Kaczyńskiego poniosło: „Zamknij się!” (wideo)
POLECAMY RÓWNIEŻ:
Szokujące słowa! Prezydent Izraela obraził Polaków?
Świat w szoku: Andrzej Duda ostro do prezydenta Izraela
Fani we łzach. Reżyser „Ranczo” potwierdził tragiczne wieści o Królikowskim.
/Doda Instagram
window._taboola=window._taboola||[],_taboola.push({article:"auto"}),function(o,a,t,e){document.getElementById(e)||(o.async=1,o.src="//cdn.taboola.com/libtrc/magdad-wlocie/loader.js",o.id=e,a.parentNode.insertBefore(o,a))}(document.createElement("script"),document.getElementsByTagName("script")[0],0,"tb_loader_script"),window.performance&&"function"==typeof window.performance.mark&&window.performance.mark("tbl_ic"),window._taboola=window._taboola||[],_taboola.push({mode:"alternating-thumbnails-a",container:"taboola-below-article-thumbnails",placement:"Below Article Thumbnails",target_type:"mix"}),window._taboola=window._taboola||[],_taboola.push({flush:!0}),console.log("wykonało się"); | 1 |
Prowincja Idlib przy granicy z Turcją, skąd masowo uciekają cywile, jest ostatnim regionem Syrii, w którym prezydentowi Baszarowi al-Asadowi nie udało się jeszcze odzyskać władzy.
Tylko w ciągu ostatniego tygodnia region ten opuściło 100 tysięcy osób. Są to często uciekinierzy z innych części Syrii, którzy właśnie w prowincji Idlib znaleźli tymczasowe schronienie przed wojną.
Sytuacja zaostrzyła się na początku grudnia, kiedy w północno-zachodniej Syrii wznowiona została - wspierana przez Rosję - ofensywa przeciwko rebeliantom. Do działań zbrojnych włączyła się Turcja, która nie chce przyjmować kolejnych syryjskich uchodźców i próbuje zatrzymać siły prezydenta Asada.
Reklama
Syryjska wojna domowa trwa już od niemal dziewięciu lat. Jest określana mianem największej katastrofy humanitarnej od czasów II wojny światowej. Według ostrożnych szacunków, życie straciło co najmniej pół miliona ludzi. | Siły syryjskie wspierane przez Rosję prowadzą ofensywę w prowincji Idlib (to ostatni duży, zwarty obszar kontrolowany przez rebeliantów walczących z rządem Asada) i obecnie ostrzeliwują obszary, na których znajdują się uchodźcy z terenów objętych walkami.
Reklama
Mark Cutts z ONZ zastępca regionalnego koordynatora ds. pomocy humanitarnej w Syrii powiedział w rozmowie ze Sky News, że nawet jak na standardy brutalnej wojny domowej w Syrii sytuacja obecnie jest bardzo trudna.
- Ok. miliona przesiedlonych osób mieszka w obozach i tymczasowych schronieniach na obszarze, który jest ostrzeliwany i bombardowany. Dalsza ofensywa w tym kierunku doprowadzi do krwawej rzezi - powiedział Cutts.
- Będziemy świadkami masakry na skalę, jakiej dotąd nie widziano w czasie całej tej wojny - ostrzegł.
ONZ uważa, że Idlib już doświadcza kryzysu humanitarnego na niespotykaną skalę.
Reklama
Od grudnia z domów w Idlib musiało uciec ok. 900 tysięcy osób, w większości kobiet i dzieci.
Jak pisze Sky News reżim Asada i jego rosyjscy sojusznicy wydają się zdeterminowani, by kontynuować ofensywę niezależnie od wyrazów potępienia płynących ze świata. | 3 |
Prokuratura Rejonowa w Pucku wszczęła śledztwo ws. obrażania prezydenta Andrzeja Dudy podczas obchodów 100-lecia zaślubin Polski z morzem.
Wszczęcie śledztwa ws. wydarzeń z poniedziałku w Pucku potwierdziła rzecznik prasowa Prokuratury Okręgowej w Gdańsku Grażyna Wawryniuk.
Do gdańskiej prokuratury trafiło kilka zawiadomień w związku z obrażaniem prezydenta Andrzeja Dudy podczas obchodów 100-lecia zaślubin Polski z morzem. Pisma zostały przekazane do prokuratury w Pucku, która zajmuje się sprawą.
Podczas uroczystości gwizdy i wulgarne okrzyki manifestantów zakłócały wystąpienie prezydenta Andrzej Dudy. Grupa osób z tłumu, zgromadzona przed sceną, skandowała m.in. „ty ch***”, „marionetka” i „będziesz siedział”.
Po zakończonym przemówieniu manifestanci przywitali się z kandydatką PO na najwyższy urząd w państwie Małgorzatą Kidawą-Błońską
#wieszwiecej Polub nas | Jak potwierdziła PAP rzeczniczka prasowa Prokuratury Okręgowej w Gdańsku Grażyna Wawryniuk, do gdańskiej prokuratury trafiło kilka zawiadomień od osób prywatnych, które oglądały poniedziałkowe uroczystości z udziałem Andrzeja Dudy w mediach.
"Dokumenty zostały przekazane do Prokuratury Rejonowej w Pucku" - powiedziała PAP prokurator Wawryniuk.
Teraz prokuratura podejmie czynności sprawdzające i ma 30 dni na decyzję o ewentualnym wszczęciu śledztwa.
W poniedziałek na Wybrzeżu gościł prezydent Andrzej Duda, który brał udział w uroczystościach 100-lecia Zaślubin Polski z morzem. Prezydent był w Pucku, Władysławowie i Wejherowie. Jedynie obchody we Władysławowie miały spokojny przebieg. W Pucku i Wejherowie doszło do incydentów.
Reklama
Andrzej Duda został przywitany w Pucku okrzykami: "kłamca", "będziesz siedział", "Trybunał Stanu", "republika banasiowa" i "przestań łgać". W trakcie przemówienia głowy państwa słychać było gwizdy. Andrzej Duda nie zareagował na nie w żaden sposób. Według niektórych mediów w tłumie można było też usłyszeć wulgarne okrzyki.
Tego samego dnia w Wejherowie prezydenta przywitała grupa protestujących z transparentami: "wyPAD 2020", "Konstytucja" oraz "Andrzej Duda wstyd narodu". Na nagraniach z przemówienia głowy państwa było słychać gwizdy.
W czwartek posłowie PiS złożyli w Sejmie projekt uchwały potępiającej "grupę chuliganów", jak określili protestujących w poniedziałek 10 lutego podczas państwowych uroczystości w Pucku i Wejherowie. Ich zachowanie nazwali "barbarzyńskim" i wymierzonym w autorytet polskiego państwa. | 4 |
Coraz bardziej dramatyczne są doniesienia z Francji, gdzie w ciągu ostatnich 24 godzin z powodu zarażenia koronawirusem zmarło 499 osób, w wyniku czego łączna liczba zgonów tym spowodowanych wzrosła do 3.523. Liczba osób, u których potwierdzono zarażenie koronawirusem, to już 52.128.
Łączna liczba hospitalizowanych osób wynosi obecnie blisko 22.800, co oznacza wzrost o 1.749 od poniedziałku. Odnotowano duży wzrost liczby ciężkich przypadków na oddziałach intensywnej terapii – od wczoraj to 457 pacjentów, a w sumie – 5.564 pacjentów. 24% pacjentów ma mniej niż 60 lat. Dotychczas wyzdrowiało 7.927 osób.
Rekordową liczbę zgonów z powodu koronawirusa – 381 w ciągu doby – zanotowano w Wielkiej Brytanii, wskutek czego łączny bilans ofiar śmiertelnych epidemii wzrósł do 1789 – podało we wtorek po południu brytyjskie ministerstwo zdrowia.
W ciągu ostatniej dobry zakażenie koronawirusem w Belgii stwierdzono u 867 kolejnych osób, a wskutek infekcji zmarły kolejne 94 osoby – podały belgijskie władze. Wśród ofiar śmiertelnych jest 12-latka, co – jak podkreślają władze – jest niezwykle rzadkim przypadkiem.
Do 373 wzrosła liczba ofiar śmiertelnych Covid-19 w Szwajcarii, w ciągu ostatniej doby przybyło ich 78 – poinformował we wtorek federalny urząd zdrowia (BAG). Od poniedziałku wykryto 601 nowych zakażeń koronawirusem, w sumie odnotowano ich już 16 176.
Najgorzej jest jednak we Włoszech, we Francji i w Hiszpanii – w tym ostatnim 849 osób zmarło w ciągu ostatniej doby z powodu koronawirusa – poinformowało tamtejsze ministerstwo zdrowia. To największa taka liczba od początku pandemii w tym kraju.
Wspieraj Fundację Magna Polonia! 🇵🇱 Niestety, nasza potrzeba finansowa wciąż się pogłębia!. W mahu potrzebujemy 21 996, 60 zł, Udało nam się zebrać jedynie: 7118,08 zł Pomóż przetrwać Fundacji Magna Polonia. Czas ucieka... Nie bądź bierny, wspieraj polskie media. 30 zł 50 zł 100 zł Inna kwota
Dziękujemy za pomoc prawną Kancelarii Prawnej Litwin: https://kancelaria-litwin.pl | Pomiędzy piątkowym a sobotnim popołudniem w Hiszpanii nastąpił drastyczny wzrost zgonów i zachorowań na Covid-19. W ciągu niespełna doby zanotowano 65 nowych ofiar śmiertelnych i ponad 1,8 tys. nowych przypadków zakażeń koronawirusem.
Według szacunków ministerstwa zdrowia Hiszpanii, do sobotniego popołudnia z powodu koronawirusa zmarło w tym kraju 185 osób, a blisko 5,9 tys. zostało nim zakażonych.
W Hiszpanii poszerza się grono polityków zakażonych koronawirusem. W nocy z czwartku na piątek potwierdzono obecność Covid-19 w organizmie kolejnej minister w gabinecie Pedra Sancheza, a także u szefa prawicowej partii Vox, Santiago Abascala.
/wpolityce.pl/
Wspieraj Fundację Magna Polonia! 🇵🇱 Niestety, nasza potrzeba finansowa wciąż się pogłębia!. W mahu potrzebujemy 21 996, 60 zł, Udało nam się zebrać jedynie: 7118,08 zł Pomóż przetrwać Fundacji Magna Polonia. Czas ucieka... Nie bądź bierny, wspieraj polskie media. 30 zł 50 zł 100 zł Inna kwota
Dziękujemy za pomoc prawną Kancelarii Prawnej Litwin: https://kancelaria-litwin.pl | 2 |
Zatrudniająca ok. 2,2 tys. osób fabryka Fiat Chrysler Automobiles (FCA) w Tychach, która od połowy marca nie produkuje samochodów z powodu pandemii koronawirusa, przedłużyła przerwę w produkcji o kolejny tydzień, do 14 czerwca.
fot. Tomasz Paczos / / FORUM
Z wcześniejszych nieoficjalnych informacji, docierających m.in. do przedstawicieli działających w fabryce związków zawodowych wynikało, że tyski zakład szykował się do wznowienia produkcji samochodów już 1 czerwca. Ostateczna jednak - mimo uzgodnień ze związkami i wdrożeniu w zakładzie wielu procedur bezpieczeństwa - zapadła decyzja o przedłużeniu przestoju najpierw do 7 czerwca, a obecnie do 14 czerwca.
Początkowo zakładano, że zakład wznowi działalność 30 marca, po dwutygodniowym przestoju; później czas trwania przerwy w produkcji kilkakrotnie przedłużano, w odstępach tygodniowych.
W tyskim zakładzie trwają przygotowania do uruchomienia produkcji. M.in. zamontowano kamery termowizyjne, wykrywające podwyższoną temperaturę u wchodzących do fabryki pracowników, wprowadzono też dodatkowe środki bezpieczeństwa w halach produkcyjnych oraz pomieszczeniach socjalnych.
Przed przestojem fabryka w Tychach wytwarzała dziennie średnio ponad tysiąc samochodów - trzymiesięczny przestój oznacza ubytek w produkcji rzędu ok. 65 tysięcy aut. Firma - jak deklarowali wcześniej jej przedstawiciele - spodziewa się jednak, że po okresie epidemii odbudowany zostanie popyt na wytwarzane w Tychach małe samochody.
Zakład FCA w Tychach, w którego produkcji dominuje wytwarzany tu od blisko 13 lat Fiat 500, w ub. roku wyprodukował w sumie 263 tys. 176 samochodów, wobec 259 tys. 448 w roku 2018 (3728 aut więcej niż rok wcześniej).
Spółka FCA Poland, do której należy fabryka w Tychach, to największa z 13 spółek Grupy Fiat Chrysler Automobiles w Polsce, a jej tyski zakład należy do grona najnowocześniejszych fabryk samochodowych na świecie. Zakład zatrudnia ok. 2,2 tys. pracowników. Na terenie tyskiej fabryki FCA działa także wiele firm kooperujących, które wstrzymały lub ograniczyły produkcję w ślad za decyzją swojego partnera.
Od połowy marca produkcję zawiesiło lub poważnie ograniczyło także wiele firm motoryzacyjnych działających w Katowickiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej, m.in. fabryki Grupy PSA w Gliwicach (gdzie produkowany jest Opel Astra) i Tychach (wytwórca silników), a także działająca w Bielsku-Białej i Sosnowcu firma Marelli. Fabryka silników w Tychach wznowiła już produkcję; terminu wznowienia pracy przez gliwicką fabrykę samochodów Opla dotąd nie podano, choć fabryka deklaruje już gotowość do pracy.(PAP)
autor: Marek Błoński
mab/ dym/ | "Dyrekcja FCA Poland SA informuje, że w następstwie wystąpienia Covid-19 zmuszona jest do kolejnego wydłużenia okresu tymczasowego zawieszenia działalności produkcyjnej. Tymczasowe zawieszenie będzie obowiązywać w okresie od 18 do 24 maja 2020 r." - czytamy w komunikacie dyrekcji fabryki, skierowanym do jej pracowników.
Początkowo zakładano, że zakład wznowi produkcję 30 marca, po dwutygodniowej przerwie; później czas trwania przerwy w produkcji kilkakrotnie przedłużano.
Jak podali przedstawiciele zakładu, pracownikom, którzy w związku z tymczasowym zawieszeniem produkcji nie będą świadczyć pracy, zostanie udzielony zaległy urlop wypoczynkowy. W następnej kolejności będzie im zaproponowana możliwość skorzystania z urlopu bieżącego lub innych wynikających z przepisów zwolnień od pracy.
"W pozostałych przypadkach - jeżeli pracownik był gotów do wykonywania pracy - przysługiwać będzie wynagrodzenie za czas przestoju" - napisano w komunikacie FCA Poland w Tychach.
W dniach zawieszenia działalności produkcyjnej w fabryce pracuje wyłącznie niezbędny personel wskazany przez bezpośrednich przełożonych. "Personel ten pracować będzie w całkowitym poszanowaniu norm oraz rozporządzeń rządowych, stosując równocześnie wszelkie środki bezpieczeństwa i higieny wdrożone od samego początku wybuchu pandemii wirusa Sars-CoV-2" - zapewnia spółka.
Przed przestojem fabryka w Tychach wytwarzała dziennie średnio 1040 samochodów - ponad dwumiesięczny przestój oznacza ubytek w produkcji rzędu blisko 50 tysięcy aut.
Początkowo zakład w Tychach - na podstawie zarządzenia dyrekcji - miał wstrzymać pracę jedynie 16 i 17 marca w celu przeprowadzenia w fabryce kompleksowej dezynfekcji; załoga miała pójść głównie na urlop. 16 marca zapadła jednak decyzja na szczeblu koncernu o wprowadzeniu dłuższego przestoju w większości europejskich zakładów. Potem okres zawieszenia produkcji kilkakrotnie przedłużono; poprzednie przedłużenie obowiązywało do 17 maja.
W marcu br. przedstawiciele Grupy FCA wskazywali, że zawieszenie produkcji jest częścią działań związanych z epidemią koronawirusa COVID-19, a przy tym reakcją na związane z nią zakłócenia popytu, co - jak podano w komunikacie - wymaga także optymalizacji podaży. Grupa zadeklarowała współpracę ze swoimi dostawcami i partnerami biznesowymi, aby przygotować się do nadrobienia ubytków w produkcji, gdy sytuacja na rynku ustabilizuje się i popyt powróci do oczekiwanego poziomu.
Tyska fabryka FCA, w której produkcji dominuje wytwarzany tu od blisko 13 lat Fiat 500, w ub. roku wyprodukowała w sumie 263 tys. 176 samochodów, wobec 259 tys. 448 w roku 2018 (3728 aut więcej niż rok wcześniej). Spółka FCA Poland, do której należy fabryka w Tychach, to największa z 13 spółek Grupy Fiat Chrysler Automobiles w Polsce, a jej tyski zakład należy do grona najnowocześniejszych fabryk samochodowych na świecie. Zakład zatrudnia ok. 2,2 tys. pracowników.
Na terenie tyskiej fabryki FCA działa także wiele firm kooperujących, które wstrzymały lub ograniczyły produkcję w ślad za decyzją swojego partnera.
W ostatnich dwóch miesiącach produkcję zawiesiło lub poważnie ograniczyło także wiele firm motoryzacyjnych działających w Katowickiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej, m.in. fabryki Grupy PSA w Gliwicach (gdzie produkowany jest Opel Astra) i Tychach (wytwórca silników), a także działająca w Bielsku-Białej i Sosnowcu firma Marelli. Fabryka silników Opla w Tychach ma wznowić produkcję w najbliższy poniedziałek; terminu wznowienia pracy przez gliwicką fabrykę samochodów Opla dotąd nie podano. | 3 |
Dzisiaj odnotowano 23 nowe przypadki zakażeń wśród pensjonariuszy Domu Seniora "Bryza" w Koleczkowie. Łącznie zarażonych jest już 62 pensjonariuszy i 21 pracowników placówki.
Drugim największym ogniskiem koronawirusa na Pomorzu jest Dom Pomocy Społecznej przy ul. Polanki w Gdańsku. Tutaj koronawirusa zdiagnozowano u 68 osób (45 przypadków dotyczy pensjonariuszy, 23 - pracowników).
Do tej pory z powodu zakażenia koronawirusem zmarło w szpitalach zakaźnych czterech pensjonariuszy DPS Polanki i dwóch z DPS w Koleczkowie. Na Pomorzu jest 180 DPS-ów i Zakładów Opiekuńczo-Leczniczych. Kilkanaście dni temu Onet jako pierwszy podał, że pensjonariusze i pracownicy wszystkich takich ośrodków zostaną prewencyjnie przebadani na obecność koronawirusa.
Jak dowiedział się dzisiaj Onet, do tej pory przebadano 31 takich placówek. Na ten moment koronawirusa wykryto tylko w dwóch ośrodkach - DPS Polanki i DPS Koleczkowo.
(pmd) | 20 zakażonych to pracownicy placówki w Koleczkowie, 17 - pensjonariusze. Zakażenia wykryto podczas tzw. badań prewencyjnych. Kilka dni temu pisaliśmy w Onecie, że na Pomorzu decyzją wojewody i sanepidu podjęto decyzję, by na Pomorzu testom poddać wszystkie domy pomocy społecznej, zakłady opiekuńczo-lecznicze i hospicja. Chodzi o to, by najbardziej zagrożone koronawirusem grupy badać prewencyjnie, a nie po fakcie.
I właśnie w Koleczkowie wykryto takie ognisko koronawirusa. Przedstawiciele sanepidu mówią nam, że "sprawa jest rozwojowa". Nie jest wykluczone, że kolejne wyniki testów wykażą kolejne zakażenia.
Warto dodać, że jeszcze więcej zarażonych zanotowano w DPS w Gdańsku przy ul. Polanki - tutaj już blisko 70 osób ma koronawirusa.
Z powodu epidemii koronawirusa w szpitalach zakaźnych zaczyna brakować środków ochrony personalnej dla lekarzy i pielęgniarek. To właśnie oni są teraz na pierwszej linii frontu. Wesprzyj zbiórkę i pomóż naszym bohaterom! | 3 |
Reklama
Gdyby szło dobrze, to po prostu prezydent objeżdża, otwiera, uświetnia, podaje ręce i spokojnie dojeżdża do pewnej wygranej. To, że sięgnęli po takie chwyty jak z LGBT, to, że pan Adamczyk otwiera debatę pytając o imigrantów i twierdząc, że to obecnie gorący temat, pokazuje, że oni wciąż prowadzą kampanię z 2015 roku – mówi nam prof. Marek Migalski, politolog z Uniwersytetu Śląskiego. I dodaje: – Jedyne, co zostało mocno wyeksponowane, to to, że TVP jest tubą propagandową partii rządzącej i młotkiem, za pomocą którego władza bije w swoich przeciwników. To było tak oczywiste, że nawet osoby niezbyt inteligentne musiały to zobaczyć. Wszystkie pytania miały sprawić kłopot Rafałowi Trzaskowskiemu i dać pole do popisu Andrzejowi Dudzie.
JUSTYNA KOĆ: Czy to była debata prezydencka czy debata Trzaskowski vs TVP?
MAREK MIGALSKI: W moim przekonaniu przede wszystkim ta debata niczego nie wniosła i jest bez znaczenia. Niczego nie dowiedzieliśmy się ani o kandydatach, ani o programach i nie sądzę, aby poza małymi wyjątkami miała ona jakikolwiek wpływ na preferencje wyborcze.
Jedyne, co zostało mocno wyeksponowane i rzucało się w oczy, ale potwierdziło tylko tezę, którą wszyscy rozsądni ludzi wcześniej formułowali, że TVP jest tubą propagandową partii rządzącej i młotkiem, za pomocą którego władza bije w swoich przeciwników. To było tak oczywiste, że nawet osoby niezbyt inteligentne musiały to zobaczyć. Wszystkie pytania miały sprawić kłopot Rafałowi Trzaskowskiemu i dać pole do popisu Andrzejowi Dudzie. W tym pojedynku obaj wypadli średnio, tylko że Duda grał na swoim boisku, miał swojego sędziego i swoich kibiców. To oznacza zatem, że
Reklama
debata nie poszła po myśli rządzących i Andrzeja Dudy.
Kto wypadł lepiej, kto gorzej?
Moim zdaniem najlepiej wypadł Krzysztof Bosak, który zrealizował swój plan, mówił o tych, do których miał formułować przekaz, zaprezentował się jako osoba, która unika nowomowy, potrafiąca wznieść się ponad podziały polityczne – kiedy zdekodował ataki TVP na Trzaskowskiego i jawnie odwołując się do swoich wyborców. Bosak może dużo zyskać, a stracić może Robert Biedroń. On nie wypadł źle, ale bardzo dobrze wypadł pan Witkowski, a to oznacza, że kandydat lewicowy – a tak trzeba nazywać szefa Unii Pracy– może zabrać i tak już niewielką liczbę głosów, która dotychczas była przy Robercie Biedroniu. Sam
Biedroń nie wypadł źle, ale Witkowski wypadł lepiej. Nie chcę porównywać tego do debaty w 2015 roku, gdzie Zandberg zabił SLD, ale mechanizm może być podobny.
Prezydent Duda bardzo złagodniał, już nie było mowy nienawiści i straszenia LGBT, a opowieść o jedności narodu, gdzie jest miejsce dla każdego. Dlaczego?
Przyczyn może być kilka. Po pierwsze, prezydent mógł dostać po łapkach od Amerykanów. Ktoś średniego szczebla mógł zadzwonić i go po prostu opieprzyć, a relacje Dudy z Trumpem są dokładnie takie. W Stanach Zjednoczonych to, co mówią członkowie PiS-u i Andrzej Duda o LGBT, jest poza debatą publiczną. Tam jest bardzo fundamentalna prawica, to prawda, ale prawa osób nieheteronormatywnych są po prostu oczywistością, jak prawa kobiet. To oczywiście nie oznacza, że nie ma tam mizoginów czy rasistów, ale o tym nikt nie mówi publicznie. Być może złagodzenie tonu jest wręcz warunkiem spotkania z prezydentem Trumpem. Po drugie, być może zobaczyli sondaże. Te
brutalne ataki na LGBT nie pomogły, a wręcz przeciwnie. Ta skala brutalności mogła pobudzić przeciwników Dudy.
Spotkanie z Trumpem na 4 dni przed wyborami to element kampanii wyborczej?
Oczywiście, że tak, i nic poza tym. Na tym spotkaniu nic nie zostanie podpisane, będzie tylko spotkanie i parę fotek. To kampania, obopólna zresztą.
Trzeba przyznać, że Andrzej Duda ma niezły kontakt z Trumpem, skoro ten pomaga mu tak w kampanii.
To prawda. Ja od dawna mówiłem, że panowie mają dziwny kontakt ze sobą – to efekt połączenia maczyzmu, który ma w sobie Trump, z uległością Dudy. Oni idealnie się dopasowali. Z tego wynika fakt, że Duda podpisywał dokumenty stojąc w obecności siedzącego Trumpa – obaj uznali to za oczywiste. Oprócz tego, jest to też relacja kupca z dostawcą. Jesteśmy ulubionymi kupcami amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego, ponieważ kupiliśmy F-35 za niewiarygodną sumę 6,5 miliarda dolarów. Wiadomo, że przepłaciliśmy za samoloty w stosunku do innych państw, które je kupowały. Zresztą obaj traktują to spotkanie jako kampanię.
Duda uważa, że spotkanie z najpotężniejszym, jak sądzi, człowiekiem świata mu pomoże, a Trump potrzebuje głosów 10-milionowej Polonii przy rosnącym w siłę Joe Bidenie. Klasyczna sytuacja win-win.
Czy to spotkanie pomoże prezydentowi Dudzie?
W moim przekonaniu to będzie game changer. Rzeczywiście jeżeli to odbędzie się tak, jak wymyśli to sztab Dudy, to Polacy na kilka dni przed wyborami zobaczą swojego prezydenta u boku najpotężniejszego człowieka świata i w ten oto sposób uznają, że wzrasta też potęga Polski i w I turze zagłosują na Andrzeja Dudę. Tylko że może być odwrotnie i ta sytuacja może być wykorzystana przez opozycję. To można przedstawić jako ucieczkę od problemów w kraju, jako sytuację niespotykaną w kampaniach we współczesnym świecie – kandydat i urzędujący prezydent jedzie na kilka dni przed wyborami do innego kraju szukać pomocy politycznej. Jestem przekonany, że w ciągu ostatnich 50 lat żaden demokratycznie wybrany prezydent nie jechał na 4 dni przed wyborami do innego kraju szukać tam poparcia politycznego.
Można to też przedstawić jako kolejną nierówność – Polacy nie mogą pojechać do Wielkiej Brytanii, a prezydent leci do USA. To nawiązanie do „Twój ból jest lepszy niż mój”.
Dodatkowo, czy nie będzie upokarzające to, że być może prezydent Duda będzie musiał przejść specjalną procedurę związaną z koronawirusem przed spotkaniem. Wreszcie duża część polskich wyborców jest antyamerykańska, a co ważniejsze duża część nie lubi Trumpa, bo uważają, że przynosi wstyd demokracjom. Wreszcie ostatnia sprawa – Trump jest nieobliczalny. To on będzie gospodarzem tego spotkania i może np. na oczach milionów widzów zrugać Dudę za jego sformułowania o LGBT lub powiedzieć cokolwiek innego, co postawi Dudę w niezręcznej sytuacji. To będzie bardzo trudna gra i wszystko może się tu rozsypać, tym bardziej, że nie będzie go co najmniej 2 dni w kraju.
Zatem czy to nie świadczy o desperacji?
Dokładnie tak to odczytuję i tak samo odczytałem już sięgnięcie po LGBT. Gdyby szło dobrze, to po prostu prezydent objeżdża, otwiera, uświetnia, podaje ręce i spokojnie dojeżdża do pewnej wygranej. To, że sięgnęli po takie chwyty jak z LGBT, to, że pan Adamczyk otwiera debatę pytając o imigrantów i twierdząc, że to obecnie gorący temat, pokazuje, że oni wciąż prowadzą kampanię z 2015 roku.
Posługują się hasłami, metodami i mentalnie są w 2015 roku, bo widzą, że wtedy im wyszło, a teraz nie wychodzi. Ludzie mają taką kompulsywną tendencję do powtarzania tego, co raz im wyszło. To dowód na to, że tam jest pożar, stąd imigranci, atak na LGBT i ten pomysł na spotkanie z Trumpem. Jestem pewny, że to zostało wymyślone kilka dni temu, kiedy jasne się stało, że sondaże systematycznie spadają.
Wczoraj widziałem dwa sondaże. Kantaru i Social Changes dla Karnowskich, czyli absolutnie PiS-owska sondażownia dla propisowskiego portalu, i w obu sondażach wynik Andrzeja Dudy był poniżej 40 proc. W sondażu Kantara w II turze wygrywa Trzaskowski, więc to, co się dzieje, oczywiście trzeba odczytywać jako próbę gaszenia pożaru, choć wygląda na to, że kanistrem z benzyną.
Zdjęcie główne: Marek Migalski, Fot. Flickr/Edvard Kožušník/©kozusnik.eu | Reklama
Myślę, że w głębi duszy obaj kandydaci są niezadowoleni z wyników, bo niczego nie rozstrzygają co do II tury. Obaj rozumieją, że będą musieli poświęcić następne 2 tygodnie na ciężką pracę – mówi nam prof. Marek Migalski, politolog z Uniwersytetu Śląskiego, komentując sondażowe wyniki I tury wyborów prezydenckich. Pytamy o wyniki pozostałych kandydatów, ale też o to, co czeka nas przed II turą i gdzie leży klucz do jej wygrania. – O wyniku zadecyduje kilka czynników. Po pierwsze debata, ona naprawdę przy tej sondażowej bliskości rywali może zdecydować o wygranej. Po drugie, mobilizacja własnych elektoratów, czyli utrzymanie jej z dzisiaj. Po trzecie, pozyskanie wyborców kandydatów, którzy odpadli w I turze, i po czwarte, dotarcie do wyborców, którzy nie głosowali w I turze – mówi nasz rozmówca
JUSTYNA KOĆ: 41,8 dla Andrzeja Dudy, 30,4 dla Rafała Trzaskowskiego – to sondażowe wyniki I tury. Jest pan zaskoczony?
MAREK MIGALSKI: Te wyniki były przewidywalne, chociaż osobiście przewidywałem lepszy wynik dla Bosaka. Oczywiście kluczowy jest dystans miedzy pierwszym i drugim kandydatem. Jeżeli on się będzie utrzymywał w okolicy 10 punktów procentowych, to Trzaskowski ma szanse na wygraną. Jeżeli realne wyniki się rozjadą, to będzie mu trudno nadrobić dystans. Istotne będą tu głosy Hołowni. Sądzę, że to będzie kluczowe, podobnie jak głosy Leppera w 2005 czy Kukiza w 2015. Oczywiście
nie wiemy, jak zachowa się sam Hołownia i jak jego wyborcy, choć przewiduję, że w dużej mierze poprą Trzaskowskiego. Nie oznacza to wcale, że może on być pewny wszystkich wyborców Hołowni. Może być pewny głosów Biedronia.
Tylko że sam wynik kandydata Lewicy jest fatalny. Zaledwie 2,9 proc.
To prawda, bo to 1/4 wyborców, których uzyskała Lewica pół roku temu. Większość kandydatów uzyskała wyniki porównywalne z wynikami swoich formacji politycznych. Andrzej Duda uzyskał niższy wynik, niż PiS pół roku temu, Trzaskowski trochę lepszy niż KO, ale wynik Biedronia jest rzeczywiście katastrofą, bo to wynik Magdaleny Ogórek sprzed 5 lat. To wynik niepoważnego kandydata i Robert Biedroń musi się zastanowić nad przyszłością swojej kariery politycznej, bo wyborcy dali mu wyraźnie znać, że go nie lubią i nie chcą. Skoro 75 proc. wyborców Lewicy nie zagłosowało na Biedronia, to trzeba powiedzieć, że to prawdziwa katastrofa.
Reklama
A wynik Kosiniaka-Kamysza? 2,6 proc., czyli jeszcze mniej niż Biedroń.
On oczywiście nie jest zadowolony z wyniku, ale kandydaci PSL zawsze dostają niższe wyniki w wyborach prezydenckich, niż w wyborach parlamentarnych, a zwłaszcza samorządowych. Wynik Kosiniaka-Kamysza tylko to potwierdza, ale w jakimś sensie to nie jest jego wina. On 10 maja uzyskałby bardzo dobry wynik. Teraz zadziałała po prostu polaryzacja, która automatycznie go zmarginalizowała. Podsumowując,
w II turze wszystko jest możliwe, chociaż oczywiście faworytem pozostaje Andrzej Duda.
Co nas czeka przed II turą, na co powinni postawić kandydaci?
O wyniku zadecyduje kilka czynników. Po pierwsze debata, ona naprawdę przy tej sondażowej bliskości rywali może zdecydować o wygranej. Po drugie, mobilizacja własnych elektoratów, czyli utrzymanie jej z dzisiaj. Po trzecie, pozyskanie wyborców kandydatów, którzy odpadli w I turze, i po czwarte, dotarcie do wyborców, którzy nie głosowali w I turze. Zawsze od 1990 roku w II turze wyborców było więcej, niż w pierwszej. To może być nawet 2-3 mln ludzi. Te cztery czynniki, w moim przekonaniu, zadecydują, kto zostanie prezydentem 12 lipca.
Andrzej Duda dostał 41,8 proc., a jeszcze miesiąc temu wygrywał w I turze. To porażka?
Bez przesady, ale na pewno nie może być zadowolony z tego wyniku. Zresztą podobnie jak Trzaskowski. Myślę, że w głębi duszy obaj kandydaci są niezadowoleni z wyników, bo niczego nie rozstrzygają co do II tury. Obaj rozumieją, że będą musieli poświęcić następne 2 tygodnie na ciężką pracę. Andrzejowi Dudzie udało się zatrzymać spadek notowań i osiągnął jednak powyżej 40 proc. Przypomnę, że były sondaże, które dawały mu mniej. Zobaczymy, jaki będzie ostateczny wynik, bo zmiany nawet o dziesiątki procenta mogą być istotne. Na razie różnica wynosi 11,4 proc. Jeżeli wynik rozjedzie się powiedzmy o 2 punkty na korzyść Dudy, to może to być dystans nie do odrobienia, ale może też rozjechać się w druga stronę i zrobi się 9,5 proc. różnicy, wówczas to Trzaskowski będzie miał większe szanse na wygraną.
Wszystko jest w grze. Ewidentnie obaj rozumieją, że zaczęła się II tura, to było widać w ich przemówieniach.
Krzysztof Bosak podczas swojego przemówienia powiedział: to historyczny wynik dla Konfederacji, jesteśmy trzecią siłą w Polsce. To nie przesada?
On ma prawo być zadowolonym z wyniku. To jest młody, obiecujący polityk, a rzeczywiście na razie Hołownia nie stworzył żadnej partii, więc wynik Bosaka jest trzecim wynikiem partii. Moim zdaniem w jakimś sensie wyborcy Bosaka są neutralni wyborczo w II turze. Nie mam żadnych badań, które to potwierdzają, ale uważam, że oni podzielą się na trzy równe części – tych, co nie pójdą na wybory, i do tego wezwał już Korwin-Mikke, druga to ci, którzy zagłosują na Dudę z oczywistych prawicowo-narodowych powodów, ale trzecia cześć może zagłosować taktycznie na Trzaskowskiego.
Będą chcieli zagłosować przeciwko Dudzie i PiS-owi, bo im silniejszy PiS, tym słabsza Konfederacja i odwrotnie.
To trochę jak sytuacja między Fideszem a Jobbikiem na Węgrzech. Głos na Trzaskowskiego będzie tak naprawdę głosem przeciwko Dudzie po to, aby uderzać w swojego największego przeciwnika na prawicy i nie być trzecią siłą, a drugą. Aby to osiągnąć, muszą doprowadzić do destrukcji PiS-u, a najlepszą drogą do tego jest przegrana Andrzeja Dudy.
Zdjęcie główne: Marek Migalski, Fot. Flickr/Edvard Kožušník/©kozusnik.eu | 4 |
To jest wielkie rozczarowanie dla atronautów, dla inżynierów, którzy przygotowywali tę misję - mówił o niedoszłym starcie rakiety Falcon 9 generał Mirosław Hermaszewski. Pierwszy i jedyny Polak w kosmosie w programie "Wstajesz i wiesz" wspominał także swoją podróż na orbitę. Początek historycznej misji NASA i SpaceX przełożono na sobotę. Zobacz go razem z nami w TVN24 GO.
Z powodu niesprzyjającej pogody start amerykańskiej rakiety Falcon 9 nie odbył się w środę 27 maja. Szef NASA Jim Bridenstine poinformował, że zrezygnowano ze startu w związku z ryzykiem wywołania uderzenia pioruna. Kolejne podejście zaplanowano na sobotę 30 maja godzinę 15.22 (21.22 czasu polskiego).
Swoją podróż na orbitę wspominał w programie "Wstajesz i wiesz" generał Mirosław Hermaszewski. - Dwie i pół godziny przed przed planowanym startem zajęliśmy miejsca w statku kosmicznym - opowiadał. Dodał, że przed startem jest sporo rzeczy do sprawdzenia, jak na przykład sprawność skafandrów.
- To była praca skupiająca uwagę. Dopiero kiedy wszystkie czynności wykonaliśmy i było pięć minut do startu, nastąpiło takie otrzeźwienie: "o Jezu, to chyba już, to nie trening". I wyobrażam sobie co czuli astronauci, kiedy tuż przed startem powiedziano im "dziś nie lecimy". To jest wielkie rozczarowanie dla nich, dla inżynierów, którzy przygotowywali tę misję - podkreślił. - Ale bezpieczeństwo jest teraz na pierwszym miejscu, bo kiedyś pośpiech, nieuzasadniony niczym, spowodował tragedię Challengera. Tym bardziej, że jest to lot testowy jeszcze, ważne jest bezpieczeństwo - dodał.
Misja Crew Demo-2 Nagranie z momentu dokowania Dragona do ISS NASA wideo 2 / 10 Nagranie z momentu dokowania Dragona do ISS NASA Astronauci ze statku Dragon połączyli się z Ziemią za pomocą wideo łącza Twitter/@NASA Kontrola łączności między załogą statku Dragon i centralą NASA Twitter/NASA Doug Hurley i Bob Behnken znów na pokładzie Dragona Twitter/NASA Bob Behnken i Doug Hurley na pokładzie statku Dragon podczas pierwszej próby startu misji Demo-2 Reuters Astronauci dotarli na kompleks startowy w Kennedy Space Center NASA Członkowie załogi misji Demo-2 zostali ubrani w skafandry ciśnieniowe NASA Przygotowania zalogi statku Dragon do misji Demo-2 Reuters Animacja misji Demo-2 NASA Astronauci przygotowują się do misji SpaceX DM-2 NASA
Misja Demo-2
Na Międzynarodową Stację Kosmiczną (ISS) polecą dwaj amerykańscy astronauci - Doug Hurley i Bobe Behnken. Będzie to pierwszy załogowy lot z terenu USA od niemal dekady, a jednocześnie pierwszy, wykonany przez prywatnego operatora - firmę SpaceX, która zbudowała załogowego Dragona.
Przygotowania do misji Demo-2 Przygotowania do misji Demo-2 | NASA Przygotowania do misji Demo-2 | NASA Przygotowania do misji Demo-2 | NASA Statek kosmiczny Dragon opracowany przez firmę SpaceX | Kim Shiflett/NASA Rakieta Falcon 9 na platformie startowej LC39A w Kennedy Space Center | NASA Rakietę Falcon 9 z umieszczoną na szczycie kapsułą Dragon ustawiono w pozycji pionowej | Bill Ingalls/NASA Robert Behnken i Douglas Hurley na konferencji prasowej w Kennedy Space Center | NASA Robert Behnken i Douglas Hurley na konferencji prasowej w Kennedy Space Center | NASA
Przez ostatnie dziewięć lat Amerykanie byli w kwestii podróży w kosmos uzależnieni od Rosjan - astronauci NASA latali na ISS wyłącznie na pokładzie rosyjskich statków Sojuz.
- Chciałabym przypomnieć szczególne cechy tej misji: nowy statek, absolutnie odmienny od dotychczasowych amerykańskich, takim szczytem był kiedyś statek Apollo, którym poleciano na Księżyc. Rosjanie od lat 60. zostali przy swojej koncepcji Sojuza. On do tej pory funkcjonuje wspaniale, oczywiście jest modyfikowany, ale jego aerodynamika pozostaje taka sama. Ale przede wszystkim jest statkiem bezpiecznym - mówił Hermaszewski.
Astronauci w skafandrach firmy SpaceX. Bob Behnken (po lewej) i Doug Hurley (po prawej) Kim Shiflett/NASA
- Firma SpaceX również duży nacisk kładzie na sprawy bezpieczeństwa i u nich system zabezpieczenia życia doszedł do pełnej perfekcji, którą zresztą testowano - mówił. Jak dodał, zupełnie inne niż w latach 70. są też skafandry firmy SpaceX. Są lekkie, nowoczesne i muszą zapewnić warunki do przetrwania w sytuacjach awaryjnych.
Hermaszewski opowiada o lotach w kosmos Swój lot w kosmos wspominał we "Wstajesz i wiesz" na antenie TVN24 generał Mirosław Hermaszewski, pierwszy i jedyny w dotychczasowej historii Polak, który odbył lot w kosmos tvn24, Reuters
Zobacz start na żywo w TVN24 GO
W sobotę o 20:30, w TVN24 GO na kanale GO1 rozpocznie się program specjalny. Zobacz na żywo ostatnie przygotowania do lotu i moment startu rakiety Falcon 9, dowiedz się więcej o misji i poznaj komentarze ekspertów.
Gośćmi Michała Sznajdera będą między innymi: Karol Wójcicki, popularyzator nauki, dziennikarz naukowy Tomasz Rożek, Weronika Śliwa, kierownik planetarium Centrum Nauki Kopernik, popularyzator nauki i astronom Jerzy Rafalski, naukowiec Artur B. Chmielewski (NASA Jet Propulsion Laboratory) i Łukasz Wilczyński (European Space Foundation).
Z powodu niesprzyjającej pogody start rakiety Falcon 9 nie odbył się 27 maja NASA
Autor:anw
Źródło: tvn24 | Powierzenie po raz pierwszy w historii misji wysłania ludzi na Międzynarodową Stację Kosmiczną prywatnej firmie to nie tylko duże oszczędności dla NASA, uzależnionej do tej pory od Rosjan. To także milowy rok w kierunku uruchomienia "kosmicznych taksówek".
27 maja NASA miała wysłać z amerykańskiej ziemi dwóch amerykańskich astronautów na pokładzie amerykańskiego statku. Tak się nie stało, bo plany pokrzyżowała pogoda. Zapasową datą jest sobota, 30 maja. Wówczas wyprodukowany przez SpaceX Dragon ma zabrać astronautów na Międzynarodową Stację Kosmiczną (ISS). Misja nosi nazwę Demo-2.
Kosztowne uzależnienie
Będzie to pierwszy lot z terytorium Stanów Zjednoczonych od prawie 10 lat. Ostatni prom kosmiczny Atlantis wystartował w swoją ostatnią misję na ISS 8 lipca 2011 roku. Był to 135. lot amerykańskich wahadłowców. Wraz z ich definitywnym wycofaniem ze służby NASA została pozbawiona własnych środków transportowania astronautów i zaopatrzenia na ISS. Wymiana członków załogi stacji realizowana była wyłącznie za pomocą rosyjskich statków Sojuz.
Widok na startującą rakietę Sojuz z Międzynarodowej Stacji Kosmicznej Christina Koch/NASA
Uzależnienie od Rosjan było dla NASA bardzo kosztowne. W ciągu ostatnich 13 lat agencja zapłaciła Roskosmosowi (rosyjska agencja kosmiczna) prawie 4 miliardy dolarów za transport swoich astronautów na ISS. "Według stanu na lipiec 2019 roku NASA zakupiła 70 miejsc w Sojuzie o wartości 3,9 miliarda dolarów, aby przewieźć 70 astronautów do i z Międzynarodowej Stacji Kosmicznej" - czytamy w raporcie NASA.
Na początku NASA płaciła około 21 milionów dolarów za każde miejsce na pokładzie trzyosobowego Sojuza. Później Moskwa zaczęła wykorzystywać swój monopol i stawki poszły w górę; w 2019 roku koszt za jedno miejsce wzrósł do 86 milionów dolarów.
NASA zawsze powtarzała, że współpraca z Rosjanami będzie tylko tymczasowa. Zamiast jednak podjąć własny i kosztowny program budowy nowych pojazdów, za tańsze rozwiązanie uznano zwrócenie się do amerykańskich partnerów prywatnych.
Próba generalna przed misją Demo-2 Ostatnie przygotowania przed misją Demo-2 | PAP/EPA/NASA/Bill Ingalls HANDOUT Próba generalna przed misją Demo-2 | PAP/EPA/NASA/Bill Ingalls HANDOUT Ostatnie przygotowania przed misją Demo-2 | PAP/EPA/NASA/Bill Ingalls HANDOUT Ostatnie przygotowania przed misją Demo-2 | PAP/EPA/NASA/Bill Ingalls HANDOUT Rakieta Falcon-9 od czwartku czeka na platformie startowej w Kennedy Space Center | PAP/EPA/NASA/Bill Ingalls HANDOUT
Kosmiczny wyścig
W 2014 roku ogłoszono wyniki przetargu na projekt i budowę amerykańskiego statku. Konkurs wygrały firmy SpaceX oraz Boeing. Kosmiczny wyścig wygrywa na razie ta pierwsza, bo Boeing jest znacznie opóźniony ze swoim projektem o nazwie Starliner. W grudniu ubiegłego roku statek ten wystartował w bezzałogowy lot testowy na ISS, ale nie dotarł do celu z powodu awarii.
Szef NASA Jim Bridenstine uważa, że miliardy, które jego agencja włożyła we współpracę ze SpaceX były tego warte. - Inwestycje, których dokonaliśmy w SpaceX i inwestycje, które dokonała sama firma naprawdę przyniosły coś, co będzie bardzo korzystne, nie tylko dla eksploracji kosmosu, ale także dla gospodarki - mówił na początku maja.
NASA może sporo zaoszczędzić na kontrakcie ze SpaceX. Na sfinansowanie rozwoju kapsuły Dragon firma Elona Muska otrzymała od NASA 3,1 miliarda dolarów. Przedstawiciele agencji przyznali, że gdyby sami musieli swoim tradycyjnym sposobem zbudować rakietę i pasującą do niej kapsułę, to musieliby na to wydać około czterech miliardów dolarów.
Przygotowania do misji Demo-2 Przygotowania do misji Demo-2 | NASA Przygotowania do misji Demo-2 | NASA Przygotowania do misji Demo-2 | NASA Statek kosmiczny Dragon opracowany przez firmę SpaceX | Kim Shiflett/NASA Rakieta Falcon 9 na platformie startowej LC39A w Kennedy Space Center | NASA Rakietę Falcon 9 z umieszczoną na szczycie kapsułą Dragon ustawiono w pozycji pionowej | Bill Ingalls/NASA Robert Behnken i Douglas Hurley na konferencji prasowej w Kennedy Space Center | NASA Robert Behnken i Douglas Hurley na konferencji prasowej w Kennedy Space Center | NASA
Ponadto, za jeden fotel na pokładzie Dragona agencja zapłaci SpaceX "tylko" 55 milionów dolarów. To duża różnica w stosunku to kwoty, której żądali Rosjanie.
Nie są to jedyne wydatki agencji, której budżet na ten rok wynosi 22,6 mld dolarów. NASA jak dotąd zainwestowała już około 100 miliardów dolarów w Międzynarodową Stację Kosmiczną. Co roku wydaje też od 3 do 4 miliardów dolarów rocznie na utrzymanie obiektu, zaopatrzenie go w ładunek i przeprowadzenie na nim eksperymentów.
Statek kosmiczny Dragon na horyzoncie Ziemi podczas bezzałogowej misji SpaceX DM-1 NASA
Od start-upu do giganta
SpaceX to firma, która nie była skazana na sukces. Nawet jej założyciel Elon Musk dawał jej małe szanse na powodzenie. Zainwestował w nią jednak 100 milionów dolarów z prywatnych środków, wbrew radom przyjaciół, rodziny i zasadom logiki mówiącym, że prywatny przedsiębiorca bez doświadczenia w lotach kosmicznych nie powinien zakładać firmy budującej silniki rakietowe oraz rakiety nośne.
Początkowo mało kto traktował go poważnie, ale w ciągu kilku lat sen ekscentrycznego miliardera stał się rzeczywistością. SpaceX z odważnego start-upu przeobraziła się w giganta przemysłu kosmicznego, zatrudniającego ponad siedem tysięcy osób. Dziś spółka wyceniana jest na około 36 miliardów dolarów.
Misja Crew Demo-2 Nagranie z momentu dokowania Dragona do ISS NASA wideo 2 / 10 Nagranie z momentu dokowania Dragona do ISS NASA Astronauci ze statku Dragon połączyli się z Ziemią za pomocą wideo łącza Twitter/@NASA Kontrola łączności między załogą statku Dragon i centralą NASA Twitter/NASA Doug Hurley i Bob Behnken znów na pokładzie Dragona Twitter/NASA Bob Behnken i Doug Hurley na pokładzie statku Dragon podczas pierwszej próby startu misji Demo-2 Reuters Astronauci dotarli na kompleks startowy w Kennedy Space Center NASA Członkowie załogi misji Demo-2 zostali ubrani w skafandry ciśnieniowe NASA Przygotowania zalogi statku Dragon do misji Demo-2 Reuters Animacja misji Demo-2 NASA Astronauci przygotowują się do misji SpaceX DM-2 NASA
I wszystko wskazuje na to, że Musk nie zamierza ograniczać się wyłącznie do transportowania astronautów do i ze stacji kosmicznej. Zdaje się, że jego wyobraźnia nie zna granic. Pokazał to już, wysyłając w kosmos samochód Tesli (koncernu, którego jest założycielem), a w planach ma kolonizację Marsa.
Kosmiczne podróże
Nigdy wcześniej żadna prywatna firma nie wysyłała ludzi na orbitę. Dlatego sukces załogowej, choć wciąż testowej misji Demo-2 , a także innych, które nadejdą w najbliższej przyszłości, zweryfikują, czy obietnica komercyjnego lotu kosmicznego i niższego kosztu dostępu do przestrzeni kosmicznej stanie się nową rzeczywistością.
Kilka tygodni temu firma poinformowała o podjęciu współpracy z firmą Space Adventures, specjalizującej się w turystyce kosmicznej. Efektem tej współpracy ma być wysłanie czterech turystów na orbitę okołoziemską na przełomie 2021 i 2022 r. Nie wiadomo, ile będzie kosztował bilet na taką podróż, ale kwota z pewnością będzie ośmiocyfrowa.
SpaceX zawarł też porozumienie z Axiom Space, innym kosmicznym "biurem podróży". Obie firmy chcą wspólnie wysłać na Międzynarodową Stację Kosmiczną co najmniej trzech śmiałków. Mają oni spędzić w kosmosie około 10 dni, z czego większość na pokładzie ISS. Bilet ma kosztować 55 mln dolarów.
Zezwolenie turystom na wizyty na ISS (do 30 dni) to poważna zmiana, ponieważ NASA zabraniała wcześniej komercyjnym astronautom latania na stację.
Według cennika opublikowanego przez NASA w ubiegłym roku koszt pobytu jednego turysty na stacji wyniesie 35 tysięcy dolarów za każdą dobę. Cena obejmuje m.in. koszt energii, danych czy jedzenia. I tak na przykład koszt jednej kilowatogodziny to 42 dolary, pobranie 1 GB danych - 50 dolarów, a przechowywanie jednej torby ładunku o wymiarach bagażu podręcznego - 105 dolarów.
Przyjmowanie zapisów na loty turystyczne w kosmos zbiera należąca do brytyjskiego miliardera Richarda Bransona firma Virgin Galactic. Żeby ustawić się w kolejce po bilet na suborbitalny lot, należy wypełnić internetowy formularz i zapłacić 1 tys. dolarów wpisowego. Suma ta jest zwracana w całości, jeśli pasażerowi nie uda się jednak zarezerwować miejsca. Do lutego bieżącego roku na listę wpisało się około 8 tysięcy osób.
Virgin Galactic oferuje swoim pasażerom półtoragodzinny lot suborbitalny na wysokości przynajmniej 80,5 km, skąd pasażerowie będą mogli zobaczyć Ziemię oraz doświadczyć kilku minut w stanie nieważkości. Ostateczna cena biletu za lot nie została jeszcze w pełni określona, szacuje się jednak, że wyniesie ok. 250 tys. dolarów. Nieznana jest także data planowanego lotu.
Załoga misji SpaceX Demo-2 Douglas Hurley | NASA Douglas Hurley | NASA Robert Behnken | NASA Robert Behnken | NASA Robert Behnken i Douglas Hurley na konferencji prasowej w Kennedy Space Center | NASA Robert Behnken i Douglas Hurley na konferencji prasowej w Kennedy Space Center | NASA Robert Behnken i Douglas Hurley na konferencji prasowej w Kennedy Space Center | NASA Doug Hurley w trakcie testów przed misją Demo-2 | NASA Przygotowania do misji Demo-2 | NASA Robert Behnken i Douglas Hurley w kombinezonach podczas testów przed misją Demo-2 | NASA Robert Behnken i Douglas Hurley w kombinezonach podczas testów przed misją Demo-2 | NASA
Nakręcą film?
Elon Musk może się również przyczynić do powstania pierwszego filmu fabularnego nakręconego w kosmosie. Szef NASA Jim Bridenstine zapowiedział ostatnio, że kierowana przez niego instytucja nawiąże współpracę z aktorem Tomem Cruise'em i pomoże mu w nakręceniu filmu na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej.
"NASA jest podekscytowana perspektywą pracy z Tomem Cruise'em na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej! Potrzebujemy popularnych mediów, aby zainspirować nowe pokolenie inżynierów i naukowców, aby zamienić ambitne plany NASA w rzeczywistość" - napisał Bridenstine na Twitterze. Musk odpowiedział na tweeta Bridenstine'a mówiąc, że spodziewa się "dobrej zabawy". Bliższe szczegóły na temat projektu są jeszcze nieznane - wiadomo jedynie, że ma być to film akcji i że nie będzie to film z serii "Mission: Impossible".
Autor:Tomasz Leżoń
Źródło: TVN24 Biznes | 3 |
Analiza genetyczna SARS-CoV-2 pozwoliła badaczom potwierdzić istnienie trzech typów tego wirusa. Poszczególne typy rozprzestrzeniły się w poszczególnych regionach świata, co może mieć ogromne znaczenie w powstrzymaniu pandemii COVID-19.
Zespół badaczy z University of Cambridge, Uniwersytetu Christiana Albrechta w Kilonii oraz Instytutu Genetyki Sądowej w Münster przeanalizował filogenetyczną SARS-CoV-2. Na podstawie 160 próbek od pacjentów, którzy zachorowali między 24 grudnia 2019 a 4 marca 2020 roku, udało im się ustalić, że koronawirus z Wuhan występuje w trzech różnych typach.
Typ A SARS-CoV-2 jest najbliższy temu, który rozpoznano u nietoperzy i łuskowców. Wirus typu A wraz z typem C jest przyczyną największej liczby zakażeń poza Azją. SARS-CoV-2 typu B, który powstał z wirusa typu A, występuje głównie w Azji Wschodniej, a jego zmutowana wersja - typ C - atakuje przede wszystkim w Europie.
Co ciekawe, wirus typu A występuje w Chinach stosunkowo rzadko, a typu C niemal w ogóle tam nie stwierdzono. Ten ostatni jest identyfikowany przede wszystkim we Francji, Szwecji, Włoszech i Anglii.
Zobacz też: Koronawirus. Jak się przed nim uchronić? Nie wystarczy mycie rąk
Autorzy badań zwracają uwagę na to, że dokładna analiza poszczególnych typów wirusów pozwala prześledzić trasę rozprzestrzeniania się COVID-19 w poszczególnych regionach. Zauważają, że dane sugerują m.in. że koronawirus przedostał się do Włoch z Niemiec oraz z Singapuru.
- Analiza sieci filogenetycznej może pomóc w zidentyfikowaniu nieznanych źródeł COVID-19, co pozwoli na objęcie ich kwarantanną - przyznał dr Peter Foster, główny autor badań. Co więcej specjaliści zauważyli, że SARS-CoV-2 typu A dodatkowo można podzielić na dwie podgromady, co potwierdzają również wcześniejsze badania.
W przypadku typu B interesujący jest fakt, że wirus nie zmutował w Chinach. Wszystkie mutacje w typ C zostały zarejestrowane poza Chinami - głównie w Europie, ale również w Brazylii i Kalifornii. Pojawił się także w Hongkongu, Korei Południowej i na Tajwanie.
Badacze zwrócili uwagę na jeszcze jeden ważny fakt, który udało się ustalić po przeanalizowaniu przebiegu mutacji SARS-CoV-2. Ich zdaniem do pierwszych przypadków zakażeń mogło dojść już w połowie września 2019 roku. Wcześniej dziennikarze z "South China Morning Post" dotarli do informacji, że przed 17 listopada odnotowano pierwsze potwierdzone przypadki COVID-19 w Wuhan. | Stało się to, czego obawiano się od dłuższego czasu. WHO oficjalnie ogłosiło, że mamy do czynienia z pandemią COVID-19, choroby wywoływanej przez koronawirus z Wuhan. Najnowsze dane pokazują, że liczba zakażonych przekroczyła 126 tys. osób.
- W ciągu ostatnich dwóch tygodni liczba przypadków zachorowań poza Chinami zwiększyła się 13-krotnie. WHO bez przerwy monitoruje sytuację i jest poważnie zaniepokojona zarówno alarmującym tempem rozprzestrzeniania się oraz powagą sytuacji - powiedział dyrektor generalny WHO Tedros Adhanom Ghebreyesus. - Uznaliśmy, że COVID-19 ma wszelkie cechy pandemii.
Światowa Organizacja Zdrowia od kilkunastu dni ostrzegała o duży ryzyku, przerodzenia się epidemia SARS-CoV-2 w pandemię. Kilka dni temu wzywali światowe rządy, by zintensyfikowały działania, by powstrzymać rozprzestrzenianie się wirusa - niestety nie wszyscy poważnie potraktowali zagrożenie.
- Codziennie wzywaliśmy kraje do podjęcia pilnych i zdecydowanych działań. (...) Wszystkie kraje mogą nadal zmienić przebieg tej pandemii, jeśli będą wykrywać, przeprowadzać testy, leczyć, izolować, śledzić i mobilizować swoich obywateli - powiedział szef WHO.
Jednocześnie zaznaczył, że do tej pory tylko w Chinach i Korei Południowej udało się powstrzymać rozprzestrzenianie się wirusa i od kilku tygodniu obserwuje się tam spadek ilości zachorowań. W obu tych krajach zostały wprowadzone drastyczne ograniczenia, a kwarantannie poddano dużą część obywateli.
Zobacz też: Koronawirus. Jak się przed nim uchronić? Nie wystarczy mycie rąk
WHO wstrzymywało się z ogłoszeniem pandemii, ponieważ do tej kategoryzacji zagrożenia muszą zostać spełnione trzy główne warunki: niska śmiertelność, niezależne ogniska chorobowe oraz rozprzestrzenianie się wirusa w wielu krajach na świecie. O różnicach między pandemią a epidemią możecie przeczytać więcej w naszym wcześniejszym tekście.
Do dzisiaj na całym świecie odnotowano 126 259 przypadków zakażenia SARS-CoV-2, z czego 4637 przypadki zakończyły się śmiercią. Obecnie najsilniejsze ogniska pandemii obserwujemy we Włoszech i Iranie, gdzie notuje się również wysoki współczynnik zgonów.
W ostatnich dniach udało się chińskim badaczom oszacować, które osoby są najbardziej narażone na przegranie walki z koronawirusem. Nie tylko wiek jest w tym przypadku decydującym czynnikiem. | 2 |
Nie tak dawno pewien znany pastor kongregacjonalista wypowiedział doprawdy złote słowa. Gdy już przebrnął przez zwykły rytualny frazes o tradycyjnej teologii, nie dostosowanej do nowoczesnego świata intelektu (co stanowi żelazny punkt rytuału, obowiązującego przy takich okazjach) rzucił mimochodem parę zdań na temat zbędnego zawracania sobie głowy grzechem, zauważając: „W jednym z naszych ulubionych hymnów ludzie śpiewają: Fałszywy jestem i pełen grzechu, cały jestem nieprawością. Ani jeden z nich nie powtórzyłby tych słów podczas rozmowy kwalifikacyjnej o pracę”.
A szkoda. Gdyby choć raz ktoś powiedział coś równie uczciwego! Rzecz jasna, pracodawca ze swej strony powinien z miejsca wskazać ewidentny fakt, że i on jest fałszywy i nieprawości pełen. Boję się tylko, że wywołałoby to jeszcze głębszy szok w kręgach kongregacjonalistów. Warto zauważyć, że ów znany pastor milcząco, lecz za to dokumentnie, porzucił przekonanie, wyrażane ongiś gorąco i z wielkim naciskiem nie tylko przez purytańskich moralistów, lecz również przez nowoczesnych protestanckich reformatorów społecznych. Porzucił mianowicie ideę, że to Królestwo Boże powinno kontrolować i oczyszczać królestwa ludzkie; że to chrześcijaństwo ma osądzać pospolite komercyjne walory świata. Pogodził się z istniejącym systemem biznesu i jego dwoma podstawowymi narzędziami, wypłatą i wymówieniem, i uznał ten system za coś odwiecznego, niezmiennego i nieuniknionego, na co nikt normalny by się nie porywał. Lecz jeśli chodzi o pradawne, niezgłębione i powszechne odczucie zła w ludzkiej duszy, o którym cała ludzkość mogłaby zaświadczyć, uznał je za coś niewielkiego i niemądrego, co trzeba sprzątnąć z drogi, żeby nie zawadzało biznesowi.
Wyznanie grzechów dobiega nas z każdej epoki i szerokości geograficznej. Nieraz przemawia najpotężniejszym głosem, jaki znał świat. Jednak rzeczywiście nie jest to pierwsze, co powie urzędnik w banku, próbując zrobić wrażenie na dyrektorze. Stulecie po stuleciu, niekończącym się echem, głos rzymskiego poety powtarza: video meliora – niemniej jest faktem, że cytat ten rzadko bywa przytaczany przez człowieka próbującego znaleźć zatrudnienie w biurze maklerskim, a zresztą pewnie i tak nikt by go tam nie zrozumiał. Gdyby nasze nowoczesne społeczeństwo naprawdę opierało się na pojęciach grzechu, skruchy i pokuty, gdyby każdy szczerze przyznawał się do swych kłamstw, świat odmieniłby się w sposób doprawdy godny podziwu. Inny byłby już sam wygląd ludzi i przedmiotów na ulicach, nie wspominając o wyglądzie gazet, ogłoszeń i handlu. Z jakimże wspaniałym uczuciem wpatrywalibyśmy się w reklamę, podczas której właściciel browaru „Chemikalia” wyznałby, że nie dość, że sam jest fałszywy i pełen grzechu, to w dodatku jego piwo jest fałszywe i pełne arszeniku. Cóż to byłby za piękny i budujący widok, gdyby szef firmy kosmetycznej stanowczo zaprzeczył jakimkolwiek walorom nowego balsamu do włosów, ilustrując to prześlicznymi zdjęciami w najlepszym stylu reklamowym. Ależ byśmy osiągnęli nowy stan świadomości – używając języka prasy kulturalnej – gdyby kolorowe postery krzyczały do nas na ulicach: nie kupujcie mojego kakao – jest paskudne! Psychologia poszłaby w całkiem nowym kierunku, jeśli w gazetach wielkimi literami ktoś by nas ostrzegał: strzeżcie się straszliwie groźnych dóbr puszkowanych, którymi was zasypuję! ich spożywanie może przynieść zgubne skutki!
Przyznaję, że to zbyt piękne, by stało się prawdziwe. Takie ekstremalnie szczere wyznania służą tylko za przykład, ile różnorodnych utopii mogłaby stworzyć prawdziwie wolna wyobraźnia, a każda z nich stanowiłaby alternatywę dla utopii wymyślanych przez utopistów, które zawsze wychodzą spod jednej sztancy, od początku roztaczając nieświeży, zleżały zapaszek. Gdyby wolno mi było wznieść się na skrzydłach wyobraźni ku Niemożliwemu i Nieprawdopodobnemu, chętnie bym opisał tuzin fantazyjnych światów, gdzie ludzkość jest bardziej heroiczna niż ta, którą znamy, i w jednym z nich istniałoby właśnie Miasto Ogłoszeń Pełnych Skruchy. Ale to całkiem inna historia. Tak jak się sprawy mają, czcigodny pastor pojął w lot, że kapitalizm nie jest dziś zanadto łaskaw dla cnoty, zwanej ongiś skromnością chrześcijańską – więc odruchowo, bez wahania i całkiem nieświadomie, odtrącił chrześcijaństwo i został przy kapitalizmie.
Eseje G.K. Chestertona publikowane były w latach 1920-1930.
Felieton ukazał się w tomiku “Obrona wiary”, Wyd. Fronda, 2012 rok. | Gdy ktoś narzeka, że Jerozolima go rozczarowała, zazwyczaj ma na myśli, że tamtejsze ludowe chrześcijaństwo jest słabe i zdegenerowane, a zwłaszcza że sztuka chrześcijańska wyrodziła się tam w groteskową tandetę. Nie wiem, czy jest to dla nich hołdem, ale bywalcy artystycznych galerii Londynu doznaliby wstrząsu nerwowego, gdyby dane im było ujrzeć ludowe kaplice Jerozolimy, ociekające złotem i błyskotkami, pełne krzykliwych kolorów, fantastycznych opowieści i gorączkowego tumultu. Chciałbym jednak, żeby ci ludzie zrobili coś, czego nigdy nie robią, to znaczy spojrzeli na przeciwną stronę medalu. Powinni sobie wyobrazić nie londyńskiego estetę, kroczącego ulicą Dawida w stronę Grobu Pańskiego, ale greckiego mnicha albo rosyjskiego pielgrzyma, kroczącego ulicą Kensington High w stronę Ogrodów Kensingtońskich. Ów wyimaginowany pielgrzym minąłby Ogrody, poszedł dalej – i wtem jego oczy poraziłby monstrualny, nieopisany widok. Albo padłby na kolana, jak przed miejscem świętym, albo zakryłby dłońmi twarz, jak przed bluźnierstwem. Zobaczyłby Albert Memorial(1). W Jerozolimie nie ma nic, co tak brutalnie atakowałoby wzrok, nic równie przeładowanego i tandetnego. A przede wszystkim, nie ma w Jerozolimie nic tak ogromnego, co byłoby zarazem utrzymane w wesolutkim stylu jarmarcznej błyskotki. Z ust prostego wschodniego chrześcijanina wyrwałby się pewnie okrzyk:
„Ku czci jakiego nadludzkiego bóstwa wzniesiono tę olbrzymią świątynię? Mam nadzieję, że ku czci Chrystusa, ale boję się, że ku czci Antychrysta. Tak właśnie powinien wyglądać wielki, złoty wizerunek Księcia Tego Świata, wystawiony na rozległej otwartej przestrzeni, by przyjmować pogańskie modły i pogańskie ofiary zatraconej w grzechu ludzkości”.
Myślę, że pielgrzym zapragnąłby czym prędzej znaleźć się w domu, wśród prostych i skromnych kaplic syjońskich. Naprawdę nie umiem sobie wyobrazić, co by poczuł, gdyby się dowiedział, że bożek, któremu oddaje się tak wymyślne hołdy nie był nawet demonem, lecz tylko poślednim niemieckim książątkiem, które wywarło pewien niewielki wpływ na fakt, że Anglia stała się narzędziem polityki pruskiej.
Chcę przez to powiedzieć, że bywalcy kensingtońskich galerii, cokolwiek myślą o Grobie Pańskim, nie myślą nic zgoła o Albert Memorial. Nie są świadomi, jak przeraźliwy to budynek, bo zdążyli do niego przywyknąć. Grupy religijne w Jerozolimie też przywykły do swego barwnego tła, a już z pewnością nie można ich potępiać, jeśli wciąż są bardziej od nas wrażliwe na symbolikę kolorów.
Lecz takie drobne nieporozumienia stanowią zaledwie przydatną ilustrację, drobne preludia, wiodące ku głównemu problemowi. A jest nim nie tyle nieporozumienie, ile raczej niezrozumienie – niezrozumienie całej historii, całej filozofii, której skutkiem jest obecna pozycja chrześcijan na Wschodzie, innymi słowy, całej opowieści łącznie z morałem, który z niej płynie. Człowiekowi, który kręci nosem na jerozolimskie chrześcijaństwo umyka sedno zagadnienia. Lekcja, jaką powinien wyciągnąć, jest tą, której współczesny mieszkaniec Zachodu najbardziej potrzebuje, sam o tym nie wiedząc. A jest to lekcja stałości. Ci ludzie mogą ozdabiać swoje świątynie złotem lub błyskotkami, lecz ich błyskotki są starsze niż nasze złoto. Mogą wznosić budowle równie kosztowne i brzydkie jak Albert Memorial, lecz ich budowle naprawdę trwają jako Memoriał – świadectwo niegasnącej pamięci. Nie są stawiane dla przelotnej mody, aby je potem zapomnieć, czy w każdym razie starannie ignorować. Ich święte obrazy pod względem krzykliwości konkurują z reklamą mydła, ale żaden święty nie konkuruje z innym, co nagminnie zdarza się mydłom. W przeciwieństwie do wykształconych Anglików, usiłujących wyprzeć z pamięci swój niedawny kult dla wszystkiego co niemieckie, wschodni chrześcijanie nie wypierają się swoich kultów. Są w Jerozolimie co najmniej od półtora tysiąca lat. Z wyjątkiem kilku lat po okresie Konstantyna i kilku lat po Pierwszej Krucjacie, praktycznie przez cały ten okres byli prześladowani, a w każdym razie znajdowali się pod władzą pogan, których stosunek do chrześcijaństwa był nienawistny, a rządy despotyczne. Żaden mieszkaniec Zachodu nie ma i mieć nie może najbledszego pojęcia, jak ciężkie musiało być ich życie w samym sercu Wschodu w czasach muzułmańskiego państwa, w epoce tak długiej, że zdawała się nieskończona. Człowiek w Jerozolimie znajdował się w centrum imperium tureckiego, tak jak człowiek w Rzymie znajdował się w centrum imperium rzymskiego. Imperialna potęga islamu rozciągała się od wschodu po zachód, od strony zachodniej aż po góry Hiszpanii, od strony wschodniej aż po chiński mur. Musiało im się zdawać, że cały świat należy do Mahometa – tym ludziom, którzy w mieście pośród skał, pokolenie za pokoleniem, ponawiali beznadziejne świadectwo wiary w Chrystusa.
Nie pytajmy zatem, czy pod każdym względem się z nimi zgadzamy. Pytajmy, czy w takich samych warunkach my mielibyśmy odwagę zgodzić się nawet sami ze sobą. Nie chodzi o to, w jakim stopniu ich religia jest zabobonna, lecz o to, w jakim stopniu nasza religia jest konwencjonalna; na ile stanowi przyzwyczajenie, a na ile wręcz kompromis z obyczajem; w jakiej mierze wynika po prostu z faktu, że łatwo ją wyznawać w naszym bezpiecznym społeczeństwie albo że kojarzymy ją z sukcesem naszego państwa. We wszystkim tym znajdujemy potężne wsparcie, toteż oświecony Anglik, który na co dzień mieszka w pobliżu miejskiej katedry albo kościoła na przedmieściach, może spacerować sobie pośród tej orientalnej dziczy w poczuciu, że należy do stabilnego świata, gdzie nic mu nie zagraża. Wydaje mu się, że choćby musiał znosić stulecia tureckiej przewagi nie zniżyłby się do takiej naiwności. Nie toczyłby sporów o żaden Święty Ogień, nie wdawałby się w awantury z żebrakami pod Grobem Świętym. Nie zawieszałby fantazyjnych lampionów na słupie przynależnym do Ormian, nie zerkałby przez rzeźbioną kratę, by ujrzeć brązową koptyjską Madonnę. On nie dałby się nabrać na żadne wypaczone bajki, a broń Boże. Mowy nie ma, żeby czołgał się po takich groteskowych kaplicach. I rzeczywiście. Byłby setki metrów dalej, oddając, jak przystoi, pokłony w stronę innego miasta. Modliłby się tam, gdzie na jedynym oficjalnym placu Jerozolimy olbrzymi Meczet Omara głosi po wzgórzach i dolinach zwycięstwo i chwałę Mahometa.
I to jest właśnie lekcja, jaką powinien otrzymać oświecony turysta w Jerozolimie – lekcja na własny temat. Ten właśnie sprawdzian powinni przejść wszyscy, którzy twierdzą, że jerozolimskie chrześcijaństwo jest zdegenerowane. Po stuleciach tureckiej tyranii religia modnego londyńskiego kaznodziei nie byłaby zdegenerowana. W ogóle by jej nie było. Uległaby zniszczeniu, i nie natrząsałby się z niej żaden zamożny turysta, patrzący na świat z okien luksusowego pociągu.
***
(1) Albert Memorial – ozdobny, pozłocisty, pseudogotycki monument, nawiązujący kształtem do ołtarza, wzniesiony dla upamiętnienia księcia Alberta, męża królowej Wiktorii.
Eseje G.K. Chestertona publikowane były w latach 1920-1930.
Felieton ukazał się w tomiku “Obrona wiary”, Wyd. Fronda, 2012 rok. | 1 |
- Ogłaszamy stan epidemii, podjęliśmy decyzję o dalszym wstrzymaniu lekcji aż do Świąt Wielkiej Nocy – poinformował premier Mateusz Morawiecki. Placówki edukacyjne mają przejść na zdalne nauczanie, nauczyciele od 25 marca będą mogli wystawiać oceny, zaczną też uczyć zgodnie z podstawą programową.
W piątek wieczorem na konferencji prasowej premier poinformował o ogłoszeniu stanu epidemii związanego z zagrożeniem koronawirusem.
- Mam nadzieję, że po Świętach Wielkiej Nocy będzie można zmienić tryb funkcjonowania - mówił premier, by zaraz poinformować, że przedłuża przerwę w zawieszeniu normalnych zajęć w placówkach oświatowych. - To czas wyciszenia narodowego, ale szkoły funkcjonują na zasadzie zdalnej - podkreślał i dziękował nauczycielom, rodzicom i uczniom.
- Cała ta okoliczność to pewien egzamin z odpowiedzialności, który wszyscy przeżywamy. Robimy to dla wszystkich Polaków, ale w szczególności dla seniorów - mówił premier. I przypominał, że seniorzy są bardzo narażeni na skutki koronawirusa.
Dyscyplina ratuje życie
- Ta nasza kwarantanna narodowa, tęsknota za normalnością, nie może oznaczać tego, że będziemy luzować swoje reguły. Te dwa, trzy tygodnie muszą być tygodniami pełnej dyscypliny – mówił Morawiecki.
- Dzięki tej dyscyplinie, dzięki temu, że nie wychodzimy na ulice, możemy komuś uratować życie – wtórował mu Łukasz Szumowski, minister zdrowia. - Ogłoszenie stanu epidemii w kraju to sytuacja bardzo trudna, ale jeśli popatrzymy na Niemcy, Hipszanię, Włochy, to te trudne decyzje i odpowiedzialne zachowania Polaków, są decyzjami ratującymi życie – dodawał. Polakom dziękował za to, że jesteśmy narodem, który potrafi działać w kryzysowych sytuacjach.
Już wiedzą, że to nie przerwa wakacyjna
Minister edukacji Dariusz Piontkowski dziękował rodzicom, nauczycielom i uczniom, którzy "zrozumieli, że to nie jest przerwa wakacyjna".
- W zdecydowanej większości polskich szkół widać, że choć dotąd nie było do tego narzędzi, nauczanie na odległość odbywa się – mówił Piontkowski. - Ponad 90 procent placówek prowadzi je rożnymi metodami. A zasady izolacji na pewno pomogą ograniczyć rozprzestrzenianie się wirusa w naszym kraju – dodawał.
Piontkowski przyznał, że dotąd te działania były niesystematyczne. - Sprawdzaliśmy, czy to w ogóle jest możliwe do przeprowadzenia - zauważał minister. – Uczniowie otrzymywali ciekawe materiały, nauczyciele organizowali powtórki, chodziło o nawiązanie kontaktu. Teraz rozporządzenie to usystematyzuje. Wprowadzimy obowiązek realizowania podstaw programowych od 25 marca, a nauczyciele będą mogli wystawiać oceny - poinformował.
Nauczyciele mają się dostosować
Piontkowski mówił, że nauczyciele będą musieli dostosować metody do możliwości dzieci, a także ilość przesyłanego im materiału do wieku. Będą musieli też wziąć pod uwagę, że nie wszystkie dzieci mają dobry dostęp do internetu, a uczniowie często dzielą sprzęt z rodzeństwem.
- Wierzymy, że te decyzje nie tylko pozwolą efektywnie ten czas wykorzystać, ale też pozwolą na zachowanie więzi szkolnej – mówił Piontkowski. - Rodziców prosimy o wyrozumiałość. Nie zawsze wszystko uda się najlepiej, a na pewno doprowadzimy do tego, że dzieci będą bezpieczniejsze, ale też nie zmarnują tego czasu. Zdobędą nową wiedzę i umiejętności – dodawał.
Na razie nie zmieniają się terminy egzaminów – ósmoklasisty i matur. Piątkowa decyzja nie zmienia harmonogramu roku szkolnego.
Rozporządzenie w praktyce
Nowe rozporządzenie będzie obowiązywało od 25 marca do 10 kwietnia. Na jego podstawie w czasie ograniczenia funkcjonowania szkół i placówek oświatowych związanego z zagrożeniem epidemicznym nauka jest realizowana na odległość.
W sytuacji, gdy wystąpią trudności w organizacji zajęć, dyrektor szkoły w uzgodnieniu z organem prowadzącym, powinien określić inny sposób ich realizowania. O wybranym sposobie musi także poinformować kuratora oświaty. Dziś minister tego nie precyzował, ale wcześniej informował, że zadania i materiały uczniom będzie można przekazywać w formie papierowej np. kurierem.
Za organizację kształcenia na odległość odpowiada dyrektor szkoły. Jest on zobowiązany do tego, aby powiadomić rodziców, w jaki sposób będzie zorganizowana nauka. Dyrektor musi również ustalić z nauczycielami tygodniowy zakres materiału dla poszczególnych klas, uwzględniając m.in.: równomierne obciążenie ucznia zajęciami w danym dniu, zróżnicowanie tych zajęć czy możliwości psychofizyczne ucznia. Dyrektor ma też określić formy kontaktu czy konsultacji nauczyciela z rodzicami i uczniami. To on ma też ustalić w uzgodnieniu z nauczycielami, w jaki sposób będzie monitorowana i sprawdzana wiedza ucznia oraz postępy w nauce.
Autor:Justyna Suchecka
Źródło: tvn24.pl | - Przedłużamy termin zamknięcia placówek oświatowych i szkół wyższych. Nie będą funkcjonować do Wielkanocy - poinformował premier Mateusz Morawiecki. Ogłosił, że w Polsce zostaje wprowadzony stan epidemii. Wzrośnie też kara za złamanie kwarantanny.
Czytaj raport tvn24.pl: Koronawirus - najważniejsze informacje
Premier: wprowadzamy stan epidemii
- Wprowadzamy stan epidemii, który daje nowe prerogatywy i nakłada na nas nowe obowiązki - poinformował w piątek premier Mateusz Morawiecki. W związku z tym - dodał - zapadła decyzja o przedłużeniu zamknięcia wszystkich placówek oświatowych i szkół wyższych do Wielkanocy. Wcześniej wszystkie placówki oświatowe w kraju miały być zamknięte do 25 marca.
Morawiecki przekazał też, że zostaną zaostrzone kary za złamanie kwarantanny. Grzywna wzrośnie z pięciu tysięcy do 30 tysięcy złotych. Wprowadzone będą też "dodatkowe mechanizmy śledzenia tego, czy ludzie przebywają pod adresem, który zadeklarowali".
- Ceną za złamanie kwarantanny może być czyjeś zdrowie lub życie. Musimy traktować ten temat bardzo poważnie - podkreślił.
Szef rządu zaznaczył, że wprowadzenie stanu epidemii nie oznacza przełożenia terminu wyborów.
"Najbliższe dwa-trzy tygodnie muszą być tygodniami pełnej społecznej dyscypliny"
Na konferencji prasowej w KPRM mówił, że obecna sytuacja w Polsce związana z epidemią koronawirusa to "egzamin z odpowiedzialności". - Robimy to w dużym stopniu dla nas samych, dla wszystkich Polaków, ale w szczególności dla osób starszych, dla seniorów - podkreślał. - Ta nasza kwarantanna narodowa, a jednocześnie ta tęsknota za normalnością, nie może oznaczać tego, że będziemy luzowali sobie nasze reguły. Nie, te najbliższe dwa-trzy tygodnie do świąt, muszą być tygodniami pełnej społecznej dyscypliny. W ten sposób chronimy jedni drugich i taka społeczna izolacja bardzo pomaga - podkreślał.
Szumowski o stanie epidemii: decyzja trudna, ale ratująca życie
Minister zdrowia Łukasz Szumowski tłumaczył, że wprowadzenie stanu epidemii umożliwia ministrowi zdrowia na terenie Polski, a wojewodom na terenie poszczególnych województw wyznaczanie roli personelowi medycznemu, ale także innym osobom w zwalczaniu epidemii. - Można po prostu delegować kogoś do pracy na danym obszarze, który jest niezbędny, aby powstrzymać epidemię koronawirusa - wyjaśniał Szumowski.
Przyznał, że wprowadzenie stanu epidemii "to oczywiście decyzja trudna", ale "te trudne decyzje, te ważne i niezwykle odpowiedzialne zachowania wszystkich Polaków, są tak naprawdę decyzjami ratującymi czyjeś życie".
- Wiemy, że to jest dla wszystkich państwa bardzo trudny i ciężki czas, ale z drugiej strony dzięki tej dyscyplinie, dzięki temu, że nie wychodzimy na ulice, możemy uratować komuś życie. Możemy spowodować, że będzie respirator dla osoby starszej, że będzie miejsce w szpitalu dla chorego i że zdążą wszystkie służby, lekarze, pielęgniarki, ratownicy, diagności leczyć pacjentów i nie być sami zarażeni - tłumaczył Szumowski.
Co oznacza wprowadzenie stanu epidemii? TVN24
"Zwiększyliśmy nasze możliwości. Możemy przeprowadzić cztery tysiące testów na dobę"
Minister zdrowia poinformował, że do piątku zostało wykonanych 13 100 testów na obecność koronawirusa. - Nasze możliwości w związku z tym, że mamy już 30 laboratoriów, wzrosły do czterech tysięcy testów na dobę i oczywiście nadal wykonujemy te testy u osób, które je potrzebują - zapewniał.
Dodał, że "gdybyśmy wykonali testy u 38 milionów osób naraz, chaos informacyjny i chaos w służbie zdrowia byłby taki, że niewiele byśmy z tych informacji wynieśli" - Tak nigdzie na świecie to nie jest wykonywane - zaznaczył.
Autor:ads/b
Źródło: TVN24, PAP | 3 |
Przetarg na przebudowę ul. Bohaterów Getta Warszawskiego oraz odcinka ul. Królowej Jadwigi od ul. Małkowskiego do ul. Ściegiennego i tej ostatniej do skrzyżowania z al. Piastów wygrała spółka Elbud Szczecin. Zaoferowała najniższą cenę 14 305 545,64 zł. To kolejne ze zleceń dla tego podmiotu i zarazem kontynuacja inwestycji drogowych w tym rejonie śródmieścia.
Termin realizacji zamówienia to 20 miesięcy od dnia przekazania wykonawcy placu budowy, ale nie później niż do końca października przyszłego roku. Według zapisów specyfikacji istotnych warunków zamówienia, przekazanie placu budowy powinno nastąpić nie później niż do 28 lutego tego roku.
Umowa na przebudowę ulic w centrum Szczecina
- Umowa powinna być podpisana w najbliższych dniach. Roboty rozpoczną się po zakończeniu części formalnej. O utrudnieniach w ruchu i zmianach w jej organizacji będziemy informować na bieżąco - zapowiada Hanna Pieczyńska, rzeczniczka prasowa Zarządu Dróg i Transportu Miejskiego, który odpowiadał w imieniu miasta także za realizację ukończonych dotąd przebudów na całej długości ul. Małkowskiego oraz na odcinku ul. Księcia Bogusława X między pl. Zgody do ul. Bolesława Krzywoustego i odcinku ul. Królowej Jadwigi między ulicami Małkowskiego i Bolesława Krzywoustego.
Na wszystkich trzech ulicach, tj. zarówno na całej długości ul. Bohaterów Getta Warszawskiego oraz odcinkach ulic Królowej Jadwigi i Ściegiennego projekt przewiduje remont jezdni o nawierzchni bitumicznej (w pasach jezdni wylana zostanie nowa nakładka bitumiczna grubości średnio 9 cm) oraz urządzenie nowej konstrukcji ciągów pieszych z płyt granitowych.
Tak samo jak na dotąd przebudowanej w tym kwartale zabudowy ul. Małkowskiego wprowadzony zostanie ruch jednokierunkowy. Po remontach ulice przekształcone zostaną w strefy ruchu „30”, a piesi będą mogli przekraczać jezdnie w dowolnym miejscu.
Przebudowane zostaną – wzorem sąsiednich dotąd zmodernizowanych ulic – skrzyżowania i rejony „sugerowanych” przejść dla pieszych. Krawężniki wykonane zostaną z wyniesieniem 2 cm zapewniającym prowadzenie wód opadowych. W rejonie skrzyżowań oraz „sugerowanych” przejść dla pieszych nawierzchnia ma być wykonana z kostki granitowej szarej 15x15x15cm. Nawierzchnia chodników wykonana zostanie z płyt kamiennych o wymiarach 100x60 cm układanych na styk. Opaski wzdłuż krawężnika i przy budynkach będą z kostki kamiennej szarej 10x10x10cm.
Zieleń pojawi się na Ściegiennego i Królowej Jadwigi
Inwestycja zakłada przebudowę sieci i przyłączy wody oraz przyłączy kanalizacji deszczowej. Wody opadowe odprowadzane będą przez istniejące i projektowane wpusty deszczowe do istniejącej już sieci ogólnospławnej. Przebudowa sieci wodociągowej oznaczać będzie wymianę hydrantów podziemnych na hydranty nadziemne, zgodnie z istniejącą lokalizacją. Projekt nie przewiduje wymiany na nowe oświetlenia tych ulic.
Na pozbawionych do tej pory jakiejkolwiek zieleni odcinkach ul. Ściegiennego i ul. Królowej Jadwigi zaplanowano posadzenie w sumie 44 drzew, a na ul. Bohaterów Getta Warszawskiego ma ich pojawić się 13.
Wzdłuż każdej z ulic wyznaczone zostaną zatoki postojowe do parkowania równoległego z jednej i prostopadłego z drugiej strony jezdni. W miejscach narażonych na nieprzepisowe parkowanie pojazdów wykonane zostaną słupki zabezpieczające oraz ustawione zostaną donice z białego betonu i z siedziskami z desek ze sztucznego drewna. Ponadto pojawią się stojaki rowerowe. ©℗
(MIR)
Fot. Mirosław WINCONEK | 4 | |
W ten sposób w sobotę wieczorem w wywiadzie telewizyjnym Fontana wyjaśnił, jak należy stosować się do jego rozporządzenia w sprawie obowiązku zakrywania ust i nosa po wyjściu z domu.
"Nie jesteśmy na tyle szaleni, by wydawać rozporządzenia, które są niewykonalne. Wiemy doskonale, że maseczek brakuje i trudno je znaleźć"- stwierdził przewodniczący władz Lombardii, czyli epicentrum koronawirusa we Włoszech.
Dodał następnie tłumacząc sens nowego dekretu: "Za każdym razem, gdy wychodzi się z domu należy zastosować wszystkie dozwolone i odpowiednie środki prewencyjne, by chronić siebie i innych przed zakażeniem, także używając maseczki albo ewentualnie wykorzystując każdy materiał, by przykryć nos i usta".
Reklama
To pierwszy region we Włoszech, w którym wprowadzono taki obowiązek. | Szef władz włoskiego regionu Lombardia Attilio Fontana zaapelował do mieszkańców, aby od niedzieli wychodzili z domu wyłącznie z zasłoniętymi ustami i nosem. Ponieważ brakuje maseczek, można użyć każdej możliwej tkaniny.
CZYTAJ WIĘCEJ W RAPORCIE
W ten sposób w sobotę wieczorem w wywiadzie telewizyjnym Fontana wyjaśnił, jak należy stosować się do jego rozporządzenia w sprawie obowiązku zakrywania ust i nosa po wyjściu z domu.
„Nie jesteśmy na tyle szaleni, by wydawać rozporządzenia, które są niewykonalne. Wiemy doskonale, że maseczek brakuje i trudno je znaleźć” – stwierdził przewodniczący władz Lombardii, czyli epicentrum koronawirusa we Włoszech.
Dodał następnie, tłumacząc sens nowego dekretu: „Za każdym razem, gdy wychodzi się z domu, należy zastosować wszystkie dozwolone i odpowiednie środki prewencyjne, by chronić siebie i innych przed zakażeniem, także używając maseczki albo ewentualnie wykorzystując każdy materiał, by przykryć nos i usta”.
#wieszwiecej Polub nas | 4 |
- Jak chciał zabłysnąć, to mógł się posypać brokatem i wtedy by błyszczał, że ho-ho - powiedział w programie "Gość Wydarzeń" były premier, europoseł Lewicy Leszek Miller. Odniósł się w ten sposób do zachowania prezesa Sądu Rejonowego w Olsztynie Macieja Nawackiego, który podarł uchwałę sędziów wzywającą go do "zaniechania działań utrudniających sędziemu Juszczyszynowi wykonywanie obowiązków".
Miller zaznaczył, że jest zszokowany zachowaniem prezesa Nawackiego. - Prowadziłem tysiące spotkań. Jeśli z sali jest zgłoszony wniosek o rozszerzenie porządku obrad, to się go poddaje pod głosowanie i albo przechodzi, albo nie - tłumaczył.
ZOBACZ: Sędziowie wezwali prezesa sądu, by nie utrudniał Juszczyszynowi pracy. Nawacki podarł apel
- Nawacki sprawiał wrażenie, że jest ofiarą emocjonalnego przeciążenia. Nie mówiąc już o tym, że zachował się w sposób - chcę powiedzieć ciężkie słowa, ale nie chcę wprowadzać pana w trudną sytuację - powiedział Miller.
"Polsko, ratuj się"
Jak dodał, "to jest nie do zniesienia". - Jeśli tak ma wyglądać nowa zmiana w polskim sądownictwie, to Polsko, ratuj się - podkreślił były premier.
Bogdan Rymanowski, przywołując głośną sprawę obniżenia wyroku gwałcicielowi i zabójcy 3-letniego chłopca, zapytał byłego premiera, czy sędziowie wydając takie orzeczenia sami nie dają pretekstu do wspierania zmian w sądownictwie przeprowadzanych przez PiS.
ZOBACZ: Zgwałcił i śmiertelnie pobił 3-letniego Nikosia. Sąd apelacyjny złagodził mu karę
- Bardzo łatwo jest wywołać gniew ludu przeciwko sędziom. Każdy wyrok w sądzie to jedna strona zadowolona, a druga nie. Jak się mówi, że trzeba pozmieniać sędziów, to osiągnie się szybszy tok procesu, to każdy będzie klaskał. Tylko przez cały czas rządów dobrej zmiany w ogóle nie nastąpiło skrócenie toku procesów, a nastąpiło wydłużenie - tłumaczył Miller.
- W każdym środowisku, każdej profesji, każdych kategoriach zawodowych znajdzie się jakaś czarna owca - dodał.
WIDEO: zobacz rozmowę Bogdana Rymanowskiego z Leszkiem Millerem
"Polexit już nastąpił"
Zdaniem europosła, "Polexit już nastąpił w sensie prawnym". - Podpis prezydenta pod tą skandaliczną kagańcową ustawą wyłącza nas z europejskiego systemu prawnego - stwierdził Miller.
Na pytanie, czy instytucje europejskie mają prawo ingerować w polski wymiar sprawiedliwości, były premier odpowiedział: "oczywiście, że mają". - Zareaguje TSUE, bo zinterpretuje podpis prezydenta jako zablokowanie wykonania orzeczenia, które TSUE wydał. Sąd Najwyższy wykonał to orzeczenie, ale prezydent podpisał ustawę, która blokuje orzeczenie SN - mówił Miller.
ZOBACZ: Prof. Strzembosz: nowelizacja ustaw sądowych jest daniem w twarz TSUE
- Jeśli Polska nie zawiesi Izby Dyscyplinarnej, a rozumiem, że tego nie zrobi, to zaczną się kary finansowe. Plotka w Brukseli mówi, że to będzie mniej więcej 2 mln euro dziennie. Jeśli to nie pomoże, to zacznie się proces nie tyle wyrzucania Polski z UE, bo nie ma na to żadnej możliwości, ale okrążania i wypychania Polski z rzeczy istotnych i ważnych - tłumaczył były premier.
- Jeżeli Polska utrzyma kolizyjny kurs, a to idzie jak Titanic na górę lodową, to Polska poniesie bardzo poważne konsekwencje - dodał.
"To nie jest starcie gigantów"
- Mam wrażenie, że to nie jest starcie gigantów, jak pojedynek Kwaśniewski vs. Wałęsa albo Tusk vs. Kaczyński - w ten sposób Leszek Miller skomentował trwającą kampanię wyborczą przed wyborami prezydenckimi.
- Ta kampania nie będzie miała takiego olbrzymiego znaczenia. Po raz kolejny widzę, że kandydaci na prezydentów składają obietnice, które nie leżą w kompetencjach prezydenta. To upoważnia mnie do złożenia kolejny raz wniosku, żeby prezydent był wybierany przez Zgromadzenie Narodowe, a nie w wyborach powszechnych - stwierdził były premier.
ZOBACZ: Funkcjonariusze SOP zatrzymali chłopaka, zabrali transparent. Andrzej Duda kazał oddać hasło
Miller "nie ryzykowałby tezy, że Andrzej Duda nie ma z kim przegrać". - Atmosfera wokół niego się zagęszcza. Atmosfera w całym kraju się zagęszcza. Konflikty rosną w bardzo oczywistym tempie. Dla ludzi, którzy cenią sobie spokój i pewność jutra, to prezydent nie stoi na wysokości zadania, bo to on powinien to wszystko zapewniać - mówił.
- Brakuje mi atmosfery wielkiego wydarzenia. Te wybory mogłyby takim być, ale tylko wtedy, kiedy naprzeciw Andrzeja Dudy stanąłby Donald Tusk. Ale ponieważ nie stanął, to atmosfera jest obniżona o kilka punktów - ocenił Miller.
Dotychczasowe odcinki programu można obejrzeć tutaj.
WIDEO: Polska kupi 500 wyrzutni rakietowych HIMARS. Będą podstawą systemu Homar Twoja przeglądarka nie wspiera odtwarzacza wideo...
dk/prz/ Polsat News, polsatnews.pl | Eurodeputowany komentował także podpisanie przez Andrzeja Dudę ustawy dyscyplinującej sędziów. - Prawny "polexit" już nastąpił. Ten podpis wyłącza nas z systemu prawnego UE. I ja już mogę powiedzieć co się potem stanie. Najpierw zaczną się kary finansowe. Plotka brukselska mówi o 2 milionach euro dziennie. Jeżeli to nie pomoże, to zacznie się proces wypychania nas z rzeczy istotnych i ważnych - stwierdził były premier. | 4 |
Jarosław Biały z Komendy Miejskiej Policji w Gdyni powiedział w środę, że zdarzenie miało miejsce około 2 w nocy.
"Policyjny patrol na ul. Morskiej w Gdyni chciał zatrzymać do kontroli mercedesa" - stwierdził Biały. "Kierowca na widok funkcjonariuszy zmienił kierunek jazdy i zaczął uciekać" - dodał.
Kierowca skręcił w ul. Zakręt do Oksywia i z Grabówka zaczął jechać w stronę Chyloni, a potem Pustek Cisowskich. Na ul. Zbożowej porzucił auto i uciekł do lasu. W samochodzie został 24-letni pasażer - mieszkaniec Gdyni. Został zatrzymany przez policję.
Reklama
Strzały w powietrze
Funkcjonariusz, który gonił kierowcę, oddał kilka ostrzegawczych strzałów w powietrze.
"Funkcjonariusz nie strzelał w kierunku uciekającego, ale w powietrze" - zastrzegł Biały.
Obecnie trwają poszukiwania mężczyzny. Policja zna dane kierowcy. Funkcjonariusze podejrzewają, że mógł być pod wpływem alkoholu lub narkotyków.
Za ucieczkę przed funkcjonariuszami grozi mu do 5 lat pozbawienia wolności. | czytaj dalej
O próbach zjednoczenia opozycji na wybory parlamentarne dyskutowali w piątek goście "Faktów po Faktach" w TVN24. - Wydaje mi się, że dużo więcej dzieje się jednak na zapleczu i w gabinetach, niż my widzimy i sądzimy - powiedziała dr Anna Materska-Sosnowska, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. Zdaniem Jarosława Kuisza, redaktora naczelnego "Kultury Liberalnej", do ostatniej chwili nie będziemy wiedzieli, kto zostanie liderem opozycji. Mówił, że Donald Tusk "chce wygrać wybory i być premierem", dlatego "nie bardzo może pozwolić innym na to, żeby go wyprzedzili z jednej czy z drugiej strony". | 2 |
„Jako człowiek roztropny” marszałek Senatu Tomasz Grodzki pojechał do Włoch, kiedy GIS i MSZ odradzał podróżowanie do tego kraju. Potem poszedł do szpitala na izbę przyjęć. Podobnie zachował się naczelny pielęgniarz szpitala przy ul. Banacha w Warszawie, który chodził do pracy z koronawirusem przywleczonym z Włoch. Łączy ich nie tylko „roztropność”. Także to, że naczelny pielęgniarz był współpracownikiem Grodzkiego, razem jeździł z nim na narty i wspierał w walce „o wolność i demokrację w Polsce”. O tym, że marszałek Senatu ma problemy z mówieniem prawdy, przekonaliśmy się w związku z aferą kopertową. Kilkadziesiąt osób przesłuchanych przez CBA i prokuraturę twierdzi, że przyjmował od nich korzyści majątkowe, gdy był ordynatorem szpitala. Tymczasem Grodzki twierdzi, że łapówek nie brał wcale. Jako marszałek Senatu także jest oszczędny w mówieniu prawdy. Jego wyjazd do Japonii był utrzymywany w tajemnicy. Do dziś nie wiemy, kto brał udział w tej podróży. Uznał, że o | Senat przyjął rządową specustawę dot. zwalczania koronawirusa dopiero pięć dni po tym, jak ponad podziałami uczynił to Sejm.
Nie wiadomo oficjalnie, dlaczego izba wyższa czekała tyle dni z przyjęciem projektu, jednak zdaniem części polityków senatorowie czekali, aż marszałek Tomasz Grodzki wróci z wakacji.
W ostatnim czasie Grodzki sam chwalił się wyjazdem do Włoch oraz Japonii, gdzie koronawirus wywołał już prawdziwą epidemię. Po swoim powrocie marszałek wykonał testy na obecność koronawirusa, a ich wynik okazał się negatywny. Polityk zapewniał, że mając wiedzę o pracach nad ustawą, skrócił urlop o kilka dni, by Senat jak najszybciej przyjął nowe regulacje.
Jak jednak twierdzi Radosław Fogiel, zwłoka Senatu mogła być spowodowana wakacjami Grodzkiego. – Część senatorów zastanawia się, czy była ona spowodowana nieobecnością marszałka w Polsce marszałka Senatu Tomasza Grodzkiego – mówi portalowi tvp.info wicerzecznik PiS.
– Jeżeli Grodzki wrócił dopiero w piątek i dlatego ta ustawa czekała w Senacie, to jest to bardzo zły sygnał, że marszałek może przedkładać swój wypoczynek nad bezpieczeństwo Polaków – dodaje Fogiel.
Czytaj też:
Burmistrz wrócił z urlopu z Włoch i przyszedł do pracy. Paraliż w urzędzieCzytaj też:
50 dzieci objętych kwarantanną w Dźwirzynie. Zajmował się nimi syn zarażonego koronawirusem | 3 |
Kate Middleton. Czym zajmowałaby się zawodowo, gdyby nie ślub z księciem
Kate Middleton miała pasje, o których można przeczytać w książce "Kate. Księżna Cambridge" autorstwa Marcii Moody. W rozmowach z osobami bliskimi księżnej pisarka dowiedziała się, że na studiach Kate pasjonowała się modą. Mając 22 lata, zatrudniła się w sklepie z ubraniami marki Really Wild Clothing. Wybrała właśnie ten, ponieważ to sklep przy szkółce strzeleckiej, do której uczęszczała. A ubrania przypadły jej do gustu, bo łączyły w sobie elegancję, klasykę i miejski szyk. | Do tej pory Kate Middleton i książę William unikali publicznego okazywania uczuć. Ostatnio jednak pozawalają sobie na znacznie więcej. Podczas wizyty w południowej Walii księżna Cambridge zapomniała o sztywnym protokole dyplomatycznym. Wykonała bowiem czuły gest w kierunku męża – położyła rękę na jego ramieniu. Jak zachował się książę? Odwzajemnił jej czułość szerokim uśmiechem i zalotnym spojrzeniem. | 2 |
„United we stand, divided we fall" – słowa jednego z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych jak mantra powtarzane są od ponad 200 lat w stanie zagrożenia i wojny od USA przez Wielką Brytanię po Indie. Razem wytrwamy, podzieleni padniemy – uznali rywalizujący ze sobą szefowie największych organizacji biznesowych i odbudowali Radę Przedsiębiorczości, która blisko dwie dekady temu pomogła przekonać rząd, by w obliczu kryzysu na świecie podjął zmiany poprawiające sytuację polskich przedsiębiorców.
Reklama
Dzisiaj kryzys jest stokroć groźniejszy. Jesteśmy na wojnie z niewidzialnym wrogiem, który prowadzi ofensywę od chińskiego Wuhan po Europę i USA. Hasło „United we stand" jest aktualne jak nigdy wcześniej. I jak nigdy dotąd ignorowane. Wystarczy wspomnieć blame game Chin z Włochami i USA, paniczne blokady granic i dostaw masek w Europie, ataki premiera RP na UE („nie dała ani eurocenta", choć dała na walkę z koronawirusem 37 mld euro, w tym 7 mld euro dla Polski). I wreszcie gigantyczny spór polityczny w kraju po zmianach kodeksu wyborczego doklejonych do „Tarczy antykryzysowej" i uchwalonych pod osłoną nocy.
Politycy walczą ze sobą, jakby najważniejsze było przeprowadzenie wyborów 10 maja, a nie przetrwanie pandemii. My może ją i przeżyjemy, ale polska gospodarka niekoniecznie. Krytyczna jest zwłaszcza pierwsza faza kryzysu – lockdow, w czasie którego fabryki przestają wytwarzać towary, zamierają usługi – od restauracji przez fryzjera po kina i teatry. Ekonomiści ostrzegają, że ten kryzys, inaczej niż poprzednie, będzie miał charakter podażowy. Ludzie może i będą mieli pieniądze – z pomocy państwa, z własnych oszczędności, ale nie będzie co za nie kupić. A wtedy grozi nam wystrzał inflacji.
Rząd się z tym liczy, skoro wpisał do ustawy o „Tarczy antykryzysowej" przepisy drastycznie ingerujące w rynek, bo pozwalające ustalać maksymalne ceny i marże „towarów lub usług mających istotne znaczenie dla ochrony zdrowia lub bezpieczeństwa ludzi lub kosztów utrzymania gospodarstw domowych". Uderzy to w firmy, jeszcze bardziej ograniczając podaż. I stworzy warunki do powrotu czarnego rynku – po 30 latach od upadku PRL!
Reklama
W sprawie podatków rząd już tak śmiały nie jest i chroni dochody budżetu - preferuje odłożenie zaliczek od ich umorzenia. Godne odnotowania jest natomiast zwolnienie samozatrudnionych ze składek ZUS do trzech miesięcy. Będzie też dla nich „postojowe", ale wniosek wymaga złożenia podpisu i skierowania za pośrednictwem dotychczasowych zleceniodawców. Jak to zrobić w czasie lockdownu? I pomyśleć, że uchwalił to Sejm „z tabletu"...
Rząd nie może się też zdecydować, czy chce chronić miejsca pracy, czy wręcz przeciwnie. Bo choć przewiduje dopłaty do „postojowego" dla pracowników firm (zobaczymy czy wystarczające), to nie rezygnuje z podatku od sprzedaży detalicznej, który uderzy w walczący o przetrwanie handel. Przesuwa tylko wprowadzenie daniny do 1 stycznia 2021. Nie zrezygnował też z zakazu handlu w niedzielę, choć to byłaby wielka pomoc dla gospodarki po pandemii. Czasowo tylko poluzował restrykcje pozwalając na przyjęcie i rozłożenie na półkach towarów pierwszej potrzeby. W centra handlowe uderzy też wygaszenie czasowe umów najmu – korzystanie z kolei dla wynajmujących lokale, zamknięte przez państwo na czas pandemii.
Ustawa wprowadzająca Tarczę przewiduje wiele punktowych działań. Została napisana przede wszystkim z myślą o pierwszej fazie kryzysu i z pewnością w przyszłości wymagać będzie wielu uzupełnień. A to nie uda się, jeśli w polskiej polityce nadal dominować będzie postawa „kto kogo wyślizga", a rząd zamiast budować społeczne zaufanie będzie je niszczył, np. wpisując do ustawy możliwość eliminowania przez premiera członków Rady Dialogu Społecznego, która grupując pracodawców i związki mogłaby przecież budować konsensus na czas kryzysu. Na razie Polsce zamiast do „united we stand", bliżej do „divided we fall", a czasu na opamiętanie coraz mniej. | Andrzej Duda podkreślił, że bon ma być wykorzystany na potrzeby wypoczynku: wyjazdów turystycznych, kolonii czy wczasów. Szczegóły tego wsparcia mają zostać przedstawione w najbliższych dniach.
Reklama
"Jesteśmy z tym już prawie gotowi i mam nadzieję, że skorzystanie z tego już w te wakacje przez rodziny, dzieci, młodzież będzie możliwe, że te pieniądze ułatwią życie rodzinom i, że trafią do polskiej branży turystycznej w trudnych dla niej czasach kryzysowych" - powiedział prezydent.
Czytaj także: Andrzej Duda ogłasza oficjalnie bon turystyczny 500 złotych na dziecko
Duda zapowiedział, że plan na najbliższe lata, to plan wielkich inwestycji strategicznych, takich jak Centralny Port Komunikacyjny, czy przekop Mierzei Wiślanej. Przekop określił jako szansę dla lokalnych mieszkańców, która umożliwi także marynarce wojennej swobodny wpływ na tereny Zalewu Wiślanego. "To kolejny element budowania naszej suwerenności" - powiedział prezydent.
Mówiąc o kryzysie gospodarczym Duda podkreślił, że rząd wpłacił "miliardy złotych na ratowanie miejsc pracy" w ramach tarczy antykryzysowej. "Te pieniądze są cały czas wydawane" - podkreślił. Stwierdził, że dziennie państwo wydaje miliard złotych na wsparcie dla firm, po to by przedsiębiorcy "wytrzymali i wrócili na drogę rozwoju".
Reklama
"Przez lata cierpieliśmy na tym, że młodzi wyjeżdżali za granicę. Wyjeżdżali, bo musieli, bo nie było pracy, bo głód zaglądał w oczy rodzinom. Nie było szans znaleźć pracy w ogóle. To się zmieniło na przestrzeni ostatnich lat" - mówił prezydent, wyrażając nadzieję na zbudowanie Polski dobrobytu.
Duda mówił także o europejskim planie wsparcia gospodarczego, którego Polska będzie jednym z największych beneficjentów. "To są pieniądze na inwestycje, które mają wyprowadzić Europę z kryzysu gospodarczego. Ktoś, kto mówi dzisiaj, że chce w Polsce ograniczać inwestycje, jest przeciwko planom UE" – dodał.
Prezydent przypomniał, że skorzystał z prawa łaski wobec Jana Śpiewaka, bo chciał pokazać "wszystkim ludziom odważnym, młodym, ludziom dobrej woli, żeby się nie cofali i żeby się nie bali, kiedy walczą w dobrej sprawie".
Andrzej Duda zapewniał też, że jeśli nadal będzie prezydentem, Polska będzie krajem "odważnym i ambitnym", a "nic co otrzymała polska rodzina i co zostało zbudowane, nie będzie odebrane". | 2 |
flickr.com/drabikpany
Trwa niewypowiedziana wojna w mediach miedzy opozycją a rządzącą koalicją o to, kiedy maja odbyć się wybory prezydenckie.
Donald Tusk w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” nie przebiera w słowach, kiedy mówi: „Tylko wariat albo zbrodniarz mógłby proponować ludziom pójście do lokali wyborczych”. Wyraża tez pewność że PiS jednak odwoła termin wyborów, wyznaczony na 10 maja, ponieważ to jest tak wielkie ryzyko, że patia rządząca go, według Tuska, nie podejmie.
Opozycja jest jednomyślna: w tej sytuacji przeprowadzenie wyborów będzie fikcją. Spowoduje nie tylko zagrożenie dla zdrowia uczestników wyborów, członków komisji wyborczych i wszystkich, którzy wokół wyborów będą pracować, ale też narusza podstawowe wartości procesu wyborczego. Od niesprawiedliwych kampanii przedwyborczych, w których urzędujący prezydent jeździ po kraju i lansuje się w mediach, po ograniczenie dostępu do urn dla znacznej części wyborców, powodowanych lekiem przed epidemią.
„(…) Dzisiaj dla mnie najważniejsze jest, żeby nikt w Polsce nie został sam i każdy czuł się bezpiecznie, żebyśmy jako politycy doprowadzili do momentu, w którym powiemy, że opanowaliśmy sytuację związaną z pandemią koronawirusa. Wybory mogą poczekać, kampania może poczekać. – mówił Robert Biedroń, kandydat Lewicy.
Jednak rządzący nic sobie z tego nie robią. W wywiadzie dla RMF FM Jarosław Kaczyński powołał się, o dziwo, na swoje przywiązanie do obowiązujących przepisów prawa.
„Jestem przekonany, że w tej chwili nie ma żadnych przesłanek do tego, żeby wprowadzić stan klęski żywiołowej czyli ten – można powiedzieć – najsłabszy ze stanów nadzwyczajnych. A tylko wtedy wybory mogą być odłożone, więc pamiętajmy o tym ograniczeniu konstytucji”, mówił.
W RMF FM wielokrotnie powoływał się na konstytucję. – To nie jest tak, że my możemy powiedzieć, że odkładamy wybory, muszą być przesłanki konstytucyjne. Tych przesłanek w tym momencie w moim najgłębszym przekonaniu nie ma i mam naprawdę nadzieję bardzo mocną na to, że nie będzie ich także w ostatnim okresie przed 10 maja – mówił Kaczyński.
Kaczyńskiego zdaniem, wybory można przełożyć tylko w wypadku, kiedy „sytuacja w kraju się zmieni”, a to, podkreślił, jest na razie nierealne, ponieważ, wprowadzenie stanu nadzwyczajnego, groziłoby „bardzo mocnym” ograniczeniem praw obywatelskich
70 proc. pytanych Polaków jest za zmianą daty wyborów prezydenckich. | Tematem numer jeden opozycji cały czas pozostaje kwestia przeprowadzenia wyborów prezydenckich 10 maja. Dzisiaj głos, w niezwykle grubiański sposób, zabrał kandydat Lewicy Robert Biedroń, atakując partię rządzącą i jej prezesa Jarosława Kaczyńskiego:
-„PiS chyba kompletnie już oszalał. Jak wiecie został zgłoszony projekt głosowania korespondencyjnego w nadchodzących wyborach prezydenckich. To szaleństwo tej władzy, która chce wysłać 30 milionów uprawnionych do głosowania na zbędne ryzyko zakażenia się koronawirusem” – mówił Biedroń w udostępnionym na Twitterze nagraniu.
Biedroń w nagraniu oskarża Jarosława Kaczyńskiego o narażanie życia Polaków:
-„Przecież ktoś musi te koperty zebrać, ktoś musi je policzyć, ktoś musi je roznieść. To jest ryzyko nie tylko dla pracowników Poczty Polskiej, ale to jest ryzyko dla wszystkich zaangażowanych w ten cały proces. Oczywiście Kaczyński, jeżeli my odmówimy udziału w tym wszystkim, to wyśle do obsługi WOT, zakonnice i księży, którzy będą siedzieli w tych komisjach. Co to znaczy? To znaczy, że Kaczyński idzie… po trupach do urn, ale niekoniecznie wyborczych” – mówił kandydat Lewicy.
Kaczyński chce nas wysłać do urn. Tylko których❓ pic.twitter.com/V4Ddd6HWLk — Robert Biedroń (@RobertBiedron) April 1, 2020
Do wyborów prezydenckich został jeszcze ponad miesiąc. Politycy obozu rządzącego robią teraz wszystko, aby ratować życie Polaków i polską gospodarkę. Walczą też o zachowanie w Polsce porządku konstytucyjnego i demokracji. Nie wiemy jak będzie wyglądała sytuacja związana z koronawirusem za tydzień, tym bardziej nie wiemy co będzie za miesiąc. Tymczasem opozycja robi wszystko, aby bez względu na koszty, ugrać coś dla siebie na epidemii.
kak/ PAP, Twitter | 3 |
Konwencja kandydatki PO na prezydenta odbędzie się w sobotę 29 lutego. Poprzedzi ją pierwszy po wyborach szefa partii Zarząd Krajowy zaplanowany na środę. Po tych wydarzeniach ugrupowanie Borysa Budki chce zorganizować pierwsze od kilku miesięcy wyjazdowe posiedzenie klubu parlamentarnego Koalicji Obywatelskiej. Data spotkania to wtorek, 4 marca.
Następnego dnia posłowie i senatorowie wyruszą na Mazowsze, gdzie w ramach nowej akcji objazdu Polski odbędzie się kilkadziesiąt spotkań z wyborcami.
"Rzeczpospolita" zauważa, że Małgorzata Kidawa-Błońska uruchomiła biuro Sztabu Obywatelskiego w Warszawie. Działa także system koordynacji wolontariuszy. Tylko w sobotę do pracy przy kampanii miało zgłosić się ok. 1,2 tys. osób.
Więcej w "Rzeczpospolitej" | Podjęta decyzja była i jest ryzykowna. Ale rozumiem ją - przyznał w "Rozmowie Piaseckiego" były przewodniczący Platformy Obywatelskiej, poseł Grzegorz Schetyna. W TVN24 mówił o zmianie kandydata na prezydenta w szeregach swojej partii oraz naglących terminach na zebranie podpisów.
Prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski został w piątek przedstawiony jako nowy kandydat Koalicji Obywatelskiej w wyborach prezydenckich. Wcześniej tego samego dnia z kandydowania zrezygnowała wicemarszałek Sejmu Małgorzata Kidawa-Błońska.
Raport tvn24.pl: Wybory prezydenckie 2020
"To było dawno temu, w grudniu"
Były szef Platformy Obywatelskiej, poseł Grzegorz Schetyna przyznał w "Rozmowie Piaseckiego", że wymiana kandydata to "sprawa złożona". - Zawsze uważam i uważałem, że trzeba trwać przy swoich przemyślanych i podjętych decyzjach - stwierdził.
- Małgorzata Kidawa-Błońska została wybrana przez konwencje krajową, ale było to dawno temu, w grudniu. Później wiele się zmieniło, zmieniła się także sytuacja. Zmienił się termin wyborów. Dzisiaj jesteśmy przed nowymi wyborami, stąd nowa decyzja - wyjaśnił.
Według Schetyny, "w każdej sytuacji, gdy byłaby nowa kampania, czy nowe, normalne warunki do jej prowadzenia, Małgorzata Kidawa-Błońska miałaby ogromne szanse, by wrócić do dobrej kampanii, do kontaktu z wyborcami i do dobrego wyniku, także sondażowego, który w ostatnim miesiącu nie był najlepszy".
Zdaniem posła PO podjęta decyzja "była i jest ryzykowna". - Ale rozumiem ją. Uważam, że wszyscy wyborcy i każdy jej szeregowy członek musi bardzo twardo wspierać Rafała Trzaskowskiego jako kandydata Koalicji Obywatelskiej - powiedział.
Schetyna: decyzja, która została podjęta przed Zarząd Krajowy jest ryzykowna, ale ją rozumiem TVN24
Kidawa Błońska za wezwanie do bojkotu "poniosła najwyższą cenę"
Były szef Platformy zwrócił uwagę, że wskazanie w prawyborach Kidawy-Błońskiej "obyło się w innych czasach, to grudzień zeszłego roku". - Przez pięć miesięcy zdarzyło się naprawdę wiele. Małgorzata Kidawa-Błońska byłaby świetnym kandydatem na czas budowania porozumienia, integrowania opozycji i poczucia nowej wspólnoty. Teraz zawiesiła kampanię, wezwała do bojkotu majowych wyborów, które miały odbyć się ze złamaniem prawa i niosły zagrożenia dla zdrowia i życia Polaków. Poniosła za to olbrzymią polityczną, najwyższą cenę. Szanuję jej zaangażowanie, wielką walkę - powiedział.
Schetyna wezwanie do bojkotu przez Kidawę-Błońską określił mianem "nieszczęśliwego". - Wezwanie zostało zrozumiane, czy odczytane przez większość, przez wyborców jako wycofanie się Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Uważam, że to na pewno miało może też decydujący wpływ na spadek sondażowy i na tę całą sytuację - ocenił. - To kwestia do spokojnej analizy, która na pewno będzie miała miejsce na poziomie władz partii, ale na to potrzebujemy czasu, dystansu. Najważniejsze jest zaangażowanie w kampanię wyborczą Rafała Trzaskowskiego - przekonywał. - Wniosków nie można robić w kampanii, która zaraz się rozpocznie - zauważył.
Schetyna: nieszczęśliwe wezwanie do bojkotu wyborów majowych miało decydujący wpływ na spadek sondażowy TVN24
"Decyzja była ekspresowa"
Gość "Rozmowy Piaseckiego" pytany o nowego kandydata przyznał, że "wierzy w Rafała Trzaskowskiego i tę kampanię". - Wierzę, bo prowadziłem z nim kampanię w Warszawie ponad dwa lata temu (podczas wyborów samorządowych - red.). Widziałem jego entuzjazm, zaangażowanie, świetny kontakt z ludźmi, a na końcu spektakularny sukces i wiem, że on będzie dobrym kandydatem - powiedział.
Schetyna powiedział przy tym, że decyzja o zmianie kandydata była "ekspresowa". - Wierzę, że da efekt - podkreślił.
"To absurdalne sygnały"
Nowa kandydatura wymaga zdobycia na nowo stu tysięcy podpisów. W związku z nieznaną datą wyborów, pojawiają się wątpliwości czy Platforma Obywatelska będzie miała wystarczająco czasu, by podpisy zebrać. Sytuację utrudnia trwający stan epidemii.
- Nic nie zabije Platformy Obywatelskiej i możliwości naszych sympatyków, wyborców - oświadczył Schetyna, pytany o wspomniane krótkie terminy. - Te sygnały, które pojawiają się ze strony większości PiS-owskiej, czy z Kancelarii Sejmu, że ten czas będzie krótki, czy powinien być krótki, to sygnały absurdalne. One pokazują, że PiS po raz kolejny chce łamać demokrację. Takie zachowania są niedopuszczalne - ocenił.
Schetyna oświadczył, że jego ugrupowanie będzie zmobilizowane. - Uważam, że ten czas musi potrwać - zaznaczył. - Ostatnio mieliśmy na to cztery tygodnie i zebraliśmy 500 tysięcy podpisów. Tu chodzi o 100 tysięcy, ale nie wyobrażam sobie, aby był to termin kilkudniowy. W 10 dni, dwa tygodnie to można zrobić - dodał.
- To można zrobić, ale nie wyobrażam sobie, żeby w taki sposób marszałek Witek chciała ograniczać możliwości opozycyjnego kandydata. To znaczy, że chce wpływać w ten sposób na wybory - dodał. Według niego, "to oznaczałoby, że druga osoba w państwie nie szanuje demokracji i praworządności".
Autor:akw/pm | 2 |
Do tej pory nikt nie mógł oglądać portretu Karczewskiego, choć ten został zamówiony pod koniec 2017 r. Kopię ujawnili dziennikarze "Super Expressu". Nie było jednak pewności, czy portret faktycznie tak wygląda, bo służby prasowe nie chciały pokazać obrazu opinii publicznej.
- Obraz znajduje się w magazynie Archiwum Senatu i będzie tam do końca obecnej kadencji. Po jej zakończeniu, zgodnie z senacką tradycją, zostanie umieszczony w galerii portretów byłych marszałków Senatu, która znajduje się w saloniku recepcyjnym przed gabinetem marszałka - usłyszeli dziennikarze w senackim biurze prasowym.
Reklama
Jak dowiedziała się Interia, przyszedł czas na premierę. Portret, który kosztuje blisko 8 tys. zł, zajął wreszcie należne mu miejsce w galerii portretów byłych marszałków. Gdzie można go obejrzeć?
- Jest w poczekalni przed gabinetem marszałka, obok wizerunku innych polityków - mówi nasz informator.
Zdjęcie Portret Stanisława Karczewskiego zawisł w poczekalni przed gabinetem wicemarszałka / INTERIA.PL
Kiedy wybuchła afera, Stanisław Karczewski zapewniał, że nie znał ceny obrazu. Opowiadał, że portret trzeba było robić w trakcie kadencji, a nie po jej zakończeniu, bo senacki malarz zachorował. - To jest mój pierwszy portret zrobiony za życia, miałem taki swoisty niesmak. Nawet nie chciałem oglądać tego portretu - wyznał ówczesny marszałek na antenie RMF FM w rozmowie z Robertem Mazurkiem. Czy zmienił zdanie?
- Dziwi mnie, że poważny dziennikarz w poważnym medium podejmuje tak niepoważny temat - powiedział Interii Karczewski. Argumentuje, że "to nie on ustalał ceny", zaś sprawę swojego portretu nazywa "złośliwością polityczną". - Zostałem skrzywdzony. Cóż z tym, że namalowano mój portret, skoro portretuje się wszystkich marszałków? Tomasz Grodzki również będzie sportretowany - usłyszeliśmy od obecnego wicemarszałka Senatu.
Zdjęcie Stanisław Karczewski / Tomasz Jastrzębowski / Reporter
Jak podkreśla polityk, obraz z jego wizerunkiem powstał w trakcie kadencji, na specjalne życzenie malarza: - Mój portret został namalowany na życzenie artysty, który jakoby tracił wzrok i chciał mnie namalować wcześniej. Nie na koniec kadencji tylko na początku - przekazał Interii Stanisław Karczewski.
Usłyszeliśmy, że dotychczas jeden artysta tworzył wizerunki wszystkich marszałków w odrodzonym Senacie. Tradycja ich portretowania pojawiła się już za czasów II RP.
Jakub Szczepański | Za odwołaniem Karczewskiego głosowało w środę wieczorem 93 senatorów, jeden był przeciw, a dwóch się wstrzymało. Z kolei za powołaniem Pęka na wicemarszałka było 95 senatorów, nikt nie głosował przeciw, dwóch się wstrzymało.
Marszałek Senatu Tomasz Grodzki wręczył nowo powołanemu wicemarszałkowi uchwałę o wyborze. Pęk podziękował senatorom za wybór i zapewnił, że swoje obowiązki będzie wykonywał z maksymalnym zaangażowaniem, uczciwie i najlepiej jak potrafi.
Natomiast po przyjęciu uchwały o odwołaniu Karczewskiego Grodzki podziękował ustępującemu wicemarszałkowi za jego służbę w Senacie dla dobra kraju. Karczewski zapewnił, że będzie dalej służył Polsce.
W środę rano na antenie radia RMF FM Stanisław Karczewski niespodziewanie ogłosił, że rezygnuje z funkcji wicemarszałka Senatu i wraca do zawodu lekarza (chirurga). Narzekał przy tym na współpracę z marszałkiem Tomaszem Grodzkim, informując jednocześnie, że nie odchodzi z polityki.
Karczewski ma wrócić do pracy w szpitalu w Nowym Mieście nad Pilicą.
Czytaj też:
Kulisy rezygnacji Karczewskiego. Koledzy z PiS pokrzyżowali mu plany? | 2 |
Zdejmujemy maseczki, otwieramy sale weselne, stadiony i kościoły. A jednocześnie liczba chorych rośnie. Jeżeli zastanawiacie się nad tym, czy to wszystko ma sens, to nie jesteście sami.
W Polsce zaczynają obowiązywać nowe zasady bezpieczeństwa w odniesieniu do pandemii. Zniesiono limit liczby osób w sklepach, restauracjach i kościołach, będzie wolno organizować wesela do 150 osób. Do tego w przestrzeni publicznej nie trzeba już nosić maseczek, zakrywających usta i nos. Zbigniew Boniek cieszył się ostatnio, że Polska będzie pierwszym krajem, który na dużą skalę otworzy trybuny dla kibiców piłkarskich.
Jeżeli zastanawiacie się nad tym, czy to wszystko ma sens, to nie jesteście sami. Premier Morawiecki ogłaszał co prawda, że Polska opanowała epidemię, jednak wydaje się, że dane tego nie potwierdzają. Liczba aktywnych przypadków zarażenia koronawirusem w dalszym ciągu rośnie, a dzienna liczba stwierdzonych zachorowań jest podobna jak tydzień czy miesiąc temu.
Polityka zdrowotna czy wyborcza?
A zatem dla przeciętnego obywatela sytuacja wygląda następująco: z jednej strony, liczba zachorowań wcale nie maleje, a z drugiej strony, Polska postanowiła radykalnie poluzować obostrzenia ograniczające intensywność kontaktów społecznych. Nie tylko otwieramy sale weselne i kościoły, lecz także zdejmujemy maseczki, chociaż z dostępnych badań wynika, że pozwalają one w istotnym stopniu ograniczyć transmisję wirusa.
Czy to znaczy, że za kilka tygodni nastąpi katastrofa zdrowotna? Minister Szumowski jeszcze do niedawna zapowiadał przecież, że maseczki będziemy musieli nosić nawet przez najbliższe dwa lata. Teraz wydaje się, że zmienił zdanie. Wiemy także, że epidemia może rozwijać się bardzo szybko. Jeśli zaczniemy od jednej osoby, która zarazi dwie kolejne osoby, a one zarażą kolejne dwie osoby i tak dalej, to w dwa tygodnie możemy mieć wiele tysięcy chorych.
W pierwszej chwili myślę, że jeśli istniałoby realne ryzyko nagłego wzrostu liczby zachorowań, to przecież nikt w rządzie nie zdecydowałby się na coś tak głupiego. A zatem rząd musi mieć chyba dobre uzasadnienie dla podejmowanych działań. Tyle że trudno stwierdzić, czy tak jest naprawdę.
Potem można więc pomyśleć, że może znowu chodzi o wybory prezydenckie. Istnieje szansa, że poluzowanie ograniczeń poprawi nastroje społeczne, co będzie sprzyjać Andrzejowi Dudzie. Trzeba przyznać, że interpretacja wyborcza wydaje się bardzo prawdopodobna, ale zarzut tego rodzaju byłby bardzo poważny – trzeba by przyjąć, że PiS gra życiem i zdrowiem obywateli, aby zwiększyć szanse Andrzeja Dudy w wyborach.
Dla obywateli nie jest zrozumiałe, dlaczego najpierw były bardzo surowe restrykcje, a teraz będziemy nagle realizować w Polsce model szwedzki i dlaczego wtedy było to dobre i teraz będzie to dobre. Tomasz Sawczuk
Model szwedzki w wersji turbo
W tej chwili decyzje rządu w sprawie środków bezpieczeństwa związanych z epidemią wydają się arbitralne. Dla wielu obywateli nie jest jasne, dlaczego najpierw były bardzo surowe restrykcje, a teraz będziemy nagle realizować w Polsce model szwedzki w wersji turbo – i dlaczego wtedy było to dobre i teraz będzie to dobre.
Rząd powinien lepiej wyjaśnić swoje decyzje w sprawie strategii walki z koronawirusem. Nie wydaje się, żeby minister Szumowski na konferencji prasowej spokojnie i cierpliwie wyjaśnił logikę działań rządu w sprawie wprowadzania i odwoływania ograniczeń. Jakie badania naukowe i analizy pomagają rządowi podejmować decyzje? Jakie czynniki zdrowotne i gospodarcze rząd bierze pod uwagę?
Premier Morawiecki powiedział kilka dni temu, że można poluzować obostrzenia, ponieważ „80 procent łóżek jest wolnych i czekających na pacjentów z covid”. Z samego tego faktu nie wynika jednak, że należy łóżka zapełnić pacjentami. Morawiecki słusznie zwraca uwagę na to, że w Polsce mamy mniej przypadków zarażenia koronawirusem, a także mniej przypadków śmiertelnych niż w wielu innych krajach. Jest to powód do zadowolenia. Jednak chaotyczna komunikacja rządu po prostu zniechęca ludzi do stosowania środków ostrożności, tak jakby epidemia była już za nami.
Fot. Facebook.com | Wygranie wyborów lub publiczne wykazanie fałszerstw wyborczych miałoby większą moc polityczną niż wycofanie się na zapas i oddanie pola bez walki.
Po stronie opozycyjnej popularne jest ostatnio następujące rozumowanie. Po pierwsze, chociaż rząd nie ogłosił formalnie stanu klęski żywiołowej, to obowiązują ograniczenia prawne, które mogą istnieć tylko w takim stanie, a zatem w praktyce stan klęski żywiołowej jednak obowiązuje. Po drugie, w czasie stanów nadzwyczajnych – w tym stanu klęski żywiołowej – nie wolno organizować wyborów. W związku z tym ewentualne wybory prezydenckie 10 maja będą nielegalne. Po trzecie, należy zatem zbojkotować wybory prezydenckie.
Jest to jednak myślenie życzeniowe. Władza nie wprowadziła stanu klęski żywiołowej. Nic nie wynika z deklaracji, że faktycznie jest inaczej. Jeśli wybory się odbędą, a Andrzej Duda odniesie w nich zwycięstwo, to będzie prezydentem przez następną kadencję. Niczego nie zmienia to, że będzie miał „słaby mandat społeczny”. Protesty przeciwko bezprawnym działaniom PiS-u i przeciwko nierozsądnemu parciu ugrupowania rządzącego do wyborów w maju są słuszne i potrzebne, ale dopóki nie prowadzą do radykalnej zmiany postaw wśród Polaków, nie wiążą się z nimi istotne konsekwencje polityczne ani prawne.
Smutny Andrzej Duda
W kwestii możliwości przeprowadzenia wyborów trzeba odróżnić od siebie dwa porządki. W porządku prawnym rzeczywiście nie można teraz zmieniać prawa wyborczego. Jeśli wybory miałyby się odbyć, to trzeba by je przeprowadzić w lokalach wyborczych, tak jak przewiduje dotychczasowa procedura – a to wydaje się w praktyce niemożliwe. Jednak w porządku politycznym znaczenie mają nie tylko abstrakcyjne normy prawne, lecz także praktyczna zdolność do użycia siły. PiS już uchwaliło zmiany w prawie wyborczym, aby przeprowadzić głosowanie w trybie korespondencyjnym. Tego rodzaju machlojki proceduralne będzie można oczywiście zaskarżyć do sądu. Tyle że wkrótce kończy się kadencja Małgorzaty Gersdorf i Sąd Najwyższy będzie orzekać o ważności wyborów pod nowym przewodnictwem. Można powątpiewać, czy orzeknie on, że wybory były nieważne.
Krytycy przekonują, że prezydent wybrany w takich farsowych wyborach nie będzie miał „mandatu społecznego do rządzenia”. Jednak argument z „braku mandatu społecznego” to niebezpieczne złudzenie stworzone przez opozycyjną część opinii publicznej, która wyobraża sobie, że bez jej wsparcia nie da się rządzić krajem. Da się. Jeśli Duda wygra głosowanie, to znaczy, że znalazło się wystarczająco dużo osób, które go poparły, aby mógł wygrać. Jeśli frekwencja będzie niska, to być może Andrzejowi Dudzie będzie osobiście smutno, że dostał trochę mniej głosów, niż by chciał – ale w żaden sposób nie będzie mu to uniemożliwiać sprawowania władzy. Jeśli część osób w proteście nie pójdzie na wybory, to prezydent zostanie wybrany bez ich udziału i będzie prezydentem przez kolejną kadencję – w sensie politycznym taki gest będzie bez znaczenia.
Dwa warunki
Niektórzy mówią, że bojkot wyborów przez opozycję miałby przynajmniej istotne znaczenie symboliczne. Bojkot wyborów miałby jednak sens symboliczny tylko w wtedy, gdyby wycofali się z nich wszyscy kandydaci opozycji. Do tego raczej nie dojdzie. A nawet wówczas warto byłoby zapytać o to, jaki jest następny ruch opozycji po zbojkotowaniu wyborów. W co da się przekuć ów „kapitał symboliczny”? Szlachetnie przegrać: i co dalej?
Wydaje się, że bojkot wyborów miałby uzasadnienie polityczne, gdyby łącznie spełnione zostały dwa warunki. Po pierwsze, ludzie powszechnie zbojkotowaliby wybory. Jest to możliwe, ale raczej w wyniku przygodnych okoliczności (obawa o własne zdrowie, chaos proceduralny), a nie mobilizacji politycznej. Po drugie, bojkot wyborów musiałby przełożyć się na sprzeciw wobec poleceń władzy w innych sferach życia społecznego. To zaś wydaje się mało prawdopodobne – nie szykuje się powszechny bunt przeciwko władzy. Mamy w Polsce do czynienia z głębokim konfliktem politycznym i jak na razie istotna część Polaków popiera w nim stronę PiS-owską (nawet jeśli nie popiera niektórych działań partii). Byłoby naiwnie wyobrażać sobie, że oburzenie części wyborców na działania PiS-u spowoduje w jakiś magiczny sposób, że władza Andrzeja Dudy będzie nieprawowita.
Oczywiście, PiS należy głośno krytykować za trzy rzeczy. Po pierwsze, władza wprowadziła w wyniku pandemii istotne ograniczenia praw obywatelskich. Tego rodzaju głębokich interwencji w codzienne życie ludzi nie można uzasadnić na podstawie zwykłych przepisów, dlatego powinno się to wiązać z wprowadzeniem stanu klęski żywiołowej. Po drugie, należy krytykować PiS za to, że dąży do przeprowadzenia wyborów prezydenckich w maju. Nie ma w ostatnich tygodniach normalnej kampanii, nie wiadomo nawet, według jakiej procedury wybory miałyby się odbyć – nasza demokracja zasługuje na więcej. Po trzecie, PiS działa w sposób coraz bardziej arbitralny i siłowy, a w konsekwencji osłabia polską demokrację.
Obrazić się czy wygrać?
Emocjonalny sprzeciw wobec firmowania niepoważnych i niebezpiecznych działań PiS-u jest zatem zrozumiały. Trzeba jednak przyznać, że demobilizowanie własnych wyborców poprzez zniechęcanie ich do udziału w wyborach jest osobliwą strategią polityczną – gwarantuje ona jedynie spadek poparcia dla własnej partii. Wydaje się, że wygranie wyborów lub publiczne wykazanie fałszerstw wyborczych – czego obawiają się niektórzy obserwatorzy – miałoby większą moc polityczną niż wycofanie się na zapas i oddanie pola bez walki.
Rzecz nie polega więc na tym, czy opozycja potrafi obrazić się na PiS – wiemy, że potrafi i jakościowo nie jest to nic nowego. Rzecz sprowadza się do tego, czy opozycja potrafi przekonać Polaków, że PiS nie powinno organizować wyborów w warunkach istotnego ograniczenia praw obywatelskich, w dodatku zmieniając procedurę w ostatniej chwili. Dla wspólnego dobra warto przekonywać opinię publiczną do tego, że działania podejmowane przez PiS w sprawie wyborów są szkodliwe i bezprawne. Warto prowadzić tego rodzaju krytykę, licząc na to, że to opinia publiczna sama zmusi PiS do ograniczenia autorytarnych zapędów i zorganizowania normalnych wyborów.
Fot. Pixabay.com | 2 |
26 lutego asteroida 2012 DS30 zbliży się niebezpiecznie blisko Ziemi. Zbliża się z prędkością ponad 190 tys. km/h, ale czy jest szansa zderzenia? NASA nie zakłada takiej możliwości, ale badacze i tak bacznie obserwują nadlatujący obiekt.
Astronomowie obliczyli, że asteroida 2012 DS30 będzie najbliżej Ziemi 26 lutego, ok. godziny 22:00 czasu polskiego. Należy do grupy Apollo, czyli kosmicznych skał, których orbity często przecinają się z ziemską. Większość tego typu obiektów na szczęście nie stanowi zagrożenia dla życia na Ziemi.
Zgodnie z szacunkami NASA asteroida 2012 DS30 ma nie więcej niż 38 metrów szerokości. Nawet jeśli zostanie przyciągnięta przez ziemską grawitację, to najprawdopodobniej spłonie w atmosferze i nie dotrze do powierzchni planety.
Należy pamiętać jednak, że nawet obiekty określane jako "bliskie Ziemi" znajdują się często miliony kilometrów od naszej planety. Kosmiczna skala jest zupełnie inna niż ta, do której jesteśmy przyzwyczajeni. Niemniej obserwacja takich asteroid jak 2012 DS30 owocuje ogromną ilość danych.
Zobacz też: Dziwny obiekt krąży po naszej orbicie
Naukowcy nieustanie obserwują asteroidy z grupy NEO (Obiekty Bliskie Ziemi), dzięki czemu nie tylko są w stanie rozpoznać potencjalnie niebezpieczne asteroidy. Mogą na podstawie danych opracowywać modele obrony planety przed największymi kosmicznymi skałami. Ostatnio pisaliśmy o zupełnie nowym podejściu do tej kwestii, na jakie zdecydowali się specjaliści MIT. | Naukowcy z NASA ostrzegają przed gigantyczną asteroidę zbliżającą się w kierunku Ziemi. Ogromny kamień zmierza w naszym kierunku z ogromną prędkością – 50 tysięcy kilometrów na godzinę. Asteroida jest określana jako potencjalnie niebezpieczna.
NASA ostrzega przed ogromną asteroidą. Naukowcom badającym przestrzeń kosmiczną sen z powiek spędza jednak asteroida 163373 (2002 PZ39). Obiekt ma 990 metrów średnicy i już 15 lutego zbliży się na minimalną odległość od Ziemi. Ta wynosi 15-krotność odległości od Ziemi do Księżyca.
Choć oczywiście istnieje małe prawdopodobieństwo, że asteroida zmieni swój tor lotu i jednak zderzy się z Ziemią, to takiej ewentualności nigdy nie można na 100 proc. wykluczyć.
Ale jak potwierdzają naukowcy, gdyby potencjalnie niebezpieczna asteroida zderzyła się z Ziemią, wywołałaby nuklearną zimę i masowe wyginięcie gatunków.
Jak podaje NASA, asteroida 163373 (2002 PZ39) to asteroida Apollo, co oznacza, że od czasu do czasu przecina ścieżkę Ziemi wokół Słońca.
Tym samym za każdym razem, gdy asteroida mija naszą planetę, jest szansa, że dojdzie do zderzenia. Jeśli uderzyłaby w Ziemię, początkowa siła wybuchu zabiłaby miliony ludzi.
Źródło: NASA | 3 |
Rossmann i OnlyBio spełniają zielony sen wszystkich fanów zero waste. Przychodzisz, uzupełniasz swoje pojemniki na kosmetyki lub środki czystości, nie płacisz za opakowania, a za sam kosmetyk i nie generujesz odpadów.
Taką możliwość swoim klientom daje najnowocześniejszy salon drogerii w Europie, który powstał w łódzkiej Manufakturze. Miejmy nadzieję, że to dopiero początek dobrych zmian.
Uzupełnij kosmetyki w Rossmannie
Od 15 czerwca w Manufakturze w Łodzi klienci salonu Rossmann mogą korzystać ze stacji refill, w której mogą do własnych pojemników uzupełniać kosmetyki oraz środki czystości polskiej marki OnlyBio. Jest to pierwsza w Polsce automatyczna i jedyna na świecie stacja uzupełniająca z tak zaawansowaną automatyką i autorskim systemem dezynfekcji. Klienci mogą skorzystać ze specjalnych automatów do napełniania butelek wielorazowego użytku naturalnymi kosmetykami OnlyBio i środkami czystości OnlyEco. Wszystkie produkty OnlyBio i OnlyEco są wegańskie i wyprodukowane na bazie naturalnych składników. To kolejna proekologiczna akcja polskiej firmy, która stara się, aby naturalne środki czystości bez chemicznych konserwantów na dobre zagościły w domach Polaków, tak samo jak wiedza na temat ochrony środowiska.
Pierwsza w Polsce stacja refill OnlyBio jest dostępna w Rossmannie w łódzkiej Manufakturze Foto: Materiały własne artysty
- Stacja refill ma przede wszystkim za zadanie minimalizację ilości zużytego plastiku, korzystanie na co dzień z bezpiecznych produktów, a przede wszystkim przekonanie do ekologicznego stylu życia. Obsługa stacji jest bardzo prosta, wystarczy na ekranie wybrać swój ulubiony produkt, przy pierwszym zakupie dodać butelkę, na monitorze pokaże się numer stanowiska, w którym zostanie napełniona butelka. Należy wybrać opakowanie szklane lub z recyklingu, przykleić na nią etykietę, a następnie postawić butelkę na wskazanym numerze stanowiska i wcisnąć przycisk start. Na ekranie przy stanowisku pojawi się komunikat o zakończeniu dozowania. Przy kasie należy zeskanować kod kreskowy etykiety oraz kod kresowy butelki. Za drugim razem, jak przyjdziemy ze swoją butelką, skanujemy tylko i wyłącznie kod kreskowy z etykiety. Pamiętajmy, że nie mamy planety B i pierwsza w Polsce automatyczna stacja refill to nasz wspólny wielki gest dla Ziemi - mówi Marcin Pawlikowski prezes zarządu OnlyBio.life.
W stacji refill OnlyBio uzupełnimy naturalne kosmetyki i środki czystości Foto: Materiały własne artysty
Jakie produkty OnlyBio będzie można uzupełnić w stacji? Dostępne będą naturalne, ekologiczne produkty z certyfikatami ECOCERT: szampony do włosów, żele pod prysznic, mydło w płynie, płyn do prania tkanin, płyn do płukania i płyn do mycia naczyń.
Najnowocześniejszy salon Rossmann w Europie
To własnie w łódzkiej Manufakturze powstał wyjątkowy, bo najbardziej rozwinięty pod względem technologii i asortymentu, salon sieci Rossmann w Europie. Co w nim wyjątkowego? Poza wspomnianą strefą z dozownikami do uzupełniania kosmetyków i środków czystości od OnlyBio, klienci będą mogli skorzystać m.in. z poszerzonej oferty kosmetyków kolorowych i pielęgnacyjnych, a także ze strefy manicure.
Nie wiemy jeszcze, czy Rossmann planuje kolejne tego typu salony w Polsce, ale jedynie mamy nadzieję, że na Manufakturze się nie skończy. Pomysł stacji uzupełniających kosmetyki świetnie przyjął się w Czechach, Rossmann w Manufakturze zbiera same pochwały, a na wyciągnięcie wniosków przez właścicieli sieci raczej nie będzie trzeba długo czekać.
Rossmann w Manufakturze w Łodzi to najnowocześniejszy salon sieci w Europie Foto: Materiały własne artysty
Zobacz również: Work hard. Play Hard. Testujemy ROG Zephyrus G14 od ASUS | Kiedy na czas pandemii zamknięto kina, każdy, kto uważa się za prawdziwego kinomana zatęsknił za klimatem sali kinowej, emocjami towarzyszącymi seansom, ale i także za doskonałym popcornem, który dostać można tylko w kinie. Ale czy aby na pewno? Sprawdziliśmy, ile kosztuje maszyna do popcornu i jak się okazuje, nie trzeba wydać na nią majątku. Wybraliśmy dla was kilka modeli od najtańszej do najdroższej.
Netflix & chill w trakcie lockdownu stały się jednym z naszych codziennych rytuałów. Poza wygodnym siedzeniem (lub leżeniem), komputerem lub telewizorem i opłaconą subskrypcją przydałoby się coś jeszcze. Popcorn do oglądania filmów jest naturalnym wyborem, ale powiedzmy sobie szczerze - gotowy popcorn to nie jest to. Popcorn do przygotowania w mikrofalówce to istna loteria - albo połowę spalisz, albo połowa ziarenek nie wystrzeli. Mając dokładnie taki problem postanowiliśmy sprawdzić ile kosztuje maszynka do zrobienia popcornu jak z kina i gdzie można ją kupić.
Ku naszemu zaskoczeniu - najtańszą można kupić już za niecałe 50 złotych. A te nieco droższe wyglądają tak klimatycznie i oldschoolowo, że po prostu będziecie chcieli ją mieć. Postanowiliśmy zrobić da was przegląd maszynek do popcornu od najtańszej do najdroższej. Filmowe wieczory dzięki niej wejdą na zupełnie inny level.
Zobacz również: Work hard. Play Hard. Testujemy ROG Zephyrus G14 od ASUS | 1 |
Tabor romski na Porubanku, który od lat kojarzył się mieszkańcom Wilna z narkotykami i przestępczością, za kilka tygodni przestanie istnieć. Nie oznacza to jednak, że problemy z integracją ludności romskiej również się kończą.
Tabor powstał w Wilnie po wojnie, kiedy władza sowiecka postanowiła osiedlić Romów prowadzących koczowniczy tryb życia. Romska enklawa w Wilnie dzieliła się na dwie części: Tabor Górny, gdzie mieszkali polscy i litewscy Romowie, i Tabor Dolny, który zamieszkiwali Romowie przybyli po wojnie z Besarabii.
– Inspekcja budowlana zarządziła, że ludzie muszą zburzyć lub opuścić swoje nielegalnie postawione budynki do 1 czerwca 2020 r. – mówi „Kurierowi Wileńskiemu” Vytuatas Mitalas, wicemer Wilna.
Co powstanie po taborze?
Od lat władze Wilna próbowały rozwiązać problem taboru, który dla większości mieszkańców Wilna kojarzył się z rozprowadzaniem narkotyków. Dużym problemem było to, że większość domów na terenie taboru zbudowano nielegalnie, a ich mieszkańcy nie płacili za prąd i wodę. Teraz wydaje się, że władzom udało się zlikwidować problem i po kilku tygodniach tabor zniknie z mapy miasta.
– Samorząd ze swojej strony zapewnia osobom, które podpadają pod pewną kategorię socjalną, określoną w prawie, mieszkania socjalne. Te osoby mogą się także ubiegać o rekompensatę za wynajem mieszkania. Rekompensata wynosi 92 euro miesięcznie na osobę. Z tego, co mi wiadomo, większość osób wykorzystała tę szansę. Zresztą w ciągu kilku ostatnich lat liczba mieszkańców taboru zmniejszyła się czterokrotnie, z 500 do 100 osób. Ci ludzie przenieśli się albo do mieszkań socjalnych, albo kupili własną nieruchomość –wyjaśnia stanowisko miasta wicemer Mitalas.
Zdaniem przedstawicieli stołecznych władz działki po zburzonych domach mogą być wykorzystane do budowy magazynów oraz zagospodarowane przez spółki spedycyjne. Lokalizacja byłego już taboru sprzyja prowadzeniu tego typu działalności.
Niestety, prace likwidacyjne nie przeszkodziły w działalności dilerom narkotykowym. Bardzo często narkotyki rozprowadzały osoby, które skorzystały z rozwiązań zaproponowanych przez samorząd i opuściły dotychczasowe miejsce zamieszkania.
Policja informuje, że kiedy część mieszkańców wyprowadzała się ze swoich domów, to druga część wracała, aby sprzedawać narkotyki. Przykładowo 8 maja funkcjonariusze zatrzymali przy gmachu byłej poczty kobietę, która wprowadzała do obrotu substancję narkotyczną. Po przeprowadzeniu rewizji w jej mieszkaniu socjalnym policjanci znaleźli dużą ilość narkotyków. Ogółem na początku maja funkcjonariusze policji zatrzymali na terenie taboru czterech dilerów.
Problemy z integracją
Antropolożka Agnieszka Awin, która od lat współpracuje z Centrum Społeczności Romskiej w Wilnie, nie do końca podziela optymizm władz miasta. Zdaniem działaczki społecznej instytucje państwowe i samorządowe przez długi czas lekceważyły kwestię integracji Romów.
– Osiedle na Porubanku od lat znajdowało się na marginesie naszego miasta. Nie tylko geograficznie, ale też kulturowo i społecznie. Miejsce to przede wszystkim kojarzy się nam z narkotykami i ze światem przestępczym. Nie będę zaprzeczała, bo taka działalność, owszem, miała miejsce. Ale rzadko kto się zastanawiał, dlaczego właśnie tam, dlaczego właśnie Romowie, dlaczego oni są jedną z najbiedniejszych i najbardziej marginalizowanych grup w naszym społeczeństwie. Często po prostu jest stawiany znak równości – Rom to narkoman, oszust, złodziej. Bez żadnej głębszej analizy, bez głosu samych zainteresowanych – żali się badaczka problemu.
– Na osiedlu na Parubanku od lat brakowało odpowiedniej infrastruktury, aby przede wszystkim dzieci (które stanowiły połowę wszystkich mieszkańców taboru) mogły bez żadnych problemów uczęszczać do szkoły, odrabiać prace domowe, integrować się ze społeczeństwem. W naszej organizacji pozarządowej „Padėk pritapti”, działającej na rzecz integracji romskich dzieci i młodzieży, zauważyliśmy, że w ciągu ostatnich lat te rodziny, które dały radę się wyprowadzić i zamieszkać w mieście, np. w mieszkaniu, mogą sobie teraz na więcej pozwolić, dzieci doświadczają mniej stresu, mają więcej możliwości. To jest ta pozytywna strona. Z drugiej strony likwidacja osady na Porubanku jest widocznym i łatwym do zrealizowania działaniem. Można oznajmić społeczeństwu, że zdemolowane domy są tożsame z rozwiązaniem „problemu romskiego” – dzieli się swoimi refleksjami z „Kurierem Wileńskim” antropolożka.
Z informacji uzyskanych przez Awin wynika, że ludzie bardzo często nie chcą wynajmować mieszkania Romom.
– Za zburzonymi domami znajdują się ludzie, którzy nadal pozostają niewidzialni. Samorząd opracował nowy program przesiedlenia rodzin do miasta, ale my, pracując z rodzinami romskimi, widzimy, że na pewno nie wszyscy Romowie będą mieli gdzie mieszkać. Zdarza się, że teraz mieszkają w znacznie gorszych warunkach niż wcześniej. Tulą się po krewnych albo wyjeżdżają z miasta. Oprócz tego należy kontynuować działania integracyjne, zadbać o oświatę dzieci i młodzieży – apeluje działaczka społeczna.
Wyzwanie dla miasta
Wicemer Mitalas zgadza się, że taki problem istnieje, ale jego zdaniem sytuacja z pandemią może pozytywnie wpłynąć na szukających dach nad głową Romów.
– Oczywiście, to jest wyzwanie, bo pewne negatywne nastroje względem byłych mieszkańców taboru w społeczeństwie istnieją. Sądzę, że obecna sytuacja na rynku nieruchomościowym pomoże w przekroczeniu tej przeszkody. Ceny wynajmu spadają, popyt także maleje, dlatego ludzie będą zmuszeni do udostępniania swoich pomieszczeń nawet Romom – podkreśla wicemer Wilna.
Od 2001 r. w taborze działało Centrum Społeczności Romskiej. Teraz jego siedziba zostanie przeniesiona do innego miejsca.
– Praca i działalność, którą dotychczas prowadziło centrum, jest nadal aktualna. Współpracujemy z centrum i już od czerwca razem przeniesiemy się do nowych pomieszczeń w Nowym Mieście. Tam nadal będziemy organizować zajęcia dla dzieci i młodzieży, zapewniać rozwój niezbędnych nawyków i kompetencji, dbać, aby dzieci pomyślnie skończyły szkołę. Przyszła działalność też będzie obejmowała pracę z rodzinami, dorosłymi Romami w kwestiach zatrudnienia, zakwaterowania, opieki zdrowotnej – informuje Agnieszka Awin.
Wicemer Wilna zapewnia, że proces integracji romskiej będzie kontynuowany. „Mamy przedstawicieli centrum w naszej grupie roboczej, która zajmuje się tymi kwestiami. Są różne pomysły, aby przenieść siedzibę centrum z taboru do innej lokalizacji, aby ta lokalizacja nawet nie sąsiadowała z terytorium taboru. Tak by to było miejsce, gdzie przedstawiciele tej społeczności mogliby się spotkać i kontynuować pracę kulturową albo wspominać własne tradycje. Są takie inicjatywy, ale na razie nie mogę konkretnie odpowiedzieć, kiedy i gdzie powstaną” – mówił przed kilkoma tygodniami wicemer Vytautas Mitalas.
Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 21(59) 23-29/05/2020 | Historia litewskich Romów sięga czasów Wielkiego Księstwa Litewskiego. Po zawarciu unii polsko-litewskiej przemieszczanie się i osiedlanie na całym terytorium Rzeczypospolitej Obojga Narodów stało się jeszcze łatwiejsze. Wybitny badacz języka romskiego Antanas Salys twierdzi, że pierwsi Romowie przybyli na tereny dzisiejszej Litwy w połowie XV w. Trafili tu na podatny grunt, wynikający z wieloetnicznego, wielokulturowego i wielowyznaniowego charakteru ówczesnego Wielkiego Księstwa Litewskiego.
Uwięzieni dekretem na Porubanku
Wraz z uzyskaniem przez Litwę niepodległości w 1918 r. Romowie stali się pełnoprawnymi obywatelami kraju. Wtedy też zaczęli się powoli osiedlać. Sytuacja zmieniła się w czasach II wojny światowej. Romów, podobnie jak Żydów, dotknął Holokaust.Natomiast w przeciwieństwie do tych drugich liczba ofiar eksterminacji Cyganów dotąd nie jest znana. Szacuje się, że w Europie naziści zamordowali 500–600 tys. Romów, na Litwie –500 osób, czyli jedną trzecią tej społeczności.
Po wojnie na sytuację litewskich Romów największy wpływ miał dekret Prezydium Rady Najwyższej ZSRSz 1956 r.„o włączeniu Cyganów do pracy i zakazie włóczęgostwa”, który poniekąd uwięził ich na Porubanku.
–W ten sposób nowe władze chciały zmusić Romów do pracy, a dzieci do obowiązku szkolnego –mówi„Kurierowi Wileńskiemu” Svetlana Novopolskaja, dyrektor Centrum Społeczności Romskiej w Wilnie.
Sentyment do Związku Sowieckiego
Tabor dzieli się na dwie części – Górny, w którym mieszkają litewscy i polscy Romowie, oraz Dolny, który zamieszkują przybyli w 1947 r. Romowie z Besarabii. Mieszkańców dzieli nie tylko pochodzenie, lecz także religia. Romowie z Górnego taboru są katolikami, z Dolnego –prawosławnymi.
Jak to się stało, że dzisiaj tabor słynie przede wszystkim z narkotyków i nielegalnych zabudowań? –Romowie mieszkali na terytorium kołchozu, którego władze wybudowały barak mieszczący osiem rodzin. To oczywiste, że wszyscy się nie zmieścili, ale istniał obowiązek meldunkowy, w związku z tym pod jednym adresem zameldowano 500 osób –tłumaczy Novopolskaja.
Fot. Marian Paluszkiewicz/Kurier Wileński
Bez dachu nad głową, ale z obowiązkiem osiedlenia się Romowie rozpoczęli budowę chałup. Nielegalnie i z czego się da. Sowietom taki stan rzeczy odpowiadał – problem mieszkalny uważali za rozwiązany. W ten sposób na terenie Porubanku powstało blisko 100 domów.
– Romowie dobrze wspominają czasy Związku Sowieckiego. Mówią, że wówczas mieli dach nad głową, pracę, a dzieci chodziły do szkoły –opowiada dyrektor Centrum Społeczności Romskiej. Wskazuje, że czasy się zmieniły wraz z odzyskaniem przez Litwę niepodległości. Wtedy powstał problem nielegalnego budownictwa czy edukacji romskich dzieci.
Problem zrównany z ziemią
Dzisiaj Romowie należą do najsłabiej wykształconej, najbardziej zmarginalizowanej, najmniej zintegrowanej grupy społecznej na Litwie. Największy ich odsetek mieszka w Wilnie, do niedawna na Porubanku.
– Obecnie na terenie taboru znajdują się 24 domy. Ich rozbiórka rozpoczęła się w grudniu 2004 r., kiedy ówczesny mer Wilna Artūras Zuokas kazał wjechać tu z buldożerami. Z powierzchni ziemi zniknęło wtedy kilka zabudowań. Podobne akcje się powtarzały – tłumaczy Novopolskaja, która Centrum Społeczności Romskiej zarządza od początków jego powstania, czyli od 2001 r. Zaznacza, że wyburzanie domostw nie rozwiązuje problemów mieszkaniowych ani zjawiska handlu narkotykami.
– Dzisiaj Romowie nie mają pierwszeństwa do mieszkania socjalnego. Co z tego, że na wynajem dostają samorządowy dodatek w wysokości 89 euro, jeżeli nikt im nie chce niczego wynająć? Nasi pracownicy, którzy pomagają w poszukiwaniu lokum dla Romów, niemal zawsze słyszą odmowę po tym, jak potencjalny wynajmujący usłyszy, że w jego mieszkaniu zamieszka romska rodzina. Co w takim przypadku ci ludzie mają robić? Jeżeli chodzi o narkotyki w taborze, to należałoby zapytać funkcjonariuszy policji, jak te substancje tu trafiają. Przecież ktoś to przewozi przez granicę… – zwraca uwagę Novopolskaja.
Integrować, a nie asymilować
O tym, że Romowie są jedną z najbardziej nielubianych grup etnicznych w kraju, świadczą badaniaz 2019 r., przeprowadzone przez Litewskie Centrum Badań Społecznych na zamówienie Instytutu Badań Etnicznych. 63 proc. ankietowanych nie chce mieć za sąsiadów Romów, 39 proc. nie chce z nimi pracować, a 65 proc. nie zdecyduje się na wynajęcie przedstawicielom tej grupy mieszkania.
– Od wielu lat te wyniki pozostają na takim samym poziomie. Niestety… –wzdycha SvietlanaNovopolskaja. Pytamy więc, czy po 20 latach pracy widzi sens w tym, co robi. – Oczywiście. Musimy pracować, iść do przodu. Mamy masę projektów. Pomagamy m.in. uzyskać Romom odpowiednie kwalifikacje zawodowe. Ostatnio dzięki naszemu projektowi jeden z naszych beneficjentów zdobył prawo jazdy różnych kategorii i może być kierowcą autobusu czy ciężarówki. Wykształciliśmy trzy kucharki, jedną manikiurzystkę. Oni naprawdę chcą pracować. Nie zapominajmy, że chodzi o integrację, a nie o asymilację – mówi.
Agnieszka Awin z romskimi dzieciakam -fot. archiwum prywatne
Stereotypy i nieufność
Antropolożka Agnieszka Awin, która od pięciu lat współpracuje ze społecznością romską, mówi w rozmowie z ,,Kurierem Wileńskim”, że antycyganizm czy romofobia istnieją w Europie od momentu pojawienia się pierwszych Romów na Starym Kontynencie. Podobnie jak w przypadku antysemityzmu niechęć do Romów nabrała charakteru politycznego, zakorzeniła się w zbiorowej świadomości europejskiej, a jej apogeum była systemowa zagłada Romów podczas II wojny światowej.
– Często nam się wydaje, że problem romski i niechęć do tej grupy jest związana z taborem i handlem narkotykami. Tabor nie jest jednak tą prawdziwą puszką Pandory – tłumaczy.
Dodaje, że na problem integracji trzeba spojrzeć z obu stron. – My jako dominująca większość musimy walczyć z nietolerancją i zakorzenionymi w nas stereotypami, ale Romowie też powinni nam zaufać, wyrazić chęć współpracy. Tylko poprzez współpracę i zaangażowanie się różnych warstw i jednostek możemy osiągnąć pozytywne rezultaty – zaznacza.
Awin pracuje u podstaw, czyli z dzieciakami. W związku z wyburzaniem taboru, w dzielnicy Naujininkai osiedla się coraz więcej Romów. Powstało tu Centrum Integracji Dzieci „Padėk pritapti”.
– Dzieci i młodzież przychodzą do nas po szkole. Potrzebują wszechstronnej pomocy – od pisania po czytanie. Zdarza się, że uczniowie czwartej klasy są niepiśmienni. Udzielamy pomocy również osobom dorosłym. Mocno angażujemy się w działalność edukacyjną i projektową, ciągle szukamy nowych środków ekspresji artystycznej dla dzieci. Mieliśmy już projekt fotograficzny, teatralny, a w tym roku wydaliśmy komiks opowiadający o historii Romów na Litwie – wymienia antropolożka.
Wskazuje, że praca jest bardzo wymagająca i wyczerpująca psychicznie. – Losy niektórych dzieci są naprawdę smutne: mama w więzieniu, brak ojca, mieszkanie z babcią, a czasami w ogóle bez opieki dorosłych. Takim dzieciakom grozi sierociniec. I takich historii jest, niestety, wiele. Dzieci są zmęczone, przestraszone, złe. Tę agresję i złość często odczuwamy w naszym centrum – mówi.
Antycyganizm trzyma się mocno
Czy napięcie i stres wynikający z pracy wpłyną na dalsze jej zaangażowanie? – Kiedyś Irena Veisaitė, zapytana o tożsamość, opowiedziała, że dopóki będzie Żydówką, dopóty na świecie będzie istniał antysemityzm. Parafrazując jej słowa, mogłabym powiedzieć, że będę pracowała z Romami tak długo, jak długo będzie na świecie istniał antycyganizm. Obawiam się, że to potrwa. Moje zaangażowanie wynika z antropologicznych zainteresowań, ale teraz swoją pracę oceniam jako bardzo złożoną i wielowarstwową. To nie jest jedynie praca socjalna i edukacyjna, to też rzecznikowanie, badania naukowe, obrona praw człowieka, polityka, walka z systemową dyskryminacją na poziomie narodowym i międzynarodowym – podsumowuje antropolożka. | 4 |
– W związku z bezprawnymi działaniami prokuratury oczekuję niezwłocznego spotkania z Marszałek Sejmu Elżbietą Witek. Jako prezes NIK sprzeciwiam się naruszaniu konstytucyjnej zasady niezależności NIK. (...) Będę jej bronił wszystkimi dostępnymi prawnie krokami – przekazał szef Najwyższej Izby Kontroli Marian Banaś.
Seria interwencji CBA
Wczoraj agenci Centralnego Biura Antykorupcyjnego weszli do ponad 20 miejsc, m.in. mieszkań Banasia i jego córki, a potem do pokoju hotelowego, w którym przebywał syn prezesa NIK. Po południu CBA pojawiło się również w siedzibie Najwyższej Izby Kontroli. Początkowo pracownicy nie chcieli wpuścić agentów, ale ostatecznie weszli oni do gabinetu prezesa NIK. Przeszukanie trwało do godz. 21.00.
W reakcji na działania służb Banaś napisał list do marszałek Sejmu Elżbiety Witek. Wyraził przekonanie, że czynności w jego sprawie są bezprawne ze względu na posiadany przez niego immunitet.
Z kolei w czwartek rano CBA weszło do mieszkania syna prezesa NIK w Wyszkowie na Mazowszu
Czytaj też:
TVP Info: Jest decyzja ws. aresztu dla agenta TomkaCzytaj też:
Czarzasty chce rezygnacji Banasia oraz rozwiązania CBA i ABW | W środę, na zlecenie prokuratury w Białymstoku, funkcjonariusze CBA przeprowadzili przeszukania w 20 miejscach na potrzeby śledztwa dotyczącego m.in. podejrzeń nieprawidłowości w oświadczeniach majątkowych i deklaracjach podatkowych Banasia. Po południu CBA weszło także do siedziby NIK.
"W związku z wczorajszymi bezprawnymi działaniami Prokuratury Regionalnej w Białymstoku oraz funkcjonariuszy CBA, jakie miały miejsce w siedzibie NIK, informuję państwa, że w tej sprawie oczekuję niezwłocznego spotkania z marszałek Sejmu panią Elżbietą Witek" - poinformował dziennikarzy w czwartek po południu szef NIK.
Reklama
Dodał przy tym, że jako prezes NIK "stanowczo sprzeciwia się naruszeniu konstytucyjnej zasady niezależności NIK". "Niezależność NIK traktuję priorytetowo i będę jej bronić wszystkimi dostępnymi prawnie środkami" - podkreślił Banaś. | 4 |
Pierwsza pomoc dla psa - jak jej udzielić i co powinno się znaleźć w psiej apteczce
Większość z nas wie, jak udzielić pierwszej pomocy innemu człowiekowi, a co w sytuacji gdy w wyniku nagłego wypadku lub choroby lub urazu ucierpi pies? Znajomość podstawowych zasad pomocy i szybka reakcja może okazać się kluczowa. Na czym zatem polega pierwsza pomoc dla psa, który ucierpiał w wyniku wypadku, doznał urazu (złamania), krwawi lub wymiotuje? Dowiedz się więcej na ten temat! | Pierwsza pomoc dla psa - jak jej udzielić i co powinno się znaleźć w psiej apteczce
Większość z nas wie, jak udzielić pierwszej pomocy innemu człowiekowi, a co w sytuacji gdy w wyniku nagłego wypadku lub choroby lub urazu ucierpi pies? Znajomość podstawowych zasad pomocy i szybka reakcja może okazać się kluczowa. Na czym zatem polega pierwsza pomoc dla psa, który ucierpiał w wyniku wypadku, doznał urazu (złamania), krwawi lub wymiotuje? Dowiedz się więcej na ten temat! | 1 |
Od początku epidemii wyzdrowiało ponad 7 tys. osób
Z powodu koronawirusa zmarł prawosławny biskup Beniamin
Władze Rosji niepokoją się początkiem maja, gdy kraj obchodzi dwa święta: 1 i 9 maja
Najnowszy bilans oznacza, że Rosja znalazła się na 9. miejscu wśród krajów świata pod względem liczby zakażeń, wyprzedzając Chiny.
Od początku epidemii wyzdrowiało 7 tys. 346 osób, z których 579 opuściło szpitale w ciągu ostatniej doby.
Najwięcej nowych przypadków wykryto w Moskwie (2 tys. 871), następnie: w obwodzie moskiewskim (638), obwodzie niżnienowogrodzkim (207), Dagestanie (167) i Petersburgu (161). Na stolicę Rosji przypada 31, a więc większość wśród 50 nowych przypadków śmiertelnych. Ich łączna liczba w Moskwie wzrosła do 435.
Obwód niżnienowogrodzki, którego wielu mieszkańców pracuje w Moskwie, od poniedziałku zamyka granice administracyjne: do regionu będzie można przyjechać tylko na podstawie meldunku bądź specjalnej przepustki.
W Petersburgu około 50 infekcji wykryto w jednym ze szpitali, w tym u 17 lekarzy, którzy zakazili się prawdopodobnie od pacjentów przywiezionych z innych placówek.
Koronawirus wśród duchownych
Zmarł z powodu zakażenia wysoki rangą duchowny Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej (RPC), biskup żeleznogorski i lgowski Beniamin (Korolow). O jego śmierci poinformowała grupa robocza działająca przy Patriarchacie Moskiewskim. 54-letni kapłan zmarł w szpitalu w obwodzie kurskim.
Koronawirus wykryto u ponad 50 osób w Moskiewskiej Akademii Duchownej w Siergijew Posadzie. Niezależna "Nowaja Gazieta" podała, że w szpitalu znalazł się szef administracji Patriarchatu Moskiewskiego metropolita Dionizy (Porubaj), współpracownik zwierzchnika RPC patriarchy Cyryla. Sam patriarcha po raz ostatni pokazywał się publicznie 19 kwietnia.
Tymczasem według "Nowej Gaziety" przełożony jednego z ważniejszych klasztorów na Uralu o. Siergiej (Romanow) powiedział w kazaniu, że ci, którzy wzywają do zamykania świątyń, "powołując się na pseudopandemię", powinni być przeklęci. Duchowny ten - jak zauważa gazeta - jest spowiednikiem deputowanej niższej izby parlamentu Rosji, Natalii Pokłonskiej.
Obawy o majowy weekend
W zwykłych szkołach są problemy z nauką w trybie zdalnym, nie wszystkie placówki okazały się do niej przygotowane, "zawieszają się" edukacyjne platformy internetowe - przyznał minister oświaty Siergiej Krawcow w wywiadzie dla dziennika "Kommiersant".
Władze Rosji niepokoją się początkiem maja, gdy kraj obchodzi dwa święta: 1 i 9 maja. Zwykle datom tym towarzyszy długi weekend i masowe wyjazdy. Szefowa państwowego urzędu sanitarnego Rospotriebnadzor Anna Popowa powiedziała w niedzielę, że będzie to ważny moment i ostrzegła, by nie rezygnować z przestrzegania wymogów samoizolacji.
Według opublikowanego w poniedziałek sondażu państwowego Ogólnorosyjskiego Centrum Badania Opinii Publicznej (WCIOM), 40 proc. Rosjan ocenia jako raczej niskie prawdopodobieństwo zakażenia się koronawirusem. O wysokim ryzyku mówi jedna piąta (21 proc.). Niezależnie od oceny zagrożenia większość badanych - 48 proc. - uważa, że w razie zachorowania jego skutki będą ciężkie. Wśród uczestników sondażu 82 proc. zapewniło, że gotowych jest przestrzegać samoizolacji, a 16 proc. wątpi, czy zdoła to zrobić.
Kreml zapowiedział na bieżący tydzień kolejne wystąpienie prezydenta Władimira Putina, który po raz piąty zwróci się do obywateli w związku z pandemią. Rosyjski prezydent uczynił to po raz pierwszy 25 marca, a następnie 2, 8 i 15 kwietnia.
Kreml przewiduje, że w Rosji około połowy maja zachorowania ustabilizują się. - W pierwszym miesiącu lata (tj. w czerwcu - red.) będzie już na pewno lżej - powiedział w poniedziałek rzecznik Putina, Dmitrij Pieskow w wywiadzie dla gazety "Argumienty i Fakty".
(mt) | Władimir Putin przedłużył okres zawieszenia aktywności zawodowej w kraju do 11 maja. Dotychczas restrykcje miały obowiązywać do końca kwietnia, jednak jak mówił prezydent, Rosja nie osiągnęła jeszcze szczytu pandemii COVID-19.
Rosyjski prezydent ocenił, że w kraju udało się zahamować rozprzestrzenianie się epidemii i liczba wykrywanych codziennie nowych przypadków koronawirusa względnie się ustabilizowała. Niemniej - ostrzegł - sytuacja pozostaje "bardzo trudna" i szczyt epidemii jeszcze nie nastąpił. - Jesteśmy przed nowym, bodajże najbardziej napiętym etapem walki z epidemią. Zagrożenie, śmiertelne niebezpieczeństwo wirusa utrzymuje się i to może dotyczyć każdego - oświadczył na spotkaniu z szefami regionów Rosji i członkami rządu.
"Przed nami skomplikowana i trudna droga"
Ocenił, że sytuacja w poszczególnych regionach Federacji Rosyjskiej jest zróżnicowana. Zagrożenie koronawirusem nie zniknie wszędzie i nie nastąpi to od razu, tak więc znoszenie ograniczeń nie będzie jednoczesne - dodał, podkreślając, że "przed nami skomplikowana i trudna droga".
Zalecił opracowanie do 5 maja kryteriów stopniowego rezygnowania z ograniczeń, tak by regiony Rosji miały tydzień, do 12 maja na przygotowanie się do tego procesu. Dopuścił ewentualność, że w niektórych częściach kraju utrzymanie restrykcji nadal będzie konieczne.
Putin przyznał, że epidemia koronawirusa mocno uderzyła w gospodarkę i przedsiębiorstwa. Zalecił opracowanie kolejnego pakietu wsparcia dla biznesu i przygotowanie ogólnokrajowego planu działań na rzecz normalizacji życia gospodarczego i odbudowania dochodów ludności i wzrostu gospodarki.
Mer Moskwy Siergiej Sobianin ocenił na spotkaniu, że w Moskwie i regionie moskiewskim należy utrzymać dotychczasowe restrykcyjne wymogi samoizolacji.
Koronawirus w Rosji
W ciągu ostatniej doby w Rosji zmarło 72 pacjentów zakażonych koronawirusem, odnotowano także 6411 nowych zakażeń, co jest najwyższym dotąd wskaźnikiem dotyczącym dobowej liczby wykrytych przypadków. Łączna liczba zgonów sięgnęła 867. Łączna liczba zakażeń w Rosji wynosi 93 558. Jak zauważył dziennik "Kommiersant", Rosja znalazła się na ósmym miejscu wśród krajów świata pod względem liczby infekcji, wyprzedzając Chiny i Iran.
Jak poinformowała szefowa państwowego urzędu sanitarnego Rospotriebnadzor Anna Popowa, około 45 proc. Rosjan zakażonych koronawirusem nie ma objawów choroby. Około 40 proc. chorych zakaziło się poprzez bliskie kontakty wewnątrz rodzin. Jedynie 5 proc. pacjentów z koronawirusem zapadło na ciężkie zapalenie płuc. Liczbę przypadków śmiertelnych COVID-19 w Rosji Popowa oszacowała na nie więcej niż 1 procent.
Autor:ft/kab | 4 |
Jeśli warunki atmosferyczne pozwolą, to w sobotę około godz. 19 mieszkańcy Szczecina będą mieli okazję zobaczyć na niebie wielkie balony. Ma to być przedsmak festiwalu balonowego, który planowany jest po ustaniu zagrożenia epidemicznego.
Organizatorem sobotniego przelotu jest DreamBalloon ApS, który świadczy usługi pasażerskich lotów balonem, oraz szczecińska firma Dragon Event. Na sobotę zaplanowano wspólny lot trzech lub czterech balonów nad centrum miasta. Wiele będzie zależeć od warunków atmosferycznych, szczególnie wiatru.
Balony będą kierować się na południowy wschód od miasta.
– Zawsze gdy przelatują, miasto w tym momencie zamiera. Samochody stają, wszyscy spoglądają do góry, podziwiając kolorowe balony przelatujące nad głowami – opowiadają organizatorzy.
Cztery różne balony
DreamBalloon dysponuje balonami o różnych wielkościach. Od 2-osobowego po nawet 32-osobowy, który jest największy w Europie. W sobotę do lotu wzbić się mają: 5-osobowy DreamBalloon, 3-osobowy Krzysztofa Zaparta, 3-osobowy Kaszuby oraz 1-osobowy Nanoo Balloons. W tym ostatnim nie ma kosza, a pilot siedzi na krzesełku podczepionym do czaszy balonu.
Wydarzeniu mogą zagrozić tylko warunki atmosferyczne. Aby lot mógł się odbyć, wiatr przy ziemi nie może przekraczać 8 węzłów. Za to na wysokości 2000 stóp powinien już być silniejszy niż 10 węzłów. Odpowiedni musi być też jego kierunek – zachodni lub północno-zachodni. Aura musi być bezdeszczowa i nie może być żadnych ograniczeń w widoczności.
– Bardzo ciekawe położenie geograficzne Szczecina, duża ilość parków i lasów, jezioro Dąbie, ciekawa architektura, to wszystko tworzy niesamowite krajobrazy podczas przelotu. Dodatkowo nad miastem jest stosunkowo niewielka aktywność balonów. Szczecin pozostaje chyba jedynym miastem w Polsce, gdzie nie lata się regularnie balonami. Chcemy to jak najszybciej zmienić – dodają przedstawiciele DreamBalloon.
Festiwal balonowy w planach
To nie koniec atrakcji. Organizatorzy sobotniego przelotu mają w planach zorganizowanie w Szczecinie trzydniowego festiwalu balonowego.
– Rozmowy z miastem przebiegały bardzo pomyślnie. Włodarze zareagowali bardzo przychylnie na propozycję zorganizowania takiego wydarzenia. Wspierają nas i starają się jak najbardziej ułatwiać realizację eventu. Na razie sytuacja z pandemią przyblokowała nasze działania, ale jak tylko otrzymamy zielone światło do działania, natychmiast wracamy do rozmów i finalizujemy nasze dotychczasowe ustalenia – relacjonuje Mikołaj Komór, członek zarządu Dragon Event, współorganizator festiwalu.
Jeżeli w przyszłości doszłoby do balonowego festiwalu, prawdopodobnym miejscem takiego wydarzenia byłby teren lotniska w Dąbiu, choć organizatorzy biorą pod uwagę również Jasne Błonia. Ma to być impreza otwarta, bez biletów wstępu. Balonom mają towarzyszyć koncerty oraz gastronomia. Wstępne założenia mówią o udziale 15-20 balonów – nie tylko z Polski, ale również z Niemiec i Danii. Organizatorzy podkreślają, że na dopięcie wszystkich szczegółów potrzebują miesiąca od dnia zniesienia ograniczeń związanych z pandemią.
Tekst i fot. (KaNa) | Trwa budowa sklepu IKEA w Szczecinie. Zanim jednak zostanie otwarty, a ma się to stać w pierwszej połowie przyszłego roku, IKEA w centrum miasta, przy pl. Odrodzenia, w czwartek 18 czerwca 2020 r. otworzy Dom Jutra. Według zapowiedzi to miejsce, które ma szczecinian inspirować, edukować i stwarzać przestrzeń do współpracy oraz działań na rzecz środowiska i zielonej przyszłości.
Dom Jutra w założeniu ma być nie tylko projektem marketingowym zapowiadającym otwarcie długo wyczekiwanego przez wielu sklepu, ale też wnieść trwałą wartość dla ludzi. Na parterze kamienicy przy pl. Odrodzenia, w sąsiedztwie gospody Zbójnicka, na ok. 240 m kw. IKEA urządziła przestrzeń do spotkań, wymiany pomysłów, prelekcji, warsztatów, rozmów o tym, jak tworzyć lepsze warunki życia i wprowadzać zmiany, z myślą o domu, najbliższym otoczeniu, o przyszłości planety. Wynajęty lokal został wyremontowany i urządzony na potrzeby tych działań. Powstaje od wielu miesięcy - w lutym podczas wizyty w Szczecinie odwiedziła go Carolina Garcia Gomez, prezes Ikea.
- Szczecin to jedno z najbardziej zielonych miast Polski, a jego mieszkańcy, podobnie jak my, wiedzą, że przy obecnym stanie planety i jej zasobów przyszłość będzie musiała opierać się na zrównoważonym rozwoju i życiu w zgodzie z naturą - zapowiada IKEA. - Dom Jutra powstaje po to, by tę przyszłość przybliżyć, będzie on także przestrzenią dialogu pomiędzy mieszkańcami, aktywistami i lokalnymi przedsiębiorcami. Chcemy, aby wszyscy mogli tu znaleźć bezpieczną i sprzyjającą swobodnym rozmowom atmosferę współpracy, a Szczecin stał się inspiracją nie tylko dla miast w Polsce, ale i w Europie.
Ikea ma zainicjować Dom Jutra i prowadzić go do otwarcia swojego sklepu, a potem przekazać gminie. Miejsce ma być otwarte dla wszystkich.
Anna GNIAZDOWSKA
Na zdjęciu: Dom Jutra to projekt, którym IKEA wita się ze Szczecinem. | 1 |
Prezydent Duda ma dziś powierzyć wykonywanie obowiązków Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego jednemu z sędziów tego sądu. To wynik zwolnienia tego stanowiska przez prof. Małgorzatę Gersdorf, która kończy dziś 6-letnią kadencję i odchodzi w stan spoczynku.
Małgorzata Gersdorf / Piotr Nowak / PAP
Zadanie nominata - wybór kandydatów
Nieoficjalne pogłoski z Pałacu Prezydenckiego mówią, że Andrzej Duda do ostatniej chwili rozważa dwójkę kandydatów. Trzeba jednak pamiętać, że osoba, którą dziś wskaże prezydent, nie będzie wcale pełnoprawnym Pierwszym Prezesem Sądu, a jedynie osobą, która w ciągu siedmiu dni ma doprowadzić do wyboru 5 kandydatów na to stanowisko przez zgromadzenie sędziów.
Zgromadzenie takie kilkukrotnie zwoływała i przekładała jeszcze prof. Gersdorf. Ostatecznie nie doszło ono do skutku ze względu na ograniczenia związane ze stanem epidemii i fakt, że sędziowie to często seniorzy, stanowiący grupę osób szczególnie narażonych.
Tymczasowy prezes nie startuje w wyborach
Komplikacją wyboru, stojącego przed prezydentem jest też to, że dzisiejsze powołanie wyklucza ostateczne objęcie funkcji Pierwszego Prezesa: osoba organizująca wybory kandydatów sama nie może w nich startować. Chociaż więc prezydent liczył na wyznaczenie do tego byłego szefa PKW Wiesława Kozielewicza - nie może tego zrobić, bo sędzia miał już zadeklarować chęć ubiegania się o fotel Pierwszego Prezesa.
Z tych właśnie względów sędzia, którego wyznaczy dziś prezydent, nie będzie należał do osób mających ambicję zajęcia stanowiska zwalnianego przez Małgorzatę Gersdorf. Nie będzie to więc pewnie żadna z wymienianych w środowisku kandydatur - ani prof. Małgorzata Manowska, ani prezes Izby Kontroli Joanna Lemańska, ani wymieniony już Wiesław Kozielewicz.
Nieoficjalne wiadomości mówią, że prezydent chciałby tymczasowe kierowanie Sądem powierzyć komuś z doświadczeniem sędziowskim. Żeby nie budzić zbędnych kontrowersji - nie powoła do tego żadnego z sędziów Izby Dyscyplinarnej, zawieszonej decyzją obecnej Pierwszej Prezes ze względu na postanowienie europejskiego Trybunału Sprawiedliwości.
Bez związku z wyborami
Obsada funkcji Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego nie wiąże się z orzekaniem ważności wyborów. Według obowiązującej ustawy o SN ocena wyborów nie należy bowiem do całego Sądu Najwyższego, ale do jego Izby Kontroli Nadzwyczajnej, a Pierwszy Prezes SN nie ma narzędzi, które mogłyby to zmienić - takie rozwiązanie jest wprost zapisane w ustawie o Sądzie Najwyższym. | Dziennik wyjaśnia, że zgodnie z przepisami sędzia kończący karierę w sądzie dostaje co miesiąc 75 proc. swojego ostatniego wynagrodzenia. Według ustaleń "Faktu" była I prezes SN otrzymuje miesięcznie niemal 20 tys. złotych.
Gazeta zwraca przy tym uwagę, że "zwykły Polak, przechodząc na emeryturę, dostaje z ZUS co najwyżej 40-50 proc. ostatniej pensji", a średnia emerytura wynosi 2,4 tys. zł brutto.
"Ale prawo zakłada także, że sędziemu na odchodne wypłacana jest też odprawa - aż sześć pensji ekstra" - czytamy. Obecna I prezes SN Małgorzata Manowska poinformowała "Fakt", że sędzi Gersdorf wypłacono 200 327,10 zł brutto. | 3 |
"Mieszkańcy Europy są zszokowani tą śmiercią" - dodał.
"Wszystkie społeczeństwa muszą być czujne wobec nadmiernego użycia siły" - powiedział.
Kolejna doba protestów w USA 1 / 8 Od godziny 19 w poniedziałek (1 w nocy w Polsce we wtorek) w Waszyngtonie obowiązuje godzina policyjna. Wprowadzenie godziny policyjnej zapowiedział także gubernator stanu Nowy Jork Andrew Cuomo. Źródło: PAP/EPA Autor: Samuel Corum udostępnij
Niespokojnie w USA
Trump wezwał w poniedziałek gubernatorów do wykorzystania oddziałów Gwardii Narodowej przeciwko wandalizmowi w trakcie protestów. Zapowiedział, że jeśli władze stanowe i miejskie nie zaprowadzą porządku, to do pomocy wezwie amerykańskie wojsko.
Tak jak w poprzednie noce protestujący w poniedziałkowy wieczór zgromadzili się na placu Lafayette'a przed Białym Domem. Tłum przy użyciu gazu łzawiącego rozproszono, po czym prezydent Trump wyszedł na chwilę przed położony naprzeciwko jego rezydencji episkopalny kościół św. Jana, w którym w niedzielę podczas zamieszek podpalono piwnicę.
Reklama
W związku z gwałtownymi protestami w Waszyngtonie wprowadzono godzinę policyjną.
Śmierć George'a Floyda
Zarzewiem protestów, które rozgorzały w kilkudziesięciu amerykańskich miastach, w tym w Waszyngtonie, stało się zabójstwo Floyda. Dla wielu obywateli zabicie go przez policję to nie odosobniony incydent, ale przykład systemowego przyzwolenia na przesadną agresję policji, szczególnie wobec osób czarnoskórych.
Trump zapewnił w poniedziałek, że wszyscy Amerykanie są "słusznie oburzeni" zabójstwem Floyda. "Jestem sojusznikiem wszystkich protestujących pokojowo" - podkreślił. Potępił jednocześnie akty wandalizmu podczas protestów. | "Śmierć George'a Floyda w USA była nadużyciem władzy; potępiamy przemoc i rasizm w każdej postaci" - powiedział szef unijnej dyplomacji Josep Borrell na konferencji w Brukseli. "Mieszkańcy Europy są zszokowani tą śmiercią" - dodał. "Wszystkie społeczeństwa muszą być czujne wobec nadmiernego użycia siły" - zaznaczył dyplomata.
Protesty przeciwko agresji policji po śmierciu George'a Floyda / STEVAN SAPHORE / PAP/EPA
46-latek został przez jednego z policjantów z Minneapolis przyciśnięty do ziemi. Potem funkcjonariusz położył mu nogę na szyję. Pogrzeb mężczyzny odbędzie się 9 czerwca.
Dwóch lekarzy, którzy przeprowadzili autopsję Floyda, uznało w poniedziałek, że przyczyną śmierci było uduszenie na skutek przyciskania szyi oraz kręgosłupa kolanami przez funkcjonariuszy. Zaznaczyli, że wcześniej mężczyzna nie miał żadnych schorzeń, które mogłyby przyczynić się do jego zgonu.
Wideo youtube
W nocy z poniedziałku na wtorek polskiego czasu Donald Trump ogłosił, że "mobilizuje wszystkie możliwe federalne cywilne i wojskowe środki, by powstrzymać zamieszki i plądrowanie". Moim podstawowym i najważniejszym obowiązkiem jako prezydenta jest obrona naszego wspaniałego kraju i ludzi - podkreślił.
Donald Trump zaznaczył w oświadczeniu, że wszyscy Amerykanie są "słusznie oburzeni" zabójstwem George'a Floyda. Jestem sojusznikiem wszystkich protestujących pokojowo - zastrzegł. Potępił jednocześnie akty wandalizmu podczas protestów. Niektóre z nich nazwał "aktami wewnętrznego terroryzmu".
Poprosiłem dziś każdego gubernatora, by rozmieścił Gwardię Narodową w takiej liczbie, byśmy zdominowali ulice. (...) Jeśli miasto czy stan odmówią podjęcia działań koniecznych do obrony życia i mienia ich mieszkańców, to rozmieszczę amerykańskie wojsko i szybko rozwiążę problem za nich - stwierdził prezydent USA.
Jego śmierć wstrząsnęła Ameryką. Kim był i jak zginął George Floyd?
Tragiczne wydarzenia związane ze śmiercią mężczyzny, zapoczątkowało - jak relacjonuje BBC - zgłoszenie o fałszywym banknocie 20-dolarowym, którym George Floyd miał zapłacić za paczkę papierosów.
Policję zawiadomił młody pracownik sklepu spożywczego w Minneapolis, którego Floyd był częstym klientem.
Sprzedawca zadzwonił na numer alarmowy 911 o godzinie 20:01, dyspozytorowi powiedział, że zażądał od Floyda zwrotu papierosów, ale "on nie chce tego zrobić".
Twierdził, że 46-latek wygląda na pijanego i nie panuje nad sobą.
O 20:08 na miejscu zjawiło się dwóch policjantów.
Początkowo - jak relacjonuje BBC - George Floyd został umieszczony, wraz z dwoma innymi ludźmi, w zaparkowanym w pobliżu radiowozie.
Po chwili jednak jeden z funkcjonariuszy, Thomas Lane, wyjął broń - badający sprawę śledczy nie wyjaśniają, dlaczego uznał to za koniecznie - i zażądał od Floyda, by ten pokazał dłonie, po czym wyciągnął go z samochodu i skuł kajdankami.
46-latka poinformował, że został aresztowany za "posłużenie się sfałszowanymi pieniędzmi".
Około 20:14, kiedy policjanci próbowali umieścić Floyda w samochodzie, ten - jak wynika z raportu, na który powołuje się BBC - "zdrętwiał, upadł na ziemię i powiedział funkcjonariuszom, że cierpi na klaustrofobię". | 4 |
Prezydent USA Donald Trump oświadczył, że jego kraj nie opuści Iraku, chyba że Bagdad zapłaci za budowę bazy. Iracki parlament wezwał rząd do zakończenia obecności w kraju obcych wojsk.
Parlament Iraku na nadzwyczajnej sesji uchwalił w niedzielę rezolucję, wzywającą rząd do podjęcia działań zmierzających do zakończenia obecności w Iraku wszystkich zagranicznych żołnierzy, w tym amerykańskich.
Po tej decyzji Trump zagroził Bagdadowi nałożeniem sankcji, jakich Irakijczycy "nigdy wcześniej nie widzieli" i przy których sankcje na Iran "będą wyglądać na łagodne".
"Oni mogą torturować"
Administracja USA zdecyduje się na nie - zastrzegł prezydent - jeśli sprawa wyjścia zagranicznych wojsk z Iraku "nie zostanie rozwiązana po przyjacielsku", jeśli "będzie jakaś wrogość" lub Irak "zrobi coś, co uznamy za nieprawidłowe".
Trump argumentował, że w Iraku Stany Zjednoczone mają "nadzwyczajnie drogą" bazę sił powietrznych.
- Kosztowała miliardy dolarów, na długo przede mną. Nie wyjdziemy, chyba że nam za to zapłacą - przekazał prezydent dziennikarzom na pokładzie Air Force One podczas lotu z Florydy do Waszyngtonu.
Prezydent potwierdził również deklarowaną przez niego wcześniej możliwość zaatakowania irańskich obiektów kultury.
- Oni mogą zabijać naszych ludzi. Oni mogą torturować i okaleczać naszych ludzi. Oni mogą używać bomb przy drodze i wysadzać naszych ludzi. A my nie możemy dotknąć ich obiektów kultury? To nie działa w ten sposób - mówił.
"Polityczne zabójstwo"
Nadzwyczajną sesję irackiego parlamentu zwołano po ataku przeprowadzonym w Bagdadzie przez amerykańskie siły w nocy z czwartku na piątek, w którym zginęli irański generał Kasem Sulejmani i iracki dowódca Abu Mahdi al-Muhandis.
Premier Iraku ocenił, że zabicie Sulejmaniego i Muhandisa było "politycznym zabójstwem". Zaznaczył, że planował spotkać się z Sulejmanim w piątek rano.
Teheran zapowiedział odwet za zabójstwo Irańczyka.
Potencjał militarny krajów Bliskiego Wschodu Maciej Zieliński , Adam Ziemienowicz | PAP | W nocy z czwartku na piątek siły amerykańskie zabiły w Bagdadzie irańskiego generała Kasema Sulejmaniego - dowódcę Al Kuds - elitarnej jednostki Islamskiej Gwardii Rewolucyjnej oraz jednego z dowódców proirańskiej milicji w Iraku Abu Mahdi al-Muhandisa. Rakiety spadły na konwój samochodów należących do milicji w rejonie terminala lotniska.
Rzecznik irackich Ludowych Sił Mobilizacyjnych, będących szeroką koalicją proirańskich milicji, Ahmed al-Assadi, odpowiedzialnością za ich śmierć obarczył "amerykańskich i izraelskich wrogów".
Al-Muhandis przybył na lotnisko w konwoju samochodów, aby powitać Sulejmaniego, który przyleciał do Bagdadu z Libanu lub Syrii. Atak nastąpił zaraz po przywitaniu się z al-Muhandisem i zajęciu miejsc w samochodach.
Reklama
W ataku zginęło łącznie osiem osób, a dziewięć zostało rannych. Zagraniczna prasa ujawniła szczegóły śmierci irańskiego generała .
Zdjęcie Protesty w Teheranie po ataku / Abedin Taherkenareh / PAP/EPA
Amerykański prezydent o powodach swojej decyzji
Donald Trump długo nie komentował śmierci Sulejmaniego. Po ataku na irańskiego generała zamieścił na Twitterze jedynie zdjęcie amerykańskiej flagi.
Po kilku godzinach opublikował jednak na Twitterze serię wpisów, w których oświadczył, że dowódca elitarnych irańskich sił Al-Kuds "w dłuższym okresie zabił lub poważnie zranił tysiące Amerykanów i spiskował, by zabić wielu kolejnych". "Ale dopadliśmy go!" - napisał.
Prezydent USA oskarżył też Sulejmaniego o bycie "bezpośrednio lub pośrednio odpowiedzialnym za śmierć milionów osób, w tym dużej liczby protestujących zabitych w samym Iranie".
"Chociaż Iran nie będzie nigdy w stanie tego odpowiednio przyznać, Sulejmani był w kraju nienawidzony i obawiano się go. Irańczycy nie są wcale tak zasmuceni" jak przywódcy Iranu będą chcieli przekonać świat - dodał amerykański prezydent. "Powinien zostać usunięty wiele lat temu!" - zakończył Trump.
Iran: Atak na Sulejmaniego to największy błąd USA
"Atak na generała Kasema Sulejmaniego jest największym strategicznym błędem USA w regionie" - oświadczyła w piątek Rada Bezpieczeństwa Narodowego Iranu po zakończeniu nadzwyczajnego posiedzenia. Rada poinformowała też, że podjęto już decyzję, jak odpowiedzieć na zabicie Sulejmaniego.
"Kryminalistów stojących za zabójstwem Sulejmaniego czeka surowa zemsta" - napisano w oświadczeniu, cytowanym przez irańskie media .
Minister spraw zagranicznych Iranu Mohammad Dżawad Zarif oświadczył z kolei, że dokonane przez siły USA zabójstwo Sulejmaniego było "wyjątkowo niebezpieczną i fałszywą eskalacją".
"USA ponoszą odpowiedzialność za wszelkie konsekwencje tego zbójeckiego awanturnictwa" - napisał Zarif na Twitterze.
Zdjęcie Protesty w Teheranie po zabójstwie irańskiego generała / Fatemeh Bahrami/Anadolu Agency / Getty Images
Zapowiedź "zdecydowanej zemsty"
Były dowódca irańskich Strażników Rewolucji Mohsen Rezaei zapowiedział w piątek "zdecydowaną zemstę" na Ameryce za zabicie Kasema Sulejmaniego.
"Męczennik generał porucznik Kasem Sulejmani dołączył do jego braci męczenników, ale my dokonamy energicznej zemsty na Ameryce" - napisał Rezaei na Twitterze. Jest on obecnie wysokiej rangi urzędnikiem państwowym.
Chamenei ogłasza żałobę narodową
Z kolei duchowo-polityczny przywódca Iranu ajatollah Ali Chamenei ogłosił w piątek trzy dni żałoby narodowej po śmierci Sulejmaniego. Zapowiedział też, że Stany Zjednoczone czeka surowa zemsta za zabicie generała.
"Męczeństwo jest nagrodą za jego niestrudzoną pracę, przez tyle lat (...). Jeśli Bóg zechce, jego dzieło i jego droga nie zakończą się w tym miejscu, a nieubłagana zemsta czeka zbrodniarzy, którzy unurzali dłonie w jego krwi i krwi innych męczenników" - dodał.
"Wszyscy wrogowie powinni wiedzieć, że dżihad oporu przeciw USA będzie teraz prowadzony ze zdwojoną determinacją, a bojowników świętej wojny czeka ostateczne zwycięstwo" - ogłosił Chamenei.
Śmierć Sulejmaniego spowodowała, że na ulicach Teheranu kilkadziesiąt tysięcy osób protestowało przeciw USA.
Irańczycy wyszli na ulice po śmierci generała Sulejmaniego 1 / 12 Sulejmani, dowódca elitarnych sił Al-Kuds został w czwartek późnym wieczorem zabity w Bagdadzie w ostrzale rakietowym sił USA. Źródło: PAP/EPA udostępnij
Kim byli Sulejmani i al-Muhandis?
Al-Kuds, której dowódcą był Sulejmani jest specjalną jednostką irańskiej Gwardii Rewolucyjnej. Abu Mahdi al-Muhandis był założycielem i byłym przywódcą milicji Kataib Hezbollah. Właśnie bazy Kataibu bombardowali z powietrza Amerykanie w odwecie za śmierć w ataku rakietowym jednego ze swoich kontraktorów. W odpowiedzi proirańskie milicje zaatakowały w ubiegły wtorek ambasadę USA w Bagdadzie.
Associated Press podkreśla, że śmierć Sulejmaniego i al-Muhandisa może okazać się punktem zwrotnym w sytuacji na Bliskim Wschodzie i bez wątpienia spotka się ostrym odwetem ze strony Iranu i sił przez niego popieranych przeciwko interesom amerykańskim i izraelskim.
Źródła w amerykańskiej administracji początkowo jedynie potwierdziły dokonanie ataków na "dwa cele powiązane z Iranem". Dopiero później Pentagon opublikował komunikat potwierdzający, że gen. Sulejmani został zabity przez siły USA na polecenie prezydenta Donalda Trumpa.
Zapis relacji na żywo z wydarzeń związanych ze śmiercią irańskiego generała dostępny jest tutaj . | 3 |
Kiedy przychodzi nam na myśl hasło pracownicy "NASA" lub "SpaceX", to przed oczami mamy setki wykształconych inżynierów. Tymczasem, wcale nie do końca tak jest. Za stworzenie niektórych elementów dla NASA odpowiadają uczniowie ze szkoły
Przez ostatni rok uczniowie z Pine Ridge High School Advanced Manufacturing Academy współpracowali z programem NASA HUNCH. To ogólnokrajowy, amerykański projekt pozwalający szkołom współpracować z agencjom kosmiczną. Młodzi zyskują wiedzę i praktyczne umiejętności, a NASA oszczędza pieniądze.
A amerykańscy uczniowie z chęcią dołączają do tego typu projektów. "Moja pierwsza reakcja brzmiała: muszę wziąć w tym udział, bo to wygląda naprawdę dobrze w CV" - mówiła Ashlynn Wise, uczennica jedenastej klasy w liceum Pine Ridge. Łącznie, młodzi stworzyli 180 elementów niezbędnych dla NASA.
Elementy wykonywali wspólnie z nauczycielem, korzystając z frezarki CNC. Z takim doświadczeniem, jak sami przyznają, łatwo będzie znaleźć im dobrze płatną pracę już po skończeniu licem. Takim podejściem kieruje się właśnie szkoła Pine Ridge High School Advanced Manufacturing Academy.
Historyczny start rakiety SpaceX z amerykańskiej ziemi
Część elementów stworzony przez uczniów z Pine Ridge High School Advanced Manufacturing Academy została wykorzystana do przygotowania misji Falcon 9 SpaceX. NASA zmuszona była jednak przełożyć start rakiety. Warunki pogodowe nie pozwoliły na lot. | O godzinie 21:22 czasu polskiego ma wystartować rakieta NASA i SpaceX. Pierwszą próbę udaremniły warunki pogodowe. Amerykańscy astronauci polecą na ISS.
45 minut przed startem misji Demo-2 – rakiety NASA i SpaceX – poinformowano, że pogoda sprzyja astronautom. Tym samym pierwszy raz od zakończenia programu promów kosmicznych w 2011 roku amerykański statek kosmiczny poleci w przestrzeń kosmieczną.
Czy tym razem pogoda pozwoli na start?
Szef NASA, Jim Bridenstine, informował, że szanse na start wynoszą ok. 50 proc. Niedawno poinformowano jednak, że start się odbędzie. W tym momencie trwa tankowanie silników.
We are moving forward with launch today. Weather challenges remain with a 50% chance of cancellation. #LaunchAmerica — Jim Bridenstine (@JimBridenstine) May 30, 2020
Start misji – gdzie oglądać?
Na YouTube pojawiło się sporo transmisji „na żywo” startu rakiety NASA i SpaceX. W dobrej jakości start będzie można obejrzeć na oficjalnym kanale SpaceX.
Elon Musk i SpaceX zaangażowani w projekt. Tak działa wolny rynek
W start misji zaangażowała się firma SpaceX należąca do miliardera – Elona Muska. Dzięki prywatnej inicjatywie pierwszy raz od dekady amerykański statek poleci w przestrzeń kosmiczną.
Jest dowód na to, że prywatne inicjatywy są nośnikami postępu technologicznego i zaczynają skutecznie konkurować z państwem. | 3 |
Komisja Europejska oraz 40 państw świata zobowiązało się w sobotę do przeznaczenia łącznie 6,15 mld euro na walkę z pandemią Covid-19 oraz wsparcie najuboższych. To wynik konferencji zorganizowanej przez KE i organizację Global Citizen.
Zdjęcie ilustracyjne / KHALED ELFIQI / PAP/EPA
Podczas sobotniego spotkania, którego częścią był transmitowany przez internet oraz telewizje na całym świecie koncert m.in. Shakiry i Justina Biebera, najwyższą kwotę zadeklarowała KE razem z Europejskim Bankiem Inwestycyjnym (EBI) - 4,9 mld euro. USA zobowiązały się do przeznaczenia 545 mln USD, Niemcy - 383 mln euro, a Kanada - 300 mln CAD (219 mln euro).
Wideo youtube
Pieniądze mają zostać przeznaczone na wspólny zakup testów, leków i szczepionek na Covid-19, a także wsparcie dla najuboższych i wykluczonych grup społecznych.
Przywódcy państw podkreślali konieczność udostępnienia szczepionek dla wszystkich mieszkańców wszystkich krajów. To jest test na solidarność - oświadczyła przewodnicząca KE Ursula von der Leyen. W podobnym tonie wypowiedzieli się również przywódcy Wielkiej Brytanii, Włoch i Francji. | Komisja Europejska (KE) oraz 40 państw z całego świata zobowiązało się do przeznaczenia łącznie 6,15 mld euro na walkę z pandemią Covid-19 oraz wsparcie najuboższych obywateli poszczególnych krajów. Powyższe postanowiono w czasie konferencji zorganizowanej przez KE i organizację Global Citizen.
Walka z pandemią
Najwyższą kwotę zadeklarowała KE z Europejskim Bankiem Inwestycyjnym (EBI). To aż 4,9 mld euro. USA obiecały, że wydadzą na cel 545 mln USD, Niemcy – 383 mln euro, a Kanada – 300 mln CAD (219 mln euro).
Na co jednak mają zostać wydane środki? Po pierwsze na wspólny zakup testów, leków i szczepionek na Covid-19. Do tego dochodzi także wsparcie dla najuboższych i wykluczonych grup społecznych.
… i szczepionki dla wszystkich
Politycy podkreślali też, że konieczne będzie masowe udostępnienie szczepionek dla wszystkich mieszkańców wszystkich krajów na świecie. Dla przewodniczącej KE Ursuli von der Leyen to kwestia międzynarodowej solidarności. W podobnym tonie wypowiedzieli się liderzy takich krajów jak Wielka Brytania, Włochy i Francja.
Źródło: PAP
Czytasz nas? Podobają Ci się zamieszczane przez nas treści?
Wesprzyj nas swoją wpłatą.
Wpłacając pomagasz budować Crowd Media – wolne media, które patrzą władzy na ręce. WPŁAĆ | 4 |
Przed nami wybory prezydenckie 2020 roku, które odbędą się już 28 czerwca. Z tej okazji w skrócie przypominamy programy wyborcze liczących się kandydatów na urząd prezydenta RP. | O urząd prezydenta RP ubiega się w sumie11 kandydatów. Są to: Robert Biedroń, Krzysztof Bosak, Andrzej Duda, Szymon Hołownia, Marek Jakubiak, Władysław Kosiniak-Kamysz, Mirosław Piotrowski, Paweł Tanajno, Rafał Trzaskowski, Waldemar Witkowski oraz Stanisław Żółtek.
Wyboru głowy państwa dokonamy już w najbliższą niedzielę. Jeśli żaden z kandydatów nie zdobędzie ponad 50 proc. głosów, konieczna będzie druga tura. Wówczas zostanie ona zorganizowana dwa tygodnie później, a więc 12 lipca.
O głosy wyborców zabiegał dziś w Oławie kandydat Lewicy Robert Biedroń, którego cytuje portal 300polityka.pl. – Mam tylko państwa. Jeżeli państwo zagłosujecie na mnie 28 czerwca, to będzie mówił o tym cały świat – przekonywał polityk, dodajć, że "w końcu będzie się mówiło o Prezydencie RP dobrze". – W końcu będziemy z niego dumni, a nie jak dzisiaj Prezydent RP trafia na czołówki gazet światowych, bo obraża ludzi – zapewniał lider Wiosny.
Czytaj też:
Trzaskowski przerwał kampanię. Przybył na miejsce wypadku w WarszawieCzytaj też:
"W tej walce wygrywamy". Premier: To jest nasze wielkie osiągnięcie | 3 |
Co piąty Polak zamierza zrobić zapasy w związku z epidemią koronawirusa. Najczęściej chcą to robić Polki w średnim wieku.
Pracownia SW Research zbadała czy Polacy zamierzają robić zapasy w związku z epidemią koronawirusa. Wyniki sondażu opublikowała „Rzeczpospolita”.
Z badania wynika, że niemal co piąty Polak (18,4 proc.) zamierza przygotować się na epidemię poprzez większe zakupy (żywność i środki higieniczne). 13,8 proc. badanych nie potrafiło stwierdzić czy zamierza robić zapasy czy nie.
Za to aż 6,78 proc. ankietowanych odpowiedziało, że nie będzie robić zapasów.
W ujęciu płciowym częściej to Polki (20 proc. wobec 17 proc. mężczyzn) zamierzają robienie zapasów. Natomiast grupa wiekowa, która deklaruje zwiększenie zapasów oraz środków higieny to najczęściej osoby w wieku 35-49 lat.
– Częściej też są to osoby z wyższym wykształceniem (19 proc.), z dochodami od 1001 do 2000 zł (25 proc.) oraz badani z najmniejszych miast (28 proc.) – komentuje wyniki badania Piotr Zimolzak z pracowni SW Research.
Dotychczas w Polsce zanotowano sześć przypadków zachorowań na koronawirusa. Na całym świecie zaraziło się nim już ponad 100 tysięcy osób.
Źródło: Rzeczpospolita | Ponad połowa Polaków obawia się zwolnień lub obniżenia poziomu życia w wyniku epidemii koronawirusa. Najbardziej o przyszłość obawiają się kobiety.
Pracownia SW Research sprawdziła, czy Polacy obawiają się utraty pracy lub obniżenia poziomu życia w związku z epidemią koronawirusa. Wyniki badania opublikowała „Rzeczpospolita”.
Aż 61,4 proc. badanych stwierdziło, że obawia się o swoją przyszłość.
Zaledwie 22,6 proc. ankietowanych stwierdziło, iż nie ma takich obaw. Natomiast 16 proc. nie miało zdania w tej sprawie.
Najbardziej utraty pracy i obniżenia poziomu życia obawiają się Polki. Wśród nich padło 65 proc. twierdzących odpowiedzi.
Zdecydowanie mniej obaw wyrazili Polacy. Wśród panów obawy wyraziło 57 proc. ankietowanych.
– Rzadziej niż ogół badanych utraty pracy lub obniżenia poziomu życia obawiają się osoby po 50 roku życia – wskazuje tak 56 proc. z nich, podczas gdy w młodszych grupach wiekowych jest to ok. 66proc.. Obawę o pogorszenie swojej sytuacji ekonomicznej wyrażają częściej 2 na 3 osoby zarabiające w granicach 3001 – 5000 złotych i osoby z miast liczących od 20 tys. do 99 tys. mieszkańców (64 proc.) – podsumowała wyniki badania Wiktoria Maruszczak z SW Research.
W piątek wieczorem Ministerstwo Zdrowia poinformowało o 49 kolejnych przypadków zakażenia koronawirusem. W sumie w Polsce zarażonych jest już oficjalnie 1389 osób.
Źródło: Rzeczpospolita | 3 |
Marszałek Sejmu poinformowała wcześniej we wtorek , że skierowała do przewodniczącego PKW pismo z pytaniem, czy Komisja jest w stanie zorganizować i przeprowadzić wybory prezydenckie 10 maja.
"Przeprowadzenie wyborów prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej w dniu 10 maja 2020 r. jest niemożliwe z przyczyn prawnych i organizacyjnych" - czytamy w odpowiedzi szefa PKW.
Reklama
Uzasadnienie szefa PKW
Marciniak przypomniał, że do wyznaczonego przez marszałek Sejmu terminu pozostało pięć dni, a stan prawny, na podstawie którego wybory miałyby się odbyć, "nie jest ustalony", a specustawa dotycząca przeprowadzenia wyborów prezydenckich drogą korespondencyjną jest procedowana w Senacie. List został przesłany marszałek Sejmu w czasie, gdy Senat jeszcze procedował ustawę. We wtorek (5 maja) wieczorem senatorowi ją jednak odrzucili - teraz stanowisko izby wyższej trafi do Sejmu.
Szef PKW dodał w liście, że dla sprawnego oraz rzetelnego przeprocedowania wyborów niezbędny jest czas na zaplanowanie i wdrożenie procedur przewidzianych w przepisach prawa. "Należy także podkreślić, że sposób przeprowadzenia wyborów musi być wcześniej znany wszystkim organom i podmiotom uczestniczącym w procesie wyborczym oraz komitetom wyborczym" - czytamy w odpowiedzi.
"Ponadto warunki udziału w głosowaniu muszą być znane wszystkim wyborcom. Obecnie wyborcy nie posiadają wiedzy, w jaki sposób będą mogli oddać głos. Poza tym w przypadku wejścia w życie projektu ustawy wszyscy uprawnieni do tego wyborcy powinni otrzymać pakiety wyborcze, a w dniu głosowania wiedzieć, gdzie zostały zlokalizowane specjalnie wyznaczone skrzynki nadawcze, do których mieliby wrzucać koperty zwrotne" - dodał Marciniak.
Przewodniczący PKW zwrócił także uwagę na konieczność powołania - w razie wejścia w życie specustawy o wyborach korespondencyjnych - gminnych obwodowych komisji wyborczych, co - jego zdaniem - byłoby niemożliwe "w ciągu dwóch dni".
"Skoro procedowana ustawa nie jest uchwalona i nie zostały wydane przewidziane w niej liczne akty wykonawcze kilku ministrów oraz Państwowej Komisji Wyborczej, przeprowadzenie wyborów korespondencyjnych w dniu 10 maja 2020 r. nie jest możliwe" - podkreślił Marciniak.
Szef PKW podkreślał także konieczność wydania przez poszczególnych ministrów właściwych rozporządzeń do procedowanej ustawy oraz zrealizowanie swoich obowiązków przez przedstawicieli samorządu terytorialnego.
W odpowiedzi do marszałek Sejmu PKW zwróciła także uwagę na to, że Polacy za granicą do 14. dnia przed terminem wyborów mogą zgłosić konsulowi chęć udziału w głosowaniu, zatem - jak dodaje - termin przewidziany w procedowanej ustawie już minął.
"Mając powyższe na względzie Państwowa Komisja Wyborcza wyraża opinię, że ze wskazanych wyżej przyczyn nie da się właściwie przygotować tak skomplikowanego organizacyjnie mechanizmu, jakim są wybory Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, by móc je prawidłowo przeprowadzić w dniu 10 maja 2020 r." - dodał szef PKW.
Wybory korespondencyjne
Głosowanie nad uchwałą Senatu dot. specustawy o głosowaniu korespondencyjnym początkowo zaplanowane było w Sejmie na czwartek. Według nieoficjalnych informacji głosowanie to - z uwagi na przyspieszenie prac w Senacie - może mieć jednak miejsce w środę, w popołudniowym bloku głosowań.
Do odrzucenia sprzeciwu Senatu wymagana jest bezwzględna większość głosów - o jeden głos więcej niż wszystkich pozostałych głosów (przeciw i wstrzymujących się). Część posłów Porozumienia, wchodzącego w skład Zjednoczonej Prawicy, zapowiedziała zgodnie z wcześniejszą oceną lidera ugrupowania Jarosława Gowina, że nie zagłosuje za odrzuceniem weta Senatu. Zdaniem Gowina przeprowadzenie wyborów w maju z uwagi na epidemię jest niemożliwe.
Obecnie klub PiS liczy 235 posłów; spośród nich 18 to posłowie koalicyjnego Porozumienia - w którym nie ma jednomyślności w kwestii odrzucenia senackiego weta. | We wtorek marszałek Sejmu zapowiedziała, że zwróci się w środę do Trybunału Konstytucyjnego z pytaniem, czy przesunięcie przez nią terminu wyborów prezydenckich byłoby zgodne z konstytucją. Witek zaznaczyła, że wciąż obowiązuje 10 maja jako termin wyborów prezydenckich "dopóki nie będzie stwierdzenia przez TK, że marszałek Sejmu może przesunąć termin wyborów". - Powtarzam - przesunięcie terminu wyborów, ale w terminach konstytucyjnych, czyli tym najpóźniejszym terminem możliwym jest 23 maja - mówiła marszałek Sejmu w TVP Info.
- Nigdzie nie znalazłam przepisu, który po pierwsze wskazywałby na to, że marszałek Sejmu nie może zmienić swojej decyzji, bo mamy do czynienia ze stanem wyższej konieczności w tym przypadku. Nie ma nigdzie takiego przepisu, który nie pozwalałby na to, ale nie ma też wprost zapisu, który mówiłby o tym, że marszałek może to zrobić - dodała Witek.
Podkreśliła, że będzie prosiła TK, by jej wniosek został rozpatrzony szybko, dlatego że do wyborów zarządzonych na 10 maja zostało zaledwie kilka dni.Witek poinformowała też we wtorek, że skierowała pismo do Państwowej Komisji Wyborczej z pytaniem, czy PKW jest w stanie zorganizować i przeprowadzić wybory prezydenckie w dniu 10 maja.
W odpowiedzi na to pytanie szef PKW Sylwester Marciniak stwierdził, że przeprowadzenie tych wyborów w takim terminie jest niemożliwe. "Przeprowadzenie wyborów prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej w dniu 10 maja 2020 r. jest niemożliwe z przyczyn prawnych i organizacyjnych" - czytamy w odpowiedzi szefa PKW przesłanej PAP.
Marciniak przypomniał, że do wyznaczonego przez marszałek Sejmu terminu pozostało pięć dni, a stan prawny, na podstawie którego wybory miałyby się odbyć, "nie jest ustalony", a specustawa dotycząca przeprowadzenia wyborów prezydenckich drogą korespondencyjną jest procedowana w Senacie. List został przesłany marszałek Sejmu w czasie, gdy Senat jeszcze procedował ustawę. We wtorek wieczorem senatorowie ją jednak odrzucili - teraz stanowisko izby wyższej trafi do Sejmu.
(ks) | 4 |
Tłusty czwartek oznacza, że można bez wyrzutów sumienia napchać się słodkościami. Najczęściej są to pączki lub faworki. Uważa się, że jeżeli ktoś tego dnia nie zje choć jednego pączka, to musi liczyć się z tym, że w życiu nie będzie mu się wiodło. | Tłusty czwartek 2020. Jak powstało to święto?
Początków tłustego czwartku można doszukiwać się w średniowieczu. Z powodu Wielkiego Postu trzeba było opróżnić spiżarnie z cukru, słodyczy, tłuszczu i owoców. Spożywanie tych produktów podczas postu było grzechem, a gdyby ich nie zjedzono, zmarnowałyby się. Dlatego na kilka dni przed Środą Popielcową stoły w bogatych domach uginały się od jedzenia, a możni najadali się do syta. | 4 |
Okręty Royal Navy będą eskortować statki pływające pod banderą Wielkiej Brytanii w cieśninie Ormuz - poinformował w sobotę wieczorem minister obrony Wielkiej Brytanii Ben Wallace. Decyzja ma związek ze wzrostem napięcia w rejonie Zatoki Perskiej po zabiciu przez amerykanów irańskiego generała Kasema Sulejmaniego.
Minister obrony Wielkiej Brytanii Ben Wallace rozkazał, by fregata HMS Montrose i niszczyciel rakietowy HMS Defender powróciły do cieśniny Ormuz i eskortowały statki pod brytyjska banderą.
- Rząd podejmie natychmiast wszelkie niezbędne kroki, aby chronić nasze statki i obywateli - podkreślił Wallace.
Okręty pełniły służbę w cieśninie Ormuz w ubiegłym roku po tym, jak irańscy komandosi, w odwecie za zatrzymanie przez Brytyjczyków irańskiego tankowca pod Gibraltarem, zajęli brytyjski tankowiec.
Okręty wracają na Ormuz po śmierci Sulejmaniego
Decyzję uzasadnił zagrożeniem ze strony Iranu oraz wzrostem napięcia politycznego i militarnego po zabiciu przez armię amerykańską dowódcy elitarnej irańskiej jednostki Al-Kuds, generała Kasema Sulejmaniego.
Wallace powiedział, że rozmawiał ze swoim amerykańskim odpowiednikiem, sekretarzem obrony USA Markiem Esperem i zaapelował do wszystkich stron o powściągliwość.
Dodał jednak, że "zgodnie z prawem międzynarodowym Stany Zjednoczone mają prawo bronić się przed osobami stanowiącymi bezpośrednie zagrożenie dla ich obywateli". | Decyzję uzasadnił zagrożeniem ze strony Iranu oraz wzrostem napięcia politycznego i militarnego po zabiciu przez armię amerykańską dowódcy elitarnej irańskiej jednostki Al-Kuds, generała Kasema Sulejmaniego.
Minister obrony Wielkiej Brytanii Ben Wallace rozkazał, by fregata HMS Montrose i niszczyciel rakietowy HMS Defender powróciły do cieśniny Ormuz i eskortowały statki pod brytyjska banderą.
Okręty pełniły służbę w cieśninie Ormuz w ubiegłym roku po tym jak irańscy komandosi w odwecie za zatrzymanie przez Brytyjczyków irańskiego tankowca pod Gibraltarem, zajęli brytyjski tankowiec.
Wallace powiedział, że rozmawiał ze swoim amerykańskim odpowiednikiem, sekretarzem obrony USA Markiem Esperem i zaapelował do wszystkich stron o powściągliwość.
Dodał jednak, że "zgodnie z prawem międzynarodowym Stany Zjednoczone mają prawo bronić się przed osobami stanowiącymi bezpośrednie zagrożenie dla ich obywateli."
(pp) | 4 |
Ministerstwo Zdrowia: 104 nowe przypadki zakażenia koronawirusem. Nie odnotowano żadnego nowego przyp. śmiertelnego. W sumie 23 786 przypadków i 1064 zgony.
Badania laboratoryjne potwierdziły zakażenie koronawirusem u kolejnych 104 osób – podało w niedzielę po południu Ministerstwo Zdrowia. W popołudniowych raportach nie zanotowano żadnego przypadku zgonu z powodu COVID-19 – dodał resort.
Nowe potwierdzone przypadki dotyczą osób z województw: mazowieckiego (35), łódzkiego (30), śląskiego (13), małopolskiego (10), dolnośląskiego (9), podkarpackiego (4), świętokrzyskiego (2) i podlaskiego (1).
Ministerstwo poinformowało, że w popołudniowych raportach WSSE nie ma zanotowanego żadnego przypadku zgonu z powodu COVID-19.
Resort przekazał, że w związku ze zdublowanymi przez WSSE Katowice czterema przypadkami zakażeń zostały one usunięte z wykazu.
Zakażenie koronawirusem potwierdzono w Polsce dotąd u 23 786 osób, z których 1064 zmarły.
PAP | Optymistyczne doniesienia na temat epidemii koronawirusa w Polsce. Dziś po południu Ministerstwo Zdrowia poinformowało, że odnotowano tylko 104 nowe zakażenia. Nie zmarła też żadna z chorych osób.
Nowe zakażenia dotyczą województw:
„mazowieckiego (35), łódzkiego (30), śląskiego (13), małopolskiego (10), dolnośląskiego (9), podkarpackiego (4), świętokrzyskiego (2), podlaskiego (1)”.
Dalej resort dodał:
„W związku ze zdublowanymi przez WSSE Katowice 4 przypadkami zakażeń, usuwamy je wykazu”.
Na koniec Ministerstwo informuje, że łącznie w Polsce odnotowano już 23 786 zakażeń. Zmarły 1064 osoby.
W popołudniowych raportach WSSE nie mamy odnotowanego żadnego przypadku zgonu z powodu COVID19.
Mamy 104 nowe i potwierdzone przypadki zakażenia #koronawirus z województw: mazowieckiego (35), łódzkiego (30), śląskiego (13), małopolskiego (10), dolnośląskiego (9), — Ministerstwo Zdrowia (@MZ_GOV_PL) May 31, 2020
dam/twitter,Fronda.pl | 4 |
Po spotkaniu z Andrzejem Dudą, prezydent USA Donald Trump stwierdził, że do Polski najpewniej zostaną przeniesieni amerykańscy żołnierze z Niemiec. Prezydent Andrzej Duda zadeklarował, że jest na to gotów.
W czasie konferencji prasowej po spotkaniu Andrzeja Dudy z Donaldem Trumpem prezydentów zapytano, czy amerykańskie wojska zostaną wysłane z Niemiec do Polski:
-„Na samym początku chcę zaznaczyć, że Polska jest jednym z niewielu krajów, które spełniają obietnice w ramach sojuszu północnoatlantyckiego” – rozpoczął swoją odpowiedź Donald Trump.
-„Najprawdopodobniej przeniesiemy wojska z Niemiec do Polski. Niemcy płacą zarówno ułamek tego, co powinni płacić. To ogromny zawód, dlatego zmniejszymy ten kontyngent w Niemczech. Niektórzy wrócą do USA, niektórzy do innych krajów, a Polska będzie jednym z krajów do których żołnierze trafią” – zadeklarował prezydent USA.
Z kolei prezydent Polski Andrzej Duda zapewnił, że na Polska jest gotowa na przyjęcia wojsk Stanów Zjednoczonych:
-„Nie miałbym śmiałości powiedzieć prezydentowi USA, gdzie ma wysłać swoich żołnierzy, to decyzja niezwykle odpowiedzialna. Zwróciłem się do pana prezydenta żeby z Europy sił amerykańskich nie wycofywał, bo bezpieczeństwo Europy jest dla mnie bardzo ważne. Czy jestem gotów, aby Polska przyjęła więcej amerykańskich żołnierzy? Tak jestem gotów ”.
Andrzej Duda wskazał na niebezpieczeństwo ze strony Rosji:
-„Rosja napadła na Ukrainę, wcześniej napadła na Gruzję. 2014 rok to był rok wielkich obaw” – przypominał.
-„Obecność sojusznicza jest dla nas niezwykle istotna” – stwierdził.
kak/niezależna.pl | "Będziemy zmniejszać liczbę żołnierzy w Niemczech, prawdopodobnie przenieślibyśmy część z nich do innych krajów Europy, w tym do Polski" - powiedział Trump.
Prezydent Duda przyznał, że zwrócił się z prośbą do amerykańskiego prezydenta, by nie wycofywał sił z Europy.
"Polska jest gotowa na przyjęcie amerykańskich żołnierzy" - stwierdził Andrzej Duda.
Ustalenia po spotkaniu prezydentów Polski i USA.
Reklama
Spotkanie Andrzeja Dudy z Donaldem Trumpem 1 / 10 Polskiego prezydenta powitał na progu Białego Domu przywódca Stanów Zjednoczonych. Następnie prezydenci przeszli do Gabinetu Owalnego na rozmowę w "cztery oczy". Przez rozpoczęciem rozmowy "w cztery oczy" prezydenci wygłosili w Gabinecie Owalnym krótkie oświadczenia dla mediów. Źródło: PAP Autor: JIM LO SCALZO udostępnij | 4 |
Andrusiewicz został zapytany podczas konferencji prasowej o sytuację związaną z laboratorium w Zabrzu w woj. śląskim, którego działalność została zawieszona we wtorek.
Rzecznik Ministerstwa Zdrowia wyjaśnił, że zawieszenie placówki ma związek z "dość dużą liczbą błędnych wyników" testów na koronawirusa przeprowadzonych w szpitalu w Jastrzębiu-Zdroju. Uściślił, że chodzi m.in. o wyniki z tego dnia, w którym wzrost potwierdzonych przypadków zakażeń w Polsce wyniósł powyżej pięciuset.
Powiedział, że laboratorium to stwierdziło wtedy zakażenie w przypadku 73 przebadanych próbek. "Na dziś jeszcze nie prostujemy tego wyniku. Laboratorium w Zabrzu zostało zawieszone w wykonywaniu obowiązków na rzecz państwa i zobowiązane do przekazania wszystkich posiadanych próbek do Państwowego Zakładu Higieny" - podkreślił Andrusiewicz. Wyjaśnił, że PAH potwierdzi zgodność wyników z rzeczywistością.
Według informacji z ubiegłego tygodnia, w laboratorium w Zabrzu zakażenie SARS-CoV-2 wykryto w próbkach 22 pacjentów i pracowników szpitala w Jastrzębiu-Zdroju. W związku z tym szpital poinformował w niedzielę o wstrzymaniu przyjęć z powodu zagrożenia epidemicznego i wdrożeniu innych procedur bezpieczeństwa. Wkrótce okazało się jednak, że wyniki badań laboratoryjnych były nieprawidłowe i trzeba je było powtórzyć. We wtorek placówka informowała, że "w żadnej z przebadanych dotychczas próbek pobranych od pacjentów i pracowników Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego nr 2 Jastrzębiu-Zdroju nie potwierdzono koronawirusa".
Czytaj też:
"Cel dyscyplinujący". Premier o mandatach za brak zachowania dystansu
Czytaj też:
Koronawirus a powietrze. Zaskakujące wyniki badań | Andrusiewicz został zapytany podczas konferencji prasowej o sytuację związaną z laboratorium w Zabrzu w woj. śląskim, którego działalność została zawieszona we wtorek.
Rzecznik Ministerstwa Zdrowia wyjaśnił, że zawieszenie placówki ma związek z "dość dużą liczbą błędnych wyników" testów na koronawirusa przeprowadzonych w szpitalu w Jastrzębiu-Zdroju. Uściślił, że chodzi m.in. o wyniki z tego dnia, w którym wzrost potwierdzonych przypadków zakażeń w Polsce wyniósł powyżej pięciuset.
Powiedział, że laboratorium to stwierdziło wtedy zakażenie w przypadku 73 przebadanych próbek. "Na dziś jeszcze nie prostujemy tego wyniku. Laboratorium w Zabrzu zostało zawieszone w wykonywaniu obowiązków na rzecz państwa i zobowiązane do przekazania wszystkich posiadanych próbek do Państwowego Zakładu Higieny" - podkreślił Andrusiewicz. Wyjaśnił, że PAH potwierdzi zgodność wyników z rzeczywistością.
Według informacji z ubiegłego tygodnia, w laboratorium w Zabrzu zakażenie SARS-CoV-2 wykryto w próbkach 22 pacjentów i pracowników szpitala w Jastrzębiu-Zdroju. W związku z tym szpital poinformował w niedzielę o wstrzymaniu przyjęć z powodu zagrożenia epidemicznego i wdrożeniu innych procedur bezpieczeństwa.
Wkrótce okazało się jednak, że wyniki badań laboratoryjnych były nieprawidłowe i trzeba je było powtórzyć. We wtorek placówka informowała, że "w żadnej z przebadanych dotychczas próbek pobranych od pacjentów i pracowników Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego nr 2 Jastrzębiu-Zdroju nie potwierdzono koronawirusa".
Z powodu epidemii koronawirusa w szpitalach zakaźnych zaczyna brakować środków ochrony personalnej dla lekarzy i pielęgniarek. To właśnie oni są teraz na pierwszej linii frontu. Wesprzyj zbiórkę i pomóż naszym bohaterom!
(pmd) | 4 |
Według najnowszego sondażu Kantar dla TVN24 w drugiej turze wyborów prezydenckich różnica między Andrzejem Dudą a kandydatem KO Rafałem Trzaskowskim jest minimalna – wynosi jedynie 0,7 punktu procentowego na korzyść starającego się o reelekcję prezydenta. Jednak aż 9,9 proc. respondentów odpowiedziało „nie wiem”.
Głosowanie w drugiej turze tegorocznych wyborów prezydenckich odbędzie się 12 lipca.
Uczestnicy opublikowanego wczoraj późnym wieczorem badania znali już wyniki exit poll z pierwszej tury wyborów i wiedzieli, że do drugiej tury przechodzą kandydaci PiS i KO – Andrzej Duda i Rafał Trzaskowski. Ten pierwszy może liczyć na 45,4 proc. głosów, a drugi – na 44,7 proc.
Wybory prezydenckie: Andrzej Duda – 43,67%. Rafał Trzaskowski z 30,34% poparcia Andrzej Duda został zwycięzcą I tury wyborów prezydenckich z wynikiem 41,8 proc. Na drugim miejscu znalazł się Rafał Trzaskowski, na którego głos oddało 30,4 proc. wyborców.
Kantar przeprowadził ten sondaż w niedzielę wieczorem na ogólnopolskiej, reprezentatywnej grupie 1513 pełnoletnich osób metodą mieszaną – za pośrednictwem wywiadów telefonicznych i internetowych.
IPSOS: Partyjne poparcie w pierwszej turze wyborów prezydenckich 2020
Nie wiadomo na czyje poparcie mogą liczyć obaj kandydaci w wyścigu do prezydenckiego fotela, ale wiadomo jak rozłożyło się partyjne poparcie wyborców z zeszłorocznych wyborów parlamentarnych w pierwszej turze wyborów 2020. Wyniki badania Ipsos dla TVP, TVN i Polsatu przedstawił wczoraj wieczorem TVN24.
Według IPSOS wyborcy PiS i Konfederacji z wyborów parlamentarnych 2019 r. głosowali w pierwszej turze tegorocznych wyborów prezydenckich przede wszystkim na kandydatów swoich partii, wyborcy SLD w większości na kandydata KO Rafała Trzaskowskiego, a ci, którzy w zeszłym roku w ogóle nie uczestniczyli w wyborach oraz ci, którzy zadeklarowali poparcie dla innych partii tym razem zagłosowali na kandydata niezależnego Szymona Hołownię.
Wyborcy, którzy w wyborach parlamentarnych w 2019 r. oddali głos na PiS – podobnie jak ci, którzy głosowali na Konfederację, tym razem głosowali przede wszystkim na kandydatów swoich ugrupowań. Wyborcy PiS w ogromnej większości – 91,2 proc. – poparli Andrzeja Dudę, a wyborcy Konfederacji (65,8 proc.) – Krzysztofa Bosaka. Natomiast elektorat KO oddał głos w niedzielnych wyborach prezydenckich na Rafała Trzaskowskiego – 79,7 proc. i Hołownię – 14,1 proc.
Kandydata KO Rafała Trzaskowskiego poparli teraz w większości (44,1 proc.) także ci, którzy oddali wtedy głos na SLD. Na kandydata Lewicy Roberta Biedronia głosowało 21,2 proc. Zeszłorocznych zwolenników Sojuszu, a na bezpartyjnego Szymona Hołownię – 19,8 proc.
Natomiast najwięcej osób wtedy niegłosujących oraz tych, którzy zadeklarowali poparcie dla innych partii zagłosowało na Szymona Hołownię. Tymczasem poparcie ówczesnych wyborców PSL podzieliło się teraz między lidera ludowców Kosiniaka-Kamysza (34,8 proc.) i Hołownię (21,9 proc.). | Badania late poll przeprowadziła pracownia Ipsos, źródło: TVN24.
Jak wynika z sondażu Ipsos dla TVP, TVN i Polsatu, wyborcy SLD z wyborów parlamentarnych 2019 r. poparli kandydata KO Rafała Trzaskowskiego - 44,1 proc., kandydata Lewicy Roberta Biedronia - 21,2 proc. oraz bezpartyjnego Szymona Hołownię - 19,8 proc.
Natomiast elektorat KO oddał głos w niedzielnych wyborach prezydenckich na Trzaskowskiego - 79,7 proc. i Hołownię - 14,1 proc.
Poparcie od wyborców PSL podzieliło się na Kosiniaka-Kamysza (34,8 proc.) oraz Hołownię (21,9 proc.).
Wyborcy PiS oraz Konfederacji głosowali przede wszystkim na kandydatów swoich ugrupowań w wyborach prezydenckich. Wyborcy PiS w ogromnej większości poparli Andrzeja Dudę - 91,2 proc., a wyborcy Konfederacji- Krzysztofa Bosaka (65,8 proc.).
Najwięcej osób niegłosujących w wyborach parlamentarnych w 2019 r. oraz osób deklarujących poparcie dla innych partii i ugrupowań zebrał Szymon Hołownia, odpowiednio 48,6 proc. i 30,8 proc.
Według sondażu late poll Ipsos w II turze wyborów prezydenckich Andrzej Duda zmierzy się z Rafałem Trzaskowskim.
(dp) | 4 |
Krzysztof Bosak zwrócił uwagę na zamieszanie, jakie w sieci wywołała jedna wypowiedź Łukasza Szumowskiego. W ocenie polityka Konfederacji, Minister Zdrowia „przedobrzył”, co przyniesie negatywne skutki dla obozu władzy.
Bosak nawiązał do wypowiedzi Szumowskiego, która padła podczas jego wspólnej konferencji z Mateuszem Morawieckim. Premier zapowiadał poluzowanie obostrzeń, a Szumowski podkreślał wielokrotnie, że zmniejszanie obostrzeń nie oznacza końca pandemii. „Z tą epidemią będziemy żyć półtora roku, jak nie dłużej, dopóki nie zaszczepimy się wszyscy na koronawirusa.” – powiedział minister zdrowia.
Szumowski powtórzył też te słowa na antenie TVN24. „Nie ma takich danych i niestety musimy się przygotować, że ten rok-półtora czy dwa będziemy funkcjonować w czasach epidemii. Dopóki nie będzie szczepionki, dopóki nie wyszczepimy wszystkich Polaków.” – mówił.
Te słowa ministra odbiły się szerokim echem w sieci. Nie brakowało słów krytyki pod adresem poważanego dotąd ministra zdrowia. Na słowa o tym, że wszyscy będą musieli się zaszczepić zareagował nawet Wojciech Cejrowski. „Jak to wszyscy?? Ten urzędas na państwowym wikcie powinien być odwołany przez społeczeństwo.” – grzmiał znany podróżnik.
Czytaj także: Cejrowski o Szumowskim: „Ten urzędas powinien być odwołany”
Do sprawy odniósł się także Krzysztof Bosak, który dostrzega negatywne konsekwencje tej wypowiedzi dla obozu rządzącego. „Dobra passa ministra Szumowskiego skończyła się.” – zaczął swój wpis na Twitterze kandydat Konfederacji na prezydenta Polski.
„Miał robić poważne miny, utrzymywać społeczeństwo w stanie niepewności i mobilizacji, ale przedobrzył.” – ocenia Krzysztof Bosak. „Teraz w internecie wrze i te słowa traktowane są jako potwierdzenie teorii spiskowych. Na które podatny jest także elektorat PiS.” – zauważył poseł.
Dobra passa ministra Szumowskiego skończyła się. Miał robić poważne miny, utrzymywać społeczeństwo w stanie niepewności i mobilizacji, ale przedobrzył. Teraz w internecie wrze i te słowa traktowane są jako potwierdzenie teorii spiskowych. Na które podatny jest także elektorat PiS https://t.co/mXRfanwrJM — Krzysztof Bosak 🇵🇱 (@krzysztofbosak) April 20, 2020
Źr. wmeritum.pl; twitter | Polityk odniósł się na Twitterze do wypowiedzi Łukasza Szumowskiego, która padła na antenie TVN24. Szef resortu zdrowia podkreślił, że nie ma żadnych wiarygodnych danych potwierdzających, że epidemia koronawirusa skończy się w ciągu roku albo półtora roku. – Nie ma takich danych i niestety musimy się przygotować, że ten rok-półtora czy dwa będziemy funkcjonować w czasach epidemii. Dopóki nie będzie szczepionki, dopóki nie wyszczepimy wszystkich Polaków – mówił minister.
"Dobra passa ministra Szumowskiego skończyła się" – uważa Krzysztof Bosak. "Miał robić poważne miny, utrzymywać społeczeństwo w stanie niepewności i mobilizacji, ale przedobrzył" – dodał. Kandydat Konfederacji negatywnie ocenił słowa Szumowskiego nt. szczepień. "Teraz w internecie wrze i te słowa traktowane są jako potwierdzenie teorii spiskowych. Na które podatny jest także elektorat PiS" – skwitował.
twitter
W ostatnim czasie pojawiło się wiele teorii spiskowych na temat pandemii koronawirusa. Jedna z nich mówi o tym, że swój udział w powstaniu choroby Covid-19 miał Bill Gates. Dlaczego miałby to zrobić? Aby czerpać korzyści ze szczepionki. Według innej teorii, miliarder jest członkiem grupy, której nadrzędnym celem jest wybicie ludzkości lub też wdrożenie globalnego systemu permanentnej kontroli.
Czytaj też:
Zaskakujące doniesienia nt. przyszłości Szumowskiego. "Kaczyński pokłada w nim wielkie nadzieje"Czytaj też:
"Fakt" o nocnej naradzie Kaczyńskiego. O czym rozmawiano w krakowskiej siedzibie PiS? | 4 |
Ministerstwo zdrowia opublikowało najnowszy bilans zakażeń przez koronawirus na terenie Polskie. Liderem nadal pozostaje województwo śląskie. Potwierdzono także zakażenie u kilkudziesięciu osób w dwóch województwach. W innym regionach wzrost jest niewielki. Niestety odnotowano także śmierć kolejnych zarażonych.
„Mamy 309 nowych i potwierdzonych przypadków zakażenia # koronawirus” – informuje resort zdrowia. Nowe przypadki zakażeń dotyczą następujących województw: śląskiego (114), mazowieckiego (52), łódzkiego (44), małopolskiego (23), podlaskiego (15), dolnośląskiego (13), świętokrzyskiego (11), wielkopolskiego (8), podkarpackiego (7), kujawsko-pomorskiego (5), lubelskiego (5), opolskiego (4), lubuskiego (3), pomorskiego (2), warmińsko-mazurskiego (2) i zachodniopomorskiego (1).
kujawsko-pomorskiego (5), lubelskiego (5), opolskiego (4), lubuskiego (3), pomorskiego (2), warmińsko-mazurskiego (2) i zachodniopomorskiego (1).
Z przykrością informujemy o śmierci 12 osób zakażonych koronawirusem (wiek-płeć, miejsce zgonu): Kępno 66-M, 90-K Wolica, — Ministerstwo Zdrowia (@MZ_GOV_PL) June 20, 2020
Niestety resort poinformował także o zgonie kolejnych 12 osób. Najmłodsza ofiara miała 66 lat. „Większość osób miała choroby współistniejące.” – podkreśla ministerstwo.
Jak dotąd na terenie Polski łącznie potwierdzono zakażenie przez koronawirus u 31 620 osób. Dotąd z powodu pandemi zmarło niestety 1 346 osób.
Czytaj także: WHO ostrzega: Pandemia Covid-19 przyspiesza
Źr. twitter | Chcesz otrzymywać powiadomienia?
kliknij kłódkę
przejdź do pozycji „Powiadomienia”
wybierz „Zezwalaj” Żeby nic Cię nie ominęło:
idź do „Preferencji” programu Safari
programu Safari przejdź do zakładki „Powiadomienia”
wybierz „Pozwól” przy domenie Onet.pl
przy domenie Onet.pl odśwież stronę Żeby nic Cię nie ominęło:
kliknij kłódkę
zamknij komunikat „Zablokowano” przy opcji „Wyświetlanie powiadomień”
przy opcji odśwież stronę i zezwól na otrzymywanie powiadomień Żeby nic Cię nie ominęło:
kliknij zieloną kłódkę
przy opcji „Wyświetlanie powiadomień” zmień komunikat na „Zezwalaj” Żeby nic Cię nie ominęło:
Gotowe! | 4 |
- Reklama -
Wszyscy mamy jeden cel, a jest nim bezpieczeństwo i ochrona przed rozprzestrzenianiem się wirusa Covid-19. Dlatego liczymy na zrozumienie i na to, że zostaniecie w domu. Podczas służby będziemy reagować, rozmawiać, pouczać i odwoływać się do rozsądku – piszą policjanci.
Wspólnie zróbmy wszystko, aby tegoroczne Święta Wielkanocne nie stały się pretekstem do zaniechania przestrzegania zasad bezpieczeństwa! To nie czas na świąteczne wyjazdy i spotkania ze znajomymi. To co powinniśmy teraz zrobić, to zostać domu, w gronie najbliższych i w ten sposób ograniczyć rozprzestrzenianie się choroby.
- Reklama -
Pamiętajmy, że limity ilości wiernych w kościołach obowiązują również w okresie wielkanocnym. Na śmigusa pozostańmy w domach, pamiętajmy, że osoby poniżej 18. roku życia nie mogą przebywać poza miejscem zamieszkania bez opieki osoby dorosłej.
Dla policjantów te święta będą czasem wytężonej służby, dla wszystkich mieszkańców Lubelszczyzny będzie to kolejny egzamin z odpowiedzialności, rozsądku, dbałości o zdrowie i życie swoje i innych ludzi. #Zostańwdomu.
lubelska policja | Pod patronatem
Już po raz szesnasty Stowarzyszenie Krzewienia Edukacji Finansowej organizuje konkurs ekonomiczny dla młodzieży „Mistrzostwa Polski Młodych Ekonomistów”. W tym roku, uczestnicy będą mogli wykazać się znajomością zagadnień związanych z cyberbezpieczeństwem. Na zwycięzców czekają atrakcyjne nagrody pieniężne. Przewidziano również nagrodę pieniężną dla nauczyciela. | 1 |
Andrzej Duda ma zdecydowanie najwyższe poparcie wśród osób bezrobotnych – wynika z sondażu late poll. Na urzędującego prezydenta zagłosowało w tej grupie aż 54,6 proc. badanych.
Andrzej Duda i Rafał Trzaskowski zmierzą się w drugiej turze wyborów prezydenckich – wynika z sondażu late poll. Uzyskali oni odpowiednio 42,9 oraz 30,3 proc. poparcia. Na trzecim miejscu znalazł się Szymon Hołownia (14 proc.) a na czwartym Krzysztof Bosak (6,9 proc.). Wiele wskazuje na to, że wyborcy tych kandydatów zdecydują o tym, kto będzie rządził w Pałacu Prezydenckim przez kolejne pięć lat.
Jak wynika z sondażu late poll, Andrzej Duda zyskał ogromną przewagę wśród osób bezrobotnych. W tej grupie urzędujący prezydent zdobył aż 54,6 proc. poparcia. Jego główny kontrkandydat Rafał Trzaskowski zyskał 18,5 proc. poparcia – niewiele więcej niż Szymon Hołownia, którego wynik to 13,6 proc.
Na czwartym miejscu w zestawieniu znalazł się Krzysztof Bosak z wynikiem 7,3 proc. Piąty był Robert Biedroń (2,7 proc.) a szósty Władysław Kosiniak-Kamysz (2,3 proc.).
Czytaj także: Sondaż: Duda vs. Trzaskowski w II turze. Który z kandydatów ma większe szanse?
Źr.: TVN24 | Według tej analizy Andrzej Duda może liczyć w pierwszej turze na 41,01 proc. głosów. Drugi jest Rafał Trzaskowski z wynikiem 31,89 proc. Trzecie miejsce zajmuje Szymon Hołownia, na którego chce głosować 11,50 proc. respondentów.
Poza podium plasują się: Krzysztof Bosak – 6,99 proc., Władysław Kosiniak-Kamysz – 3,56 proc. i Robert Biedroń – 3,36 proc.
Duda czy Trzaskowski?
Analitycy uważają, że w drugiej turze Andrzej Duda może liczyć na 48,56 proc. głosów, natomiast Rafał Trzaskowski na 51,44 proc. i to kandydat Koalicji Obywatelskiej zostanie nowym prezydentem.
Jak wskazują autorzy tej prognozy, najwyższy wynik, jakiego może spodziewać się Trzaskowski, wynosi 53,38 proc. (najniższy: 49,52 proc.). Z kolei najwyższy wynik Andrzeja Dudy to 50,58 proc. (46,62 proc.).
"Przy założeniu, że II tura odbyłaby się dzisiaj, na podstawie aktualnych sondaży Rafał Trzaskowski ma 96,00% szansy na zwycięstwo, przy 4,00% szansy Andrzeja Dudy" – czytamy w serwisie StanPolityki.pl.
Metodologia
Prognoza została przygotowana wyłącznie w oparciu o sondaże przeprowadzone metodą telefoniczną (CATI), bo zdaniem autorów badania robione właśnie tą metodą są najbardziej wiarygodne. | 4 |
W Paryżu w czterech z 27 ujęć wody służby sanitarne wykryły koronawirusa. Woda z nich, choć niezdatna do picia, używana jest między innymi do mycia ulic francuskiej stolicy.
Woda niezdatna do picia z wykrytym koronawirusem pochodzi z Sekwany i kanału Ourcq. Używana jest do mycia stołecznych ulic i podlewania ogrodów czy wykorzystywana jest w fontannach, które są obecnie nieczynne. Po wykryciu wirusa w próbkach wody miasto zablokowało zanieczyszczone ujęcia.
Paryski ratusz zapewnia, że stołeczna sieć wodociągowa jest bezpieczna i nadal można pić wodę z kranu bez ryzyka dla zdrowia. Sieć wody pitnej jest odseparowana od sieci wody niezdatnej do picia – oświadczyła w stacji BFM TV przedstawicielka władz miasta ds. polityki zdrowia Anne Souyris. Przyznała, że zanieczyszczenie wody pitnej "byłoby katastrofą dla Paryża".
Agencja zdrowia: nie udowodniono, że woda może być źródłem zakażeń koronawirusem
Agencja zdrowia regionu Ile-de-France podkreśla, że w badaniach naukowych nie udowodniono, iż koronawirus utrzymuje się w wodzie, a woda może być źródłem zakażeń tym patogenem.
W poniedziałek francuskie władze poinformowały, że liczba śmiertelnych przypadków wśród zakażonych koronawirusem przekroczyła 20 tysięcy. Bilans pokazuje liczbę 20 265 zmarłych, u których wykryto SARS-CoV-2.
Autor:tmw//rzw | Chorobotwórczego koronawirusa odkryto w 4 z 27 miejskich ujęć wodnych Paryża. Woda ta służy do mycia ulic francuskiej stolicy. Jest także używana w fontannach oraz jako woda do podlewania roślin w miejskich parkach i prywatnych ogródkach. Łącznie w Paryżu jest 27 takich ujęć wody technicznej.
Reklama
Francuskie służby sanitarne zapewniają, że koronawirus SARS-CoV-2 nie przedostał się do wody pitnej. Poza tym lekarze uspokajają, że koronawirus nie utrzymuje się w wodzie na tyle długo, żeby mogło dojść do zakażenia mieszkańców pijących tę wodę.
Władze stolicy podjęły natychmiastową decyzję o zamknięciu zanieczyszczonych ujęć wodnych. Agencja zdrowia regionu Ile-de-France poinformowała, że dotychczas nie udowodniono, iż koronawirus utrzymuje się w wodzie. Lekarze przestrzegają przed niepotrzebną paniką. Zgodnie z obecną wiedzą woda, szczególnie ta używana do celów technicznych, nie może być źródłem zakażeń tym patogenem.
Pozostaje jednak do wyjaśnienia, w jaki sposób koronawirus dostał się do czterech ujęć wodnych. Czy jest to wynik jakiejś formy sabotażu czy zaniedbań służb medycznych?
Reklama
Na razie wiemy tylko tyle, że niezdatna do picia woda z wykrytym koronawirusem pochodzi z Sekwany i kanału Ourcq, a to może oznaczać, że takich skażeń jest więcej. | 4 |
Zajęcia zostają zawieszone od 12 marca (czwartek).
W czwartek i piątek, w szczególnych przypadkach, rodzice będą mogli jednak przyprowadzić dzieci do placówek, jeśli nie będą mogli zapewnić im opieki.
Od poniedziałku (16 marca) placówki oświatowe będą zamknięte na dwa tygodnie.
- Chcemy działać szybciej i prewencyjnie - podkreślił premier Mateusz Morawiecki. - Dwa przykłady, chiński i włoski, pokazują, że lepiej być mądrym przed szkodą.
- To nie jest czas ferii, to nie jest czas wolny - podkreślał Łukasz Szumowski, minister zdrowia. - Dzieci i młodzież powinny zostać w domach. To czas kwarantanny naszego społeczeństwa.
- Ta decyzja na razie nie wpływa na organizację roku szkolnego czy terminów egzaminów - powiedział Dariusz Piątkowski, minister edukacji.
Marlena Maląg, minister rodziny, poinformowała, że decyzja dotyczy także żłobków i klubów dziecięcych. | Wyłącz AdBlocka/uBlocka
Aby czytać nasze artykuły wyłącz AdBlocka/uBlocka lub dodaj wyjątek dla naszej domeny.
Spokojnie, dodanie wyjątku nie wyłączy blokowania reklam. | 4 |
Prezydent w wywiadzie mówił m.in. o koronawirusie i związanych z nim problemach gospodarczych. – Wierzę w to, że przejdziemy przez ten kryzysowy czas, że uda się uratować miejsca pracy i wrócić na drogę szybkiego rozwoju, jakie mieliśmy jeszcze kilka miesięcy temu. Proszę o wsparcie, proszę o wyrozumiałość, żeby mówić o problemach, kiedy dostrzegacie niedostatki. Jeśli ja słyszę, że coś jest niedobrego, bo daje mi to szansę, żeby to naprawić. Proszę o wsparcie, żeby mobilizować swoje rodziny, swoich sąsiadów, żeby poszli do urn, oddali głos, żeby jak najwięcej nas do tego głosowania poszło, żebyśmy głosowali dobrze dla Polski – powiedział Andrzej Duda.
W pewnym momencie do studia nieoczekiwanie zadzwonił o. Tadeusz Rydzyk. Redemptorysta podziękował Andrzejowi Dudzie za jego siłę, a także podkreślił, że obecnie "ludzie są lepiej traktowani". Założyciel Radia Maryja zwrócił jednak uwagę, że "różne genderowe historie są obecne w polskich szkołach a liberalno-lewicowe media nadal nie zostały zrepolonizowane". – Jest jeszcze wiele do zrobienia i dlatego gratuluję panu siły. Życzę, aby wygrywały siły propolskie – dodał.
– Realizujemy ten proces repolonizacji. Żeby podać przykład, popatrzmy chociażby na bank Pekao SA. Dzieje się to, ale to procesy występujące w gospodarce, ani łatwe ani szybkie. Najważniejsze jest to, że ten kręgosłup w Polakach jest silny. Jednak w większości jako społeczeństwo mamy to, co nazywam polskim myśleniem. To trzeba pokazywać, bo wierzę, że to nas ku dobremu prowadzi. Polska zmienia się na lepsze, ale wierzę, że ten proces przyśpieszy. Mam zawsze ten swój polski punkt widzenia – odpowiedział prezydent. | Prezydent Andrzej Duda był gościem programu „Rozmowy niedokończone” Telewizji Trwam i Radia Maryja. W pewnym momencie do studia zadzwonił o. Tadeusz Rydzyk. – Jest jeszcze wiele do zrobienia i dlatego gratuluję panu siły. Życzę, aby wygrywały siły propolskie – powiedział redemptorysta.
Prezydent w wywiadzie mówił m.in. o koronawirusie i związanych z nim problemach gospodarczych. – Wierzę w to, że przejdziemy przez ten kryzysowy czas, że uda się uratować miejsca pracy i wrócić na drogę szybkiego rozwoju, jakie mieliśmy jeszcze kilka miesięcy temu. Proszę o wsparcie, proszę o wyrozumiałość, żeby mówić o problemach, kiedy dostrzegacie niedostatki. Jeśli ja słyszę, że coś jest niedobrego, bo daje mi to szansę, żeby to naprawić. Proszę o wsparcie, żeby mobilizować swoje rodziny, swoich sąsiadów, żeby poszli do urn, oddali głos, żeby jak najwięcej nas do tego głosowania poszło, żebyśmy głosowali dobrze dla Polski – powiedział Andrzej Duda.
W pewnym momencie do studia nieoczekiwanie zadzwonił o. Tadeusz Rydzyk. Redemptorysta podziękował Andrzejowi Dudzie za jego siłę, a także podkreślił, że obecnie „ludzie są lepiej traktowani”. Założyciel Radia Maryja zwrócił jednak uwagę, że „różne genderowe historie są obecne w polskich szkołach a liberalno-lewicowe media nadal nie zostały zrepolonizowane”. – Jest jeszcze wiele do zrobienia i dlatego gratuluję panu siły. Życzę, aby wygrywały siły propolskie – dodał.
– Realizujemy ten proces repolonizacji. Żeby podać przykład, popatrzmy chociażby na bank Pekao SA. Dzieje się to, ale to procesy występujące w gospodarce, ani łatwe ani szybkie. Najważniejsze jest to, że ten kręgosłup w Polakach jest silny. Jednak w większości jako społeczeństwo mamy to, co nazywam polskim myśleniem. To trzeba pokazywać, bo wierzę, że to nas ku dobremu prowadzi. Polska zmienia się na lepsze, ale wierzę, że ten proces przyśpieszy. Mam zawsze ten swój polski punkt widzenia – odpowiedział prezydent.
ŹRÓDŁO: RADIO MARYJA / DORZECZY.PL | 4 |
Jak twierdzą policyjni śledczy, między mężczyznami miało dojść do bójki. Wcześniej mieli spożywać alkohol. Ze wstępnego dochodzenia wynika, że po kłótni Kożara poszedł do swojej sypialni, zabrał pistolet i zastrzelił Staryckiego. | Były szef MSZ Ukrainy Łeonid Kożara został zatrzymany w związku z podejrzeniem o zabójstwo przedsiębiorcy - poinformował w środę ukraiński wiceminister spraw wewnętrznych Anton Heraszczenko. Kożara został przewieziony do sądu, który ma wyznaczyć środek zapobiegawczy.
Łeonid Kożara / Andreas Gebert / PAP/EPA
Wiceminister przypomniał, że nocą z 21 na 22 lutego w domu Kożary znaleziono ciało dyrektora generalnego holdingu reklamowego Atlantic Group, byłego dyrektora generalnego stacji Inter Serhija Staryckiego. Miał ranę postrzałową głowy, a strzał oddano z broni właściciela posesji - dodał Heraszczenko.
Kożara i jego małżonka utrzymują, że Starycki popełnił samobójstwo.
Heraszczenko napisał na Facebooku, że śledczy i prokuratorzy przeanalizowali okoliczności śmierci Staryckiego i doszli do wniosku, że nie mógł się zastrzelić.
Policja przekazała w środę na swoim portalu, że według ustaleń podczas spożywania alkoholu między mężczyznami doszło do kłótni, która przerodziła się w bójkę. Kożara - według policji - poszedł do sypialni, wziął pistolet i po powrocie strzelił w stronę towarzysza.
Kożara sprawował funkсję szefa ukraińskiej dyplomacji od grudnia 2012 roku do lutego 2014 roku w rządzie Mykoły Azarowa. Wcześniej był m.in. deputowanym, dyplomatą, a także doradcą prezydenta Wiktora Janukowycza. | 4 |
W Pradze odbyło się spotkanie premierów krajów grupy V4. Premierzy Czech, Węgier, Słowacji i Polski wspólnie radzili nad zabezpieczeniami oraz wspólnymi działaniami w walce z koronawirusem.
Podczas konferencji prasowej szef polskiego rządu powiedział:
- Rozmawiałem z panem przewodniczącym, rozmawiałem również z Andrejem Plenkoviciem, premierem Chorwacji - Chorwacja pełni funkcję prezydencji w Radzie Europejskiej - o tym, w jaki sposób stymulować gospodarkę do rozwoju tak, żeby wpływ koronawirusa na wzrost gospodarczy był minimalny
Premier Mateusz Morawiecki podkreślił rolę wspólnego działania w tej kwestii na forum Unii Europejskiej oraz zaangażowanie wszystkich krajów w walce z koronawirusem.
Premier oświadczył:
- Dlatego zaproponowaliśmy spotkanie również w formacie ministrów zdrowia. Takie spotkanie odbędzie się w piątek. Na tym spotkaniu będą dyskutowane kwestie związane z dostawami leków, sprzętu, pewnym uniezależnieniem się od niektórych dostawców, bo widać, że gdy świat jest globalną wioską, to niesie to bardzo wiele nowych szans, ale też pewne ryzyka i zagrożenia
mp/pap/iar | W kwestii koronawirusa bardzo ważna jest współpraca na forum Unii Europejskiej – oświadczył premier Mateusz Morawiecki w Pradze, po spotkaniu szefów rządów państw Grupy Wyszehradzkiej. Zaznaczył, że w Polsce zarejestrowano pierwszy przypadek zakażenia koronawirusem.
CZYTAJ WIĘCEJ W RAPORCIE
W środę w Pradze z inicjatywy Polski odbyło się spotkanie premierów krajów V4, poświęcone obecnej sytuacji w Europie, m.in. rozprzestrzenianiu się koronawirusa, migracji oraz budżetowi UE.
Morawiecki na konferencji prasowej po zakończeniu rozmów podziękował premierowi Czech za zorganizowanie spotkania, które jak podkreślił, dotyczyło najważniejszych kwestii w Europie. Zaznaczył, że na pewno należy do nich rozprzestrzenianie się koronawirusa.
– Wiadomo, że w Polsce zarejestrowaliśmy pierwszy przypadek pacjenta z koronawirusem. Chcemy się wymieniać rożnymi doświadczeniami – mówił szef polskiego rządu.
Jak podkreślił, bardzo ważna jest współpraca na forum UE. – Dlatego zaproponowaliśmy spotkanie również w formacie ministrów zdrowia. Takie spotkanie odbędzie się w piątek. Na tym spotkaniu będą dyskutowane kwestie związane z dostawami leków, sprzętu, pewnym uniezależnieniem się od niektórych dostawców, bo widać, że gdy świat jest globalną wioską, to niesie to bardzo wiele nowych szans, ale też pewne ryzyka i zagrożenia – mówił Morawiecki.
#wieszwiecej Polub nas
źródło: TVP Info, PAP
Szef polskiego rządu poinformował, że rozmawiał telefonicznie z przewodniczącym Rady Europejskiej Charlesem Michelem, który – jak przekazał premier – jest świadomy ryzyka związanego z koronawirusem, nie tylko z punktu widzenia zdrowia publicznego, ale także dla wzrostu gospodarczego.– Rozmawiałem z panem przewodniczącym, rozmawiałem również z Andrejem Plenkoviciem, premierem Chorwacji – Chorwacja pełni funkcję prezydencji w Radzie Europejskiej – o tym, w jaki sposób stymulować gospodarkę do rozwoju tak, żeby wpływ koronawirusa na wzrost gospodarczy był minimalny – oświadczył.Premier ocenił również, że kraje Grupy Wyszehradzkiej stosują najlepsze praktyki zapobiegania rozprzestrzenianiu się koronawirusa.– Jestem przekonany, że mamy najlepsze wdrożone procedury, które mają z jednej strony zapobiegać, wdrażać mechanizmy kwarantanny tak, jak to modelowo, książkowo zostało zastosowano dzisiaj nad ranem wobec pierwszego pacjenta, który został zidentyfikowany – oznajmił.– Wymiana doświadczeń w odniesieniu do poszczególnych przypadków organizacji, instytucji była na pewno bardzo owocna i cieszę się, że w ramach Grupy Wyszehradzkiej potrafimy na tak nietypowe tematy (rozmawiać) – oświadczył Morawiecki. | 4 |
Znachor został skazany prawomocnym wyrokiem w czerwcu 2018 r. Miał spędzić za kratami 3,5 roku więzienia, bo sąd uznał go winnym sprawstwa kierowniczego ws. śmierci dziecka.Zdaniem sądu w kwietniu 2014 r. Marek H. doprowadził do nieumyślnego spowodowania przez małżeństwo Joannę i Michała P. z Brzeznej śmierci półrocznej Madzi. | Marek H., sądecki znachor skazany na 3,5 roku więzienia za przyczynienie się do śmierci głodowej półrocznej Madzi z Brzeznej, nie żyje. Mężczyzna zmarł w szpitalu Aresztu Śledczego przy ul. Montelupich w Krakowie - donosi Gazeta Krakowska.
Marek H. na sali Sądu Rejonowego w Nowym Sączu / Grzegorz Momot / PAP
Marek H., został skazany prawomocnym wyrokiem w czerwcu 2018 roku na karę 3,5 roku więzienia. Proces, który ruszył 30 października 2015 r., toczył się z wyłączeniem jawności. Zarówno oskarżony, jak i jego obrońca wnosili o uniewinnienie.
Sąd uznał jednak, że Marek H. jest winny sprawstwa kierowniczego, które w kwietniu 2014 r. doprowadziło do nieumyślnego spowodowania przez Joannę i Michała P. z Brzeznej śmierci ich półrocznej córki.
Do śmierci dziecka doszło z powodu niedożywienia. Według sądu, mężczyzna udzielał rodzicom dziewczynki nieprawidłowych poleceń i instrukcji dotyczących żywienia. Zabronił im również korzystania z opieki lekarskiej i kontaktów z innymi członkami rodziny. Rodzice dziewczynki też usłyszeli wyrok. Było to pół roku więzienia.
Rośliny, maści i różdżki
Sąd stwierdził także, że Marek H. udzielił "świadczeń zdrowotnych" ponad 30 osobom. Rozpoznawał schorzenia, diagnozował i ustalał sposób leczenia. Mężczyzna wykorzystywał do tego różdżki, substancje określane przez siebie jako pierwiastki, zalecał stosowanie suszu roślinnego i preparowanych przez siebie maści.
Marek H. zmarł w szpitalu Aresztu Śledczego przy ul. Montelupich w Krakowie. Miał 72 lata. | 4 |
Blogerka nie rozpisywała się na temat swoich odczuć co do projektu. Fotografię podpisała jedynie hasthagami "Czarny protest" oraz "Piekło kobiet". W komentarzach pojawiło się wiele głosów kobiet, które dziękowały za zabranie głosu. Pojawili się również przeciwnicy protestu. Internauci zaczęli przerzucać się argumentami. Kasia Tusk jednak powstrzymała się od dodatkowego komentarza. | Zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej. Protest online
Nie inaczej jest tym razem. Ustawa, która zakłada całkowity zakaz przeprowadzenia aborcji, ponownie wzbudziła liczne sprzeciwy Polek. Ze względu na panującą pandemię i związane z nią obostrzenia, kobiety nie mogą jednak wyjść na ulicę, by zamanifestować swoje poglądy. Dziewuchy Dziewuchom znalazły jednak sposób, by zawalczyć o swoje prawa i głośno wyrazić swój sprzeciw. Inicjatorki Czarnych Protestów rozpoczęły protest online. | 3 |
Wybory 2020. Rafał Trzaskowski - program wyborczy
- Startuję w wyborach na prezydenta RP dlatego, że – podobnie jak Wy – mam dość władzy, która obsadza swoimi nominatami każdy urząd w państwie tylko po to, by zapewnić sobie bezkarność. Mam dość podziałów, w których obecna władza się specjalizuje - przekazał na swojej stronie internetowej kandydat na prezydenta Rafał Trzaskowski. | 3 | |
Pierwsza pomoc dla psa - jak jej udzielić i co powinno się znaleźć w psiej apteczce
Większość z nas wie, jak udzielić pierwszej pomocy innemu człowiekowi, a co w sytuacji gdy w wyniku nagłego wypadku lub choroby lub urazu ucierpi pies? Znajomość podstawowych zasad pomocy i szybka reakcja może okazać się kluczowa. Na czym zatem polega pierwsza pomoc dla psa, który ucierpiał w wyniku wypadku, doznał urazu (złamania), krwawi lub wymiotuje? Dowiedz się więcej na ten temat! | Pierwsza pomoc dla psa - jak jej udzielić i co powinno się znaleźć w psiej apteczce
Większość z nas wie, jak udzielić pierwszej pomocy innemu człowiekowi, a co w sytuacji gdy w wyniku nagłego wypadku lub choroby lub urazu ucierpi pies? Znajomość podstawowych zasad pomocy i szybka reakcja może okazać się kluczowa. Na czym zatem polega pierwsza pomoc dla psa, który ucierpiał w wyniku wypadku, doznał urazu (złamania), krwawi lub wymiotuje? Dowiedz się więcej na ten temat! | 1 |
Zgodnie z ustawą o ograniczeniu handlu w niedziele, w 2020 roku zakaz handlu nie obowiązuje jedynie w ostatnią niedzielę czerwca i sierpnia, a także w dwie kolejne niedziele poprzedzające Boże Narodzenie.
Ustawa przewiduje katalog 32 wyłączeń. Zakaz nie obowiązuje m.in. w cukierniach, lodziarniach, na stacjach paliw płynnych, w kwiaciarniach, w sklepach z prasą, kawiarniach.
Za złamanie zakazu handlu w niedziele grozi kara w wysokości od 1 tys. zł do 100 tys. zł, a przy uporczywym łamaniu ustawy - kara ograniczenia wolności.
Reklama
W związku epidemią koronawirusa w połowie marca br. została ograniczona działalność galerii handlowych. Czynne pozostały jedynie sklepy spożywcze i apteki, a także pralnie i drogerie. Następnie wprowadzono ograniczenia dot. liczby klientów w placówkach. Wprowadzony został również obowiązek dla sklepów, aby udostępniały klientom płyny do dezynfekcji rąk i rękawiczki jednorazowe przed wejściem.
Od soboty 30 maja w ramach wprowadzania kolejnych etapów odmrażania gospodarki, rząd zniósł limity klientów w sklepach i galeriach. Nadal obowiązuje wymóg noszenia maseczek oraz udostępnianie klientom rękawiczek jednorazowych i płynów dezynfekcyjnych. | W niedzielę, 28 czerwca sklepy będą otwarte. Służby sanitarne przypominają przy okazji, że nadal obowiązują tam maseczki. Sklepy powinny też zapewnić dostęp do płynów dezynfekcyjnych, lub jednorazowych rękawiczek.
Najbliższa niedziela jest niedzielą handlową / Wojtek Jargiło / PAP
Zgodnie z ustawą o ograniczeniu handlu w niedziele, w 2020 roku zakaz handlu nie obowiązuje jedynie w ostatnią niedzielę czerwca i sierpnia, a także w dwie kolejne niedziele poprzedzające Boże Narodzenie.
Ustawa przewiduje katalog 32 wyłączeń. Zakaz nie obowiązuje m.in. w restauracjach, cukierniach, na stacjach paliw, w kwiaciarniach, w sklepach z prasą, czy w kawiarniach.
Za złamanie zakazu handlu w niedziele grozi kara w wysokości od 1 tys. zł do 100 tys. zł, a przy uporczywym łamaniu ustawy - kara ograniczenia wolności.
W związku epidemią koronawirusa w połowie marca została ograniczona działalność galerii handlowych. Czynne pozostały jedynie sklepy spożywcze i apteki, a także pralnie i drogerie. Potem wprowadzono ograniczenia dot. liczby klientów w placówkach.
Wprowadzony został również obowiązek dla sklepów, aby udostępniały klientom płyny do dezynfekcji rąk, czy rękawiczki jednorazowe przed wejściem.
Od soboty 30 maja w ramach wprowadzania kolejnych etapów odmrażania gospodarki, rząd zniósł limity klientów w sklepach i galeriach. | 4 |
Opolska Lista Polskiej Piosenki to, oczywiście zgodnie z nazwą, zbiór polskich piosenek - przy czym warto zwrócić uwagę na to, że nie ma tu słowa 'przeboje'. To który utwór stanie się przebojem zależeć będzie od słuchaczy, czyli od Was! Wybór będzie reprezentatywny dla wszystkich dekad, a jedyny warunek to polski tekst i oryginalna, piękna melodia. Na pełne wydanie Opolskiej Listy Polskiej Piosenki zapraszamy w niedziele i święta od 14:05 do 17:00 na antenie… | Opolska Lista Polskiej Piosenki to, oczywiście zgodnie z nazwą, zbiór polskich piosenek - przy czym warto zwrócić uwagę na to, że nie ma tu słowa 'przeboje'. To który utwór stanie się przebojem zależeć będzie od słuchaczy, czyli od Was! Wybór będzie reprezentatywny dla wszystkich dekad, a jedyny warunek to polski tekst i oryginalna, piękna melodia. Na pełne wydanie Opolskiej Listy Polskiej Piosenki zapraszamy w niedziele i święta od 14:05 do 17:00 na antenie… | 4 |
Pandemia wywołana przez koronawirus od wielu dni paraliżuje życie w Polsce i na świecie. Wciąż nie jest pewne, czy odbędą się zaplanowane na maj wybory prezydenckie. Tymczasem na antenie RMF FM Grzegorz Schetyna użył sformułowania, które może oznaczać, że Małgorzata Kidawa-Błońska jednak nie będzie kandydować!
W ostatnim czasie Kidawa-Błońska zaliczyła sporo wpadek, które bezwzględnie wykorzystali jej przeciwnicy polityczni. Skutkowało to spadkami notowań kandydatki KO w sondażach, ale Grzegorz Schetyna na antenie RMF FM zapewnił, że prawdziwym sondażem będą dopiero majowe wybory.
Prowadzący rozmowę Robert Mazurek zapytał, czy w przypadku przesunięcia terminu wyborów, Kidawa-Błońska nadal będzie reprezentować KO. Schetyna odpowiedział dość tajemniczo. „To decyzja Koalicji Obywatelskiej. Ja uważa, że jeżeli wybory będą przesunięte, to wszystko się otworzy na nowo.” – stwierdził były lider PO.
💬 Grzegorz @SchetynadlaPO w #RozmowaRMF: #MKB pewniakiem KO przy nowym terminie wyborów? To decyzja @KObywatelska. (…) Jeżeli te wybory będą przesunięte, to wszystko się otworzy na nowo — RozmowaRMF (@Rozmowa_RMF) March 27, 2020
Te słowa natychmiast wychwycił Radosław Fogiel z PiS. „Ups… Czyżby Schetyna właśnie zdradził tajny plan Platformy i potwierdził to, o czym się mówi od tygodni? Że w domaganiu się stanu nadzwyczajnego i przełożenia wyborów nie chodzi o zdrowie i bezpieczeństwo, tylko o wymianę kompromitującej się kandydatki?” – zastanawia się w mediach społecznościowych.
Ups… Czyżby @SchetynadlaPO właśnie zdradził tajny plan Platformy i potwierdził to, o czym się mówi od tygodni? Że w domaganiu się stanu nadzwyczajnego i przełożenia wyborów nie chodzi o zdrowie i bezpieczeństwo, tylko o wymianę kompromitującej się kandydatki? pic.twitter.com/lTYYjVp0v9 — Radosław Fogiel (@radekfogiel) March 27, 2020
Czytaj także: Kidawa-Błońska ostro do dziennikarza TVP: „Dwa metry odległości!” [WIDEO]
Źr. dorzeczy.pl; twitter | Kandydatka Koalicji Obywatelskiej zaliczyła ostatnio serię wpadek, a jej pozycja w sondażach spada. Pytany o sytuację Małgorzaty Kidawy-Błońskiej były lider PO Grzegorz Schetyna stwierdził, że „prawdziwym sondażem” będą majowe wybory.
Dziennikarz RMF FM Robert Mazurek zapytał też Schetynę, czy gdyby wybory zostały przesunięte, Małgorzata Kidawa-Błońska nadal byłaby kandydatką KO.
– To decyzja Koalicji Obywatelskiej. Ja uważa, że jeżeli wybory będą przesunięte, to wszystko się otworzy na nowo – odpowiedział Schetyna.
twitter
Dopytywany, czy oznacza to, że Platforma Obywatelska na nowo przeprowadziłaby prawybory, polityk stwierdził jednocześnie, że zależy do od sytuacji. – Trudno powiedzieć, ile będzieczasu, nie wiemy jaki będzie scenariusz – dodał Schetyna.
twitter
"Ups... Czyżby Schetyna właśnie zdradził tajny plan Platformy i potwierdził to, o czym się mówi od tygodni? Że w domaganiu się stanu nadzwyczajnego i przełożenia wyborów nie chodzi o zdrowie i bezpieczeństwo, tylko o wymianę kompromitującej się kandydatki?" – skomentował słowa Schetyny poseł PiS Radosław Fogiel.
Czytaj też:
Kidawa-Błońska do dziennikarza TVP: Dwa metry odległości!Czytaj też:
Duda odjeżdża Kidawie-Błońskiej. Takiej różnicy jeszcze nie było | 4 |
– Pomnik Tadeusza Kościuszki w Warszawie znów został zniszczony; dzisiaj w nocy już drugi raz pomalowali go nieznani sprawcy – poinformowała w niedzielę rzeczniczka stołecznego ratusza Karolina Gałecka.
– W nocy ktoś pomalował go ciemną farbą – powiedziała Gałecka. Na monumencie, który stoi przy Placu Żelaznej Bramy w stolicy, w tym samym, co poprzednio miejscu pojawił się napis namalowany sprayem „Black Lives Matter. Still”.
– Faktycznie otrzymaliśmy takie zgłoszenie. Na miejscu pracuje grupa dochodzeniowo-śledcza, jak również jest analizowany monitoring – poinformował Rafał Rutkowski z Komendy Stołecznej Policji.
Pomnik Tadeusza Kościuszko został już raz zniszczony na początku czerwca. Wówczas nieznani sprawy, także namalowali na nim napis sprayem „Black Lives Matter”. Warszawski ratusz złożył zawiadomienie na policję w tej kwestii. – Przyjęliśmy je i prowadzimy czynności w tej sprawie – informowała KSP.
/TVP Info/
Wspieraj Fundację Magna Polonia! 🇵🇱 Niestety, nasza potrzeba finansowa wciąż się pogłębia!. W mahu potrzebujemy 21 996, 60 zł, Udało nam się zebrać jedynie: 7118,08 zł Pomóż przetrwać Fundacji Magna Polonia. Czas ucieka... Nie bądź bierny, wspieraj polskie media. 30 zł 50 zł 100 zł Inna kwota
Dziękujemy za pomoc prawną Kancelarii Prawnej Litwin: https://kancelaria-litwin.pl | Pomnik Tadeusza Kościuszki w Warszawie został powtórnie zniszczony. Znowu pomalowali go „nieznani sprawcy”, zapewne „antyrasiści”.
Rzeczniczka stołecznego ratusza Karolina Gałecka stwierdziła, że w nocy ktoś pomalował pomnik „ciemną farbą”. „Ciemna farba” to zapewne eufemizm, bo „czarna farba” mogłaby się źle kojarzyć.
Na monumencie, który stoi przy Placu Żelaznej Bramy w stolicy, pojawił się napis namalowany sprayem – „Black Lives Matter. Still”.
To recydywa, bo pomnik Tadeusza Kościuszko został już raz zniszczony na początku czerwca. Wówczas też nieznani sprawcy namalowali na nim napis sprayem „Black Lives Matter”. Warszawski ratusz złożył zawiadomienie na policję.
Warszawski pomnik jest kopią pomnika Tadeusza Kościuszki stojącego w Waszyngtonie. Pomnik w USA zdewastowano w poniedziałek podczas zamieszek, które wybuchły po zabójstwie czarnoskórego George’a Floyda.
Źródło: PAP | 4 |
Od kilku dni, do kilku miesięcy. Nawet tyle czasu potrzeba, aby dojść do siebie po zakażeniu koronawirusem.
Mimo rosnącej liczby zakażeń oraz zgonów wywołanych koronawirusem rośnie też liczba wyzdrowiałych. Już połowa z dotychczas zarażonych pokonała chorobę wywołaną COVID-19.
Według danych Światowej Organizacji Zdrowia współczynników śmiertelności wynosi obecnie ok. 3,4 proc. Jednak wciąż ulega zmianie i niebawem może wzrosnąć albo spaść.
Nowy koronawirus występuje w dwóch szczepach. Popularniejsza jest jego łagodna odmiana, której przebieg przypomina objawy przeziębienia lub grypy.
Objawy w takim wypadku mogą ustąpić już po kilku dniach. Natomiast jeśli koronawirus zaatakuje płuca, to trzeba być gotowym na długie leczenie.
– Wyleczenie choroby COVID-19 zajmuje nawet sześć tygodni – powiedział w rozmowie z CNN dr Michael Ryan ze Światowej Organizacji Zdrowia.
Jednak w niektórych przypadkach, szczególnie drugiego szczepu, leczenie jest długie i intensywne. Osoby z ciężką odmianą infekcji potrzebują wielu miesięcy leczenia i muszą przebywać na oddziale intensywnej terapii, gdzie ich funkcje oddechowe wspomagają urządzenia do wentylacji płuc.
Z badań Chińskiego Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorobom wynika, że podatniejsi na koronawirusa są ludzie starsi – szczególnie z chorobami przewlekłymi. To również u nich wystąpienie szczepu groźnego najpewniej oznacza śmierć.
Dr Ryan wyjaśnił, iż powrót do zdrowia oznacza, że pacjent nie wykazuje już objawów i otrzymuje dwa kolejne negatywne wyniki testów w odstępie co najmniej jednego dnia.
Źródło: CNN / Rzeczpospolita | Wraz ze wzrostem liczby nowych zakażeń koronawirusem, na całym świecie rośnie również liczba osób, które pokonały chorobę COVID-19. Więcej niż połowa pacjentów ze zdiagnozowanym wirusem wróciła już do zdrowia. Wskaźnik śmiertelności jest wciąż zmienny. Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że wynosi on w tej chwili około 3,4 proc.
Reklama
W zdecydowanej większości przypadków infekcja przebiega łagodnie, a organizm dobrze sobie z nią radzi. Pojawiają się objawy podobne do tych, które występują w przebiegu przeziębienia lub grypy. Mogą one ustąpić po kilku dniach. Jeśli koronawirus zaatakuje płuca, trzeba się liczyć z dłuższym okresem powrotu do zdrowia.
- Wyleczenie choroby COVID-19 zajmuje nawet sześć tygodni – powiedział w rozmowie z CNN dr Michael Ryan ze Światowej Organizacji Zdrowia. Osoby z bardzo ciężką postacią infekcji dochodzą do siebie dopiero po kilku miesiącach. Są leczeni na oddziale intensywnej terapii, gdzie ich funkcje oddechowe wspomagają urządzenia do wentylacji płuc.
Jak wyjaśnił dr Ryan, powrót do zdrowia oznacza, że ??pacjent nie wykazuje już objawów i otrzymuje dwa kolejne negatywne wyniki testów w odstępie co najmniej jednego dnia.
Z badania przeprowadzonego przez Chińskie Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorobom (CCDC) wynika, że to ludzie starsi – szczególnie z chorobami przewlekłymi – są najbardziej narażeni na zakażenie koronawirusem i ciężki przebieg infekcji. Według danych CCDC prawdopodobieństwo śmierci z powodu choroby COVID-19 wzrasta wraz z wiekiem. Światowa Organizacja Zdrowia informuje, że jak dotąd większość osób, które zmarły w wyniku zakażenia, chorowała przewlekle, m.in. na nadciśnienie, cukrzycę lub choroby sercowo-naczyniowe.
Reklama
Więcej | 4 |
Amerykański koncern lotniczy Boeing przyznał we wtorek, że teraz liczy się z tym, że maszyny typu 737 Max pozostaną objęte zakazem lotów przynajmniej do połowy tego roku. Wcześniej informowały o tym stacja CNBC i agencja Bloomberg.
fot. LINDSEY WASSON / / Reuters
Jeszcze niedawno Boeing spodziewał się, że 737 Max dostanie zgodę na loty już w najbliższych miesiącach. Po wtorkowym komunikacie akcje spółki na Wall Street spadły o ponad 5 procent.
Wszystkie maszyny tego typu zostały uziemione na całym świecie w marcu ubiegłego roku po dwóch katastrofach, w których zginęło w sumie 346 osób. Ich przyczyną było najprawdopodobniej wadliwe oprogramowanie systemu MCAS automatycznie zapobiegającemu przeciągnięciu (utracie siły nośnej).
Amerykańska Federalna Agencja Lotnictwa (FAA) oświadczyła, że Boeing 737 Max musi spełnić najwyższe standardy certyfikacyjne, aby mógł zostać ponownie dopuszczony do lotów. "Nie wyznaczyliśmy żadnego terminu zakończenia procedury certyfikacyjnej" - podkreśliła FAA.
Tymczasem w piątek Boeing poinformował, że znaleziono kolejną wadę oprogramowania w samolotach 737 Max. "Naszym najwyższym priorytetem jest to, by 737 Max był bezpieczny i spełniał wszystkie wytyczne urzędów regulacyjnych" - zapewnił amerykański koncern. Pod koniec ubiegłego roku Boeing podjął decyzję o zawieszeniu produkcji 737 Max. (PAP)
sp/ | We wtorek Boeing przyznał, że 737 MAX będzie objęty zakazem lotów jeszcze przez kilka miesięcy. Zakaz ma obowiązywać co najmniej do połowy roku. Jako pierwsze informacje o tym podały agencja Bloomberg i stacja CNBC.
Początek nowego roku nie należy do najszczęśliwszych dla Boeinga. Okazało się, że 737 MAX nie dostanie zgody na loty w najbliższych miesiącach, o czym koncern informował we wtorek.
Boeing dalej uziemiony
Komunikat sprawił, że akcje Boeinga spadły o 5 proc. na Wall Street. To kolejny cios dla firmy. Samoloty zostały uziemione w marcu 2019 roku po dwóch katastrofach z udziałem 737 MAX. W wypadkach Lion Air i Ethiopian Airlines zginęło łącznie 346 osób. Jako prawdopodobną przyczynę wypadków podaje się wadliwe oprogramowanie systemu MCAS.
Amerykańska Federalna Agencja Lotnictwa (FAA) przyznała, że nie wyznaczyła żadnego terminu zakończenia procedury certyfikacyjnej. FAA podkreśla jednak, że Boeing 737 MAX musi spełniać najwyższe standardy jakości, aby ponownie wzbić się w powietrze.
Boeing z kolejnymi błędami
W piątek Boeing informował, że w oprogramowaniu 737 MAX znaleziono kolejny błąd, który opóźnia certyfikację.
- Naszym najwyższym priorytetem jest to, by 737 Max był bezpieczny i spełniał wszystkie wytyczne urzędów regulacyjnych – zapewniali przedstawiciele Boeinga. | 4 |
Komisja Nadzoru Finansowego poinformowała, że w związku z pandemią koronawirusa chce dać spółkom więcej czasu na publikację raportów finansowych. Terminy mają zostać wydłużone o dwa miesiące.
fot. / / Bankier.pl
- W projekcie "ustawy o zmianie ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych oraz niektórych innych ustaw" znalazły się odpowiednie zmiany w ustawach oraz delegacje dla ministra właściwego do spraw instytucji finansowych oraz ministra właściwego do spraw finansów publicznych, pozwalające na wydłużenie terminów m.in. sporządzania, zatwierdzania i publikacji sprawozdań - poinformowała Komisja w piątkowym komunikacie.
W celu ułatwienia wywiązywania się z obowiązków regulacyjnych, przygotowano zmiany pozwalające na przesunięcie o 2 miesiące terminu:
sporządzania i zatwierdzenia rocznych sprawozdań finansowych oraz rocznych skonsolidowanych sprawozdań finansowych podmiotów, których rok obrotowy zakończył się 31 grudnia 2019 r.
publikowania rocznych sprawozdań finansowych oraz rocznych skonsolidowanych sprawozdań finansowych za rok obrotowy kończący się 31 grudnia 2019 r. (według zwykłych zasad jest na to czas do końca kwietnia)
przekazywania raportów kwartalnych i skonsolidowanych raportów kwartalnych emitentów za pierwszy kwartał roku obrotowego rozpoczynającego się 1 stycznia 2020 r. ( według zwykłych zasad jest na to czas do końca maja , w tym przypadku zaplanowano przesunięcie terminu o 60 dni);
przeprowadzania Zwyczajnego Walnego Zgromadzenia; zatwierdzania polityki wynagrodzeń członków zarządu i rady nadzorczej ( według zwykłych zasad jest na to czas do końca czerwca) .
Warto dodać, ze wiele spółek już na własną rękę przesuwało terminy publikacji raportów w związku z pandemią koronawirusa. Ci, którzy nie zdążyli opublikować do tej pory, mogli mieć problemy m.in. ze współpracą na linii spółka-audytor (z powodu ograniczeń w poruszaniu się i pracy zdalnej wielu oddziałów). Z powodu koronawirusa i towarzyszących mu restrykcji oraz obaw masowo odwoływano także walne.
Propozycje zostały przygotowane przez Urząd Komisji Nadzoru Finansowego w ramach Pakietu Impulsów Nadzorczych na rzecz Bezpieczeństwa i Rozwoju w obszarze rynku kapitałowego. Nowe wyryczne KNF konsultował z Ministerstwem Finansów. Ustawa, o której mowa, jest obecnie przedmiotem prac parlamentu.
AT/KNF | W ogłoszonym przez Urząd Komisji Nadzoru Finansowego pakiecie rozwiązań, przygotowanym we współpracy z Ministerstwem Finansów, znalazły się rozwiązania pozwalające na przesunięcie o dwa miesiące terminu sporządzania i zatwierdzenia rocznych sprawozdań finansowych, których rok obrotowy zakończył się 31 grudnia 2019 r., przeprowadzania zwyczajnego walnego zgromadzenia oraz zatwierdzania polityki wynagrodzeń członków zarządu i rady nadzorczej.
Reklama
Zmiany dotyczą również przekazywania raportów kwartalnych (jednostkowych i skonsolidowanych) za pierwszy kwartał roku obrotowego rozpoczynającego się 1 stycznia 2020 r. W tym przypadku termin publikacji przesuwa się o 60 dni.
Zmiany dotyczą również TFI oraz firm inwestycyjnych.
KNF podkreśla, że w przygotowywanej obecnie ustawie (o zmianie ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych oraz niektórych innych ustaw) znalazły się odpowiednie zmiany oraz delegacje dla ministrów, pozwalające na wydłużenie terminów m.in. sporządzania, zatwierdzania i publikacji sprawozdań. Obecnie ustawa jest przedmiotem prac parlamentu.
W ostatnich tygodniach na rynek trafiały kolejne komunikaty dotyczące przekładania przez spółki walnych zgromadzeń. Informowały one, że walne zgromadzenia będą się odbywać w innym terminie. | 4 |
– Nie łudźmy się. W Chinach jest sytuacja nadzwyczajna – oznajmił Ghebreyesus. Jak wyjaśnił, fakt, iż WHO nie ogłasza międzynarodowej sytuacji nadzwyczajnej w związku z pojawieniem się koronowirusa, nie oznacza, że nie traktuje tej sytuacji bardzo poważnie.
Zapewnił, że WHO śledzi rozwój sytuacji związanej z rozprzestrzenianiem się choroby, co minutę. – Wiemy, że w Chinach dochodzi do przenoszenia się wirusa między ludźmi, ale na razie wygląda na to, że zarażenia ograniczają się do rodzin i pracowników służby zdrowia opiekujących się chorymi – powiedział Ghebreyesus.
Podkreślił jednak, że na razie nie ma żadnego dowodu na to, że również poza Chinami dochodzi do przenoszenia się wirusa między ludźmi, co nie oznacza, że do tego nie dojdzie.
Szef WHO uznał, że kroki podjęte przez władze Chin, aby opanować rozprzestrzenianie się wirusa są właściwe. – Mamy nadzieję, że będą one zarazem skuteczne i krótkotrwałe – dodał.
Podkreślił, że rolą jego organizacji jest dostarczanie rekomendacji opartych na ustaleniach naukowych, a w ostatecznym rozrachunku suwerenny kraj sam podejmuje decyzje, by robić to, co jego zdaniem jest słuszne w takich sytuacjach.
Wcześniej w czwartek władze chińskich prowincji Hubei i Guangdong ogłosiły pierwszy, najwyższy stopień zagrożenia zdrowia publicznego z powodu nowego koronawirusa, wywołującego groźne zapalenie płuc. W Hubei znajduje się miasto Wuhan, gdzie wybuchła epidemia tego groźnego wirusa.
Także władze Pekinu podjęły kilka decyzji, wiążących się z koronawirusem. Postanowiono np. zamknąć dla turystów od soboty do odwołania Zakazane Miasto, dawny pałac cesarski dynastii Ming i Qing, znajdujący się w centrum stolicy Chin.
Zgodnie z zarządzeniem do walki z wirusem zmobilizowane zostały wszystkie departamenty rządów prowincji. W stan gotowości postawiony został cały personel medyczny oraz wszystkie przedsiębiorstwa, mogące wspomóc walkę z epidemią.
Zakazano także organizowania imprez masowych, wstrzymano pracę przedsiębiorstw i instytucji edukacyjnych oraz ograniczono dostęp do obszarów potencjalnie niebezpiecznych.
W Wuhan czasowo wstrzymano komunikację miejską, a także transport pasażerski z i do tego miasta. Mieszkańcom zalecono, aby nie opuszczali miasta, a podróżnym, by go omijali.
W Chinach doszło do 830 przypadków zarażenia nowym koronawirusem, a 25 zarażonych zmarło. Poza Chinami po jednym przypadku nowego koronawirusa wykryto w: Tajlandii, Japonii, Korei Południowej, Singapurze, USA i Arabii Saudyjskiej, a dwa przypadki odkryto w Wietnamie. Podejrzenie zarażenia pojawiło się także w Meksyku. (PAP)
Królowa Elżbieta II jest chora. W ostatniej chwili odwołała spotkanie
Dziennikarz zmarł w Chinach. Rodzina prosi o pomoc | W wielu miastach odwołano imprezy związane z chińskim Nowym Rokiem. Od soboty ma być także zamknięta część Wielkiego Muru znajdująca się w pobliżu Pekinu. Dyrekcja kompleksu Zakazanego Miasta, gdzie znajduje się dawny pałac cesarski dynastii Ming i Qing ogłosiła w piątek, że w sobotę i w niedzielę obiekt będzie zamknięty dla zwiedzających. Zamknięto także kilka świątyń, w których wierni składają ofiary z okazji Nowego Roku. | 3 |
Zmarły w szpitalu w Tychach to mieszkaniec Szczyrku. Informację o jego śmierci przekazał wcześniej burmistrz tego miasta Antoni Byrdy.
Ustalenia inspektorów sanitarnych
"Szanowni Państwo, z wielkim żalem informuję o śmierci 83-letniego mieszkańca naszego województwa, który zmarł prawdopodobnie z powodu komplikacji wywołanych zakażeniem koronawirusem" - potwierdziła po południu w rozesłanym mediom komunikacie rzeczniczka wojewody śląskiego Alina Kucharzewska.
"Z ustaleń inspektorów sanitarnych wynika, że mężczyznę jakiś czas temu odwiedziły osoby z Holandii. Gdy pojawiły się niepokojące objawy, mężczyzna trafił do szpitala zakaźnego w Tychach. Niestety, pacjent zmarł" - dodała. Wszystkie osoby z otoczenia mężczyzny są objęte kwarantanną przez służby sanitarne.
Reklama
"Rodzinie zmarłego mieszkańca Wojewoda Śląski składa wyrazy głębokiego współczucia" - napisała Kucharzewska.
Ósma ofiara koronawirusa w kraju
83-latek to ósma w Polsce zmarła osoba, która została zakażona koronawirusem.
Bliższych informacji na temat przyczyn śmierci pacjenta mają jeszcze w poniedziałek po południu udzielić przedstawiciele Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego Megrez w Tychach, przekształconego obecnie w szpital zakaźny.
Burmistrz Byrdy, który przekazał informację o śmierci mieszkańca, poprosił "w tym trudnym momencie o zachowanie spokoju".
"Dbajmy o siebie i przestrzegajmy wszelkich zasad. Jeśli nie musimy, nie wychodźmy z domu" - zaapelował.
Koronawirus w Polsce Zakażenia i zgony. Dane dzienne 66 1 91 149 7 20 95 2 30 54 1 36 61 3 242 4 42 1 29 24 79 13 59 101 2 | – Z wielkim żalem informuję o śmierci 83-letniego mieszkańca naszego województwa, który zmarł prawdopodobnie z powodu komplikacji wywołanych zakażeniem koronawirusem – podała Alina Kucharzewska, rzecznik wojewody śląskiego.
RELACJA NA ŻYWO: Pandemia koronawirusa w Polsce i na świecie
Mężczyzna ok. 10 dni temu przyjmował gości z Holandii. W ten sposób doszło prawdopodobnie do zakażenia. 83-latek trafił w sobotę wieczorem do szpitala zakaźnego w Tychach, gdy pojawiły się u niego niepokojące objawy. Zmarł w niedzielę rano.
– Stan chorego był trudny od początku. Jeżeli pacjent jest obciążony wiekiem i chorobami układu krążenia, to wszelkie przebiegi chorób infekcyjnych zagrażają życiu. Pacjent miał duszności i gorączkę. Rozwinęły się cechy zapalenia płuc, które były potwierdzone radiologicznie – mówiła podczas konferencji prasowej Beata Puzanowska, kierownik Oddziału Obserwacyjno-Zakaźnego tyskiego szpitala.
Wszystkie osoby z otoczenia 83-letniego mężczyzny są objęte kwarantanną przez służby sanitarne. O śmierci mieszkańca Szczyrku przed południem oficjalnie poinformowały władze tego górskiego kurortu.
– Na podstawie oficjalnej informacji, którą otrzymałem przed chwilą z Państwowego Powiatowego Inspektoratu Sanitarnego, muszę przekazać przykrą i smutną wiadomość - mamy pierwszą ofiarę koronawirusa w Szczyrku. Zostały wszczęte wszelkie procedury, obowiązujące w takim przypadku – napisał burmistrz Szczyrku Antoni Byrdy.
W szpitalu w Tychach przebywa obecnie dziewięć osób, u których potwierdzono koronawirusa.
(sp) | 4 |
Szpital CSK MSWiA rozpoczyna program testowania nowego leku u pacjentów zakażonych koronawirusem. Nadzieje są duże, ponieważ w badaniach wykazano, że czas pobytu w szpitalu pacjenta zakażonego SARS-CoV-2 uległ skróceniu aż o 30 proc. – mówi PAP dr Rafał Wójtowicz z CSK MSWiA.
Zdjęcie ilustracyjne / SEDAT SUNA / PAP/EPA
Jak wyjaśnia w rozmowie dr Rafał Wójtowicz, kierownik Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii CSK MSWiA, Remdesivir jednym z topowych leków badanych obecnie w kierunku SARS-CoV-2, zarówno w Europie jak i Stanach Zjednoczonych. Doktor zaznacza równocześnie, że lek wcześniej stosowany przy poprzednich epidemiach, m.in. SARS i Ebola.
Cytat Nadzieje związane z tym lekiem są duże, a wstępne wyniki badań zachęcające- pokazują, że czas pobytu w szpitalu pacjenta zakażonego uległ skróceniu aż o 30 proc. podkreśla dr Wójtowicz.
To lek przeciwwirusowy, o działaniu hamującym namnażanie się SARS-CoV-2 w organizmie pacjenta, dzięki Remdesivir pacjent szybciej eliminuje SARS-CoV-2 - tłumaczy doktor. W naszej klinice, w ramach testów, lek ten na razie jest zarezerwowany wyłącznie dla pacjentów z niewydolnością oddechową wymagających respiratoroterapii, natomiast trwają prace nad rozszerzeniem tej dostępności również na pacjentów niewentylowanych - zaznacza. Przyznaje, że są to warunki narzucone przez firmę farmaceutyczną, która produkuje Remdesivir i jednocześnie dostarcza lek do testów w CSK MSWiA. Natomiast, jeśli ten lek by się sprawdził, to będzie też stosowany u pacjentów we wcześniejszym stadium choroby - zapewnia doktor. Podkreśla przy tym, że Remdesivir hamuje rozwój choroby, dlatego im wcześniej zostanie użyty, tym skuteczniejsze mogą być efekty jego zastosowania.
Doktor przyznaje, że w przypadku testowania nowego leku istotne są także kwestie prawne. Pacjent musi wyrazić zgodę na wzięcie udziału w programie testowym, a to spore obwarowanie prawne w przypadku chorych o ciężkim stanie zdrowia, dlatego też w chwili obecnej tych osób, które możemy włączyć do badania, nie ma aż tak wielu - przyznaje.
Natomiast lada dzień ma się pojawić rozszerzenie protokołu tego programu, tak, aby można było dopuścić do testów także pacjentów przytomnych, znajdujących się w łagodniejszym stanie choroby - wyjaśnia doktor i zaznacza, że wówczas szpital będzie mógł zastosować go u bardzo wielu osób. Kandydatów jest sporo - zapewnia. Według szacunków kliniki, może to być około 20 pacjentów znajdujących się na granicy niewydolności oddechowej w chwili obecnej.
Dr Wójtowicz wyjaśnia, że pacjentom, którzy wezmą udział w programie, lek będzie aplikowany codziennie przez 10 dni, w formie dożylnej.
SPRAWDŹ RÓWNIEŻ: Ivermectina i Anakinra. Rozpoczęto testy kolejnych leków na Covid-19
Lek nie jest jeszcze dopuszczony do użytku w leczeniu koronawirusa, dlatego trwają testy
Remdesivir nie jest jeszcze lekiem dopuszczonym do ogólnego użytku i testy, którymi będą poddani pacjenci CSK MSWiA, są jednym z elementów procesu zmierzającego do uzyskania certyfikatu. To nie jest jeszcze lek zarejestrowany do leczenia SARS-CoV-2, na razie jest dopiero badany pod kątem tego, czy będzie miał swoje zastosowanie w leczeniu koronawirusa - wyjaśnia.
Pytany o proces testowania leków, szczególnie, jak wiele czasu potrzeba, by lek ten mógł zostać dopuszczony do rutynowego stosowania przy leczeniu koronawirusa, dr Wójtowicz zaznacza, że Remdesivir mimo przyspieszonych procedur certyfikacji - wdrożonych przez Ministerstwo Zdrowia w okresie stanu epidemicznego - mógłby zostać wdrożony najwcześniej za kilka miesięcy. Oczywiście przy założeniu, że wyniki testów przebiegną pomyślnie, a wtedy Klinika Anestezjologii i Intensywnej Terapii CSK MSWiA będzie miała w tym swój udział - zastrzega doktor.
Normalnie procedura testowania nowego leku trwa klika lat, teraz może to być znacznie szybciej, jednak najpierw musimy mieć dużą grupę przetestowanych i twarde dowody na to, że ten lek działa - podkreśla. | Szpital CSK MSWiA rozpoczyna program testowania nowego leku u pacjentów zakażonych koronawirusem. - Nadzieje są duże, ponieważ w badaniach wykazano, że czas pobytu w szpitalu pacjenta zakażonego SARS-CoV-2 uległ skróceniu aż o 30 proc. - mówił dr Rafał Wójtowicz z CSK MSWiA.
Jak wyjaśnił dr Wójtowicz, kierownik Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii CSK MSWiA, Remdesivir to jeden z topowych leków badanych obecnie w kierunku SARS-CoV-2, zarówno w Europie, jak i Stanach Zjednoczonych. Doktor zaznaczył równocześnie, że lek wcześniej stosowano przy poprzednich epidemiach, m.in. SARS i Eboli.
- Remdesivir to lek przeciwwirusowy, o działaniu hamującym namnażanie się SARS-CoV-2 w organizmie pacjenta. Dzięki niemu pacjent szybciej eliminuje koronawirusa - tłumaczył doktor. - Nadzieje związane z tym lekiem są duże, a wstępne wyniki badań zachęcające. Pokazują, że czas pobytu w szpitalu pacjenta zakażonego uległ skróceniu aż o 30 proc. - podkreślił dr Wójtowicz.
Tylko dla pacjentów pod respiratorem
- W naszej klinice w ramach testów lek ten na razie jest zarezerwowany wyłącznie dla pacjentów z niewydolnością oddechową i wymagających respiratoroterapii, natomiast trwają prace nad rozszerzeniem tej dostępności również na pacjentów niewentylowanych - zaznaczył. Przyznał też, że są to warunki narzucone przez firmę farmaceutyczną, która produkuje Remdesivir i jednocześnie dostarcza lek do testów w CSK MSWiA.
ZOBACZ: Lek pomagający leczyć Covid-19 dopuszczony do użytku w Europie
- Natomiast jeśli ten lek by się sprawdził, to będzie też stosowany u pacjentów we wcześniejszym stadium choroby - zapewnił doktor. Podkreślił przy tym, że Remdesivir hamuje rozwój choroby, dlatego im wcześniej zostanie użyty, tym skuteczniejsze mogą być efekty jego zastosowania.
Doktor przyznał, że w przypadku testowania nowego leku istotne są także kwestie prawne. - Pacjent musi wyrazić zgodę na wzięcie udziału w programie testowym, a to spore obwarowanie prawne w przypadku chorych o ciężkim stanie zdrowia, dlatego też w chwili obecnej tych osób, które możemy włączyć do badania, nie ma aż tak wielu - wyjaśnił.
"Kandydatów jest sporo"
- Natomiast lada dzień ma się pojawić rozszerzenie protokołu tego programu, tak, aby można było dopuścić do testów także pacjentów przytomnych, znajdujących się w łagodniejszym stanie choroby - zaznaczył i dodał, że wówczas szpital będzie mógł zastosować go u bardzo wielu osób. - Kandydatów jest sporo - zapewnił. Według szacunków kliniki może to być około 20 pacjentów znajdujących się na granicy niewydolności oddechowej w chwili obecnej.
ZOBACZ: Dwa metry dystansu mogą nie wystarczyć. Naukowcy ostrzegają
Dr Wójtowicz wyjaśnił, że pacjentom, którzy wezmą udział w programie, lek będzie aplikowany codziennie przez 10 dni w formie dożylnej.
Remdesivir nie jest jeszcze lekiem dopuszczonym do ogólnego użytku i testy, którym będą poddani pacjenci CSK MSWiA, są jednym z elementów procesu zmierzającego do uzyskania certyfikatu. - To nie jest jeszcze lek zarejestrowany do leczenia SARS-CoV-2, na razie jest dopiero badany pod kątem tego, czy będzie miał swoje zastosowanie w leczeniu koronawirusa - tłumaczył lekarz.
"Musimy mieć twarde dowody, że ten lek działa"
Pytany o proces testowania leków - szczególnie o to, jak wiele czasu potrzeba, by lek ten mógł zostać dopuszczony do rutynowego stosowania przy leczeniu koronawirusa - dr Wójtowicz zaznaczył, że Remdesivir mimo przyspieszonych procedur certyfikacji wdrożonych przez Ministerstwo Zdrowia w okresie stanu epidemicznego mógłby zostać wdrożony najwcześniej za kilka miesięcy.
- Oczywiście przy założeniu, że wyniki testów przebiegną pomyślnie, a wtedy Klinika Anestezjologii i Intensywnej Terapii CSK MSWiA będzie miała w tym swój udział - zastrzegł Wójtowicz.
- Normalnie procedura testowania nowego leku trwa klika lat, teraz może to być znacznie szybciej, jednak najpierw musimy mieć dużą grupę przetestowanych i twarde dowody na to, że ten lek działa - podkreśla.
WIDEO: Rosja powinna pokryć z budżetu koszty odbudowy Ukrainy. Dziennikarz z Buczy w Polsat News Twoja przeglądarka nie wspiera odtwarzacza wideo...
bia/ PAP | 4 |
- Samolot wyleciał z Ercan o godzinie 6 czasu cypryjskiego (godz. 5 w Polsce - PAP). Na jego pokładzie znajdowało się w sumie 110 pasażerów - powiedział Serhat Ozcelik, dyrektor lotniska Ercan w Tureckiej Republice Cypru Północnego (TRCP).
Dodał, że we wtorek z Ercan wylecą jeszcze co najmniej dwa samoloty ewakuujące turystów z pięciogwiazdkowego hotelu Salamis Bay Conti, w którym przebywali Polacy. Jeden poleci do Stuttgartu, a drugi do Hanoweru. Organizowany jest też samolot do Szwecji.
ZOBACZ: Polscy turyści objęci kwarantanną w hotelu na Cyprze Północnym
Zgodnie z prawem międzynarodowym wszystkie samoloty startujące z lotniska Ercan, które znajduje się w uznawanej tylko przez Ankarę TRCP, muszą mieć międzylądowanie w Turcji. Z tego powodu samolot z Polakami międzylądował w Antalyi. Przylot do Drezna ma nastąpić przed południem.
- Tam będzie czekał już na nich autobus, który zabierze ich do kraju - mówi Marcin Małysz, jeden z członków zarządu biura podróży Exim Tours, w którym wakacje wykupiła spora część objętych kwarantanną Polaków. Agencja ta poniosła koszty przewozu polskich turystów do kraju.
14-kwarantanna po przylocie
- Nie jesteśmy powiedzieć, ile zajmie ten przejazd. Wszystko zależy od sytuacji na granicy. Najpierw autobus pojedzie do Katowic, a potem do Warszawy. Dojazdy do własnych domów każdy już będzie musiał zorganizować we własnym zakresie. Wszyscy według polskich przepisów ponownie będą musieli odbyć 14-dniową kwarantannę - powiedział Małysz.
Przed wylotem, jeszcze w poniedziałek, polscy turyści zostali zbadani przez tureckocypryjskie służby medyczne. - Zrobili z nami wywiad kliniczny i zmierzyli temperaturę - powiedziała turystka, która chciała pozostać anonimowa. - Trochę boimy się tej podróży. Wolelibyśmy polecieć bezpośrednio do Polski. Niestety, nie udało się - dodała.
Prawdopodobnie ostatni samolot dla Polaków z Cypru
Również we wtorek, o godz. 12.30 czasu cypryjskiego, z lotniska w Larnace w Republice Cypryjskiej wyleci trzeci samolot Polskich Linii Lotniczych LOT w ramach akcji #LOTdodomu.
- Prawdopodobnie będzie to już ostatni lot ewakuujący Polaków z Cypru. Z tego, co wiem, w tej chwili są w tym samolocie jeszcze wolne miejsca - powiedziało miejscowe źródło.
Na pytanie, dlaczego polscy turyści z hotelu na Cyprze Północnym nie mogli z niego skorzystać, odpowiedziało, że nie było to możliwe z powodu podziału politycznego wyspy.
ZOBACZ: Polacy zamknięci w hotelu na Cyprze. Opowiedzieli jak przebiega kwarantanna
W sumie w hotelu Salamis Bay Conti kwarantannę odbyło 724 turystów oraz 75 osób z personelu. Oprócz Polaków znajdowali się w nim Niemcy, Szwedzi, Anglicy, Francuzi i Irańczycy. To właśnie tam zarejestrowano pierwszy przypadek koronawirusa w TRCP - pierwszą zakażoną osobą okazała się 65-letnia Niemka. Oprócz niej w hotelu zachorowało 30 innych turystów z Niemiec.
Na Cyprze Północnym do tej pory stwierdzono ogółem 40 przypadków zakażenia koronawirusem. Według lokalnego dziennika "Yeniduzen" 29 cudzoziemców (wszyscy z hotelu Salamis Bay Conti), łącznie z "pacjentką zero", wyzdrowiało i we wtorek opuściło wyspę. | – Samolot wyleciał z Ercan o godzinie 6 czasu cypryjskiego (godz. 5 w Polsce – PAP). Na jego pokładzie znajdowało się w sumie 110 pasażerów – powiedział PAP Serhat Ozcelik, dyrektor lotniska Ercan w Tureckiej Republice Cypru Północnego (TRCP). Dodał, że we wtorek z Ercan wylecą jeszcze co najmniej dwa samoloty ewakuujące turystów z pięciogwiazdkowego hotelu Salamis Bay Conti, w którym przebywali Polacy. Jeden poleci do Stuttgartu, a drugi do Hanoweru. Organizowany jest też samolot do Szwecji.
Zgodnie z prawem międzynarodowym wszystkie samoloty startujące z lotniska Ercan, które znajduje się w uznawanej tylko przez Ankarę TRCP, muszą mieć międzylądowanie w Turcji. Z tego powodu samolot z Polakami międzylądował w Antalyi. Przylot do Drezna ma nastąpić przed południem.
– Tam będzie czekał już na nich autobus, który zabierze ich do kraju – mówi PAP Marcin Małysz, jeden z członków zarządu biura podróży Exim Tours, w którym wakacje wykupiła spora część objętych kwarantanną Polaków. Agencja ta poniosła koszty przewozu polskich turystów do kraju.
– Nie jesteśmy powiedzieć, ile zajmie ten przejazd. Wszystko zależy od sytuacji na granicy. Najpierw autobus pojedzie do Katowic, a potem do Warszawy. Dojazdy do własnych domów każdy już będzie musiał zorganizować we własnym zakresie. Wszyscy według polskich przepisów ponownie będą musieli odbyć 14-dniową kwarantannę – powiedział Małysz.
Przed wylotem, jeszcze w poniedziałek, polscy turyści zostali zbadani przez turecko-cypryjskie służby medyczne. – Zrobili z nami wywiad kliniczny i zmierzyli temperaturę – powiedziała PAP turystka, która chciała pozostać anonimowa. – Trochę boimy się tej podróży. Wolelibyśmy polecieć bezpośrednio do Polski. Niestety, nie udało się – dodała.
Również we wtorek, o godz. 12.30 czasu cypryjskiego, z lotniska w Larnace w Republice Cypryjskiej wyleci trzeci samolot Polskich Linii Lotniczych LOT w ramach akcji #LOTdodomu.
– Prawdopodobnie będzie to już ostatni lot ewakuujący Polaków z Cypru. Z tego, co wiem, w tej chwili są w tym samolocie jeszcze wolne miejsca – powiedziało PAP miejscowe źródło.
Na pytanie, dlaczego polscy turyści z hotelu na Cyprze Północnym nie mogli z niego skorzystać, odpowiedziało, że nie było to możliwe z powodu podziału politycznego wyspy.
W sumie w hotelu Salamis Bay Conti kwarantannę odbyło 724 turystów oraz 75 osób z personelu. Oprócz Polaków znajdowali się w nim Niemcy, Szwedzi, Anglicy, Francuzi i Irańczycy. To właśnie tam zarejestrowano pierwszy przypadek koronawirusa w TRCP – pierwszą zakażoną osobą okazała się 65-letnia Niemka. Oprócz niej w hotelu zachorowało 30 innych turystów z Niemiec.
Na Cyprze Północnym do tej pory stwierdzono ogółem 40 przypadków zakażenia koronawirusem. Według lokalnego dziennika „Yeniduzen” 29 cudzoziemców (wszyscy z hotelu Salamis Bay Conti), łącznie z „pacjentką zero” , wyzdrowiało i we wtorek opuściło wyspę.
Z Nikozji Agnieszka Rakoczy
Czytaj też:
NA ŻYWO: Koronawirus w Polsce i na świecie. Najnowsze informacje z wtorku 24 marca | 4 |
Podczas trzeciej sesji rozmów z przedsiębiorcami, zorganizowanej przez PAIH i poświęconej energetyce szef polskiego rządu podkreślał, że Polska ma "nietypowy mix energetyczny", ale traktuje go jako szansę. Ocenił, że Polska może przeskoczyć pewne etapy rozwoju, inwestując np. w elektromobilność.
"W energetyce jesteśmy u progu podjęcia kluczowych decyzji dotyczących atomu, energetyki atomowej. Wiemy, że Japonia jest najbardziej zaawansowanym na świecie państwem w zakresie konwersji energii z węgla na gaz - być może to jest technologia, w obszarze której będziemy współpracować z Japonią" - mówił szef polskiego rządu.
Reklama
Natomiast minister klimatu Michał Kurtyka podkreślał bliskie rozumienie wyzwań energetycznych przez Polskę i Japonię. Kurtyka stwierdził, że bezpieczeństwo energetyczne w XXI wieku będzie oparte nie tylko na dostępie do surowców, ale też na dostęp do opłacalnych technologii.
"Polska i Japonia wspólnie stoją przed ogromną szansą, ale również przed realizacją naszych zobowiązań międzynarodowych w redukcji emisji i to może doprowadzić nie tylko do powstania nowej przestrzeni inwestycyjnej, nowej współpracy badawczej, ale wręcz strategicznej współpracy pomiędzy Polską a Japonią" - mówił Kurtyka.
Japońskie szkolenia w Polsce
Minister gospodarki, przemysłu i handlu Japonii Hiroshi Kajiyama podkreślił, że dołoży wszelkich starań, aby pogłębić związki Polski i Japonii. Jako jeden z obszarów możliwej współpracy wymieniał właśnie energetykę i wyraził nadzieję, że technologia zgazowania węgla przyczyni się do wykorzystania w Polsce węgla w sposób przyjazny dla środowiska. Zaznaczył, że Japonia wspiera także rozwój energetyki jądrowej m.in. przez prowadzenie szkoleń w Polsce.
"Mam nadzieję, że japońska technologia i wiedza zostaną wykorzystane w polskiej energetyce jądrowej" - mówił. | Zaprezentowaliśmy Polskę i polską gospodarkę jako jedną z najbardziej dynamicznych na świecie. Jestem przekonany, że przyciągniemy do Polski kolejne inwestycje i stworzymy nowe miejsca pracy – mówił Mateusz Morawiecki po rozmowach z polskimi i japońskimi przedsiębiorcami.
Podczas drugiego dnia wizyty szef polskiego rządu wziął udział w trzech sesjach rozmów z przedsiębiorcami polskimi i japońskimi, które zostały zorganizowane przez Polską Agencję Inwestycji i Handlu. Rozmowy dotyczyły m.in. nowych technologii, infrastruktury oraz energetyki.
Podczas spotkania dotyczącego inwestycji premier podkreślił, że Polska jako jeden z dwóch krajów na świecie od 30 lat rozwija się bez recesji. W Polsce dla inwestorów stworzyliśmy warunki, które przez firmy badawcze określane są jako jedne z najlepszych na świecie – kontynuował. Jak dodał Japonia jest trzecią co do wielkości gospodarką świata, gdzie wielu inwestorów zainteresowanych jest Polską .
Po pierwszej sesji Prezes Toshiba Corporation Toru Cubo poinformował, że otworzy ona w Gnieźnie pierwszy w Europie zakład produkcyjno-dystrybucyjny jeszcze w 2020 r. Koszt jego wybudowania ma przekroczyć 100 mln zł.
W trakcie rozmów poświęconych infrastrukturze szef rządu podkreślił, że Polska jest w fazie ogromnych inwestycji infrastrukturalnych. W najbliższych kilku latach w Europie nie będzie większego niż Polska placu budowy dla dróg, kolei i lotnisk - mówił Morawiecki w odniesieniu do inwestycji związanej z budową Centralnego Portu Komunikacyjnego w Polsce.
Podczas rozmów z przedsiębiorcami dotyczących energetyki premier podkreślał, że Polska ma nietypowy mix energetyczny , ale traktuje to jako szansę. W energetyce jesteśmy u progu podjęcia kluczowych decyzji dotyczących energetyki atomowej. Japonia jest najbardziej zawansowanym na świecie państwem w zakresie konwersji energii z węgla na gaz być może to jest technologia, w obszarze której będziemy współpracować - mówił szef rządu, a współpracę w dziedzinie energetyki określił jako strategiczną.
Premier zaznaczył również, że Polska i Japonia mogą współpracować ze sobą także na polu politycznym, zapewniając obniżenie napięć geopolitycznych w regionie. Jak podkreślił, mamy wspólnego sojusznika, jakim są Stany Zjednoczone, główny gwarant pokoju i bezpieczeństwa na świecie. Łączy nas biznes, inwestycje, gospodarka oraz geopolityka – podsumował Mateusz Morawiecki.
bz/premier.gov.pl | 4 |
- Dobrze wiemy, że praktycznie we wszystkich krajach świata, w tym w naszym kraju, co roku tracimy ludzi z powodu zapalenia płuc i grypy, dlatego mamy przed sobą wspólne zadanie zminimalizowania tych strat (…) Jeśli chodzi o nowego koronawirusa, to specyfika polega na tym, iż jest to nowe zjawisko i powstaje pytanie, na ile jesteśmy gotowi na to wyzwanie – oznajmił Putin.
Wcześniej premier Rosji Michaił Miszustin zatwierdził skład sztabu, który ma zapobiec pojawieniu się na terytorium Rosji nowego koronawirusa. Na czele sztabu stoi wicepremier Tatiana Golikowa, a w jego skład wchodzą m.in. szefowa Rospotriebnadzoru Anna Popowa, minister zdrowia Michaił Muraszko i szef ministerstwa ds. sytuacji nadzwyczajnych Jewgienij Ziniczew.
W Rosji nie potwierdzono dotąd przypadków zakażenia koronawirusem - poinformował Rospotriebnadzor. Od wtorku urząd prowadzi na lotniskach w Rosji badania powracających z Chin rosyjskich turystów na obecność wirusa. W środę takie badania przechodzi grupa ponad 180 mieszkańców Chabarowska, którzy przebywali na wycieczce w Chinach.
Koronawirusy. Czym w ogóle są te wirusy?
W mediach pojawia się dużo spekulacji na temat koronawirusa, brakuje często natomiast informacji, z czym tak naprawdę mamy do czynienia. Jak tłumaczy dziennikarz Onetu Patryk Motyka, koronawirusy to rodzaj wirusów, których cechą wspólną jest pojedyncza nić RNA wewnątrz swojej struktury. Co to oznacza?
Znamy kilkadziesiąt gatunków koronawirusów, skupionych w czterech grupach: alfa, beta, gamma i deltakoronawirusów. Wraz z patogenem z Wuhan wiemy o siedmiu wirusach z tego rodzaju, które mogą infekować ludzi.
Koronawirus w Polsce. Jak groźne są ludzkie wirusy?
Pamiętać musimy, że mówimy o wielu gatunkach koronawirusów. Część z nich wywołuje głównie infekcje o niewielkim nasileniu. Szacuje się, że nawet kilkanaście procent wszystkich przeziębień wywołują właśnie koronawirusy. Statystycznie więc najwięcej osób zakażonych tymi patogenami zdrowieje szybko, nawet bez udzielenia pomocy medycznej.
Patryk Motyka podkreśla także, że wśród ludzkich koronawirusów znajdują się też takie, które wywołują bardzo poważne zakażenia. Chodzi głównie o patogeny odpowiedzialne za dwie choroby: SARS i MERS. Śmiertelność tej pierwszej wynosiła (od wielu lat nie zanotowano ani jednego przypadku – red.) około 10 proc., tej drugiej jest jeszcze wyższa, mniej więcej 30-procentowa. Trzeba podkreślić, że wirus wywołujący MERS nie jest wirusem ludzkim w naukowym znaczeniu tego słowa – jego głównym celem są wielbłądy, a znaczna część jego ofiar to ludzie mający bliski kontakt z tymi zwierzętami.
Czy wiemy, jakie były początki ludzkiego koronawirusa?
CZYTAJ WIĘCEJ: Naukowcy: tak naprawdę nie wiemy skąd pochodzi koronawirus
Do tej pory nie możemy odpowiedzieć na to pytanie. Nasz ekspert przypomina, że w przypadku SARS musieliśmy czekać wiele miesięcy, zanim naukowcy ostatecznie potwierdzieli, że rezerwuarem wirusa był łaskun – niewielki drapieżny ssak. W wypadku koronawirusa szukanie "winnego" zapewne również potrwa długo. Wszelkie pojawiające się artykuły dot. tego wirusa możemy na razie uznać za spekulacje.
Jednym z miejsc, które na pewno zostaną dokładnie przeszukane w najbliższych tygodniach, w celu ustalenia ogniska zakażenia, będzie targ owoców morza Huanan. Spośród pierwszych 41 potwierdzonych przypadków zakażenia, dwie trzecie chorych była w tym miejscu w ostatnich tygodniach. Jest to jedyny znany punkt wspólny dla tych osób.
CZYTAJ WIĘCEJ: Ministerstwo Zdrowia apeluje do Polaków ws. koronawirusa
Koronawirus w Polsce? Nie zapominajmy o tym, jak groźna jest grypa
Zagrożenie koronawirusem nie powinno sprawić, że zlekceważymy objawy grypy. Jak przypomina Patryk Motyka, w tym momencie to ona jest o wiele większym zagrożeniem dla polskiej populacji. Od początku roku do końca stycznia przypadków tej sezonowej choroby będzie około 400 tys. Wbrew powszechnemu przekonaniu nie jest to błaha choroba – u niewielkiej części chorych rozwijają się powikłania, które mogą być nawet groźne dla życia.
A jak polskie służby przygotowują się na koronawirusa w Polsce? Polskie służby są świadome zagrożenia i mają sporo czasu na opracowanie scenariusza w przypadku rozwoju epidemii na terenie naszego kontynentu. Na razie pozostaje więc zachować czujność, ale panika jest zupełnie niewskazana. Głos w tej sprawie zabrał też minister zdrowia Łukasz Szumowski. - Jesteśmy na to przygotowani - zapewnił w środę rano. Dodał, że w czwartek do Polski dotrą primery umożliwiające sprawdzanie, czy osoba badana jest lub nie jest zarażona koronawirusem.
Koronawirus prędzej czy później będzie w Polsce
- Koronawius prędzej czy później będzie w Polsce i to nie będzie nic nadzwyczajnego. Nie czekamy na to, ale i nie obawiamy się. Jesteśmy przygotowani na diagnostykę, opiekę i leczenie pacjentów - zapewnił dalej minister zdrowia. Dopytywany w środę rano, czy w tej chwili nie ma w Polsce żadnego potwierdzonego przypadku koronawirusa, odpowiedział, że nie ma.
Epidemia zapalenia płuc wywoływanego przez nowy rodzaj koronawirusa wybuchła w grudniu ubiegłego roku w mieście Wuhan, które jest stolicą prowincji Hubei w środkowych Chinach. Chińskie władze praktycznie odcięły od świata liczący 11 mln mieszkańców Wuhan i wprowadziły ograniczenia w przemieszczaniu się w szeregu okolicznych miast.
Zasięg koronawirusa - mapa | - Rozkaz został podpisany dzisiaj i wszedł natychmiast w życie- powiedział premier Michaił Mishustin, cytowany przez TASS.
Rosja ponadto tymczasowo zaprzestanie wydawania wiz elektronicznych dla obywateli Chin w odpowiedzi na wybuch koronawirusa - poinformowało ministerstwo spraw zagranicznych.
Putin wzywa, by nie dopuścić rozprzestrzeniania się koronawirusa
Prezydent Rosji Władimir Putin wezwał wczoraj rząd, ministerstwo zdrowia i chroniący prawa konsumentów urząd Rospotriebnadzor do uczynienia wszystkiego, co możliwe, by nie dopuścić do rozprzestrzeniania się nowego koronawirusa w Rosji.
- Dobrze wiemy, że praktycznie we wszystkich krajach świata, w tym w naszym kraju, co roku tracimy ludzi z powodu zapalenia płuc i grypy, dlatego mamy przed sobą wspólne zadanie zminimalizowania tych strat (…) Jeśli chodzi o nowego koronawirusa, to specyfika polega na tym, iż jest to nowe zjawisko i powstaje pytanie, na ile jesteśmy gotowi na to wyzwanie – oznajmił Putin.
Koronawirus w Rosji. Michaił Miszustin zatwierdza skład sztabu
Wcześniej premier Rosji Michaił Miszustin zatwierdził skład sztabu, który ma zapobiec pojawieniu się na terytorium Rosji nowego koronawirusa. Na czele sztabu stoi wicepremier Tatiana Golikowa, a w jego skład wchodzą m.in. szefowa Rospotriebnadzoru Anna Popowa, minister zdrowia Michaił Muraszko i szef ministerstwa ds. sytuacji nadzwyczajnych Jewgienij Ziniczew.
W Rosji nie potwierdzono dotąd przypadków zakażenia koronawirusem - poinformował w środę Rospotriebnadzor. Od wtorku urząd prowadzi na lotniskach w Rosji badania powracających z Chin rosyjskich turystów na obecność wirusa. W środę takie badania przechodzi grupa ponad 180 mieszkańców Chabarowska, którzy przebywali na wycieczce w Chinach.
(dp) | 4 |
Subsets and Splits
No community queries yet
The top public SQL queries from the community will appear here once available.